Czas Arłukowicza to czas stracony

Czas Arłukowicza to czas stracony

Arogancja, obietnice bez pokrycia, autorytarne wprowadzanie niedopracowanych rozwiązań – takie zarzuty byłemu ministrowi zdrowia stawiają pacjenci, lekarze i eksperci

Trzy i pół roku urzędowania byłego już ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza to w zgodnej opinii naszych rozmówców czas stracony dla ochrony zdrowia w Polsce. Nie tylko nie udało mu się skrócić kolejek do lekarzy specjalistów, czemu miały służyć wprowadzone wbrew opiniom całego środowiska medycznego rozwiązania prawne nazwane pakietami (kolejkowym i onkologicznym), ale wielu pacjentom wydłużył wręcz drogę do nich, np. przywracając po wielu latach skierowania do dermatologa i okulisty.

Z lekarzy rodzinnych obciążanych co rusz nowymi obowiązkami zrobił urzędników, którzy zamiast leczyć pacjentów, muszą wypisywać stosy dokumentów. A każdego, kto odważył się skrytykować jego decyzje, natychmiast stawiał po drugiej stronie barykady, uznając za swojego wroga.

Nie przychodził na posiedzenia sejmowej Komisji Zdrowia, a na interpelacje odpowiadał zwykle zdawkowo, wymijająco i nieterminowo albo nie odpowiadał wcale. Z samorządem lekarskim spotkał się tylko raz – w grudniu 2011 r., tuż po powołaniu na urząd ministra.

– Uciekał od dialogu, a nawet niejednokrotnie obrażał lekarzy swoimi wypowiedziami, przez co burzył ich relacje z pacjentami. Próbował wszystkim wmówić, że system jest dobry, ale nie działa z powodu złych lekarzy. Mam wątpliwości, czy pan minister zapoznał się dokładnie z Kodeksem Etyki Lekarskiej. System, który zbudował, nie jest przyjazny dla pacjentów, którzy na dodatek zostali wykorzystani w grze politycznej – mówi Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej.

Arłukowicz nie tylko nie liczył się z opiniami samorządu lekarskiego, ale ignorował również decyzje ekspertów z Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) powołanej w celu wydawania rekomendacji dotyczących objęcia lub nie refundacją jakiegoś leku, procedury medycznej, programu zdrowotnego. Próbował ustawiać do pionu działającą przy prezesie AOTMiT Radę Przejrzystości, w której zasiadają osoby o uznanym dorobku naukowym, zarzucając jej członkom, że „przedkładają skuteczność kliniczną nad efektywność kosztową”. Czyli – że zamiast dbać o kasę, oceniali szanse na wyleczenie pacjentów.

Żyć czy umierać?

Wielu chorych nie może darować Arłukowiczowi braku empatii oraz arogancji, składania obietnic bez pokrycia i zwlekania z podejmowaniem decyzji, od których zależy czyjeś życie.

Kobiety chore na zaawansowanego raka piersi nie mogą się doprosić sfinansowania terapii, która dałaby im kilkanaście dodatkowych miesięcy życia i nadzieję, że być może doczekają kolejnej, jeśli dotychczasowa przestanie działać. Dostęp do niej mają już pacjentki z 26 krajów. Nie ma wśród nich Polek, ponieważ urzędnicy Ministerstwa Zdrowia podważyli jej skuteczność. Jednocześnie odebrali chorym możliwość skorzystania z leczenia w ramach tzw. chemioterapii niestandardowej – likwidując ją z początkiem tego roku, nie dali nic w zamian.

– Urzędnicy Ministerstwa Zdrowia, a nie lekarze, decydują o tym, którym pacjentom daje się szansę. Oceniają, czyje życie jest więcej warte – denerwuje się Elżbieta Kozik, szefowa stowarzyszenia Polskie Amazonki Ruch Społeczny.

Problem z dostępem do nowoczes­nych terapii mają też chorzy na inne nowotwory: prostaty, jelita grubego, trzustki, jajnika, wątroby oraz szpiczaka mnogiego i chłoniaka Hodgkina. Ale nie tylko oni. Chorzy na cukrzycę od lat czekają na refundację leków, które oprócz tego, że obniżają poziom cukru we krwi, powodują również spadek ciśnienia i utratę kilogramów, a na dodatek zapobiegają niedocukrzeniom – stanom zagrażającym życiu chorych. Osoby dotknięte stwardnieniem rozsianym marzą, by mieć podobny dostęp do nowoczesnych leków spowalniających rozwój choroby jak pacjenci z innych krajów UE. Na razie muszą się jednak zadowolić jedynie programami lekowymi, do których ze względu na bardzo ostre kryteria kwalifikuje się tylko około jednej czwartej pacjentów mogących odnieść z nich korzyść.

W trudnej sytuacji znalazły się też osoby, które nie są w stanie samodzielnie oddychać, musi to za nie robić respirator. Mimo że w warunkach domowych takie leczenie jest dla nich znacznie korzystniejsze i bezpieczniejsze, a dla NFZ tańsze niż pobyt w szpitalu czy zakładzie opieki długoterminowej, od lat brakuje na nie pieniędzy. Jak informuje Ogólnopolski Związek Świadczeniodawców Wentylacji Mechanicznej (OZŚWM), zrzeszający 10 specjalistycznych ośrodków zapewniających opiekę domową chorym wymagającym terapii za pomocą wentylacji mechanicznej, NFZ narzuca tak niskie limity świadczeń, że nie mieści się w nich jedna trzecia potrzebujących.

– Pod opieką mamy ok. 3 tys. ciężko chorych ludzi, którzy mają zdeformowaną klatkę piersiową, cierpią na zanik mięśni, przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, stwardnienie rozsiane i inne przewlekłe schorzenia. Oddychają za nich wypożyczone z naszych ośrodków respiratory. Nie możemy ich odłączyć od tych urządzeń – mówi Katarzyna Baj, dyrektor biura OZŚWM.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 29/2015

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy