Bardzo przyjaźni kontrolerzy

Bardzo przyjaźni kontrolerzy

Trzech inspektorów transportu drogowego w Podlaskiem za łapówki miało przymykać oko na przekroczenie przepisów

Maj 2011 r. W Ostrowie Wielkopolskim w ręce policjantów wpada pięciu inspektorów transportu drogowego, dwóch aktualnie zatrudnionych i trzech byłych. Podejrzenie: łapówkarstwo.

Maj 2012 r. Do aresztu na trzy miesiące trafia naczelnik jednego z wydziałów Wojewódzkiego Inspektoratu Transportu Drogowego w Rzeszowie. Zarzuty: „Przekroczenia uprawnień w związku z kontrolami drogowymi w celu osiągnięcia korzyści majątkowych oraz nakłanianie świadków do składania fałszywych zeznań”.

Czerwiec 2013 r. Policja w Słupsku zatrzymuje dwóch inspektorów pomorskiej inspekcji. Podejrzenie: za pieniądze mieli informować kierowców, gdzie będą się na nich czaić i zaglądać pod plandeki. Ale za użyteczne informacje brali też butelki alkoholu.

Tak było za rządów PO z PSL i specjalnie się z tym nie kryto, czego dowodem przywołane wyżej informacje do dziś dostępne w sieci. A jak jest teraz? Teraz może być, mówiąc sarkastycznie, tylko lepiej, bo łapanie i wsadzanie za kraty urzędników, funkcjonariuszy i działaczy, szczególnie tych mniej lub bardziej powiązanych towarzysko i partyjnie z Platformą czy ludowcami, przekłada się na sondaże.

Natomiast o tym, że brzydko mogło pachnieć również w pisowskim inspektoracie transportu drogowego w Białymstoku, z rządowych mediów się nie dowiemy. Embargo na informacje dla krytyków tej władzy obowiązuje wszystkich pod nią podpiętych, zwłaszcza funkcjonariuszy służb mundurowych i urzędników. Ale jak się poskrobie, zawsze coś się znajdzie.

Zatrzymani na Wielkanoc

W okolicach ubiegłorocznej Wielkanocy funkcjonariusze wydziału do walki z korupcją Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku zatrzymali trzech inspektorów podlaskiego inspektoratu transportu drogowego. Cała trójka ma spory staż, bo na swoich stanowiskach przepracowała od 9 do 14 lat. Dwóch to białostoczanie, jeden dojeżdżał do pracy ze wsi Szymki w powiecie białostockim.

Według prokuratury, najpierw okręgowej, a potem regionalnej, bo prowadząca sprawę „krokodyli”* prokuratorka dostała tam tzw. delegację, mężczyźni mieli m.in. ignorować za łapówki przekroczenia norm czasu pracy kierowców. Brali nie tylko pieniądze, alkoholem także nie gardzili.

Dość krótko, bo od maja do października 2015 r., byli obserwowani przez Biuro Spraw Wewnętrznych Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego. Za ten okres mają też zarzuty. Albo więc zorientowali się, że coś im zagraża, albo dalej brali w łapę, tyle że sprawą zajęła się bardziej dyskretna policja antykorupcyjna. W każdym razie w policji nikt się nie śpieszył, żeby inspektorów przymknąć.

Być może nikt nie miał do tego głowy. PiS z przybudówkami właśnie przejęło władzę w policji, szykowano nowego podlaskiego komendanta, komendanci i naczelnicy wszystkich szczebli zamiast doglądać roboty, jeździli z kwiatami do lokalnych biskupów i księży obu wyznań, katolickich i prawosławnych. Widmo degradacji oraz resortowych przesunięć na prowincję zaglądało w oczy.

Kuzyn ministra?

I tak minął okrągły rok, w podlaskim garnizonie rządził już od paru miesięcy zaufany wiceministra spraw wewnętrznych i administracji Jarosława Zielińskiego, nadinsp. Daniel Kołnierowicz, a władzę w podlaskim inspektoracie transportu drogowego od października 2016 r. miał objąć Robert Żołnierowicz. Traf chciał, że podobnie jak Zieliński pochodzący z Suwałk.

– Nie wypadało, żeby u progu wielkiej lokalnej kariery ten podobno kuzyn ministra był przez media nagabywany o trzech łapówkarzy we własnej firmie, która zatrudnia tylko 27 inspektorów, nie licząc 10 pracowników administracyjnych. I nieważne, że byłaby to scheda po platformerskim poprzedniku. Niełatwo wytłumaczyć się z tego, że prawie 10% załogi jest skorumpowane – twierdzi nasz informator.

Ale Żołnierowicz niedługo cieszył się posadą. Po postępowaniu wewnętrznym w inspektoracie, prowadzonym od zatrzymania całej trójki w kwietniu 2017 r. do wyrzucenia ich z pracy w lipcu, nie minęły dwa miesiące i nagle ustąpił ze stanowiska.

– Dostał ciepłą posadkę w wojsku. Miał tam też wcześniej trafić jego najbliższy kumpel z inspektoratu – wyjaśnia nasz rozmówca.

A co z negatywnymi bohaterami tekstu? Na razie nie cierpią: jeden zarabia na chleb u siostry, która ma firmę transportową, drugi zatrudnił się na stacji diagnostycznej, a trzeci prowadzi działalność doradczą. Oczywiście zatrzymano im paszporty i mają dozór policyjny. W najgorszym razie grozi im do 10 lat więzienia, ale przy dobrym adwokacie – ledwie rok w zawieszeniu.

* Tak kierowcy nazywają pracowników inspektoratów transportu drogowego, od koloru samochodów służbowych.

Wydanie: 5/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy