Tag "korupcja"
Nielegalne wpływy. Lobbing po polsku
Szara strefa prawa z politykami prawicy w tle
Premier Donald Tusk na konferencji prasowej, która odbyła się 7 kwietnia, powołując się na ustalenia Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, poinformował, że założona przez Zbigniewa Ziobrę Fundacja Instytut Polski Suwerennej otrzymała od Przemysława Krala, prezesa giełdy kryptowalut Zondacrypto, 450 tys. zł.
Część tych środków miała zostać przeznaczona na adwokatów reprezentujących Dariusza Mateckiego oraz ks. Michała Olszewskiego.
Z kolei powiązana z Kralem czeska spółka Expofér Servis House (w niektórych źródłach występuje jako Expo Fair Service House – przyp. M.C.) przekazała 70 tys. euro Fundacji Dobry Rząd powiązanej z posłem Przemysławem Wiplerem. Donald Tusk sugerował, że istnieje związek między przekazanymi środkami a negatywnym stosunkiem PiS i Konfederacji do rządowych projektów ustaw mających na celu poddanie rynku kryptowalut w Polsce kontroli.
Zarówno ziobryści, jak i konfederaci zaprzeczyli. Przy tej okazji na Wiejską wrócił temat lobbingu.
Na początku był „grabbing”
Pod koniec grudnia 1997 r. rząd premiera Jerzego Buzka wprowadził całkowity zakaz importu żelatyny. Oficjalnie w trosce o zdrowie społeczeństwa, gdyż na Zachodzie stada bydła dziesiątkowała choroba szalonych krów. Sprawą zainteresowały się media, ponieważ zakaz objął także żelatynę wieprzową, a o chorobie szalonych świń nikt nie słyszał.
Okazało się, że zakaz importu gwarantował ogromne zyski Kazimierzowi Grabkowi, biznesmenowi nazywanemu „królem żelatyny”, bo – jak sugerowali dziennikarze – dzięki koneksjom politycznym potrafił on forsować korzystne rozwiązania prawne, które zapewniały jego zakładom monopol sprzedażowy na krajowym rynku. Jego sposób działania nazwano „grabbingiem”. To była pierwsza wielka afera lobbingowa w Polsce. W konsekwencji burzy medialnej rząd cofnął zakaz importu żelatyny wieprzowej i obniżył cła, a Grabkiem zainteresowała się prokuratura.
O wiele większy rozgłos zyskała tzw. afera Rywina z 2002 r. Producent filmowy Lew Rywin zażądał od redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika „prowizji” w wysokości 17,5 mln dol. w zamian za korzystne zapisy w ustawie o radiofonii i telewizji, które pozwoliłyby spółce Agora na przejęcie jednej ze stacji telewizyjnych. Mówiło się wtedy, że
Przygody pana Rafała
Adwokat Rafał Rogalski nie daje o sobie zapomnieć
Przed Sądem Rejonowym w Nysie rozpoczął się proces lokalnego prawicowego ekstremisty oskarżonego o publikowanie w internecie wpisów znieważających starostę nyskiego i nawołujących do nienawiści na tle rasowym. Sprawa pewnie przeszłaby bez echa, ale obrońcą oskarżonego jest Rafał Rogalski, pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego w śledztwie smoleńskim, prezentujący przed laty absurdalne teorie Antoniego Macierewicza o zamachu na samolot prezydencki.
Rogalski i tym razem poszedł po bandzie. Zażądał wykluczenia sędziego Mariusza Ulmana, bo ten może być nieobiektywny. W ponadgodzinnej przemowie przypominającej akt oskarżenia Rogalski zarzucił sędziemu, że jest sympatykiem Izraela, ukrainofilem, wspiera ruchy LGBT, a dodatkowo nie szanuje porządku publicznego i jest zaangażowany politycznie przeciwko rządowi prawicy. Mało tego! Mecenas domagał się, aby sędzia ujawnił, czy ma korzenie żydowskie, a jeśli tak, to w którym pokoleniu, i czy ma paszport Izraela.
Według dr Katarzyny Gajowniczek-Pruszyńskiej, dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie, zachowanie Rogalskiego było „niedopuszczalne i sprzeczne z obowiązującymi standardami wykonywania zawodu adwokata”. Ponadto „wypowiedzi adwokata na sali sądowej nie mogą naruszać godności osoby, do której są kierowane czy podważać powagi sądu, a posługiwanie się argumentacją opartą na uprzedzeniach i dyskryminacji nie może mieć miejsca w żadnej sytuacji”. Jednak Rogalski twierdzi, że nie mógł postąpić inaczej; jego klient ma prawo do sprawiedliwego rozpatrzenia sprawy przez niezależny, bezstronny i niezawisły sąd, a sędzia Mariusz Ulman jako Żyd nie daje takiej gwarancji (sic!).
Choć Rogalski w zawodzie pracuje 18 lat, nie opanował podstaw rzemiosła. Być może dlatego, że nigdy nie miał mentora. Adwokatem został przypadkiem, po odbyciu aplikacji prokuratorskiej, dzięki tzw. lex Gosiewski, czyli otwarciu przez PiS zawodów prawniczych.
Aplikant prokuratorski ucieka
Rafała Rogalskiego poznałem wczesną jesienią 2010 r. w jego kancelarii w warszawskim Ursusie. Był wtedy u szczytu popularności medialnej, występując jako pełnomocnik Jarosława Kaczyńskiego. Nie o katastrofie smoleńskiej jednak rozmawialiśmy przez niemal trzy godziny, ale o jego problemach z prawem, gdy był jeszcze aplikantem w Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie i doktorantem prawa na Uniwersytecie Warszawskim. Miałem nadzieję, że od tamtego spotkania, które wywarło na nim tak wielkie wrażenie, że aż się rozpłakał (z powodu swoich mało chwalebnych czynów), w Rogalskim zaszła przemiana, nabrał szacunku do innych osób i pokory wobec świata. Ale nie wygląda na to.
Gorące lipcowe popołudnie 2003 r., Jędrzychów, wioska na obrzeżach Nysy. Aneta T. jechała swoim Renault Clio. Na skrzyżowaniu zamierzała skręcić w lewo, zgodnie z przepisami włączyła kierunkowskaz i zbliżyła się do osi jezdni. Nie zdążyła wykonać manewru – nagle jakiś szaleniec z dużą prędkością ominął ją z lewej strony, uszkadzając jej samochód. Mężczyzna w Fordzie zatrzymał się kilkanaście metrów dalej, po chwili ruszył, nie sprawdzając, czy kobiecie nic się nie stało (na szczęście nie). Roztrzęsiona Aneta T. zadzwoniła po policję i do znajomego,
Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć
Stracił rząd dusz, ale zabetonował system
Prof. Bogdan Góralczyk – politolog, hungarysta, sinolog, były ambasador w państwach Azji i były dyplomata na Węgrzech. Wykładowca w Centrum Europejskim UW oraz jego były dyrektor.
Czy na Węgrach robią wrażenie te taśmowe wizyty zagranicznych polityków? Ich głosy poparcia dla Orbána?
– Kiedyś robiły, ale już nie robią. Viktor Orbán stracił rząd dusz. Mówię o tym od września. Potwierdzają to sondaże opinii publicznej, rosnące poparcie dla opozycyjnej partii Tisza, potwierdzają ostatnie wiece. Równocześnie nie mam złudzeń: Viktor Orbán tak mocno zabetonował system, że nawet gdyby Tisza wygrała, wcale nie musi rządzić skutecznie, bo będzie miała rzucane kłody pod nogi. Widzimy, jak to jest w Polsce, a tam opór byłby dużo większy.
Cesarz z Hatvanpuszty
Dlaczego Orbán stracił rząd dusz? Co się stało?
– 16 lat, non stop, rządzi! I to konstytucyjną większością!
Więc?
– Obiecywał Eldorado, że Węgry będą kwitnące, MAGA w wersji węgierskiej, i nie dowiózł. Węgry są od dwóch lat na granicy recesji i dzierżą dwa rekordy europejskie. Pierwszy: mają największą inflację, w tym na towary żywnościowe, a tam VAT wynosi 27%, jest najwyższy w Europie. Drugi: mają największą korupcję. Lider Tiszy, Péter Magyar, dotarł do Węgrów z tymi informacjami, pokazał im skalę korupcji. Pojawił się na scenie publicznej dwa lata temu i w ciągu pół roku z jego inicjatywy powstał film „Dynastia”. Każdy może go obejrzeć. Jest poświęcony najstarszej córce Orbána, Ráhel, i jej mężowi Istvánowi Tiborczowi, który ma 40 lat i jest jednym z najbogatszych Węgrów.
W 2025 r. jego majątek szacowany był na 151,5 mld forintów, ok. 1,6 mld zł.
– Wszystkie największe hotele w Budapeszcie do niego należą, łącznie ze słynnym Hotelem Gellért. To wszystko jest jego własnością. Ten film w 9,5-milionowych Węgrzech ma ponad 4,5 mln wejść. Czyli nikt nie może powiedzieć, że nie wie, o co chodzi. Na początku tego roku pokazano inny film. Jego tytuł to „Csapda”, czyli pułapka, poświęcony szefowi banku centralnego, a tak naprawdę głównemu doradcy gospodarczemu Orbána – Györgyowi Matolcsyemu. Jego syn Ádám z kolegami ze szkoły średniej, bo nawet studiów nie pokończyli, przekręcili 400 mld forintów. To 4 mld polskich złotych, ponad 1 mld dol. Przekręcili i uciekli do Dubaju, tam sobie pokupowali apartamenty. Ten film miał już 1,5 mln wejść.
Te filmy odniosły efekt?
– W czasie ostatniego święta narodowego 15 marca były dwa wiece. Jeden rządowy – Viktora Orbána, drugi Tiszy – Pétera Magyara. Oba obejrzałem. Magyar zdefiniował premiera jako „Cesarza z Hatvanpuszty”.
Hatvanpusztai császár…
– Chodzi o stary park na pograniczu Alcsútdoboz, wsi, w której Orbán się urodził. W tym parku stał stary, zrujnowany przez realny socjalizm pałac po Habsburgach. Orbán odnowił go, mocno rozbudował, pobudował stajnie, wypuścił zebry, o czym było głośno. Do tego dodał baseny, jest biblioteka jak watykańska, z freskami na suficie. Ta własność należy niby do ojca Orbána, Győzö, który jeszcze żyje, ale każdy wie, że to własność Klanu i premiera. Z kolei najbogatszym Węgrem jest Lőrinc Mészáros, były inkasent gazowy, a potem sołtys rodzinnej wsi Orbána, Felcsút, położonej kilka kilometrów od Hatvanpuszty. Mówią o nim, że to słup Orbána.
Jak Węgrzy zestawią swoją siermiężną codzienność, bo kraj od lat balansuje na granicy recesji, z ostentacją rodziny Orbána, oligarchami i niesamowitym korupcjogennym systemem, to mamy wyjaśnienie, dlaczego Orbán przestał obiecywać, a zaczął straszyć. W efekcie wystąpienie Orbána 15 marca br. polegało na tym, że najczęściej używanym terminem w czasie 20-minutowej przemowy było háború – wojna. A wrogiem nie był Magyar, mówca w ogóle go nie wymienił, natomiast wrogami byli kolejno: Kijów, Zełenski, Ukraina, Unia Europejska i Ursula von der Leyen.
Putina nie wymienił.
– Putin, Rosja – nie ma u niego takich tematów. Wiec Pétera Magyara był trzykrotnie większy. Tłum skandował „Ruszkik haza!” – „Ruscy do domu!”, czyli to, co Orbán na tym samym Placu Bohaterów krzyczał w roku 1989. Magyar mocno zaprzeczył głównemu hasłu rządowej propagandy, że Tisza to partia wojny. Mówił: my nie chcemy wojny, my nie jesteśmy partią wojny. Nazwał Orbána zdrajcą, zarzucił mu, że sprzeniewierzył się wszystkim hasłom, które na tym samym placu głosił w 1989 r. Na mównicy, z której Magyar przemawiał, widniało hasło: „Most vagy soha!”, „Teraz albo nigdy!”. To strofy Sándora Petőfiego z 1848 r. Teraz albo nigdy. Albo wygramy, albo Orbán będzie już nam panował dożywotnio.
Mnóstwo ludzi chce, żeby był dożywotnio.
– System jest tam mocno zabetonowany. Ludzie Orbána są wszędzie, we wszystkich instytucjach. Oni i ich rodziny są beneficjentami obecnego reżimu. Boją się rozliczeń. Czyli, jakkolwiek by patrzeć, 30-33% głosów Orbán ma pewnych. Ale reszta jest do zdobycia.
Kto za Magyarem, kto za Orbánem
Właśnie! Kampania wyborcza nie zmieni nastrojów? Orbán ma wszystkie media.
– Ale Péter Magyar, jeżdżąc po kraju, to obszedł. Dotarł do ludzi. Orbán popełnił duży
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Wpływowy minister, uczynny kolega
Jak Michał Woś załatwiał kolegom pracę w Służbie Więziennej
Michał Woś za rządów PiS zajmował wiele ważnych stanowisk. Absolwent studiów MBA aferalnej uczelni Collegium Humanum był wiceministrem sprawiedliwości (dwukrotnie), ministrem w Kancelarii Premiera i ministrem środowiska. Gdy w 2017 r. współpracownik Zbigniewa Ziobry został podsekretarzem stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, miał ledwie 26 lat. Posada przypadła mu nie ze względu na jego wybitne kwalifikacje, ale w ramach podziału łupów politycznych, jako członkowi Solidarnej Polski. Jesienią 2020 r. Woś po raz drugi został wiceministrem sprawiedliwości, tym razem w randze sekretarza stanu.
W resorcie młody ziobrysta nadzorował Służbę Więzienną, która stała się przybudówką Solidarnej/Suwerennej Polski, wykorzystywaną do celów prywatnych i politycznych (pisaliśmy o tym m.in. w artykułach „Jak kończą generałowie” w nr. 46/2023 i „Zamęczone więzienia” w nr. 8/2024). Po zmianie władzy nowy szef SW płk Andrzej Pecka zarządził audyt, w wyniku którego do prokuratury skierowano zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Wosia i jego współpracowników. Jednak nie wszystkie sprawy zostały ujawnione.
Przychodzi strażnik do komendanta
Jesienią 2021 r. do pani komendant Centralnego Ośrodka Szkolenia Służby Więziennej w Kulach zadzwoniła sekretarka szefa Służby Więziennej Jacka Kitlińskiego. Twierdziła, że dzwoni na polecenie swojego przełożonego w sprawie załatwienia pracy w COSSW w Kulach koledze wiceministra Michała Wosia. Więcej szczegółów nie zdradziła, gdyż, jak zakomunikowała, kolega wiceministra, czyli Marcin K., sam się z panią komendant skontaktuje. I wkrótce Marcin K. rzeczywiście zadzwonił, ale nie chciał rozmawiać przez telefon, zażądał osobistego spotkania.
W tym miejscu warto odnotować, że Marcin K., szeregowy funkcjonariusz SW z zaledwie kilkumiesięcznym stażem, był zatrudniony na stanowisku strażnika działu ochrony w Areszcie Śledczym w Mysłowicach. Komendantką COSSW w Kulach była natomiast pani pułkownik z przeszło 22-letnim doświadczeniem w strukturach SW. Już takie lokajskie potraktowanie wysokiej rangi oficera przez szeregowca można uznać za wyraz lekceważenia i pogardy.
Pani komendant pewnie nigdy nie pozwoliłaby na takie traktowanie, ale przecież wiedziała, z kim ma do czynienia. Spotkała się z Marcinem K., który już na wstępie zakomunikował, że jest kolegą wiceministra sprawiedliwości Michała Wosia i, powołując się na znajomość z dygnitarzem, oznajmił, że chciałby pracować w COSSW w Kulach na stanowisku dydaktycznym (wykładowcy), związanym z ratownictwem medycznym. Na pytanie, jakie ma doświadczenie, Marcin K. odpowiedział, że żadnego. Twierdził, że ukończył technikum hotelarskie, pracował w Straży Miejskiej w Będzinie i w prywatnych firmach jako kierownik, prezes i dyrektor generalny (sic!). Nigdy nie pracował w zawodzie ratownika, miał jedynie ukończone kursy ratownika wodnego,
Kapłan złomny
Ksiądz prałat gen. bryg. Sławomir Żarski ma pecha – padł ofiarą pomówień, a może wcale nie jest nieskazitelny
5 lutego 2025 r. agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego na polecenie prokuratury zatrzymali ks. Sławomira Żarskiego. Razem z duchownym zatrzymany został Ryszard Walczak, zaufany człowiek Antoniego Macierewicza, ulokowany za rządów PiS na stanowisku kierowniczym w nadzorowanym przez Ministerstwo Obrony Narodowej Wojskowym Instytucie Technicznym Uzbrojenia. Walczak nigdy nie powinien trafić do WITU, który prowadzi badania naukowe i prace rozwojowe dotyczące sprzętu wojskowego, bo nie ma stosownego wykształcenia (jedynie maturę) ani w ogóle pojęcia o broni. Ale wystarczyło, że był kolegą Macierewicza, działaczem PiS oraz inicjatorem budowy różnych pomników patriotycznych, m.in. Romana Dmowskiego w Warszawie przy Placu Na Rozdrożu, ks. Ignacego Skorupki w Ossowie oraz kard. Stefana Wyszyńskiego i ks. Jerzego Popiełuszki w podwarszawskich Ząbkach.
Ciężarówki za łapówkę
Prokuratura nie była zbyt wylewna w informowaniu opinii publicznej o kulisach sprawy. Z lakonicznego komunikatu wynikało, że Żarski z Walczakiem, „powołując się na wpływy”, mieli przyjąć łapówkę w zamian za pośrednictwo w dostarczeniu samochodów dla jednostek Wojska Polskiego. Pieniądze zostały zalegalizowane jako darowizna na cele kultu religijnego dla jednej z parafii. Natomiast w komunikacie CBA podano, że „zatrzymani mieli się powoływać w latach 2021-2022 na wpływy w instytucjach państwowych i podejmować się pośrednictwa, w zamian za korzyść majątkową albo jej obietnicę, w załatwieniu spraw związanych ze sprzedażą pojazdów ciężarowych dla WOT”. Agenci CBA „przeszukali 10 lokalizacji na terenie trzech województw, w tym siedziby kilku instytucji publicznych oraz miejsca zamieszkania zatrzymanych”, zabezpieczając dokumentację i nośniki pamięci.
Mężczyźni usłyszeli zarzuty w związku z art. 230 par. 1 Kodeksu karnego (płatna protekcja bierna). Za to przestępstwo grozi kara więzienia od sześciu miesięcy do ośmiu lat. Mimo podejrzenia popełnienia poważnego czynu zagrożonego wysoką karą Żarski i Walczak nie trafili do aresztu. Wobec duchownego zastosowano środek zapobiegawczy w postaci dozoru policji, a wobec działacza PiS dozór policji i zakaz opuszczania kraju. Ba, ks. Żarski nie został odwołany z funkcji proboszcza Parafii św. Apostołów Piotra i Pawła w Dębem Wielkim, gdzie od 2017 r. pełni posługę. Dlaczego bp Romuald Kamiński okazał taką łaskawość wobec podpadniętego kapłana, tego nie zdradził mi ks. Dawid Sychowski, rzecznik Diecezji Warszawsko-Praskiej, informując, że „do czasu wyjaśnienia sprawy przez kompetentne organy wymiaru sprawiedliwości powstrzymujemy się od udzielania informacji”.
Choć od zatrzymania i postawienia zarzutów minął rok, śledztwa nie zakończono. „Na chwilę obecną nie sposób wskazać przypuszczalnej daty zakończenia postępowania. Nie udzielamy również informacji o szczegółach poczynionych dotychczas ustaleń”,
Upadek Śląskiego Księcia
Jerzy Hop pozostawał szefem Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach prawie dekadę. Przez lata uchodził za kogoś nie do ruszenia
Morze wódki od rana do wieczora, nielegalne dochody i tylko luksusowe fury. Nie, nie chodzi o szefa mafii, mowa o człowieku długo kierującym jedną z najważniejszych prokuratur w Polsce.
9 marca media obiegła sensacyjna wiadomość. Dwa dni wcześniej w Rybniku w jednym z domów znaleziono ciała 68- i 41-latka. Byli to Jerzy Hop, przez wiele lat stojący na czele Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach, i jego syn.
Śmierć tak ważnej postaci, co więcej, nie w pojedynkę, zelektryzowała nie tylko media. Śledztwo natychmiast przekazano z Rybnika do Prokuratury Okręgowej w Gliwicach. Rzeczniczka prasowa prokuratury Agnieszka Bukowska mówiła niezbyt wiele. Informowała, że kluczowa dla dalszych działań będzie sekcja zwłok. Zlecone też zostaną badania histopatologiczne i toksykologiczne.
„Fakt” pisał: „W sobotnie popołudnie, 7 marca, znaleziono ich ciała. Według wstępnych ustaleń śledczych nic nie wskazuje na to, by do śmierci mężczyzn przyczyniły się osoby trzecie. Na ciałach nie ujawniono żadnych obrażeń. Co zatem zabiło ojca i syna?”. TVN 24 swoją relację utrzymywała w podobnym tonie: „Na ciałach nie było widocznych obrażeń, sekcja zwłok ma dać odpowiedź na pytanie, co było przyczyną ich śmierci”.
Kolejne informacje są na tyle wstrząsające, że konieczne wydaje się tu krótkie wprowadzenie. Jerzy Hop pozostawał szefem Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach prawie dekadę. Nominację otrzymał w 1993 r. W 2002 r., czyli po dziewięciu latach, został odwołany. Długo uchodził za kogoś nie do ruszenia. Taki status miało jeszcze paru innych urzędników szczebla wojewódzkiego w Katowicach. Historia Hopa (oraz kilku innych) pokazuje, jak łatwo nasz kraj mógł utonąć w morzu mafijności, korupcji, bezkarności. Jak blisko byliśmy tego, by pójść drogą Ukrainy, zamiast trafić do Unii Europejskiej. Na szczęście tak się nie stało.
Śmierć w butelce
Nim zacząłem pisać ten artykuł, rozmawiałem z prokurator Bukowską. Dowiedziałem się, że sekcje zwłok byłego prokuratora apelacyjnego oraz jego syna zaplanowano na 10 marca. Na wyniki czekać będziemy zapewne co najmniej kilka dni. Podobnie jak na wyniki badań, które mają wykazać, czy śmierć nie nastąpiła na skutek zatrucia organizmu jakąś substancją.
Zadałem pani prokurator konkretne pytania. Nie zaprzeczała moim ustaleniom, ale
NBP – prywatny folwark Glapińskiego
Przytulisko dla polityków i działaczy powiązanych z PiS
„Prezydencki projekt ustawy o Polskim Funduszu Inwestycji Obronnych realizujący Polski SAFE 0%” zgłoszony przez Karola Nawrockiego w kontrze do popieranego przez rząd Donalda Tuska „europejskiego” SAFE zakłada, że prawie 200 mld zł przeznaczone na modernizację Wojska Polskiego zostanie wygenerowane przez NBP. Prezes banku, Adam Glapiński, niegdyś wpływowy polityk Porozumienia Centrum oraz Prawa i Sprawiedliwości, stoi dziś u boku prezydenta i przekonuje, że źródłem pieniędzy na wojsko mogą być rezerwy walutowe NBP oraz rezerwy złota, którego, jak się okazuje, mamy 570 ton. A zyski i straty banku pojawią się, kiedy ON chce!
11 marca br. w trakcie specjalnej konferencji prasowej Glapiński stwierdził: „Zarząd NBP jest uprawniony do gospodarowania aktywami rezerwowymi i nie musi nikogo pytać o zgodę. To zasób narodowy, ale w zarządzie niezależnego banku centralnego. To zachodni standard. My mamy pełną autonomię. Nie Rada Polityki Pieniężnej”. Po czym dodał: „W ramach naszych uprawnień zarządzamy rezerwami. Możemy całkowicie sprzedać złoto i kupić dolary”.
Prezes Glapiński nie mógł dobitniej powiedzieć, że robi, co chce i kiedy chce.
Korzenie niezależności
2 kwietnia 1997 r. Zgromadzenie Narodowe, uchwalając Konstytucję RP, popełniło błąd. W art. 227, w którym zapisano kluczowe kompetencje NBP, zagwarantowano mu całkowitą niezależność. Podobne zapisy znalazły się w przyjętej przez Sejm 29 sierpnia 1997 r. ustawie o NBP. Później wielokrotnie na ten temat wypowiadał się Trybunał Konstytucyjny.
Dziś, mimo że kierownictwo NBP – mające ogromny wpływ na inflację, wzrost bezrobocia, sytuację finansową przedsiębiorstw i obywateli – ma słabą legitymację demokratyczną, gdyż nie pochodzi z wyborów powszechnych, w dziedzinie finansów może robić, co zechce. I nie ma sposobu, by postawić je, przynajmniej symbolicznie, przed jakimkolwiek trybunałem.
Jak do tego doszło? Gwarantowana konstytucyjnie niezależność banku centralnego wynika ze strachu. Jest wspomnieniem galopującej inflacji z drugiej połowy lat 80. XX w. oraz przykrych konsekwencji transformacji ustrojowej z początku lat 90. W końcu 1989 r. PRL była zadłużona za granicą na 42,3 mld dol. Były to tzw. długi gierkowskie. Zadłużenie wewnętrzne w PRL było relatywnie niskie, szacowane na kilka procent PKB rocznie. Rząd likwidował je, zaciągając nieoprocentowane, bez harmonogramu spłat, kredyty w NBP. W praktyce drukowano pieniądze w Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Ale realna wartość owych kredytów była zjadana przez inflację. Pojęcia długu publicznego i deficytu budżetowego nie istniały. Za to Polacy nauczyli się trzymać oszczędności w złocie i dolarach.
W pierwszych latach realizacji planu Balcerowicza także nie było słodko. W 1990 r. inflacja sięgnęła 249,3%, w roku 1991 – 60,4%, a w 1992 – 44,3%. W połowie lat 90. ekonomiści, dziennikarze, liderzy partii politycznych i część posłów, obawiając się dojścia do władzy populistów, którzy wrócą do dodruku pieniądza i ręcznego sterowania polityką NBP, zaczęli lansować hasło niezależności banku centralnego. Rozumiano, że gdy obywatele przestają wierzyć, że państwo dba o wartość pieniądza, gospodarka może wpaść w spiralę hiperinflacji,
Można żyć z polityki
Adam Borowski – jakie PiS, taki bohater
Polska prawica ma nowego bohatera, rzekomo prześladowanego przez reżim – to Adam Borowski, za czasów Polski Ludowej podrzędny działacz opozycji, potem związany z klubami „Gazety Polskiej” i PiS. Kandydat do Sejmu na listach PiS w latach 2019 i 2023. A ostatnio członek Rady ds. Kombatantów, Osób Represjonowanych i Działaczy Opozycji Antykomunistycznej przy Prezydencie RP.
Otóż, jak wołają ze zgrozą prawicowe pisma, Adam Borowski ma iść na pół roku do więzienia. Chce go tam wsadzić obecny reżim. A Borowski jest człowiekiem starszym (nie ulega wątpliwości) i mocno schorowanym (gazety wyliczają jego liczne choroby).
O co w tym wszystkim chodzi?
Otóż w 2020 r., na antenie TV Republika, Borowski zarzucił Romanowi Giertychowi współpracę z przestępcami i podstawianie tzw. słupów. Mówił o sprawie Polnordu, w związku z którą Zbigniew Ziobro chciał wsadzić Giertycha za kratki, ale na areszt nie zgadzały się kolejne sądy. W każdym razie atmosfera była gęsta. W tej sytuacji Giertych uznał, że jest pomówiony przez Borowskiego, i złożył przeciwko niemu prywatny akt oskarżenia o pomówienie z art. 212 Kodeksu karnego. Domagał się przeprosin.
Sprawa zaczęła się za czasów PiS, a skończyła 27 listopada 2023 r. Tego dnia sąd umorzył wobec Borowskiego postępowanie, ale na rok próby. W tym czasie miał on na swoim profilu na Facebooku, czyli bezkosztowo, zamieścić słowa przeprosin: „Przepraszam Pana Romana Giertycha za to, że w dniu 24 października 2020 roku w programie »Kulisy Manipulacji« na kanale TV Republika powiedziałem, że współpracuje z przestępcami i dawał swoich znajomych jako słupy – co nie jest zgodne z prawdą”.
Koniec, kropka, nic upokarzającego. Zwłaszcza że Borowski przyznał się do winy.
Rzecz w tym, że Borowski wyroku sądu nie wykonał, choć miał na to rok. Dlatego sąd na nowo podjął sprawę, z urzędu, w związku z niezastosowaniem się do wyroku. I 24 kwietnia 2025 r. wydał kolejny wyrok – tym razem pół roku więzienia, ale jego wykonanie zawiesił na rok, dając Borowskiemu szansę na przeproszenie Giertycha.
Tymczasem Borowski oświadczył, że wyroku nie wykona. I ruszył w tournée po swoich znajomych z okresu walki z Polską Ludową z apelem o pomoc. Bo pod koniec kwietnia będzie musiał iść do więzienia, więc trzeba go ratować.
Ma wyczucie. Giertycha PiS nienawidzi prawie tak jak Tuska,
Biznesy proboszczów w Bytomiu
Nie mają szczęścia ludzie w województwie śląskim do kapłanów. Jak nie dewianci w Zagłębiu, to oszuści i złodzieje w Bytomiu. Do Sądu Okręgowego w Katowicach trafił akt oskarżenia przeciwko 10 osobom, w tym dwóm byłym proboszczom bytomskich parafii.
CBA dostało cynk, że w latach 2014-2020 dochodziło do nieprawidłowości przy pozyskiwaniu środków publicznych na remonty i inwestycje w parafiach.
Ksiądz Tadeusz P., były proboszcz parafii św. Jacka w Bytomiu, ma siedem zarzutów. Przywłaszczenie mienia, pranie brudnych pieniędzy, posługiwanie się podrobionymi dokumentami i fakturami. Łącznie było tego na ponad 30 mln zł.
Z kolei ksiądz Marek P., były proboszcz parafii św. Małgorzaty, ma zarzuty o wartości przekraczającej 2 mln zł. Szykują się wyroki, bo miliony jakoś się rozpłynęły.






