Tag "korupcja"

Powrót na stronę główną
Kraj

Można żyć z polityki

Adam Borowski – jakie PiS, taki bohater

Polska prawica ma nowego bohatera, rzekomo prześladowanego przez reżim – to Adam Borowski, za czasów Polski Ludowej podrzędny działacz opozycji, potem związany z klubami „Gazety Polskiej” i PiS. Kandydat do Sejmu na listach PiS w latach 2019 i 2023. A ostatnio członek Rady ds. Kombatantów, Osób Represjonowanych i Działaczy Opozycji Antykomunistycznej przy Prezydencie RP.

Otóż, jak wołają ze zgrozą prawicowe pisma, Adam Borowski ma iść na pół roku do więzienia. Chce go tam wsadzić obecny reżim. A Borowski jest człowiekiem starszym (nie ulega wątpliwości) i mocno schorowanym (gazety wyliczają jego liczne choroby).

O co w tym wszystkim chodzi?

Otóż w 2020 r., na antenie TV Republika, Borowski zarzucił Romanowi Giertychowi współpracę z przestępcami i podstawianie tzw. słupów. Mówił o sprawie Polnordu, w związku z którą Zbigniew Ziobro chciał wsadzić Giertycha za kratki, ale na areszt nie zgadzały się kolejne sądy. W każdym razie atmosfera była gęsta. W tej sytuacji Giertych uznał, że jest pomówiony przez Borowskiego, i złożył przeciwko niemu prywatny akt oskarżenia o pomówienie z art. 212 Kodeksu karnego. Domagał się przeprosin.

Sprawa zaczęła się za czasów PiS, a skończyła 27 listopada 2023 r. Tego dnia sąd umorzył wobec Borowskiego postępowanie, ale na rok próby. W tym czasie miał on na swoim profilu na Facebooku, czyli bezkosztowo, zamieścić słowa przeprosin: „Przepraszam Pana Romana Giertycha za to, że w dniu 24 października 2020 roku w programie »Kulisy Manipulacji« na kanale TV Republika powiedziałem, że współpracuje z przestępcami i dawał swoich znajomych jako słupy – co nie jest zgodne z prawdą”.

Koniec, kropka, nic upokarzającego. Zwłaszcza że Borowski przyznał się do winy.

Rzecz w tym, że Borowski wyroku sądu nie wykonał, choć miał na to rok. Dlatego sąd na nowo podjął sprawę, z urzędu, w związku z niezastosowaniem się do wyroku. I 24 kwietnia 2025 r. wydał kolejny wyrok – tym razem pół roku więzienia, ale jego wykonanie zawiesił na rok, dając Borowskiemu szansę na przeproszenie Giertycha.

Tymczasem Borowski oświadczył, że wyroku nie wykona. I ruszył w tournée po swoich znajomych z okresu walki z Polską Ludową z apelem o pomoc. Bo pod koniec kwietnia będzie musiał iść do więzienia, więc trzeba go ratować.

Ma wyczucie. Giertycha PiS nienawidzi prawie tak jak Tuska,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Biznesy proboszczów w Bytomiu

Nie mają szczęścia ludzie w województwie śląskim do kapłanów. Jak nie dewianci w Zagłębiu, to oszuści i złodzieje w Bytomiu. Do Sądu Okręgowego w Katowicach trafił akt oskarżenia przeciwko 10 osobom, w tym dwóm byłym proboszczom bytomskich parafii.

CBA dostało cynk, że w latach 2014-2020 dochodziło do nieprawidłowości przy pozyskiwaniu środków publicznych na remonty i inwestycje w parafiach.

Ksiądz Tadeusz P., były proboszcz parafii św. Jacka w Bytomiu, ma siedem zarzutów. Przywłaszczenie mienia, pranie brudnych pieniędzy, posługiwanie się podrobionymi dokumentami i fakturami. Łącznie było tego na ponad 30 mln zł.

Z kolei ksiądz Marek P., były proboszcz parafii św. Małgorzaty, ma zarzuty o wartości przekraczającej 2 mln zł. Szykują się wyroki, bo miliony jakoś się rozpłynęły.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Milioner w Budapeszcie

Chciał być szeryfem i zastąpić prezesa Kaczyńskiego. Przez osiem lat Ziobro zbudował w Ministerstwie Sprawiedliwości i prokuraturze system, który miał być dla niego trampoliną do awansu i zapewnić mu jeszcze większą władzę. Jego celem były pełna kontrola nad wymiarem sprawiedliwości, lojalne i posłuszne kadry oraz własne, silne zaplecze finansowe. Szedł do tego po trupach. Dosłownie, bo do dziś nieosądzona jest tragiczna śmierć Barbary Blidy. Ziobro i jego najbliżsi współpracownicy są w tej sprawie kluczowi do wyjaśnienia wszystkich podejrzanych okoliczności. Takich aresztowań o szóstej rano,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak SDP tuczy się na państwowym

Od siedmiu lat dziennikarze sygnalizują prezydentowi Warszawy, że nie powinien tolerować sytuacji, w jakiej znalazł się Dom Dziennikarza

Warszawski Dom Dziennikarza przez kilka dziesięcioleci był mekką wszystkich dziennikarzy. W latach 50. odbudowany Pałac Wołowskiego przy Foksal w Warszawie miasto przekazało w użytkowanie dziennikarzom. Dzierżawcą budynku zostało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, jedyna wówczas organizacja dziennikarska. Tamto SDP decyzją prezydenta Warszawy zostało rozwiązane w 1982 r., a nowe SDP – jedną z wielu organizacji dziennikarskich powstałych po roku 1989 – zarejestrowano w KRS dopiero 6 maja 2002 r. Wówczas sąd, kierując się kryteriami politycznymi, przyznał ponownie dzierżawę Domu Dziennikarza tej właśnie organizacji, pozbawiając prawa swobodnego użytkowania i dostępu pozostałe związki i stowarzyszenia dziennikarskie. Za opłatą owszem, bezpłatnie nie.

SDP zagarnęło cały dobytek, Dom Dziennikarza stał się dla grupy uzurpatorów intratnym biznesem na posesji, która jest własnością skarbu państwa. Pod „rządami” SDP zamienił się w wypożyczalnię lokali. Mieszczą się tu firmy przeróżnej profesji, mające niewiele wspólnego z dziennikarstwem, np. biuro rachunkowe i studio wyposażenia wnętrz. Przymierzała się szkoła języków obcych, w pawilonie po dziennikarskiej bibliotece jest przychodnia lekarska, a w pomieszczeniach piwnicznych firma cateringowa.

30 stycznia 2019 r. wygasła umowa dzierżawy Domu Dziennikarza, mimo to SDP nadal prowadzi działalność gospodarczą. Wynajmuje pomieszczenia biurowe, sale konferencyjne, a ostatnio także pokoje noclegowe i apartamenty, wystawiając rachunki i faktury. Bez zgody właściciela budynku, czyli miasta, SDP zaadaptowało pomieszczenia biurowe na noclegowe, a męską toaletę, jedyną na trzecim piętrze, przekształciło w pomieszczenie łazienkowe z prysznicem.

Przychodnia lekarska i restauracja to dwa najbardziej dochodowe biznesy. Od ponad 20 lat Centrum Medyczne Damiana, na podstawie porozumienia zawartego jeszcze przed 2002 r. z Zarządem Głównym Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, świadczy usługi medyczne także dziennikarzom i członkom stowarzyszeń. Zakres tych usług wprawdzie jest ograniczony do trzech specjalności: okulista, kardiolog i internista, ale dobre i tyle, bo przynajmniej dziennikarze nie muszą miesiącami wyczekiwać na termin w przychodniach publicznej służby zdrowia. Jakiś zatem pożytek z CM Damiana dziennikarze mają.

Tego samego nie można powiedzieć o restauracji Villa Foksal. Restaurator podnajmujący lokal, również na podstawie umowy zawartej jeszcze z ZG SDRP, był zobowiązany do tego, aby restauracja służyła przede wszystkim dziennikarzom: przystępne ceny, obiady dziennikarskie itp. Za przyzwoleniem SDP „zapomniał” jednak o tych zasadach,

Od siedmiu lat dziennikarze sygnalizują prezydentowi Warszawy, że nie powinien tolerować sytuacji, w jakiej znalazł się Dom Dziennikarza

Warszawski Dom Dziennikarza przez kilka dziesięcioleci był mekką wszystkich dziennikarzy. W latach 50. odbudowany Pałac Wołowskiego przy Foksal w Warszawie miasto przekazało w użytkowanie dziennikarzom. Dzierżawcą budynku zostało Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, jedyna wówczas organizacja dziennikarska. Tamto SDP decyzją prezydenta Warszawy zostało rozwiązane w 1982 r., a nowe SDP – jedną z wielu organizacji dziennikarskich powstałych po roku 1989 – zarejestrowano w KRS dopiero 6 maja 2002 r. Wówczas sąd, kierując się kryteriami politycznymi, przyznał ponownie dzierżawę Domu Dziennikarza tej właśnie organizacji, pozbawiając prawa swobodnego użytkowania i dostępu pozostałe związki i stowarzyszenia dziennikarskie. Za opłatą owszem, bezpłatnie nie.

SDP zagarnęło cały dobytek, Dom Dziennikarza stał się dla grupy uzurpatorów intratnym biznesem na posesji, która jest własnością skarbu państwa. Pod „rządami” SDP zamienił się w wypożyczalnię lokali. Mieszczą się tu firmy przeróżnej profesji, mające niewiele wspólnego z dziennikarstwem, np. biuro rachunkowe i studio wyposażenia wnętrz. Przymierzała się szkoła języków obcych, w pawilonie po dziennikarskiej bibliotece jest przychodnia lekarska, a w pomieszczeniach piwnicznych firma cateringowa.

30 stycznia 2019 r. wygasła umowa dzierżawy Domu Dziennikarza, mimo to SDP nadal prowadzi działalność gospodarczą. Wynajmuje pomieszczenia biurowe, sale konferencyjne, a ostatnio także pokoje noclegowe i apartamenty, wystawiając rachunki i faktury. Bez zgody właściciela budynku, czyli miasta, SDP zaadaptowało pomieszczenia biurowe na noclegowe, a męską toaletę, jedyną na trzecim piętrze, przekształciło w pomieszczenie łazienkowe z prysznicem.

Przychodnia lekarska i restauracja to dwa najbardziej dochodowe biznesy. Od ponad 20 lat Centrum Medyczne Damiana, na podstawie porozumienia zawartego jeszcze przed 2002 r. z Zarządem Głównym Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, świadczy usługi medyczne także dziennikarzom i członkom stowarzyszeń. Zakres tych usług wprawdzie jest ograniczony do trzech specjalności: okulista, kardiolog i internista, ale dobre i tyle, bo przynajmniej dziennikarze nie muszą miesiącami wyczekiwać na termin w przychodniach publicznej służby zdrowia. Jakiś zatem pożytek z CM Damiana dziennikarze mają.

Tego samego nie można powiedzieć o restauracji Villa Foksal. Restaurator podnajmujący lokal, również na podstawie umowy zawartej jeszcze z ZG SDRP, był zobowiązany do tego, aby restauracja służyła przede wszystkim dziennikarzom: przystępne ceny, obiady dziennikarskie itp. Za przyzwoleniem SDP „zapomniał” jednak o tych zasadach,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

W PZU Zdrowie jak na folwarku

Trzeba dobrego zdrowia, by czytać o skandalach w PZU Zdrowie i nie zachorować. Za rządów dojnej zmiany działo się tam jak na folwarku, który łaskawy pan przekazał swoim wiernym sługom, by jak najszybciej się wzbogacili. Aferzyści na górze, otoczeni rodzinami prawicowych patriotów, co to z niejednego pieca chleb jedli, jechali bez hamulców.

Andrzej Jaworski, prezes bardzo oddany ojcu Rydzykowi, przychodził i odchodził z PZU Zdrowie, gdy Kaczyński potrzebował poparcia Radia Maryja. Jako prezes spółki w niecałe trzy lata zarobił ponad 3 mln zł.

W PZU Zdrowie bliskich swoich współpracowników ulokował Patryk Jaki. Tłuste posady mieli tam: Magdalena Przydacz, żona ministra u prezydenta Nawrockiego, Dominika Szajnoga z Solidarnej Polski, dyrektorka gabinetu politycznego ministra zdrowia Niedzielskiego, Oliwer Kubicki, rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości, i wielu, wielu innych. Prokuratura ma co robić.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wrocław psuje się od prezydenta

Jackowi Sutrykowi niestraszne są oskarżenia o korupcję i oszustwa, wykruszające się zaplecze polityczne ani nawet referenda o jego odwołanie

Koalicja Obywatelska, dzięki wsparciu której Jacek Sutryk został prezydentem Wrocławia, zaapelowała do włodarza miasta, aby podał się do dymisji. Ma to związek z aktem oskarżenia w sprawie afery korupcyjnej Collegium Humanum, gdzie za łapówki załatwiano dyplomy ukończenia studiów MBA. Taki dokument uprawniał do zasiadania w radach nadzorczych spółek skarbu państwa i spółek należących do samorządów.

Proceder przestępczy

Zdaniem prokuratury Sutryk dogadał się z Pawłem C., rektorem Collegium Humanum, że w zamian za załatwienie dyplomu MBA zatrudni go jako fikcyjnego doradcę w miejskiej spółce Wrocławski Park Technologiczny. Tak też się stało. Już dzień po podpisaniu pierwszej umowy o „doradztwo” prezydent Wrocławia otrzymał dyplom MBA. W ciągu dwóch lat Paweł C. zarobił 75 tys. zł, co było ukrytą łapówką, bo żadnej faktycznej pracy nie wykonał. Tymczasem Sutryk, mając upragniony dyplom, dostał posady w radach nadzorczych trzech spółek samorządowych: Śląskiego Centrum Logistyki w Gliwicach, Regionalnego Centrum Gospodarki Wodnej w Tychach oraz Kolei Dolnośląskich, gdzie łącznie zarobił około pół miliona złotych.

Jak to możliwe, że Sutryk dorabiał na boku, będąc jednocześnie prezydentem Wrocławia? Otóż zaprzyjaźnieni prezydenci i burmistrzowie skupieni w Związku Miast Polskich stworzyli patologiczny układ, zwany „samorządowym Erasmusem” lub akcją „stołek za stołek”. Polegał on na wzajemnym upychaniu się w radach nadzorczych spółek miejskich. Za posady w spółkach na Śląsku Jacek Sutryk odwdzięczył się prezydentom Dąbrowy Górniczej, Sosnowca i Tychów: Marcin Bazylak trafił do rady nadzorczej Wrocławskich Mieszkań, Arkadiusz Chęciński do wrocławskiego zoo, Andrzej Dziuba do spółki Stadion Wrocław.

Jacek Sutryk został oskarżony o popełnienie czterech przestępstw. Oprócz zarzutu wręczenia rektorowi Collegium Humanum łapówki za dyplom MBA usłyszał też zarzuty oszustwa, bo tym w istocie było posługiwanie się fałszywym dokumentem, dzięki któremu mógł zasiadać w radach nadzorczych, za co otrzymał nienależne wynagrodzenie. Maksymalna kara, jaka grozi prezydentowi Wrocławia za popełnione przestępstwa, to 30 lat więzienia.

Choć zebrany przez prokuraturę materiał dowodowy jest mocny, Sutryk nie zamierza ustąpić ze stołka nawet pod naciskiem środowiska politycznego, które w kampanii wyborczej i potem, w rządzeniu miastem, udzieliło mu wsparcia. Stwierdził, że nie złamał prawa, „czuje się ofiarą”, a swoją niewinność udowodni przed sądem. „To nie prokuratura feruje wyroki. Żyjemy w państwie prawa i to sądy decydują, czy doszło do przestępstwa. Chcę skorzystać z prawa do uczciwej obrony, które przysługuje obywatelom”, mówił Sutryk w jednym z wywiadów. Wezwania KO, by podał się do dymisji, nazwał zaś „rewanżyzmem politycznym”.

Prezydent Wrocławia, człowiek nie w ciemię bity, wie, że do prawomocnego wyroku droga bardzo daleka, a następne wybory odbędą się dopiero w 2029 r. Ma przed sobą jeszcze cztery lata rządów. Rezygnacja byłaby przyznaniem się do winy, a honorowa postawa jest obca polskiej klasie politycznej. Poza tym, jak wynika z oświadczenia majątkowego, Sutryk ma do spłacenia ponad 1 mln zł kredytu na zakup domu. Biorąc pod uwagę prezydenckie zarobki (prawie 315 tys. zł w 2024 r.), można uznać za wielce prawdopodobne, że do końca kadencji wywiąże się ze zobowiązań wobec banku Santander. Gdyby jednak podał się teraz do dymisji, zostałby natychmiast bankrutem, bo raczej nie znajdzie się nikt na tyle odważny, by zatrudnić gościa z zarzutami korupcji i oszustwa.

Do dwóch razy sztuka

Sutrykowi niestraszne jest też referendum w sprawie odwołania. Podchodzono do niego dwukrotnie pod szyldem stowarzyszenia SOS Wrocław. Pierwszą zbiórkę podpisów rozpoczęto w styczniu br. Co prawda, inicjatorami akcji byli radni miejscy Jakub Janas,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Przychodzi CBA do Rydzyka

Na co kościelny oligarcha z Torunia przepuścił miliony państwowych złotych

W środę 26 listopada br. na polecenie Prokuratury Krajowej funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego weszli do siedziby Fundacji Lux Veritatis Tadeusza Rydzyka. Agenci zarekwirowali i zabezpieczyli dokumenty w związku ze śledztwem dotyczącym wyprowadzania pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości. Chodzi o siedem umów na 21,5 mln zł, zawartych w latach 2017–2023 między fundacją a funduszem.

Dyskusje ideologiczno-światopoglądowe

Przedsiębiorczy redemptorysta np. za ponad 7 mln zł utworzył Centrum Ochrony Praw Chrześcijan, bo pod rządami PiS w tradycjonalistycznej i ultrakatolickiej Polsce, gdzie 90% obywateli identyfikuje się z religią rzymskokatolicką, katolicy byli rzekomo prześladowani. Kościelni aktywiści z COPC za prześladowanie uznali umieszczenie tęczowej flagi na figurze Chrystusa przed kościołem św. Krzyża w Warszawie, wizerunek Matki Boskiej z tęczową aureolą, marsze równości organizowane przez środowiska LGBT, edukację seksualną, plakat z wizerunkiem św. Faustyny promujący spektakl w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie, protesty przed kościołami w ramach Strajku Kobiet, a nawet zabójstwo księdza z Paradyża, choć zbrodnia ta nie miała podłoża religijnego. Zabójcą okazał się kościelny, przez lata oszukiwany i wyzyskiwany przez proboszcza.

Wszystko wskazuje na to, że utworzenie COPC i dotacje z Funduszu Sprawiedliwości były skokiem na kasę. Miliony złotych nie trafiły do poszkodowanych przestępstwem chrystianofobii, bo przecież takich osób nie było, lecz zasiliły imperium kościelnego oligarchy. Jak wynika z raportu Najwyżej Izby Kontroli, prawie 3,3 mln zł poszło na sfinansowanie cyklu audycji „Rozmowy niedokończone”. Zdaniem NIK „poruszane w toku ww. audycji problemy i zagadnienia wykraczały poza tematykę przeciwdziałania przestępczości i dotyczyły szeroko pojętych kwestii światopoglądowych”, poza tym „audycja »Rozmowy niedokończone« stanowi jeden ze stałych punktów programu TV Trwam, a w trakcie realizacji umowy stacja emitowała inne, zbliżone tematycznie audycje, które nie były finansowane ze środków Funduszu Sprawiedliwości”.

Według NIK oznacza to, że realizując zadania zlecone przez Zbigniewa Ziobrę, Lux Veritatis „nie musiała tworzyć nowych, unikatowych produktów”, „uzyskana dotacja bezpośrednio wspierała więc działalność statutową Fundacji Lux Veritatis”.

Prawie 400 tys. zł Rydzyk przeznaczył na kampanie społeczne: „Czym dla Ciebie jest wiara?”, „Każdy ma prawo wierzyć”, „Każdy ma prawo do wolności myśli, sumienia i religii” oraz „Każdy ma prawo do wolności myśli, sumienia i religii. Reaguj”. Były to 30-sekundowe spoty emitowane w TV Trwam.

Za niecałe pół miliona złotych stworzona została strona internetowa COPC, gdzie zamieszczono cztery „ekspercko-poradnikowe publikacje dotyczące zagadnień prawnych nt. ochrony prawno-karnej chrześcijan w Polsce oraz statusu prawnego rodziców i dzieci w procesie wychowania”. Koszt tych publikacji to skromne 100 tys. zł.

Ponad 1,2 mln zł wydano na utworzenie Biura Sieci Pomocy Prawnej i Poradnictwa Obywatelskiego z siedzibą…

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wielki sponsor z Pcimia

Za prezesury Daniela Obajtka z Orlenu w niejasnych okolicznościach wypływały setki milionów złotych

Przed Sądem Okręgowym w Łodzi toczą się procesy wytoczone przez Orlen Danielowi Obajtkowi i Michałowi Rogowi o zwrot ponad 700 tys. zł, wydanych przez tych menedżerów ze służbowych kart kredytowych na prywatne zachcianki. Ulubieniec Jarosława Kaczyńskiego miał przepuścić ok. 160 tys. zł m.in. na wizyty w luksusowych restauracjach, korektę uzębienia i zabiegi medycyny estetycznej z użyciem botoksu, który sprawia, że twarz nabiera młodego wyglądu. Czy Obajtek zapisał się też na lekcje dobrych manier, gdzie oduczyłby się posługiwania rynsztokowym językiem, tego nie udało mi się ustalić.

W sumie na tzw. koszty reprezentacji zarządu Orlenu w latach 2018-2023 wydano ok. 14,5 mln zł. Przeciętnie zarabiający Kowalski na takie pieniądze musiałby pracować jakieś 150 lat, ale gdy pisowscy nominaci już się dorwali do władzy, nie mieli żadnych hamulców w szastaniu nie swoją forsą, chociaż dostawali zawrotne wynagrodzenia. Tylko w 2023 r. Daniel Obajtek (absolwent technikum rolniczego i Prywatnej Wyższej Szkoły Ochrony Środowiska w Radomiu) zarobił ok. 1,7 mln zł, tj. o prawie 280 tys. zł więcej niż rok wcześniej.

Orlen to największy koncern energetyczny w Europie Środkowo-Wschodniej, zatrudniający kilkadziesiąt tysięcy osób. Przychody i zyski firmy liczone są w miliardach złotych. Spółka zawsze była łakomym kąskiem dla polityków, którzy obsadzali ją swoimi zaufanymi ludźmi, nie zawsze o najwyższych kompetencjach, ale takiego „wybitnego” menedżera jak były wójt Pcimia jeszcze w historii Orlenu nie było (o zasługach Daniela Obajtka pisaliśmy m.in. w tekście „Dyzma Kaczyńskiego i stracone miliardy złotych”, „Przegląd” nr 18/2025). Ani równie gigantycznych wydatków na marketing, sponsoring, darowizny, doradców i prawników. Jeszcze w 2017 r., zanim Obajtek zasiadł w fotelu prezesa Orlenu, wspomniane koszty kształtowały się na poziomie ok. 200 mln zł. Od 2018 r. zaczęły gwałtownie rosnąć – z 255 mln zł do ponad 765 mln zł w 2023 r. Przez sześć lat rządów Obajtka w Orlenie wydano ponad 2,8 mld zł.

Propagandziści i sportowcy

W 2023 r. Najwyższa Izba Kontroli chciała sprawdzić, kto i na jakich zasadach korzysta z hojności prezesa Orlenu. Jednak ten nie wpuścił kontrolerów, zasłaniając się tajemnicą spółki. Tak naprawdę chodziło o to, żeby na jaw nie wyszły liczne nadużycia i szwindle.

Pieniądze z Orlenu nie płynęły do przypadkowych osób. Kilkadziesiąt milionów złotych trafiało każdego roku do propisowskich mediów – głównie rządowej TVP oraz koncernów medialnych braci, Michała i Jacka Karnowskich oraz Tomasza Sakiewicza, zapewniających PiS wsparcie propagandowe. Naftowa spółka oprócz wykupywania reklam sponsorowała sztandarowe imprezy: „Sylwestera marzeń” TVP, galę Człowieka Wolności Tygodnika „Sieci” i galę Człowieka Roku „Gazety Polskiej”. Oczywiście honorowani przez wspierające PiS media byli wyłącznie politycy ówczesnej partii rządzącej, m.in. Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Mariusz Błaszczak, Andrzej Duda, Julia Przyłębska czy Piotr Gliński. W 2021 r. doszło do kuriozalnej sytuacji, gdy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

„The Telegraph”: Zełenski traci kontakt z rzeczywistością

Kijów ugrzązł w skandalu korupcyjnym, który może obalić prezydenta Ukrainy

„Witamy w Ukrainie, najbardziej skorumpowanym kraju w Europie”, pisał 10 lat temu Oliver Bullough na łamach dziennika „The Guardian”. Od tego czasu nic się nie zmieniło. Kijów ugrzązł w skandalu korupcyjnym, który może obalić prezydenta Zełenskiego.

7 grudnia 2022 r. amerykański magazyn „Time” ogłosił prezydenta Wołodymyra Zełenskiego Człowiekiem Roku. Redaktor naczelny Edward Felsenthal tak uzasadnił decyzję: „Za udowodnienie, że odwaga może być równie zaraźliwa jak strach, za inspirowanie ludzi i narodów do jednoczenia się w obronie wolności, za przypomnienie światu o kruchości demokracji i pokoju”.

Także dziennik „Financial Times” przyznał Zełenskiemu tytuł Człowieka Roku. W tamtym czasie na prezydenta spłynął deszcz nagród, wyróżnień i odznaczeń. 16 amerykańskich uniwersytetów przyznało mu tytuły doktora honoris causa. Parlament Europejski – Nagrodę Sacharowa. W Akwizgranie odebrał Międzynarodową Nagrodę Karola Wielkiego.

W czerwcu 2023 r. ceniony londyński think tank Chatham House uhonorował Zełenskiego swoją nagrodą „za wkład w stosunki międzynarodowe”. National Constitution Center w Filadelfii przyznał mu Liberty Medal i 100 tys. dol., a Ronald Reagan Presidential Foundation and Institute – Ronald Reagan Freedom Award.

Polska nie mogła być gorsza. 5 kwietnia 2023 r. prezydent Andrzej Duda, Wielki Mistrz Orderu Orła Białego oraz przewodniczący jego kapituły, „w uznaniu znamienitych zasług” uroczyście wręczył Zełenskiemu to najstarsze i najwyższe polskie odznaczenie.

Wszystko zmieniło się 10 listopada br., gdy Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) i Specjalistyczna Prokuratura Antykorupcyjna (SAP) ujawniły szczegóły śledztwa prowadzonego od 15 miesięcy pod kryptonimem „Operacja Midas”. Okazało się, że w Kijowie na szczytach władzy działała zorganizowana grupa przestępcza, która zarządzała rozległym systemem korupcyjnym w strategicznym sektorze energetycznym Ukrainy. Jego epicentrum stanowił państwowy koncern Enerhoatom, operator tamtejszych elektrowni jądrowych i największy producent energii elektrycznej w kraju.

Skala i charakter tego procederu, a przede wszystkim personalne powiązania głównego podejrzanego Timura Mindycza z prezydentem Zełenskim nadały aferze wyjątkową rangę. Zachodnie media, które w 2022 r. ukochały ukraińskiego lidera, dziś są wobec niego nie mniej krytyczne niż kremlowscy propagandyści. Zełenski stał się osobą podejrzaną. I nie ma znaczenia fakt, że spotykają się z nim przedstawiciele państw europejskich. Oskarża się go o to, że w warunkach wojennych zbudował w Ukrainie niemal dyktatorski system, którego jego poprzednicy – Wiktor Janukowycz i Petro Poroszenko – mogą mu tylko pozazdrościć. A co najgorsze – tolerował gigantyczną korupcję, którą trudnili się ludzie z jego najbliższego otoczenia. Nie to obiecywał Ukraińcom, kandydując w wyborach prezydenckich w 2019 r.

Człowiek ze złotą toaletą

Od 10 listopada br. zachodnie media szczegółowo relacjonują wyniki śledztwa NABU. Portal Politico podał, że funkcjonariusze przeanalizowali ponad tysiąc godzin podsłuchów i ujawnili schemat wyłudzania łapówek w wysokości 10-15% wartości kontraktów zawieranych przez państwowego operatora ukraińskich elektrowni jądrowych – Enerhoatom. Łączna kwota pozyskanych „prowizji” szacowana jest na ok. 100 mln dol.

Pieniądze te były prane w firmie, której biuro mieściło się w centrum Kijowa, w budynku należącym do rodziny Andrija Derkacza, byłego ukraińskiego polityka. Ten w 2022 r. zbiegł do Rosji, a dziś jako senator zasiada w izbie wyższej rosyjskiego parlamentu – Radzie Federacji.

15 listopada br. „Financial Times” opublikował artykuł Fabrice’a Depreza, korespondenta w Kijowie, zatytułowany „Worki z pieniędzmi i złota toaleta” i opatrzony zdjęciem złotej toalety, która jakoby miała znajdować się w jednym z apartamentów Mindycza. To zdjęcie zamieściliśmy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Jak Trump testuje prawo łaski

Akt miłosierdzia w rękach amerykańskiego prezydenta zmienia się w kolejne narzędzie naboru i ochrony lojalistów

Korespondencja z USA

Przez stulecia amerykańscy przywódcy używali prawa prezydenckiej łaski jako symbolu, aktu pojednania albo korekty nazbyt surowego wyroku, jeśli przemawiały za tym okoliczności. Trump, jak to on, podeptał tę tradycję, zmieniając akt łaski w kolejne narzędzie szerzenia korupcji i ochrony lojalistów. Ale czy tylko?

„Ułaskawienie (…) to akt dobroczynności udzielany w dyskrecji przez władzę wykonawczą (…) i nie winien być traktowany jako wymierzanie kary, ale korekta ewentualnie zbyt rygorystycznych praw”, pisał w 1788 r. Alexander Hamilton, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, uczestnicząc na łamach ówczesnej prasy w publicznej debacie na temat prac nad konstytucją. Konstytucja weszła oficjalnie w życie rok później, a prawo prezydenckiej łaski zostało w niej opisane w art. II jako „prawo do udzielania odroczeń i ułaskawień za przestępstwa przeciwko Stanom Zjednoczonym, z wyjątkiem przypadków impeachmentu”.

Pierwszego ułaskawienia dokonał już Jerzy Waszyngton, stwarzając ważny precedens, który nada prezydenckiemu miłosierdziu specyficzny charakter – w 1794 r. przebaczył winy liderom ruchu oporu przeciwko wyższym podatkom na whisky. Nowo powstałe, ale bardzo zadłużone po wojnie niepodległościowej państwo chciało w ten sposób podreperować swój budżet. Choć do stłumienia „rebelii o whisky” Waszyngton potrzebował aż 13 tys. żołnierzy i tym samym stał się jedynym w historii USA urzędującym prezydentem udzielającym się na polu bitwy, użył prawa łaski, by zasygnalizować, że w nowoczesnym państwie szanującym prawa człowieka każdy zasługuje na drugą szansę.

Ta sama myśl przyświecała 30 lat później Andrew Jacksonowi, gdy ułaskawił seryjnego rabusia pocztylionów skazanego na karę śmierci. Co ciekawe, złodziej nie przyjął jego aktu łaski, tworząc z kolei precedens, że prezydenckie ułaskawienie musi być zaakceptowane przez adresata, by nabrało mocy prawnej.

W myśl idei o drugiej szansie Andrew Johnson ułaskawił w 1865 r. wszystkich ocalałych z wojny żołnierzy armii konfederackich, a Barack Obama – setki przestępców, głównie kolorowych, odbywających wyroki za pomniejsze przewinienia związane z kradzieżą i posiadaniem narkotyków.

Łaska pod lupą

Przez większą część dziejów Amerykanie bardzo uważnie patrzyli jednak prezydentom na ręce i nie wahali się ich krytykować, gdy stwierdzali, że sprawy posunęły się za daleko. Tak było w przypadku łaski dla Richarda Nixona, skazanego za aferę Water-gate (nielegalne podsłuchiwanie opozycji), któremu pomógł jego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.