Beksiński był cały ogarnięty lękami

Beksiński był cały ogarnięty lękami

Przez 12 lat byłem niejako chlebodawcą malarza, jedynym źródłem dochodów jego i całej rodziny

Piotr Dmochowski – marszand i przyjaciel Zdzisława Beksińskiego

Pana postać grana przez Andrzeja Chyrę pojawia się w filmie „Ostatnia rodzina”. Jak pan ocenia tę rolę?
– Mój wizerunek jest potraktowany marginalnie, nie jestem tutaj specjalnie ważną postacią. Wcześniej, gdy otrzymałem scenariusz filmu, uznałem, że moja sylwetka jest tam niewłaściwie pokazana, zgłosiłem wtedy zastrzeżenia, które zostały uwzględnione. Nie sprzeciwiałem się więc takiemu ujęciu, ale w istocie mój udział w życiu Zdzisława Beksińskiego był daleko większy niż w filmie, bo przez 12 lat byłem niejako chlebodawcą malarza, jedynym źródłem dochodów jego i całej rodziny. W filmie pojawiam się trzy razy na kilka sekund, ale realnie o wiele częściej występowałem w jego codziennym życiu. Na przykład nie ma w ogóle mowy o naszych dyskusjach i sporach, krążących nieustannie wokół zabezpieczenia finansowego, którego pragnął Beksiński, związanych też z moim pragnieniem zdobycia jego najlepszych obrazów.

A jak panu się podoba filmowa postać Beksińskiego grana przez Andrzeja Seweryna?
– Mam wrażenie, że twórcom filmu zależało na pokazaniu człowieka dosyć przeciętnego, typowego Kowalskiego, który od czasu do czasu maluje jakiś obraz, czego zresztą się nie pokazuje. Nie widać, że to jest wybitny artysta, znany w całym kraju, który pracuje przez wiele godzin dziennie, słuchając muzyki, głównie klasycznej, ale także popu, do czego przekonał go syn Tomek. Obaj w tej kwestii mieli sobie wiele do powiedzenia. Brakowało mi w postaci Beksińskiego jego ogromnego uroku, jakim emanował podczas spotkań z ludźmi, jego uśmiechu, dowcipu, wielkiej inteligencji i erudycji. Był szalenie miłym rozmówcą, z którym można było przegadać 12 godzin bez zmęczenia, ale potrafił też być nieprzyjemny, co widać w publikowanych obecnie listach i dzienniku. Z tego dziennika dowiedziałem się, jak wielkie miał do mnie pretensje.

Twórców filmu najwyraźniej nie interesowała sztuka, którą tworzył Beksiński, bardziej chodziło o jego charakter.
– W tej dziedzinie też niewiele o nim powiedzieli. Chociażby o tym, jak ogromnie ważny w jego życiu był seks, stanowiący jeden z naczelnych motorów jego twórczości, jakie marzenia nim władały. Tylko w jednej z pierwszych scen filmu Zdzisław wyznaje w rozmowie ze mną, jakie ma makabryczne pragnienia erotyczne, ale to tylko mało zauważalny epizod, który jedynie sugeruje, jak bardzo skomplikowana była to osobowość, pełna sprzeczności, wątpliwości i wahania. Nie widać też na filmie innego motoru jego twórczości, jakim był lęk. Owo uczucie, które wywołują jego obrazy, nie jest przecież dziełem przypadku. On bał się okropnie śmierci, stale i nieustannie, jeszcze od czasów młodości. Nie wierzył w życie pozagrobowe, ale chciał przetrwać w swoich dziełach, a to rzutowało na jego codzienne życie i sztukę. Miał np. nadzieję, że w muzeum w Sanoku będzie już „na zawsze”, chciał także na mnie wymóc przyrzeczenie, że nigdy nie sprzedam jego obrazów, że one się nie rozproszą po świecie. Chociażby tylko w swoich pracach, ale za wszelką cenę chciał przetrwać na zawsze.

To dosyć dziwne żądanie w stosunku do człowieka, który poszukuje nabywców i przesyła artyście pieniądze.
– Beksiński chyba łudził się, że jestem ogromnie bogaty i kupuję od niego obrazy głównie dla siebie, co było w części prawdą, bo w istocie postarałem się, by w mojej i mojej żony prywatnej kolekcji znalazły się jego najlepsze dzieła, to znaczy ponad sto obrazów, sto rysunków i sto fotografii, których nie ruszamy i nie sprzedajemy. Oczywiście prace te są pokazywane na różnych ekspozycjach. Obecnie w Muzeum Archidiecezji w Warszawie są obrazy, rysunki i zdjęcia wypożyczone z Miejskiej Galerii Sztuki w Częstochowie, gdzie je zdeponowaliśmy kilkanaście lat temu, jak również prace z naszego paryskiego mieszkania.

Co zawierała pańska umowa z artystą?
– Miałem obowiązek kupowania od niego 12 obrazów rocznie. W rzeczywistości kupowałem ok. 20 obrazów rocznie, prawie całość jego rocznej produkcji. On sam nie sprzedawał osobom trzecim, bo mu umowa tego zakazywała. Oczywiście wolałbym kupować same jego bardzo dobre obrazy, ale musiałem brać również złe.

Mówiąc złe o obrazach mistrza, postawiłbym cudzysłów. Bo co to znaczy „złe”?
– Mówię tak, bo według samego Beksińskiego niektóre były nieudane, wyraźnie słabsze. Mnie one też się nie podobały. Ale braliśmy z żoną wszystko. Ustalona cena każdego obrazu była kwotą tysiąca dolarów, bez względu na jego jakość, ale na koniec Beksiński zerwał naszą umowę.

Dlaczego?
– Bo po prostu spółka ze mną przestała mu się opłacać. Początkowo, gdy zawiązywaliśmy umowę, dolar miał w Polsce wartość 150 zł, a po upadku PRL spadł na 4 zł. Beksiński z człowieka bardzo bogatego, świetnie zarabiającego, nagle stał się biedny.

Wszystkiemu winne były dolary, którymi pan płacił za obrazy, ale po zerwaniu umowy obrazy nadal przychodziły.
– Zrywając nasze układy handlowe, Beksiński musiał zapłacić mi odszkodowanie. Umówiliśmy się, że będzie to 50 obrazów. On tego dokonał z bólem serca, ale na szczęście nie były to obrazy spośród tych najsłabszych. O naszym konflikcie, zerwaniu, a później znów pogodzeniu się nie ma w filmie ani słowa. A właśnie sytuacja materialna Beksińskiego była także powodem jego nieustannego lęku. Bał się, że dobry zarobek może się skończyć. Bał się również swego syna Tomka, który był osobowością patologiczną i stale groził, że popełni samobójstwo. Bał się o życie żony, Zosi, którą bardzo kochał, a która miała fatalnie umiejscowiony tętniak. Było wiadomo, że któregoś dnia pęknie, a ona upadnie martwa. Beksiński był cały ogarnięty lękami.

Zapytam jeszcze o filmowy wizerunek Tomka Beksińskiego.
– Z nim dużej styczności nie miałem, choć przychodził często do domu rodziców i zawsze witał się ze mną „Heil Hitler”. Przychodził, by coś zjeść albo zatelefonować. Pewnego razu zaprosił mnie do swojego mieszkania, by pokazać kolekcję obrazów podarowanych mu przez ojca. Co roku miał prawo do jednego, swobodnie przez niego wybranego. Uzbierało się ich chyba z 16. Poszedłem. Po drodze Tomek zwierzał się ze swojej depresji, której jednak nie chciał leczyć, ze stałego pragnienia samobójstwa, którym straszył ojca i matkę. À propos: na drzwiach w jego mieszkaniu stale wisiała klepsydra sporządzona i wydrukowana jeszcze za młodu, gdy był wyrostkiem, zawiadamiająca, że Tomasz Beksiński zginął śmiercią tragiczną. Jego to bawiło, nawet jak był już dorosłym człowiekiem. Chwalił się przede mną, że gdy porozklejał te klepsydry na murach Sanoka, to zamknął swoją babcię na strychu i obserwował przez dziurkę od klucza, kto z sąsiadów przyjdzie złożyć nieobecnym rodzicom kondolencje. Oni akurat wyjechali do Warszawy. Był infantylny.

Kupił pan coś od Tomka?
– Chciałem. On początkowo nie wyrażał ochoty, ale pewnego razu napisał do mnie, że chce zbyć jeden obraz, bo potrzebne mu są pieniądze na zakup płyt, które prezentuje w radiu. Kupiłem bardzo dobry obraz, choć miałem nadzieję na jeszcze inny.

Czyli film ukazał tę postać w miarę prawdziwie.
– W „Ostatniej rodzinie” potraktowano go złośliwie, z ironią, trochę jako półgłówka, którym nie był. Rodzice jednak się go bali, bo był awanturniczy, nieprzyjemny, agresywny. Gdy wchodził do mieszkania, ojciec zaraz ściszał głos, bo nie chciał sprowokować jakimś niezręcznym słowem nowej awantury. Obraz syna w filmie był przerysowany i to reżyserowi zarzucali przyjaciele Tomka.

W jednym z wywiadów wyznał pan, że chciał na Zachodzie zrobić z Beksińskiego wielkiego malarza, ale udało się to tylko w Korei i w Japonii. Dlaczego?
– To dla mnie niepojęte. Miałem początkowo nadzieję, że w Paryżu uda się szybko wypromować twórczość tego wielkiego malarza, ale po wieloletnich doświadczeniach zrozumiałem, że to miasto, wielki ośrodek kultury, dzieli się na dwie części. Publiczność, która przyjmowała tę sztukę entuzjastycznie, i establishment, który był i jest całkowicie niechętny. Żadna galeria nie chciała wystawić Beksińskiego, żadne muzeum nie było zainteresowane. Za własne pieniądze wydrukowałem w Korei piękny dwutomowy album z jego pracami i rozesłałem komplet do wszystkich 300 decydentów w Paryżu i innych ośrodkach francuskich. Otrzymałem tylko jedno potwierdzenie odbioru przesyłki. Zainteresowanie było zerowe. Po kilku latach i po wystawach organizowanych przeze mnie najpierw w wynajętej galerii, a potem we własnej, przyszedł do mnie jeden z dyrektorów Centrum Pompidou z asystentką. Chciał wypożyczyć jeden obraz na wystawę czasową poświęconą miastu. Wybierał, wybierał, ale w rezultacie nic z tego nie wyszło.

Może dla Francuzów malarstwo Beksińskiego jest za trudne, zbyt posępne?
– Może coś w tym jest. W zachodniej prasie ukazał się jeden tekst w przypominającym „Playboya” magazynie „Penthouse”. Dziennikarz wydawał się zainteresowany naszym twórcą i opublikował na trzech stronach tekst, w którym jednak więcej było o stanie wojennym w Polsce i o gen. Wojciechu Jaruzelskim niż o Beksińskim i o jego sztuce. Dopiero ostatnio jeden z francuskich malarzy, zakochany w Beksińskim, gdy został prezesem jednego z paryskich salonów, zaproponował wystawę w Grand Palais przy Polach Elizejskich. Trzy sale tej dużej ekspozycji przeznaczono dla naszego mistrza. Zaprezentowaliśmy kilkanaście jego obrazów, rysunków i zdjęć. Wystawa była bardzo udana, przez Grand Palais przewinęło się 35 tys. ludzi, ale w efekcie nie ukazała się żadna wzmianka w prasie. Media nie wyraziły zainteresowania. Jeden tekst wprawdzie się ukazał, ale dlatego, że był przez nas sponsorowany. Nie chcę być niesprawiedliwy, bo polski establishment jest taki sam i służalczo naśladuje to, co się dzieje w Paryżu i Nowym Jorku.

A w Korei i w Japonii?
– To długa historia. Tam trafiłem na ludzi, którym obrazy Beksińskiego bardzo się spodobały. Jak przed chwilą wspomniałem, Koreańczycy wydrukowali przygotowane przeze mnie piękne albumy z obrazami artysty. Te albumy musiały jakoś trafić do Japonii, bo po ich obejrzeniu przyjechała grupa Japończyków, jak się później okazało, wcale nie znawców sztuki, ale inwestorów, którzy chcieli od nas kupić jak najwięcej obrazów, by na nich grubo zarobić. Pojechali również „po cichu”, za moimi plecami, do Polski, aby podkupić Beksińskiego, ale ten im nie ufał. Sądził, że to mafia, która pierze w ten sposób brudne pieniądze. Tym Japończykom sprzedałem ok. 60 obrazów. Zapłacili milion dolarów, wyjechali. Potem ta grupa inwestorów splajtowała, ale obrazy w Japonii nadal są i kiedyś z pewnością wypłyną na rynek. Ich wartość systematycznie rośnie, choć muzeum w Osace, gdzie były eksponowane, zostało zamknięte. Później pojawili się u mnie inni Japończycy, też zafascynowani tą twórczością. Ci z kolei wydali japońskie albumy o sztuce mistrza.

Dlaczego na pierwszej wystawie zorganizowanej w Paryżu chciał pan sprzedawać Beksińskiego drogo, nawet po 360 tys. franków za obraz? Czy brał pan te ceny z sufitu?
– Byłem jeszcze bardzo niedoświadczonym marszandem i ceny wziąłem właśnie z sufitu. Konkretnie mówiąc, widziałem na aukcji pewien obraz w tym samym stylu jakiegoś zachodniego twórcy, daleko słabszego od Beksińskiego, za 500 tys. franków, i stąd mój idiotyczny pomysł, że nasz malarz też może się za takie pieniądze sprzedać. Oczywiście myliłem się, bo cena zależy od wyrobionego nazwiska, a nie od jakości obrazu. Nikt nic nie kupił, a ja po wynajęciu sali, opłaceniu promocji i innych kosztach znalazłem się w milionowych długach. Obawiałem się nawet, że na ich spłacenie będę musiał sprzedać własne mieszkanie. Dopiero rok później, na drugiej wystawie, kiedy ceny obniżyłem prawie czterokrotnie, obrazy się sprzedały. Moja prywatna galeria w Paryżu, po sześciu latach działania, od 1989 do 1996 r., została zamknięta. Nazwisko Beksińskiego jest znane i poważane przede wszystkim w Polsce, m.in. dzięki książce pani Grzebałkowskiej i filmowi pana Matuszyńskiego, które skupiają się na tragicznym losie artysty, jego dramatycznej śmierci i legendzie, w jaką spowite są jego obrazy. Z powodu jego strasznej śmierci, a potem dzięki książkom i słuchowiskom, sztukom teatralnym, filmom itd., o Beksińskim dziś wie prawie każdy polski licealista.

Na koniec zapytam o pańskie poglądy na sztukę współczesną jako kolekcjonera i człowieka, który dostrzegł w Zdzisławie Beksińskim nie tylko niesamowite wizje figuralne, ale i absolutne, tradycyjnie pojmowane mistrzostwo plastyczne, porównywalne z dziełami mistrzów renesansu czy baroku.
– Tak. Właśnie to zwróciło od razu moją uwagę na tego artystę i sprawiło, że poświęciłem tyle sił na upowszechnienie jego sztuki. Jednocześnie powodował mną bunt przeciwko wszelkiemu hochsztaplerstwu i cwaniactwu w sztuce współczesnej. Bo dzięki manipulacjom opinią publiczną establishment, o którym już wspominałem, był w stanie wmówić ludziom, że wielkie nic, marne prowokacje i mizdrzenie się są wielką sztuką. Kilku dziennikarzy i dyrektorów muzeów może skutecznie wesprzeć kariery twórców, którzy wcale na to nie zasługują, bo nie mają talentu. To zwyczajne szalbierstwo, że np. włoski artysta Piero Manzoni, który zapakował swoje odchody do 90 puszek, sprzedawał „dzieła” muzeom za duże pieniądze. Setki tysięcy, a nawet miliony płaci się za płótna pocięte żyletką czy nożem przez Lucia Fontanę. Yves Klein jest też jednym z najdroższych malarzy, choć do swoich obrazów używał niebieskiej farby w spreju i w ciągu 30 minut potrafił pistoletem zabarwić 30 gipsowych reprodukcji rzeźby Wenus z Milo. To są cwaniackie numery, na które wielu daje się nabrać. Takich artystów jest daleko więcej i mają wysoko postawionych popleczników. Natomiast prawdziwe mistrzostwo jest często niedoceniane. Mój upór w promocji Beksińskiego jest niejako protestem przeciw nabijaniu ludzi w butelkę. Chcę moją pracą pokazać im, gdzie znajduje się prawdziwa sztuka.

Wydanie: 25/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy