Bić Żyda

Bić Żyda

Jeśli Gross sądził, że swoją książką przeciwstawi się antysemityzmowi, to się przeliczył

Książkę „Strach” Jana Tomasza Grossa czytałem co prawda w języku angielskim, ale już w roku 2007. Zdumiewa mnie, że wywołuje ona skrajnie polemiczne reakcje Polaków. Moje zdumienie wynika z przekonania, że podawane w niej „dowody rzeczowe” są przecież „odkrywaniem Ameryki”.
Każdy, kto ma jakie takie pojęcie o wydarzeniach drugiej połowy XX w. w Polsce i kto w pamięci odnotowuje choćby w zarysach nadwiślańską faktografię, wie wszystko o pogromach krakowskim i kieleckim, wyczynach „Ognia”, listach sporządzanych przez UB w latach 1953-1955, obejmujących ludzi pochodzenia żydowskiego i mających być podstawą do internowania Żydów, kiedy przyjdzie na to czas. Jest to przecież okres demonstracyjnie prowadzonej w Moskwie agitki antyżydowskiej przebiegającej pod hasłem „Lekarze żydowscy chcieli zamordować Stalina”. Każdy zna wydarzenia z 1968 r., kiedy zmuszono 35 tys. obywateli polskich o żydowskich korzeniach do emigracji. Każdemu znane są niezliczone napisy na murach domów o nader jednoznacznej treści: „Żydzi do pieców”, „Bij Żyda”, „Żydzi = SS”. Nikt nie może udawać, że nie zna postaw ks. Jankowskiego albo o. Rydzyka lub Macieja Giertycha, który w Parlamencie Europejskim w Brukseli głosił, że Żydzi są zdemoralizowaną, niższą rasą. Takie przykłady można by mnożyć, ale posłużmy się tylko najbardziej znanymi. Atak pewnej części społeczeństwa polskiego na książkę Grossa można więc chyba uzasadnić tylko faktem, że katalogizując wydarzenia antysemickie nad Wisłą w czasie od 1945 r., niejako je zmasował, co wywołuje przerażenie i pytania o skalę nienawiści. Ale jeśli Gross sądził, że swoją książką przeciwstawi się antysemityzmowi, to się przeliczył. Dał widocznie wiarę swoim marzeniom, że słowa mogą mieć czarodziejską moc. Ta „naiwność” wynika chyba z faktu, że Gross niedokładnie zajął się genezą antysemityzmu w Polsce i tym, że polskość oznacza m.in. agresywny stosunek do Żydów, „morderców” Chrystusa.
Najczęściej polskość pobudzano na siłę, aby podgrzać nastroje wygodne dla sprawującej właśnie władzę grupy politycznej. Populistyczne propagowanie przez falangistów tezy, że istnieją narody gorsze lub lepsze, jest przecież faszyzmem. Każdy naród ma swoją specyfikę, ale ta nigdy nie zapewnia wyższości ponad inne nacje.
Przypomnijmy, że tradycja żydowska bardzo się różniła od polskiej, choćby ze względu na specyficzny strój ortodoksów, ich tendencję do skupiania się

we własnych gettach,

a także odmiennym praktykowaniem religii, której kanony, z wyjątkiem zasady monoteizmu, różniły się diametralnie od zasad religii katolickiej. W wyniku najrozmaitszych zarządzeń politycznych włodarzy Polski Żydom nie wolno było wykonywać wielu zawodów, a te, które im zostały, a więc szynkarstwo, lichwiarstwo, bankowość i kilka innych, spotykały się w społeczeństwie polskim z pogardą. Do tego dochodzi jeszcze problem zwalczania „jednego brata” przez „drugiego brata”, co w Kościele katolickim głównie znajdowało wyraz w odrzucaniu żydostwa jako zasadniczego źródła religii katolickiej. Przecież dla Kaina nie było większego wroga niż Abel. A własny „sąsiad” jest zawsze największym wrogiem. Ukłon w stronę hebrajskich i izraelskich źródeł wydawał się hierarchii kościelnej dowodem niedoskonałości własnego systemu religijnego. W końcu trzeba było walczyć z narażeniem życia o prawdę, czyj Bóg jest właściwie panującym Bogiem: żydowski czy też katolicki? To pewnie z tych względów, „konkurencyjnych” dla komunistów sowieckich, najniebezpieczniejszy okazał się komunizm europejski, groźniejszy niż amerykański kapitalizm. Także w Chinach, w czasach rewolucji kulturalnej, nie kapitalizm światowy, lecz komunizm sowiecki lub jugosłowiański był bardziej znienawidzony niż Wall Street. Hasło, że Żydzi zabili Chrystusa, okazało się doskonałym cementem własnej, nowej religii, jedynie prawdziwej i uniwersalnej. Do czasu Karola Wojtyły nikt w Kościele nie starał się o poniechanie tej nienawiści do Żydów.
W latach 1918-1939 żydowska społeczność w Polsce stanowiła około 7% ludności, ale to wystarczało ówczesnej Falandze, by nadać antysemityzmowi rangę ideologii propagującej agresję wobec mniejszości narodowej wyznania mojżeszowego. Wiadomo: najłatwiej się rządzi, jeśli wynajduje się wroga, przydając mu cechy, które mają nieść zagrożenie dla własnej nacji.
W naturze ludzkiej tkwi głęboko zakorzeniona cecha: homo homini lupus est. Na nic, jako ewentualny kontrargument przeciw tej „ideologii”, nie zdało się to, że tkalnie Poznańskiego i Kohna w Łodzi (aby przytoczyć dowolny przykład) zatrudniały tysiące robotnic, zapewniając im warunki socjalne, o których inni mogli tylko marzyć. A „Wisłoka”, czyli żegluga na Wiśle – zorganizowana i finansowana przez żydowską rodzinę Mireckich – czy nie zatrudniała setek flisaków? A cukrownie i tartaki braci Ecksteinów, Thornów i jak oni się tam wszyscy wokół Kołomyi nazywali… – czyż nie zapewniały Hucułom pracy, bez której nędza tej karpackiej mniejszości etnicznej byłaby wręcz okrutna? A młyny parowe Mondscheinów czy Gruftów w Galicji – kto dziś potrafi jeszcze je wszystkie wyliczyć? – czyż nie gwarantowały miejsc pracy tysiącom robotników? A eksport polskiej szynki i nabiału – wówczas w większości w żydowskich rękach, np. Inslerów ze Stanisławowa – czy to nie z tego płynęły do Polski dewizy, które zapewniały stabilny kurs przedwojennej złotówki w stosunku do dolara? Żydowscy zecerzy okazali się na tyle uzdolnieni, że właściwie tylko oni obsługiwali drukarnie i oficyny wydawnicze. A szlifierze luster w fabryce Vita w Krakowie? A woźnice, rozwożący wodę sodową, lemoniady i lody? Żydzi – zaledwie 7% społeczeństwa! – a „ruch jak za kołnierzem”. Ale był to ruch umacniający polską ekonomię, co – jak wiadomo – doceniał Józef Piłsudski, który do tego stopnia popierał Żydów, że ci nazywali go Dobrym Ojcem czy też

Najlepszym Dziadkiem.

Przecież to Naczelnik nie tylko mianował Żyda Monda generałem, ale też uczynił komendantem jednego z najważniejszych w przedwojennej Polsce okręgów wojskowych! Cóż z tego, skoro narodowa Falanga, a za nią pół narodu, głosiła uparcie: „Żydzi zabijają niemowlęta na macę”, „Żydzi zamierzają zgładzić Polskę!”, „Żydzi zamordowali Chrystusa”. Jak łatwo było nienawidzić Żydów, skoro w Polsce, tak na dobrą sprawę, nigdy nie było na tyle znaczącej postaci, która mogłaby stanąć w ich obronie! Przecież nie posiadali oni własnego państwa, nie dysponowali żadną międzynarodową organizacją, która w reakcji na antysemityzm odpowiedziałaby jakimś rabanem, bojkotem, wielką polityczną demonstracją.
Część społeczeństwa żydowskiego próbowała w tej sytuacji radykalizować się, co przebiegało pod hasłem rewizjonizmu (z Żabotyńskim na czele), ale nie przyniosło specjalnych sukcesów, w wyniku tradycyjnej, czyli pasywnej postawy większości Żydów („tylko z nikim nie zadzierać…”). Ślady tego „rewizjonizmu” pojawiły się w czasie okupacji hitlerowskiej w formie ucieczek młodych ludzi do lasów, gdzie zamierzali ocaleć jako partyzanci. Historia Europy w ogóle, a historia Polski w szczególności pomija do dziś milczeniem ich tragiczny los. W lasach unicestwiały ich fizycznie niektóre grupy polskich i innych falangistów. Cokolwiek by na ten temat powiedzieć, nie da się zmienić faktu, że wybito tych zbiegów z gett ku entuzjazmowi hitlerowców dokonujących Judenendlösung. Jak wytłumaczyć, jak zrozumieć, że pewne polskie ugrupowania partyzanckie zamiast pomóc ofiarom okupanta, eliminowały je fizycznie? Czy Żydzi rzeczywiście stworzyli – za co trzeba było się na nich rzekomo mścić – „żydokomunę”, która jakoby dążyła do obalenia niepodległości Polski i do zorganizowania na jej terenie ślepo oddanej ówczesnemu Związkowi Radzieckiemu „kolonii”? Tym argumentem tłumaczyli przecież falangiści swą nienawiść do nich. Czy sowiecka władza naprawdę protegowała „żydokomunę”?
W czasach stalinowskich czystek w latach 30., wysyłano na Sybir albo zamordowano w więzieniach NKWD wszystkich bez wyjątku teoretyków komunizmu pochodzenia żydowskiego: Kamieniewa, Bucharina, Zenowiewa, Radka, a także nielicznych, wybitnych intelektualistów, polityków, uczonych, ludzi sztuki i kultury, ale i zwykłych robotników pochodzenia żydowskiego. Wyliczanie ich zajęłoby za dużo miejsca, i tak każdy zna szczegóły. Za wystarczający powód takiego zniszczenia uznano rosnący antystalinizm żydowskich „wrogów proletariatu”. Nawet Babi Jar, jako symbol totalnego wyniszczenia sowieckich Żydów przez hitleryzm, szybko przemianowano na miejsce kaźni „obywateli sowieckich”, wstydliwie ukrywając, że w rzeczywistości chodziło tam w zasadzie tylko o Żydów. Także po zakończeniu II wojny światowej najbliższy współpracownik Stalina, Żdanow, zaatakował oficjalnie i frontalnie obywateli sowieckich pochodzenia żydowskiego – działo się to w sierpniu 1946 r. – zarzucając im antysowieckość i kultywowanie syjonizmu, a wychodzący pod jego kierownictwem periodyk „Eyrikjat” postulował podjęcie natychmiastowych, „zdecydowanych” rządowych kroków w kierunku

likwidacji Żydów intelektualistów.

W czerwcu 1947 r. NKWD posuwa się w konsekwencji do dramatycznych kroków: aresztuje Itzika Kipnisa, a w listopadzie morduje aktora Salomona Mikojejsa. W 1952 r. na Butirkach rozstrzelano Pereca Markisza, Itzika Fefera, Dawida Bergerzona, Dawida Hofsteina, Lajba Kwitkę, Samuela Persowa, Beniamina Zuskina i wielu innych, po czym w listopadzie podjęto bezprzykładną akcję przeciw komunistom pochodzenia żydowskiego, zajmującym stanowiska już poza granicami Związku Radzieckiego. Ofiarami stają się Rudolf Slansky w Pradze, Anna Pauker w Rumunii, Lajos Rajka na Węgrzech – wszyscy sądzeni w pokazowych procesach. W każdym satelickim kraju odbywały się analogiczne farsy lokalnego „sądownictwa”, kończące się zazwyczaj natychmiast wykonywanymi wyrokami śmierci. W roku 1953, jeszcze przed śmiercią Stalina, „eksplodowała” w Związku Radzieckim nowa afera, godząca – jak twierdziła sowiecka propaganda – w klasę robotniczą na całym świecie: oto rzekomo grupa żydowskich lekarzy w Moskwie postanowiła zabić Stalina. Nastąpiły masowe aresztowania wśród Żydów. I jak to od niepamiętnych czasów bywało w kraju „czornoj sotni” – do takich akcji już tu się nawykło – sowiecka milicja od razu, na wszelki wypadek, powsadzała do więzień tylu Żydów, ilu się jej nawinęło pod rękę. Nie było z tym żadnych trudności, jako że władza „proletariacka” zarządziła dużo wcześniej, by w sowieckich paszportach wyraźnie identyfikować pochodzenie narodowe obywateli.
Agresję Stalina i ówczesnego kierownictwa Związku Radzieckiego potwierdza też zupełnie niesłychany, ale nie wszędzie znany fakt, że w Moskwie narodził się swego czasu nawet plan skoncentrowania Żydów w Birbidżanie, który Stalin zamierzał przekształcić w rejon wyodrębniony wyłącznie dla nich.
Ale Jewrej, czyli nacja wpisana w paszport, oznaczał – chociaż w Polsce uznano Żydów przed II wojną światową za taran komuny (słynny slogan: „Każdy Żyd to żydokomuna”) – barierę w karierze, istotną przeszkodę w dostaniu się na wyższą uczelnię, w uzyskaniu stanowiska państwowego. Zintensyfikowało się jeszcze dobitniej i jawnie to, co nazwać trzeba odwiecznym, tradycyjnym, wielkorosyjskim antysemityzmem. Ogólnie znany był dowcip kursujący w Moskwie po XX Zjeździe KPZR, podczas którego Chruszczow zdemaskował machinacje Stalina: „Na posiedzeniu Biura Politycznego zastanawiają się, co zrobić z obalonym Chruszczowem. Ktoś proponuje: – Trzeba by znaleźć dla niego ciężką pracę… – Nonsens! – odpowiada ktoś inny. – Lepiej mu wpisać w paszporcie narodowość żydowską i niech z tym wpisem szuka pracy!”.
Dopiero 4 kwietnia 1953 r. Chruszczow określa proces przeciw żydowskim lekarzom w Moskwie jako stalinowską prowokację, ale aresztowanych w związku z tym literatów żydowskiego pochodzenia

każe wypuścić z więzień

dopiero po dwóch latach, w roku 1955, i to tylko pod amerykańskim naciskiem. Z podobnych antysemickich ekscesów można by sporządzić całą encyklopedię. Wynika z nich jednoznacznie wrogi stosunek Sowietów do ich rzekomych ulubieńców, nazywanych przez niektórych w Polsce „sowiecką żydokomuną!”.
Nie zamierzam łagodzić faktu, że w polskim aparacie komunistycznego ucisku, po wkroczeniu Armii Czerwonej na tereny polskie, Sowieci mimo, a może właśnie w wyniku prześladowania Żydów w samym Związku Radzieckim, usadawiali ich z upodobaniem na wysokich stanowiskach. Sowiecki ambasador Lebiediew – namiestnik Stalina w Polsce – oraz marszałek Rokossowski et consortes wyselekcjonowali grupę Polaków pochodzenia żydowskiego – tych, którzy przeżyli Hitlera i Stalina – robiąc z nich wysokich działaczy komuny. Właściwie był to genialny krok ze strony Sowietów, bo w ten sposób zaistniała szansa, jeśliby zaszła potrzeba, zwalenia winy za to, co się nad Wisłą będzie działo, na Żydów. A jak wiadomo, działo się katastrofalnie.
Polska prawica od razu zwęszyła tu swą szansę i chociaż wypadki kieleckie 1946 r. w całym świecie wywołały potępienie oraz jednoznaczne komentarze, że Polacy to niepoprawni żydożercy, którzy już nigdy nie nauczą się właściwego podejścia do kwestii żydowskiej, zorganizowała w 1968 r. nowy pogrom. Co prawda bez trupów, ale był to samosąd, właściwie bezprecedensowy w polskiej historii, chociaż już w 20-leciu międzywojennym ataki narodowej falangi i endecji przeciw Żydom mało miały wspólnego z zasadami współżycia narodów i humanizmem Nowych Czasów. Ten nowy „pogrom” doprowadził do exodusu całej inteligencji polskiej pochodzenia żydowskiego, której udało się przeżyć hitleryzm i stalinizm. Niektóre źródła twierdzą, że wypędzono wtedy znad Wisły w świat ponad 35 tys. osób. Faktem jest, że po akcjach Moczara w całym kraju zarejestrowano oficjalnie mniej niż 4 tys. Żydów. Przegonieni wówczas z Polski żyją do dziś – chociaż gdzieś daleko za granicami kraju – w polskiej kulturze, posługują się polskim językiem, nadal uczestniczą w klęskach i zwycięstwach kraju nad Wisłą, który był i pozostaje ich ojczyzną. To wielkie pojęcie: ojczyzna. Tych, którzy innych tej ojczyzny pozbawiają, prędzej czy później osądzi i dogoni historia. Zresztą co zrobić z tymi, którzy choć z matki i ojca Żydów, wyrośli na Polaków? Tyle się przecież wydarzyło w „krzyżówkach genetycznych” czasu wojny oraz po niej…
Określenie „Żyd” stało się w Polsce nie tylko obelgą, ale i najbardziej złowrogą charakterystyką. Żyd to złodziej, kombinator, podlec, anarchista, belzebub, uosobienie wszelkiego zła i wstecznictwa. Jakiż to fenomen, jeśli w Polsce pojawiają się nawet głosy, że o wprowadzenie Polski do Unii Europejskiej walczą Żydzi, aby… Polskę zniszczyć. Takiego kołtuństwa nie sposób nie napiętnować, bo graniczy ono prawie ze średniowiecznym zarzucaniem Żydom, że robią z krwi niewinnych dzieci wielkanocne mace. I nic nie pomógło, że właśnie „żydokomuna” okazała się bezkonkurencyjna w demaskowaniu Stalina: Mannes Sperber, Artur Köstner

i cała plejada literatów

pochodzenia żydowskiego, która legalnie lub nielegalnie uciekła z sowieckiego raju, z właściwym sobie rozmachem i determinacją piętnowali okrucieństwo komuchów, ich gotowość do popełniania mordów i organizowania fars w wymierzaniu najsurowszych kar. Żydzi okazali się twardszym wrogiem Sowietów, aniżeli NKWD założyło. Szli przez świat i demaskowali uparcie, systematycznie i z poczuciem spełniania misji wobec wolnych narodów zwyrodnienia moskiewskiego systemu.
Może warto tu jednak pokusić się o odtworzenie źródeł pierwotnych, socjalistyczno-komunistycznych ciągotek żydowskiego proletariatu żyjącego do 1939 r. w Polsce? 50% tego proletariatu egzystowało poniżej życiowego minimum, często w przerażającej nędzy, bez szansy na karierę w aparacie państwowym, a także na studia wyższe, gdzie obowiązywał numerus clausus. Także w życiu politycznym niemal wszystkie furtki pozostawały dla Żydów zamknięte, a wielu reprezentantów ówczesnego społeczeństwa nie rezygnowało z żadnej okazji podkreślenia, że oni, Żydzi, zasługują tylko na pogardę. W tej sytuacji komunizm, którego okrucieństwo na zachód od sowieckiej granicy nie było jeszcze znane, wydawał się ideologią, która wiele może zmienić na lepsze. Tu trzeba szukać źródeł stosunkowo licznego udziału Żydów w ruchu komunistycznym w przedwojennej Polsce. Ale i w tym ruchu nie wybijali się oni nadmiernym radykalizmem, jako że według niektórych źródeł członkowie pochodzenia żydowskiego w przedwojennej KPP stanowili nieznaczny procent, a już w obozie koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej zaledwie 2%. W tym samym czasie wielu Żydów wybiło się dzięki swym nieprzeciętnym talentom, mimo niechęci polskiego otoczenia, na pierwszą linię frontu intelektualnego ówczesnej Polski, żeby wspomnieć tu tylko Hemara, Jastruna, Lechonia, Słonimskiego i Tuwima. A Schulz w Drohobyczu, a cały kabaret warszawski z Lopkiem Krukowskim na czele? A poczet uczonych polskich na lwowskim i krakowskim uniwersytecie? Światowej sławy specjaliści – Taubenschlag, Ehrlich, Aleksandrowicz; w zakresie sądownictwa mecenas Landau? Wydawcy Gebethner i Wolf? Wszyscy oni uważali się za Polaków i może analogią do tego stanu jest fakt, że najsłynniejszą bożonarodzeniową piosenkę „White Christmas” skomponował Żyd, Irving Berlin, którego rodzice wyemigrowali do USA dopiero w okresie panowania Hitlera.
Cóż w tym znowu skandalicznego, że odwiedzając Polskę po II wojnie światowej, dawni obywatele polscy wyznania mojżeszowego żądają zwrotu zrabowanego im przez Hitlera lub Stalina majątku, który w praktyce okazuje się, niestety, już tylko zdewastowanym przez wojnę i czas prowincjonalnym domkiem lub walącą się kamieniczką? Kto z Polaków nie zażądałby zwrotu ojcowizny?
55 lat minęło od czasu, kiedy Żydzi stali się wojowniczymi, agresywnymi przeciwnikami komunizmu. Ze specyficzną dla nich namiętnością zaczęli atakować ten nieludzki dla nich system z takim samym natężeniem, z jakim przedtem go popierali. Nie da się ukryć, że przy całej

niechęci do Żydów,

a nawet cichej zgodzie na ich fizyczne wypieranie z Polski, znalazło się wielu takich, którzy z narażeniem własnego życia ratowali ziomków wyznania mojżeszowego. Ale falanga polska stwarza sytuację, kiedy przyznawanie się do ratowania Żydów jest czymś w rodzaju wstydu. Tej tzw. orientacji politycznej zależy przecież na tym, żeby mieć wewnętrznego wroga. Nienawiść – oto ideologia, na którą niektórzy niezmiennie stawiają. Nic dziwnego, że zbieramy tego żniwo, obserwując w Europie szeroko rozpowszechnione przekonanie – jakże intensywnie ono nam szkodzi – że Polacy to niepoprawni, żywiołowi antysemici. Z kolei w Izraelu w wielu tamtejszych środowiskach panuje przekonanie, że tylko krańcowa bezkompromisowość wobec antysemitów może uratować syjonizm. Nadal brakuje szczerego dialogu między nacjami polską i żydowską i nadal nikt nie wykazuje się odwagą, aby wyjaśnić, dlaczego polskie oddziały partyzanckie – w lasach, w czasie okupacji – zabijały Żydów zbiegłych z gett.
Prasa zachodnia ocenia wizytę Jana Pawła II złożoną w rzymskiej synagodze w 25-lecie pontyfikatu jako jeden z najważniejszych sygnałów, jakie papież wysłał pod adresem Żydów: prosił ich o przebaczenie. Czy można tych, którzy nauki papieża nie uznają, oceniać jako dobrych katolików? Nauczanie papieża i wnioski z historii często przechodzą bez śladu, bo daje się posłuch tym, którzy szerzą nienawiść. Ileż na półkach polskich księgarń książek, przedruków, ulotek pełnych podżegania do nienawiści wobec Żydów. Papież uczył, a faryzeusze udający wiernych katolików udają, że tej nauki nie dosłyszeli.
Matki Polki zawsze karmiły swe dzieci zdrowym mlekiem i trzema prawdami: „Słuchajcie Kościoła ponad wszystko, kochajcie ojczyznę i nigdy nie dajcie się ponieść słowom warchołów”.
Intencją Jana Tomasza Grossa wyrażoną w jego książce „Strach” było na pewno przeprowadzenie „wielkiego prania”. Gross wychodzi chyba z założenia, że dla Polaków i Żydów przyszedł czas, aby usiąść przy okrągłym stole, wypowiedzieć wszystkie żale, doszukać się wspólnoty i zacząć historię od punktu zerowego, stawiając kropkę po wszystkim, co się wydarzyło. W XXI w. trzeba szukać zgody, a nie swarów. Żydzi i Polacy to dwie nacje, które mnóstwo dzieli, ale też dużo łączy. Gdyby udało się zacząć wzajemne relacje od „punktu zerowego”, mogłoby to zaowocować w sposób wyjątkowy – przyjaźń powstała z nienawiści staje się często nieśmiertelna, niosąca wielkie korzyści każdemu z partnerów. W tym sensie „Strach” Jana Tomasza Grossa, nawet jeśli w niektórych rozdziałach okazuje się tendencyjny albo niedopracowany, ma szansę sprawić, aby proces godzenia się obu nacji wszedł na właściwe tory.
Opublikowanie „Strachu” mogłoby stać się właśnie w tej chwili podstawą do nowego, otwartego, antysemickiego dialogu rządu RP oraz hierarchii kościelnej ze społeczeństwem. Oba te wielkie podmioty, opierając się na wywodach Grossa, nawet stwierdzając, że są one przesadzone, mogłyby rozpocząć szeroko otwarty i apelujący do zdrowego rozsądku dialog z Żydami. Tak się nie dzieje i to niepokoi, bo znów obie strony milczą, co w przyszłości stanowić będzie podstawę do umocnienia teorii o ich „kolaboracji” z polską prawicą. Trzeba bowiem pamiętać, że milczenie bywa bardziej dramatyczne niż dyskusja.

Prof. Adam Zieliński urodził się w 1928 r. w Drohobyczu. W latach 50. był zastępcą redaktora naczelnego Radia Kraków. W 1957 r. wyemigrował wraz z rodziną do Austrii. Mieszka w Wiedniu.
Przez wiele lat zajmował się na dużą skalę handlem z Dalekim Wschodem, w latach 90. powrócił do swoich dawnych ambicji literackich; napisał i wydał kilka powieści, tomów opowiadań i książek „publicystycznych” – wszystkie one ukazywały się w kraju i były tłumaczone na wiele języków. Jest członkiem polskiego i austriackiego PEN Clubu

Wydanie: 5/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy