Blog
Głos po matce
Aleksandra Kurzak: Moja motywacja to występować w Met i Covent Garden jak najdłużej, bo trudniej jest trwać na tych scenach, niż na nich zadebiutować
Jej głos usłyszałam pierwszy raz w Roku Mozartowskim, gdy świat obchodził 250. rocznicę urodzin Wolfganga Amadeusza (1756-1791). 14 stycznia 2006 r. w Studiu Koncertowym Polskiego Radia w Warszawie Aleksandra Kurzak śpiewała wybrane arie z jego oper. Orkiestrą Sinfonia Varsovia dyrygował Jerzy Maksymiuk, który ma tę muzykę we krwi. Nawet nie ukrywał, że pozostaje pod dużym wrażeniem urody i wdzięku artystki. Ona zaś oczarowała wszystkich czystym jak kryształ sopranem, giętkim i ruchliwym. Kaskady pięknych nut brzmiały w jej wykonaniu nieskazitelnie. Zanim zaczęła śpiewać, przez 12 lat uczyła się grać na skrzypcach – stąd ten świetny słuch! Tak dobrą intonację może mieć właśnie ktoś, kto długo grał na tym instrumencie, nawet jeśli później się z nim pożegnał, myślałam.
Aleksandra jest córką muzyków – Jolanty Żmurko, gwiazdy Opery Wrocławskiej, i waltornisty Ryszarda Kurzaka. Po matce odziedziczyła głos i miłość do Pucciniego.
„W dzieciństwie spędzałam mnóstwo czasu za kulisami, ponieważ rodzice byli muzykami. Uwielbiałam wszystko obserwować. Któregoś dnia na próbie zaczęłam naśladować śpiew mamy. Dyrygent przerwał i zapytał, kto śpiewa. Mama odpowiedziała: »To moja córka«. Nie chciał w to uwierzyć, bo miałam wtedy pięć lat, ale znałam już wówczas wiele sopranowych partii”.
Spotkania z operą doprowadzały czasem do zabawnych nieporozumień: „Mój tato grał w orkiestronie, ja kilkuletnia siedziałam na widowni, a mama w objęciach partnera śpiewała duet miłosny, wyznając mu: »Kocham cię, kocham cię«. W latach 80. XX w. wszystko wykonywało się po polsku, nie w językach oryginalnych. Po powrocie do domu wpadłam do pokoju rodziców, otworzyłam albumy z fotografiami, wyciągnęłam zdjęcia mamy z tej opery i wszystkie je podarłam. »Jak możesz śpiewać do tego pana, że go kochasz, a tatuś to wszystko słyszy?!«, krzyczałam. Nie umiałam jeszcze rozróżniać fikcji od rzeczywistości, życia prywatnego od sceny”.
Operę chłonęła jak gąbka w tym okresie życia, kiedy mózg jest najbardziej otwarty na bodźce płynące z otoczenia („Poznałam operę, zanim odkryłam, co to jest pamięć”). Nic zatem dziwnego, że na scenie od początku czuła się jak u siebie.
Gdy słuchałam jej pierwszy raz w Warszawie, miała już za sobą wiele sukcesów. Więcej – osiągnęła pierwszy szczyt w swojej karierze: debiut w nowojorskiej Metropolitan Opera i w Royal Opera House – Covent Garden w Londynie. Dobra passa zaczęła się w 1998 r. od zwycięstwa w Konkursie Moniuszkowskim w Warszawie – Aleksandra miała 21 lat. „Jurorzy zastanawiali się nie nad tym, czy przyznać jej pierwszą nagrodę, lecz nad tym, czy powinna dostać bardzo rzadko wręczane Grand Prix. (…) Wykonana przez Aleksandrę Kurzak brawurowa aria Eleny z »Nieszporów sycylijskich« Verdiego była dowodem, że mamy do czynienia nie tylko z wyjątkowym talentem, ale i z kimś, kto wie, jak należy śpiewać, zarówno pod względem technicznym, jak i sposobu interpretacji”, napisał Jacek Marczyński w swoim „Prywatnym alfabecie śpiewaków”.
Fragmenty książki Anny S. Dębowskiej Śpiewacy eksportowi, Agora, Warszawa 2024
W „Tysolu” wreszcie prawda o Orlenie
Daniel Obajtek, jeszcze bez czarnego paska na oczach, wyciął „Tygodnikowi Solidarność” numer, który zaszokował związkowców. Najpierw sypał organowi Dudy kasę z Orlenu i tygodnik puchł od panegiryków na chwałę nowego Dyzmy. Obajtka na szczęście w Orlenie już nie ma, ale umowa sponsorska została. Przydała się nowemu zarządowi Orlenu, który przedstawił na łamach „Tysola” swój pierwszy prawdziwy tekst. Jest dużo lepiej niż za rządów Dyzmy z Pcimia. 20 grudnia Orlen wypłaci dywidendę po 4,15 zł za jedną akcję.
Jeżeli Obajtek zawarł długą umowę z „Tysolem”, to będzie się działo. Co tydzień prawda o Orlenie.
Hydra IPN
Instytut Pamięci Narodowej przeistacza się w hydrę, która pożera coraz większe kwoty z budżetu państwa, przeznaczane przez parlament. I na dobrą sprawę nieważne, kto rządzi – PiS czy Platforma i jej koalicjanci, w tym Lewica, z roku na rok IPN dysponuje funduszami, których inne instytucje, szczególnie placówki naukowe, mogą tylko pozazdrościć. Jak to możliwe?
Budżet IPN z roku na rok rośnie jak na drożdżach. Od 396 mln zł w 2020 r. do 434 mln w 2022 r., 539 mln w roku następnym, by w 2024 osiągnąć prawie 580 mln zł. Ale nawet ten kolosalny wzrost nie zmniejszył apetytów IPN, który w tym roku wystąpił o zwiększenie budżetu na 2025 r. do 652 mln zł, czyli o 71 mln.
W IPN zatrudnionych jest ponad 2,5 tys. osób, a ich wynagrodzenia stanowią przeszło połowę wydatków na instytut. Ta potężna armia ludzi z pewnością zostanie wykorzystana w kampanii wyborczej prezesa Karola Nawrockiego, „obywatelskiego kandydata” z nadania PiS, a konkretnie z pakietu prezesa Kaczyńskiego.
Posłowie koalicji rządzącej, którzy się cieszą, że dokonali cięć w budżecie IPN, muszą pamiętać, że żadne ograniczanie kwot przeznaczanych na ten instytut nie przyniesie zmiany w tym, co ta instytucja głosi, czyli w prymitywnej interpretacji historii Polski. Tę swoistą policję historyczną trzeba potraktować jak hydrę, pozbywając się ostatecznie. Pytanie tylko, kto się okaże polskim Heraklesem.
Listy od czytelników nr 51/2024
My, Polska endecko-ludowa
Na Polsce Ludowej wiesza się dzisiaj psy i opluwa się ją, bo tego wymaga obecna poprawność polityczna. Winy Bermanów rozciąga się na całą PRL, zapominając o roku 1956. Wtedy mało kto szydził publicznie z polskości, a państwo umacniało patriotyzm w szkole, pracy i mediach. Wszędzie, gdzie mówiono o symbolach ojczyzny, gdzie był sztandar polski, hymn państwowy, godło. Powszechnie używało się określeń: służę Polsce, pracuję, uczę się dla ojczyzny, dla wspólnoty. Kiedy mówiono o naszych bohaterach narodowych, o ludziach wybitnych i ważnych, którzy dla Polski pracowali albo o Polskę walczyli – czuło się szacunek dla poświęcenia i idealizmu. Gdy grano hymn, ludzie się zatrzymywali i zdejmowali czapki.
To wcale nie były czasy tak dawne, gdy nie było wszechobecnego antynarodowego nihilizmu i pogardy dla ludzi myślących inaczej.
A teraz my, którzy wciąż czujemy obowiązki polskie, nie dowierzamy, słuchając, co młodzi ludzie mają do powiedzenia. I widząc, co robią. Z jednej strony, wylewa się nihilizm i brak szacunku dla ojczyzny, z drugiej – obrzydliwy postsanacyjny szowinizm pod płaszczykiem patriotyzmu.
Sprzeciw budzi niszczenie pomników 1. i 2. Armii Wojska Polskiego, Armii i Gwardii Ludowej, żołnierzy LWP i milicjantów walczących z UPA. Ale budzi również sprzeciw, gdy pod flagą biało-czerwoną, godłem, krzyżem, w dymie kadzideł i z „wyklętymi” na ustach próbuje się wykorzystać patriotyzm do umacniania zamordyzmu i do zgubnego konfliktowania nas z sąsiadami.
Wartością jest inny rodzaj patriotyzmu, czyli uczucia skierowanego do ojczyzny. Patriotyzm rozumny jest tą wartością, która nas jednoczy i znacznie przerasta, i wyznacza nam cel. To wolna, niepodległa, suwerenna i sprawiedliwa Polska, rządzona przez racjonalnych patriotów. Ta, w której będziemy czuć się u siebie i bezpiecznie, w której chce się żyć, walczyć i pracować. Gdzie będzie się pamiętać o tych, co za Polskę ginęli – niezależnie od tego, w jakiej formacji i na jakim froncie. Gdzie będziemy wspierać tych, którzy dla niej się uczą i dorastają w poczuciu przynależności do wielkiej wspólnoty Polaków. Gdzie będzie się czuć wspólnotę zbiorowego obowiązku. Gdzie będzie jedna Polska, bo przecież ona nie należy do jednej orientacji politycznej, grupy czy nawet jednego pokolenia – Polska jest wartością wspólną wszystkich rodaków. I o taką Polskę trzeba się bić, do takiej Polski trzeba dążyć.
Łukasz Jastrzębski
Spacerniak czeka
Red. Jerzy Domański obiecuje: „Spacerniak czeka”. Donald Tusk też konkretnie obiecał (konkret nr 22) postawienie Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu. W listopadzie 2023 r. Ziobro nabijał się z trybuny sejmowej: „Mam nadzieję, że nie okażecie się fujarami”. Im dłużej rząd Donalda Tuska zwleka z ukaraniem poprzedników, tym bardziej wydaje mi się prawdopodobne, że działa tak samo jak poprzednicy. Piękna gadka w gębie, a państwowe złoto w prywatnej kieszeni. Bo gdyby sami robili to, co poprzednicy, a któregoś ważnego złodzieja wsadzili do więzienia, to inni z poprzedniej bandy głośno wskazywaliby konkretne nieprawidłowości i wykroczenia rządzących. Towarzysze z poprzedniej pafii (pafia, czyli PArtia maFIA) są doświadczeni, mają wprawne oko i widzą wyraźnie to, czego nie dostrzegają zwykli obywatele. W tym samym numerze „Przeglądu” jest cytat Jacka Żakowskiego o Danielu Obajtku: „Kto lub co chroni teraz Daniela Obajtka? I czy rok to naprawdę za mało, by dołączył do Palikota?”.
Józef Brzozowski
Bez rozliczenia PiS nie naprawimy Polski
Teraz rozliczają PiS, a później będzie rozliczana „uśmiechnięta koalicja”. Najpierw przez wyborców, a później przez następne komisje. Mnie naprawdę nie interesują komisje, interesuje mnie, kiedy wreszcie wprowadzone w życie zostanie 12 obietnic Tuska z 2007 r. i oczywiście 100 obietnic z 2023 r. Dopiero wtedy Polska będzie naprawiona. A co do rozliczeń, to była okazja postawić Ziobrę przed Trybunałem Stanu. I co? Kopacz i Sikorski nie pojawili się w Sejmie, gdy było głosowanie.
Wciąż nie wiem dlaczego.
Waleria Lubner
O czym mówić przy tak niskiej jakości kadr w ministerstwach! Skoro w MEN z sześciu osób kierownictwa (w tym czworga posłów) nikt nie miał do czynienia ze zwykłą szkołą od swojej matury (wśród nich oskarżona Joanna Mucha, znana z „sukcesów” w Ministerstwie Sportu), skoro minister Leszczyna od zdrowia jest nauczycielem metodykiem od polskiego, nie wspominając już o Wieczorku, Gawkowskim i Gduli, którzy są obrazem lewicowej nędzy i rozpaczy w rządzie, ani o pani Hennig-Klosce od Hołowni od środowiska. Czy naprawdę w wielkim gronie anty-PiS (pół Polski!) nie było i nie ma nikogo o lepszych kwalifikacjach do kierowania ministerstwami?
Włodzimierz Zielicz
Romanowski, oddaj 100 milionów
Najpierw groził, potem uciekł
Gdzie jest Marcin Romanowski? Gdy piszę te słowa w piątek rano, byłego wiceministra sprawiedliwości, za którym został wystawiony list gończy, poszukuje policja. Bardzo więc prawdopodobne, że kiedy ten tekst do państwa dotrze, Romanowski będzie już pod opieką służb penitencjarnych.
To ukrywanie się i policyjne poszukiwania na pewno dodają sprawie kolorytu i przyciągają uwagę. Jest w tym nawet element komedii. Romanowski, jeszcze gdy chronił go immunitet, prężył się godnościowo, wykrzykiwał, że niczego się nie boi, bo jest niewinny i prześladowany. Teraz z hardości niewiele zostało. Partyjni koledzy kolportowali w ubiegłym tygodniu zdjęcie, jak leży na szpitalnym łóżku po operacji. Tymczasem prokuratura ustaliła, że Romanowski przechodził zabieg niezagrażający życiu i wypisał się ze szpitala na własne żądanie 5 grudnia. Czyli fotografia była sprzed paru dni. Brał więc nas najpierw na huk, potem na litość, a teraz gdzieś się ukrył.
Powód ma. 10 grudnia sąd postanowił o aresztowaniu go na trzy miesiące. Prokuratura sformułowała wobec Romanowskiego 11 zarzutów, dotyczą one Funduszu Sprawiedliwości, który nadzorował jako wiceminister sprawiedliwości, zastępca Zbigniewa Ziobry.
Jeszcze w lipcu, podczas próby pierwszego zatrzymania Romanowskiego, minister sprawiedliwości Adam Bodnar mówił, że osobom, które usłyszały zarzuty w sprawie funduszu, zarzuca się stworzenie zorganizowanej grupy przestępczej, ustawianie konkursów, przekraczanie uprawnień, poświadczanie nieprawdy w dokumentach, niedopełnienie obowiązków, a także wyrządzenie szkody wielkich rozmiarów w mieniu skarbu państwa w celu osiągnięcia korzyści osobistych i majątkowych. Chodziło o kwotę ponad 107 mln zł. „Te zarzuty opierają się na solidnym materiale dowodowym – podkreślał Bodnar. – Jest to przede wszystkim dokumentacja, dane bankowe, ale także materiał uzyskany
Czy Polak zna swoje prawa?
Prof. Marek Chmaj,
prawnik, konstytucjonalista
Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Jedni Polacy znają bardzo dobrze swoje prawa, np. więźniowie czy osoby będące w areszcie. Wielu bardzo dobrze sporządza pisma procesowe. W związku z tym sami piszą skargi choćby do Rzecznika Praw Obywatelskich. Mamy więc grupę, która świetnie zna swoje prawa i z nich korzysta. Jest też jednak dużo osób, które nie tylko nie znają swoich praw, ale także ich nie chronią. Bardzo wnikliwie czytamy umowę na dostawę internetu, a nie wczytujemy się w umowę kupna mieszkania czy umowę przedwstępną. Różnica jest taka, że w pierwszym przypadku umowa jest na krótko i na kilkadziesiąt złotych. W drugiej zaś sytuacji chodzi o setki tysięcy złotych i dekady. Bardzo często nie znamy także naszych praw konsumenckich albo posługujemy się nimi tylko w mocno ograniczonym zakresie. Dlatego nieznajomość prawa czy brak chęci nawigowania w gąszczu przepisów obraca się przeciwko nam.
Tomasz Chróstny,
prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów
Jeśli chodzi o znajomość praw konsumenckich w Polsce, to jest coraz lepiej. Jako „raczej dobrą” swoją świadomość konsumencką oceniają sami Polacy. Tak wynika m.in. z badania wykonanego na zlecenie Fundacji Forum Konsumentów i firmę Amazon, którego wyniki zostały opublikowane w marcu tego roku. O rosnącej świadomości prawa konsumenckiego świadczy także liczba i treść sygnałów konsumenckich wpływających do UOKiK. Skąd ta poprawa? Przede wszystkim w ciągu ostatnich lat znacząco poprawiło się prawo konsumenckie, ale Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów jako jeden ze strażników tego prawa ma w tym swój udział. To efekt choćby naszych kampanii edukacyjnych czy działań informacyjnych związanych z postępowaniami wobec przedsiębiorców łamiących przepisy.
Dr Kamil Stępniak,
prawnik, Centrum Prawa Konstytucyjnego i Monitorowania Praworządności
Trudno ocenić znajomość prawa wśród rodaków postrzeganych jako pewna całość. Wynika to ze zróżnicowanego wykształcenia, zainteresowań, wpływów środowiska czy wykonywanej pracy. Natomiast można powiedzieć, że ze świadomością Polaków co do ich praw jest trochę tak jak z ludową obrzędowością. Postępujemy w określony sposób, bo żyjemy w określonej kulturze prawnej. Chodzimy na pasterkę, bo taka jest tradycja. Oczywiście uogólniam. Mamy świadomość określonych uprawnień, ale często nie wiemy, z czego one wynikają. Problem pojawia się w momencie, w którym takie prawa jesteśmy zmuszeni wyegzekwować. Tutaj najczęściej sięgamy do wyszukiwarki internetowej, a ona nie jest najlepszym doradcą. Dlatego warto byłoby postawić na edukację prawną już od najmłodszych lat.
Wizy: czas prokuratorów
To nie jest nic. Sejmowa komisja śledcza ds. afery wizowej przyjęła już raport końcowy. A także podjęła uchwałę o skierowaniu do prokuratury zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstw przez 11 osób.
Ich listę rozpoczyna były szef MSZ Zbigniew Rau, który, po pierwsze, jak możemy przeczytać w zawiadomieniu, nadużył udzielonych mu uprawnień w sprawie powołania – „mimo braku uzasadnienia merytorycznego, organizacyjnego i ekonomicznego takiej decyzji” – Centrum Decyzji Wizowych w Łodzi i Centrum Informacji Konsularnej w Kielcach. Po drugie, nie dopełnił obowiązków ani nie zapewnił odpowiedniego nadzoru w MSZ. Po trzecie, zarówno Rau, jak i były premier Mateusz Morawiecki oraz była minister rozwoju Jadwiga Emilewicz nadużyli zdaniem komisji swoich uprawnień i nie dopełnili obowiązków, dopuszczając do ogłoszenia oraz natychmiastowego wdrożenia w życie i realizacji – uwaga! – bez jakiejkolwiek podstawy prawnej nieopisanego w żadnym dokumencie programu Poland.Business Harbour. Program ten zakładał uproszczoną procedurę wizową dla firm, start-upów i specjalistów IT.
Zawiadomienia do prokuratury obejmują również byłego szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego, byłego szefa CBA Andrzeja Stróżnego, byłą pełnomocniczkę premiera ds. GovTech Justynę Orłowską, byłego dyrektora generalnego służby zagranicznej Macieja Karasińskiego, a także byłych dyrektorów Departamentu Konsularnego MSZ Marcina Jakubowskiego i Beatę Brzywczy.
To jest część prokuratorska. Jak się wszystko potoczy, zobaczymy. Jest też część polityczna raportu, będzie o niej głośno. Posłowie dużo o tym mówili, przytoczmy więc tylko kilka opinii.
Małgorzata Janyska (PO): „W latach 2019-2023 wydano w Polsce 2 871 927 krajowych wiz pracowniczych, co stanowiło niemal 50% wszystkich wiz krajowych pracowniczych w całej Unii Europejskiej. To było najbardziej otwarte podejście w zakresie migracji ekonomicznej przy jednoczesnym udawaniu odwrotnego podejścia i na jego potrzeby straszeniu migrantami Polek i Polaków. W tych latach poziom wydawanych krajowych wiz pracowniczych, wahający się w przedziale od 400 tys. do 800 tys. rocznie, dalece przekraczał zapotrzebowanie polskich firm na pracowników. To nie była aferka, to była afera, to był zorganizowany mechanizm”.
Krzysztof Mulawa (Konfederacja): „Te wizy, czy to było sprzedanych wiz 600, czy kilka tysięcy, naprawdę jest małym… to nie jest duży problem. Największym problemem są legalne masy imigrantów, które do naszego kraju trafiały. (…) 640 tys. ludzi, którzy do nas wjechali w roku 2023, to nie są tylko obywatele Ukrainy czy Białorusi. W tej grupie, w tej liczbie 600 tys., jest ok. 300 tys. obywateli tych krajów, a pozostałe 300 tys. to są imigranci pisowscy, legalnie trafiający do naszego kraju, którzy legalnie do naszego kraju zostali zaproszeni, po kilkanaście tysięcy ze wszystkich krajów, takich jak Afganistan, Pakistan, Syria, Senegal itd., itd. (…) Prawo i Sprawiedliwość dokonało zdrady stanu, dlatego że narracyjnie w… Od 2014 r. nie zgadzało się z imigracją, kolokwialnie mówiło, że imigrację trzeba kontrolować, masowa imigracja jest zła. Podczas gdy oni doprowadzili do tego, że Polska jest, powtarzam, rekordzistą Europy od kilku lat”.
Niby taka mała sprawa… A zapowiada się, że i w MSZ, i w Sejmie będzie z tego powodu gorąco.
Prawo karne w państwie prawa
Najogólniej rzecz ujmując, państwem prawa jest państwo, w którym prawo ma prymat nad polityką. Czyli takie państwo, w którym prawo jest na usługach dobra wspólnego, a politycy to prawo stosują, stoją na jego straży i przede wszystkim je szanują. W państwie, w którym szanowany jest trójpodział władz, prawo stanowi władza ustawodawcza, stosuje wykonawcza, a legalność (czyli zgodność z prawem) działań tych władz kontroluje władza sądownicza.
Zgodnie z konstytucją Rzeczpospolita Polska jest państwem prawa. Czy jest nim rzeczywiście? Niestety, coraz bardziej nie jest. Gdy na początku III RP zmieniano prawo karne, projekt Kodeksu karnego pisali profesorowie prawa karnego i wybitni praktycy powołani do komisji kodyfikacyjnej. Do napisanego przez nich projektu nie wtrącali się politycy. Nawet Ministerstwo Sprawiedliwości nie zgłaszało tu żadnych życzeń ani tym bardziej poprawek. Projekt w takim kształcie, w jakim wyszedł z komisji kodyfikacyjnej, trafił jako projekt rządowy do Sejmu. Sejm uchwalił kodeks w 1997 r. O tym kodeksie można wiele powiedzieć. Na pewno nie był doskonały.
Ale na pewno był najlepszy, na jaki wtedy było nas stać.
Na początku lat 90. w Polsce – i we wszystkich przechodzących transformację ustrojową krajach Europy Środkowej – wzrosła liczba przestępstw ujawnionych i opisywanych w statystykach. Zjawisko to jest dla kryminologów zrozumiałe i daje się łatwo wytłumaczyć. Było efektem transformacji, związanym z rozchwianiem norm, zmianą warunków życia, otwarciem granic itd. Wraz ze wzrostem przestępczości wzrosło w społeczeństwie poczucie zagrożenia, lęk przed przestępstwem. Prawie 90% Polaków uważało, że Polska jest krajem niebezpiecznym, zagrożonym przestępczością. Równocześnie w społeczeństwie zakorzenione było głębokie, choć zupełnie nieprawdziwe przekonanie, że rosnącą przestępczość można zatrzymać surowymi karami.
Zabawy czy za bary z językiem?
W mojej ocenie zmiany w ortografii polskiej są obecnie niepotrzebne. Normalizacja języka powinna jednak zostawiać nam trochę swobody
Prof. Mirosław Bańko – językoznawca, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, redaktor wielu słowników oraz założyciel Poradni Językowej PWN, członek Rady Języka Polskiego
Zawodowo zajmuje się pan językoznawstwem. Co pana fascynuje w języku?
– Język może fascynować z różnych powodów. Na przykład jego narodziny są okryte mrokiem tajemnicy. Sam fakt, że język istnieje, jest fascynujący. Ale żeby do czegoś konkretnego się odnieść, to powiem, że mnie w języku najbardziej fascynuje jego otwartość. Tam wszystko jest. Wyrazy mądre i głupie, nowe i takie, które trącą myszką lub w ogóle wyszły z użycia, ale mogą być przypomniane. Rodzime i obce. Ogólnopolskie i dialektalne. Język to również mnóstwo synonimów, na pozór dublujących się, ktoś mógłby powiedzieć – niepotrzebnych. Ale gdy im się przyjrzeć bliżej, to okazuje się, że powiększają siłę ekspresji języka, paletę barw. Mnie się wydaje, że język to jest model otwartego społeczeństwa. Oczywiście są w języku też relikty uprzedzeń i krzywdzących stereotypów. Ogólnie rzecz biorąc, język to taki bardzo bogaty zasób, z którego trzeba umieć korzystać.
Mamy porozmawiać m.in. o ortografii. Dla niektórych ortografia i interpunkcja to upiór, z kolei innych te dziedziny pochłaniają. Pójdźmy tropem tych drugich. Gdzie upatrywać źródła fascynacji językowymi prawidłami?
– Może to wynikać z postrzegania prawidłowości w świecie. Dostrzeganie powtarzalności zjawisk i związków, które je łączą, to jest coś, co nasi przodkowie ewolucyjni musieli opanować do perfekcji, bo od tego zależało ich przeżycie i perspektywa przetrwania gatunku. Ale czym innym oczywiście jest obiektywna prawidłowość, a czym innym prawidło ortograficzne. Przyznam się, że to słowo kojarzy mi się z prawidłem szewskim, i to nie jest najlepsze skojarzenie. Od prawidła szewskiego jest krótka droga do szewskiego kopyta i wtedy przychodzi do głowy myśl, że te prawidła językowe są po to, byśmy wszyscy zaczęli mówić i pisać na jedno kopyto. Według mnie normalizacja języka powinna nam jednak zostawiać trochę swobody, zwłaszcza tym osobom, które są bardziej świadome. Innymi słowy, opowiadam się za tym, czego większość użytkowników języka polskiego nie lubi, czyli za zwiększoną wariancją.
Z początkiem 2026 r. zaczną obowiązywać zmiany w ortografii na mocy tegorocznej uchwały Rady Języka Polskiego. Jakie mają uzasadnienie?
– Ponieważ sam od niedawna jestem członkiem rady, jest mi niezręcznie mówić źle o uchwale, którą ten organ przyjął, ale chyba wolno mi powiedzieć, że w mojej ocenie zmiany w ortografii polskiej są obecnie niepotrzebne.
Z reguły takim zmianom, i tym obecnym, i wcześniejszym, towarzyszy nadzieja, że nowa pisownia będzie lepsza od obecnej, łatwiejsza do przyswojenia. Zawsze częściowo te nadzieje się spełniają, a częściowo nie, bo coś upraszczamy, a coś innego nieświadomie komplikujemy. Do Rady Języka Polskiego już napływają pytania, zarówno od osób fizycznych, jak i prawnych, dotyczące nowych regulacji, a powołany w radzie zespół do spraw reformy ortograficznej pracuje nad szczegółami przepisów. Częściowo już je pozmieniał,
Zegar apokalipsy
„Nie bój się, to samo się czyta”, powiadają ludzie, polecając znajomym grube książki, czemu nie mogłem się nadziwić, bo dla mnie czytanie jest przyjemnością, a nie zmaganiem umysłowym. Samo się nie czyta, jak samo grzmi i samo się błyska, no chyba że chodzi o tę przypadłość adehadowców, która i mnie czasem doskwiera, mianowicie czytanie bezmyślne, a raczej czytanie w trakcie myślenia o czymś zupełnie innym. Skłonność do rozproszeń sprawiała bowiem niejednokroć, że oczami wodziłem za tekstem przez wiele stron, nim się spostrzegłem, że myśl za wzrokiem nie podąża, przez co musiałem wrócić do poprzedniego rozdziału niczym zagubiony turysta do ostatniego widzianego znaku na skale. Chodziłoby zatem o rodzaj zatracenia w lekturze tak intensywnego, że czytelnik nie myśli o tym, że czyta, tak jak nie myśli o tym, że oddycha. Czyli o proces obopólnego pochłaniania – łakomie pochłaniam książkę, która mnie pochłania bez reszty.
Nie jest to specjalnie możliwe w przypadku prozy wysokoartystycznej czy mowy wiązanej, kiedy raczej rozkoszujemy się nie fabułą, ale językiem, pomysłami składniowymi i czym tam jeszcze – taką literaturę dawkujemy sobie jak panaceum na kolokwialność. Zdarza się jednak, że książka pisana „stylem zerowym”, zwłaszcza w przypadku literatury faktu, frapuje samą treścią, czyta się zaiste sama, ba, czasem nawet wbrew woli czytelnika.
Taką książką, której wolałbym nigdy nie przeczytać, ale od której oderwać się nie mogłem, jest omawiana już na łamach „Przeglądu” przez Romana Kurkiewicza „Wojna nuklearna” Annie Jacobsen. Amerykańska gwiazda dziennikarstwa śledczego na podstawie rozmów z wieloma specjalistami od wyścigu zbrojeń, emerytowanymi wojskowymi i politykami, kreśli podtytułowy „możliwy scenariusz” zagłady






