Blog

Powrót na stronę główną
Aktualne Przebłyski

Pazerny kapucyn

Pomysłowość 49-letniego ojca Paula (Pawła), zakonnika Braci Mniejszych Kapucynów, który w 2011 r. wyjechał do USA, jest równie wielka jak kasa, którą zgromadził. Według tygodnika „Nie” braciszek siedzący aktualnie w amerykańskim więzieniu jest oskarżony o zagarnięcie co najmniej 650 tys. dol. Tyle mu na razie wyliczono, bo te pieniądze przepłynęły przez konta. A przecież każdy wie, że zakonnikom daje się do ręki. Bez kwitów. Bo i jak brać pokwitowanie od kogoś, kto przedstawia się jako dr Phaakon Sonderburg-Glucksburg albo Paul HRH Saxe Coburg-Gotha. HRH, czyli His Royal Highness, czyli Jego Królewska Wysokość. Nasz pomysłowy rodak zbierał, na co tylko się dało, np. na budowę szpitali w Libanie, na karetki i sprzęt medyczny. Jak się nie dało na mnicha w habicie, to zbierał jako pracownik ONZ. W bardzo drogich garniturach. Kapucyni go wyklęli, amerykański sąd zaś nie odpuści. „Cappuccino” (nazwa od brązowego habitu) posiedzi w innym stroju.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pustostany do zajęcia

Niekiedy nawet wyremontowane mieszkania latami czekają na przydzielenie lokatora

Pustostany są stałym elementem krajobrazu każdego większego miasta. Jednak w Polsce bezwład administracyjny i świadoma rezygnacja państwa oraz samorządów z zaspokajania podstawowych potrzeb mieszkaniowych zmuszają tysiące ludzi do zajmowania pustostanów. W warunkach zaostrzającego się kryzysu mieszkaniowego niekompetencja i znieczulica społeczna to gotowy przepis na spekulacyjny wzrost kosztów wynajmu. Nie inaczej jest w Gdańsku, mateczniku nadwiślańskiego neoliberalizmu.

Śródmieście dużego miasta powinno się kojarzyć z gwarem tłumu i dziesiątkami otwartych do późna kawiarni czy sklepów. Tymczasem 10 minut od ścisłego centrum nie brakuje ulic, gdzie po zmroku światła palą się tylko w oknach mieszkań przeznaczonych na wynajem krótkoterminowy w sezonie turystycznym. Identycznie wyglądające apartamentowce sąsiadują z opuszczonymi i zrujnowanymi kamienicami. Muzyka puszczana z głośników aut i krzyki złotej młodzieży są wieczorem jedynymi oznakami życia. Wyludniające się fragmenty centrum w Trójmieście i kolejne zaułki z kamienicami pozbawionymi okien to efekt uboczny polityki krótkiego trwania, nastawionej na zaspokojenie doraźnych potrzeb deweloperów zainteresowanych wyłącznie zarabianiem dużych i szybkich pieniędzy, bez troski o strukturę miasta i warunki życia jego stałych mieszkańców. Papierkiem lakmusowym krótkowzrocznej polityki mieszkaniowej jest stosunek miejskich włodarzy do remontów i ponownego zasiedlania pustostanów.

Kult świętego pustostanu

Każdy opuszczony lokal mieszkaniowy można porównać do martwej komórki w ludzkim ciele. Gdyby z miejskiego budżetu przeznaczać miliony złotych na pilnowanie celowo nieremontowanych dziur w jezdniach, pomysł szybko spodobałby się autorom takich powieści jak „Paragraf 22”. Tymczasem miejska polityka mieszkaniowa niewiele odbiega od absurdów z książki Josepha Hellera. Władze Gdańska orzekły specjalną uchwałą, że pozostawienie pustostanów własnemu losowi jest finansowo bardziej opłacalne niż ich przywracanie do użytku. Na utrzymywanie ponad 3 tys. należących do Gdańskich Nieruchomości pustostanów – zarówno urzędnicy ratusza, jak i aktywiści miejscy określają tak lokale przeznaczone do remontu, rozbiórki oraz te z nieuregulowanym stanem prawnym – budżet miasta wykłada sumę przekraczającą 1 mln zł w skali roku.

Odpowiedzialni za zagospodarowanie pustostanów gdańscy urzędnicy nie wiedzą, w jakim stanie jest większość tych nieruchomości ani nie chcą podać aktywistom ich dokładnej lokalizacji. Jakiekolwiek plany remontowe dotyczą tylko 1,2 tys. opuszczonych i nieużywanych lokali miejskich. Z tej liczby raptem w 150 zapieczętowanych mieszkaniach ekipy budowlane rozpoczną w nadchodzącym roku prace remontowe. – Reszta nieruchomości może się nadawać do rozbiórki, nim ktokolwiek przekaże je lokatorom – martwi się Michał Dziarski z Pomorskiej Akcji

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Gwarancja powrotu do kraju

Nieznany dokument poselstwa rządu londyńskiego na temat żołnierzy 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki

Twórcy i realizatorzy polityki historycznej III Rzeczypospolitej traktują i opisują żołnierzy Wojska Polskiego, którzy szli do ojczyzny ze Wschodu, w sposób nierozumny i kłamliwy, przekraczając przy tym wszelkie normy. Wobec tych, którzy wyzwalali Polskę spod niemieckiej okupacji, posuwają się do dyskredytujących określeń, od „mięso armatnie Stalina” po wręcz haniebne „wojsko polskojęzyczne”. Zakwestionowana zostaje tym polskość ludzi, którzy, nim znaleźli się w szeregach Wojska Polskiego, często przeszli przez łagry i katorżniczą pracę „na nieludzkiej ziemi”.

Prawica, nie tylko przy pomocy IPN, dążyła do tego, by wymazać z pamięci żołnierzy gen. Zygmunta Berlinga, bo wyzwalali Polskę, nadchodząc z niewłaściwego kierunku. Dla piewców „Ognia” czy „Burego” nie ma znaczenia, jaką daninę krwi zapłacili żołnierze Wojska Polskiego ani to, że ich zwycięski szlak wiódł od Lenino aż do Berlina. Przedstawiają oni kościuszkowców jako tych, którzy mieli przynieść do Polski stalinizm.

Prezentowany poniżej dokument jest niezwykły pod wieloma względami. Nie napisał go żaden komunista czy zwolennik Wandy Wasilewskiej. Sporządził go Zbigniew Jakubski, wówczas, w końcu 1943 r., w Teheranie kierownik likwidacji agend ambasady w Kujbyszewie, a następnie I sekretarz poselstwa RP w Teheranie i kierownik Wydziału Pomocy Polakom.

Ten dokument wszyscy ipeenowcy powinni przeczytać 10 razy, nie tylko by zrozumieć jego treść, ale by dotarło do nich, że kwestionując polskość berlingowców, zaprzeczają prawdzie historycznej. Zbigniew Jakubski poświadcza bowiem, że żołnierze 1. Dywizji Kościuszkowskiej, którzy mieli już za sobą chrzest bojowy – pod Lenino 12 października 1943 r. – byli głównie Polakami. Warto też pamiętać, że Jakubski pisał ów dokument nie na potrzeby Centralnego Biura Komunistów Polski działającego w Moskwie, ale dla szefa MSZ w rządzie Stanisława Mikołajczyka – Tadeusza Romera.

Poniższy dokument pochodzi z kolekcji Wiesława Górnickiego znajdującej się w Archiwum Dokumentacji Historycznej PRL. Zachowana została pisownia oryginalna.

Paweł Dybicz

 

POSELSTWO RP w TEHERANIE

Teheran, dnia 6.XII.1943 r.

 

ŚCIŚLE TAJNE

 

DO PANA MINISTRA SPRAW ZAGRANICZNYCH w LONDYNIE

W wykonaniu instrukcji telegraficznej z dnia 20 listopada br. mam zaszczyt przesłać w załączeniu rozszerzoną relację PAWLAKA Franciszka, który od dwóch miesięcy znajduje się w szeregach Armii Polskiej na Bliskim Wschodzie.

Jak to zaznaczono w relacji, Pawlak w czasie swego pobytu w ZSSR nie znajdował się w Dywizji Kościuszki, gdyż – mimo że podpisał zobowiązanie wstąpienia do Dywizji, na podstawie którego został zwolniony z „łagieru” – przez kilka miesięcy ukrywał się w południowych terenach ZSSR, poczem przekroczył granicę sowiecko-irańską.

Natomiast na podstawie uzyskanych materiałów i informacji da się z grubsza odtworzyć nastroje, stosunek żołnierzy do Sowietów i dokładne stosunki narodowościowe w Dywizji Kościuszki.

W konsekwencji przymusowego narzucania obywatelom polskim obywatelstwa radzieckiego władze radzieckie, pod pozorem inicjatywy i prośby Związku Patriotów Polskich, przeprowadziły mobilizację do tworzącej się I Dyw. im. T. Kościuszki, która dotyczyła mężczyzn w wieku od 25-30 lat, narodowości polskiej. Mężczyzn należących do mniejszości narodowych, jak dotychczas, nie zmobilizowano. Ponieważ dość duża ilość Polaków ukrywała się poza domem, w chęci uniknięcia wcielenia do szeregów Dywizji Kościuszkowskiej, władze radzieckie, chcąc zasilić szeregi Dywizji, wydały zarządzenie uwolnienia z więzień i obozów przymusowej pracy tych z pośród obywateli polskich, którzy mimo amnestii tamże jeszcze przebywają, a zdeklarują się do wstąpienia w szeregi Dywizji Kościuszki. (Relacja Pawlaka).

To samo dotyczy również i tzw. „Stroj-batalionów” [grup budowlanych]. Wskutek odczuwanego braku kadr oficerskich w Dyw. Kościuszki, władze radzieckie zachęcają oficerów Armii Czerwonej, polskiego, ukraińskiego lub białoruskiego pochodzenia, do wstępowania w szeregi Dyw. Kościuszkowskiej, jako ochotników, a często wprost odkomenderowują ich z Armii Czerwonej do Dywizji Kościuszki. Poza tym stwierdzono, że część skazanych swego czasu przez polskie Wojskowe Sądy Polowe w ZSSR, obywateli polskich, która odsiadywała krótkoterminowe wyroki w więzieniu w Taszkiencie i nie została wraz z Armią Polską ewakuowana, znajduje się w Dyw. Kościuszki.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Nie ma jednego modelu ofiary

Zamiatanie niewygodnych spraw pod dywan i wieloletnie milczenie na temat krzywd dotyczy wielu rodzin

Kamila Tarabura – (ur. w 1990 r.) absolwentka Warszawskiej Szkoły Filmowej i Szkoły Wajdy. Jej krótki metraż „Chodźmy w noc” zdobył nagrody w Warszawie i Kijowie, a serial „Absolutni debiutanci” był nominowany do Orła i Paszportu „Polityki”. Jest najmłodszą polską twórczynią, która reżyserowała dla Netfliksa.

W ostatnich latach notujesz same sukcesy. Twój krótki metraż „Chodźmy w noc” wygrał kilka nagród, a serial „Absolutni debiutanci” zrealizowany dla Netfliksa zyskał uznanie krytyki i publiczności. Współpracowałaś też z Agnieszką Holland przy „Zielonej granicy”. Aż trudno uwierzyć, że „Rzeczy niezbędne” są twoim pełnometrażowym debiutem.
– Z perspektywy czasu myślę, że droga do mojego debiutu była kręta. Skończyłam Warszawską Szkołę Filmową ponad 10 lat temu. Poszłam tam zaraz po maturze i jako młoda absolwentka nie miałam przekonania, że jestem gotowa na film i wiem, o czym chcę opowiadać. Długo kręciłam reklamy, teledyski i krótkie formy. Asystowałam na planach u innych twórców. Dopiero kiedy przeczytałam reportaż „Mokradełko” Katarzyny Surmiak-Domańskiej, wpadłam na pomysł napisania scenariusza na jego motywach. Od tej chwili do dnia rozpoczęcia zdjęć minęło siedem lat. Debiutującemu reżyserowi trudno znaleźć producentów, którzy mu zaufają i powiedzą: „Zróbmy to”, szczególnie gdy chce podjąć trudny temat. Po pandemii sytuacja w kinach nadal nie wygląda najlepiej i niełatwo namówić ludzi, żeby inwestowali w ryzykowny pomysł. Miałam szczęście, że trafiłam na Andrzeja Muszyńskiego i Renatę Męcinę z ATM, z którymi zrobiłam „Absolutnych debiutantów” i „Rzeczy niezbędne”, bo oni we mnie uwierzyli. Realizacja debiutu była jednak długim procesem wymagającym samozaparcia i wytrwałości.

Co cię najbardziej zaintrygowało w reportażu Surmiak-Domańskiej?
– Pamiętam wyraźnie, że strasznie irytowała mnie główna bohaterka Halszka Opfer. Do tego stopnia, że jako dwudziestoparoletnia osoba, która nie miała styczności z ofiarami molestowania seksualnego, podawałam w wątpliwość jej wiarygodność. Pod koniec lektury doszłam do wniosku, że nie powinnam była jej oceniać i jestem tak samo mała jak inni ludzie z jej otoczenia, którzy mają gotowe sądy. W kinie nie ma wielu takich postaci jak Halszka. Ciekawe wydało mi się stworzenie portretu kobiety, która z jednej strony budzi irytację i manipuluje otoczeniem, a z drugiej pozostaje ofiarą przemocy seksualnej. Zwróciłam szczególną uwagę na impas komunikacyjny między Halszką i jej matką, a zarazem na próbę spojrzenia z wielu perspektyw na sytuację zaistniałą w tej rodzinie.

Wiele osób nazywa reportaż Surmiak-Domańskiej wstrząsającym, choć nie ma w nim drastycznych opisów. Wszystko dzieje się podskórnie, przeszłość jest obecna w tym domu bez używania retrospekcji. Z różnych rozmów możemy się domyślać, co tam się działo. Siła „Mokradełka” polega na uruchamianiu naszej wyobraźni.

Reportaż to specyficzna forma literacka, daleka od scenariusza. Jak ty i współscenarzystka Katarzyna Warnke podchodziłyście do materiału wyjściowego?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Strażak prezesa

Kto recenzował działania straży pożarnej w czasie powodzi

Politycy Prawa i Sprawiedliwości do krytykowania działań służb walczących z powodzią zaprzęgli byłego komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej (PSP), Andrzeja Bartkowiaka. Pojawił się on w Sejmie na partyjnej nasiadówie zatytułowanej „Powódź 2024: przyczyny i skutki”. Z jego wywodów Polacy mogli się dowiedzieć, że dowódcy PSP zawalili akcję ratowniczą, ich decyzje były chybione, spóźnione, a siły i środki niewystarczające, by uratować życie i dobytek mieszkańców. Zachowanie Bartkowiaka było oburzające. Nie tylko dlatego, że jeszcze nigdy się nie zdarzyło, aby tak wysoki rangą dowódca krytykował kolegów po fachu. Przede wszystkim Bartkowiak robił to, mijając się z prawdą i przedstawiając zmanipulowane dane.

Do Sejmu przybył w generalskim mundurze, lecz zachowywał się jak polityk, a nie jak oficer i były komendant główny PSP. Najwidoczniej pomyliły mu się role…

Zawrotna kariera

Andrzej Bartkowiak zawdzięcza karierę PiS. W 2016 r., będąc w stopniu ledwie kapitana (odpowiednik porucznika w wojsku), został powołany na komendanta wojewódzkiego PSP w Poznaniu, a zaraz po tym otrzymał awans na starszego kapitana. W 2017 r. był już młodszym brygadierem, a rok później brygadierem. W grudniu 2019 r. premier Mateusz Morawiecki powołał go na komendanta głównego PSP. W lutym 2020 r. Bartkowiak był już starszym brygadierem, a w kwietniu nadbrygadierem, czyli generałem. W cztery lata zaliczył więc zawrotny awans, który normalnie zajmuje ok. 20 lat! Było to oburzające, gdyż wielu doświadczonych i dobrze wykształconych, ale niemających politycznych znajomości strażaków nie mogło liczyć na takie zaszczyty.

To jednak nie koniec. W maju 2022 r. prezydent Andrzej Duda dał Bartkowiakowi drugą generalską gwiazdkę i najwyższy stopień generała brygadiera. Komendant główny PSP miał wtedy ledwie 50 lat.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Też przynieście zaświadczenia

Ochrona dzieci przed demoralizacją i przestępstwem jest niewątpliwie szlachetnym celem. Tyleż szlachetnym, co i trudnym do realizacji. Gdyby naprawdę chodziło o ochronę dzieci, twórcy prawa powinni się zwrócić do ekspertów z prośbą o radę, jak to zrobić. Można było się zwrócić do kryminologów, psychologów, pedagogów, seksuologów, psychiatrów czy innych jeszcze, wcale licznych specjalistów. Ale chyba nie zwracano się, wszak dla polityków nie ochrona dzieci była istotna, lecz jedynie to, aby wszyscy się dowiedzieli, jak bardzo los dzieci leży im na sercu.

W atmosferze emocji, a często wręcz histerii, wypowiadano twierdzenia jawnie anaukowe, nieraz sprzeczne nawet ze zdrowym rozsądkiem. I w tej atmosferze uchwalono prawo. Wszyscy, którzy mają kontakt z nieletnimi do 18. roku życia, jako nauczyciele, wychowawcy, lekarze, trenerzy, instruktorzy itd., ale także studenci odbywający praktyki w szkołach, szpitalach czy placówkach wychowawczych, muszą dostarczyć zaświadczenie o niekaralności i przedłożyć je pracodawcy. Niezależnie od tego pracodawcy muszą wystąpić o dostęp do rejestru osób karanych za przestępstwa seksualne z zapytaniem, czy zatrudnieni nie figurują w tym rejestrze, a gdy figurują, nie dopuścić ich do pracy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Czy kłamstwo w polityce ma krótkie nogi?

Prof. Radosław Markowski,
politolog, socjolog, USWPS

Jeden z amerykańskich prezydentów ukuł sentencję, że można kłamać, ale nie można kłamać we wszystkich sprawach, zawsze i wobec każdego. Polityka kieruje się tym, że politycy, ujmując to delikatnie, konfabulują. Przedstawiają w dobrym świetle siebie i swoje działania, a ich przeciwnicy robią wręcz odwrotnie. Czy kłamstwo się opłaca, zależy od popytu i podaży, jakie funkcjonują w polityce, czyli od tego, kto i do kogo kieruje komunikat. Jeśli spojrzeć na większość krajów, suweren jest zazwyczaj przeciętnie rozgarnięty i łatwo go karmić np. fake newsami. Weźmy Donalda Trumpa. To typ polityka, któremu opłaca się permanentne kłamanie. Podobnie jest w Polsce. Koalicji rządzącej nie opłaca się kłamać, ponieważ odbiorcami jej przekazu są głównie ludzie, którzy nie chcą prostej interpretacji faktów, oczekują konkretnych uzasadnień. Na drugim biegunie mamy wyborców opozycji, którzy przyjmą wszystko, co zakomunikuje im partyjny wódz. Nawet jeśli będzie stało w stuprocentowej sprzeczności z tym, co pokazuje rocznik statystyczny.

 

Krzysztof Daukszewicz,
satyryk, komentator polityczny

Kłamstwo w polityce już nie ma nóg, ponieważ kłamie się w niej na okrągło. Niektórych może zastanawiać, jak politycy w takim razie chodzą, ale widać, że jakoś sobie radzą, więc można odłożyć tę kwestię na bok. Dużo istotniejsze jest, że kula tych wszystkich kłamstw uderza w społeczeństwo.

 

Piotr Szumlewicz,
przewodniczący Związkowej Alternatywy

W polskiej polityce kłamstwa nie mają konsekwencji z tego prostego powodu, że największe partie w kluczowych sprawach oszukują. Wszyscy mówią chociażby o walce z kolesiostwem i nepotyzmem, a nikt nie przyjmuje zapobiegających im rozwiązań systemowych. Wszystkie liczące się partie w kampaniach wyborczych proponują mnóstwo zmian na lepsze, a ich liderzy wiedzą, że w najlepszym wypadku zrealizują tylko kilka propozycji. Czy tak musi być? Wydaje się, że dla wielu Polek i Polaków wiarygodność jest jednak zaletą. Wyborcy mogliby docenić partię, która mówiłaby prawdę i nie oglądała się na słupki poparcia. Na przykład wielu polityków obozu rządzącego wie, że świadczenie Rodzina 800+ w obecnej wersji jest nieskuteczne i drogie, ale unikają dyskusji na ten temat. Liderzy koalicji rządzącej nie mówią też o zrównaniu wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, choć jest to oczywistość dla wszystkich postępowych partii w Unii Europejskiej. Mówienie prawdy za wszelką cenę bywa dla polityków zgubne, ale koniunkturalizm może trwale odebrać wiarygodność.

 

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Koalicja trzeźwości

Co łączy Palikota oraz filmiki z celebrytami z kasą, która wartko płynie do wielu mediów? Alkohole. Produkt dla producentów, sprzedawców i państwa niewyobrażalnie dochodowy. Bijemy więc światowe rekordy w liczbie punktów sprzedaży alkoholu. Najlepiej całodobowych. Jak mocna jest branża monopolowa, widać po tym, ile podmiotów, które powinny to szaleństwo zatrzymać albo mocno ograniczyć, niewiele robi. W procesie rozpijania narodu bierze udział świadomie lub nie większość społeczeństwa. To samobójcza degradacja. Na szczycie są wielkie koncerny z ogromnymi środkami na promocję i reklamę. Byle tylko skusić kolejnego konsumenta. Widzimy więc popularnych celebrytów, którzy zachwalają piwo, wino i cięższe alkohole. Przekonują, że to wielkie szczęście dołączyć do tej alkoholowej rodziny. Bardzo rzadko słyszę, że ktoś odmawia udziału w reklamie i twardo mówi nie. Argumenty, czyli wysokość honorariów od branży monopolowej, poruszają serduszka i napychają portfele. Gdyby producenci innych towarów byli tak pomysłowi jak ci od alkoholi, bylibyśmy światowym liderem w eksporcie. Afera z saszetkami wypełnionymi likierem i wódką, które latem wypuściła spółka OLV z Morszkowa koło Sokołowa Podlaskiego, pokazuje, jak można być bezczelnym. Trudno uwierzyć, że ten prostacki skok na kasę można tak reklamować: „Voodoo Monkey to prawdziwy buntownik w świecie alkoholi, ma misję i cel i szczyptę magii”. Piją więc miliony Polaków i coraz więcej Polek. Pije prawie połowa dzieci w wieku 15-16 lat i trzy czwarte tych w wieku 17-18 lat. Jeśli radykalnie tego nie zatrzymamy, będzie jeszcze gorzej. Warunki dla alkoholowej fali już są. Ultraliberalne zasady pozwalają na promocyjną sprzedaż w Biedronce pół litra wódki za 9,99 zł czy wina po 1,63 zł w Lidlu.

Tu już nie ma czasu na debaty. Pora na budowę koalicji trzeźwości. Lekko nie będzie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Szkolny problem komórkowy

Nie tylko Polska wciąż nie opowiedziała się jasno za zakazem korzystania ze smartfonów przez uczniów

Z początkiem roku szkolnego wrócił problem używania przez uczniów smartfonów i innych urządzeń elektronicznych. Kwestia ich posiadania, ograniczania dostępu do nich czy całkowitego ich zakazu od jakiegoś czasu spędza sen z powiek europejskim (ale nie tylko) decydentom odpowiedzialnym za edukację.

W polskich szkołach telefony komórkowe nie będą w najbliższym czasie zakazane. Rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak uważa, że podjęcie decyzji musi poprzedzić dyskusja z udziałem dzieci, rodziców, nauczycieli i polityków. W marcu br. Instytut Spraw Obywatelskich wystosował do ministerstwa apel o zakaz używania w szkołach telefonów komórkowych. Wskazał przy tym problem globalny: urządzenia te uzależniają młodych ludzi i powodują m.in. problemy z koncentracją.

Od kilku już lat coraz więcej krajów zakazuje używania telefonów komórkowych w szkołach. Nie można korzystać też z tabletów ani czytników elektronicznych. Ostatnio do coraz liczniejszego grona zakazowiczów dołączyły Wielka Brytania i Holandia. Zakaz używania telefonów obowiązuje już w Grecji, a za nagranie kogoś może tam grozić wydalenie ze szkoły. We Francji, gdzie uczniowie przed rozpoczęciem zajęć są zobligowani do pozostawienia komórek w szafkach, wdraża się tzw. przerwę cyfrową.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez UNESCO, usunięcie smartfonów ze szkół w Belgii, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii przyczyniło się do poprawy wyników nauczania. Zauważalna jest ona szczególnie wśród uczniów, którzy wcześniej mieli trudności z nadążaniem za rówieśnikami. Zakaz komórek wprowadzono także w Chinach. W szkołach podstawowych w Kantonie niedozwolone są nawet zegarki typu smartwatch!

Co ciekawe, w naszej części Europy rozwiązanie kwestii komórek wydaje się większym wyzwaniem niż w krajach starej Unii. Za utrzymaniem możliwości swobodnego korzystania ze smartfonów i innych technologicznych nowinek XXI w. opowiada się – co wielu zaskakuje – całkiem liczne grono.

Zobaczmy, jak z problemem radzą sobie nasi sąsiedzi oraz bratankowie, których poprzednia ekipa rządząca tak często stawiała nam za przykład.

 

CZECHY

Czeskie ministerstwo edukacji unika zajęcia konkretnego stanowiska. U naszych sąsiadów raz po raz rodzi się (przy czeskich standardach nie na miejscu byłoby mówić „wybucha”) komórkowa dyskusja edukacyjna. Ostatni spór dotyczy decyzji radnych gminy Vsetin na Morawach. Nakazali oni bowiem szkołom podstawowym podlegającym ich jurysdykcji wprowadzenie zakazu używania komórek przez uczniów, i to na wszystkich lekcjach. Czeski resort edukacji orzekł, że to decyzja nieważna, bo gminy nie mają prawa podejmować takich działań. „Możemy miesiącami prowadzić dyskusje na temat opinii prawnych, ale edukacja dzieci i ich zdrowie psychiczne nie mogą już dłużej czekać”, oświadczył natomiast Jiří Čunek

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Psychologia

Sami, samotni, osamotnieni

Fragmenty książki Mirosława Brejwy Oswoić samotność. Od poczucia pustki do akceptacji i bliskości, Znak, Kraków 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.