Blog
Czy w Ameryce idealizm może pokonać pragmatyzm?
Ideologiczne zaklinanie rzeczywistości nie przekona Amerykanów, że jest świetnie, jeśli nie odczuwają tego w portfelach.
Zaczynamy się oswajać z trzęsieniem ziemi w amerykańskiej polityce, jakim było wycofanie się Joego Bidena z walki o reelekcję na stanowisko prezydenta USA. Ta szokująca decyzja wydaje się nagła, ale jest zwieńczeniem procesu. Już w grudniu ub.r. zaangażowany w kampanie wyborcze od 1968 r. Harold Meyerson otwarcie mówił o kryzysie przywództwa po stronie demokratów. Kryzysie spowodowanym niesłyszalnością głosu prezydenta Bidena, którą rozumieć należało zarówno przenośnie, jak i dosłownie. Tym niesłyszalnym głosem Biden nie był w stanie przekonująco uargumentować korzystnych dla Amerykanów zmian, które wprowadził i zamierza wprowadzić. Nie był w stanie ogłosić wydobycia amerykańskiej gospodarki z popandemicznego kryzysu. Meyerson wskazywał to w wywiadzie udzielonym magazynowi „The Nation”, zwracając jednocześnie uwagę na niekorzystne dla Bidena trendy unaoczniane przez ośrodki badań opinii publicznej sprzyjające demokratom. Trendy te pokazywały, że Biden przegrywa z Donaldem Trumpem nawet w grupach wyborców tradycyjnie głosujących na demokratów, takich jak ludzie młodzi, samotne matki, mniejszości rasowe (z wyjątkiem Azjatów). Notabene Czytelnicy PRZEGLĄDU mogą odczuwać satysfakcję, bo jako jedyni w Polsce mieli możliwość zapoznania się z fragmentami tego w pewnym sensie proroczego wywiadu („Demokraci lunatykują ku zwycięstwu Trumpa”, 8 stycznia 2024).
Politolodzy, dziennikarze i wszyscy interesujący się polityką zadają sobie obecnie pytanie, czy Kamala Harris dysponuje na tyle donośnym głosem, aby została usłyszana i odwróciła niekorzystne trendy. Czy jej pochodzenie, osobowość, poglądy i program okażą się na tyle poważnymi atutami, aby pokonać byłego prezydenta Trumpa? Czy w końcu jej zdolności retoryczno-perswazyjne dorównują Barackowi Obamie w najlepszych latach, bo wielu podziela opinię, że tylko w takiej formie oratorskiej można myśleć o odniesieniu zwycięstwa nad Trumpem. A ten ma się obecnie za człowieka ocalonego boską ręką. Herosa, który kulom się nie kłania. Nie jest w tym myśleniu odosobniony, podzielają je miliony amerykańskich wyborców.
Zatrzymajmy się na chwilę przy poglądach Harris, które przekładają się na ofertę programową. W polityce zagranicznej jej zapatrywania nie są jasno zdefiniowane. Dotychczasowa kariera kandydatki koncentrowała się na zagadnieniach z dziedziny polityki wewnętrznej. W wystąpieniach na forum międzynarodowym odzwierciedlała poglądy swojego zwierzchnika. Zresztą taka była jej rola i taki obowiązek. Wiceprezydent nie jest znaczącą figurą w amerykańskim systemie politycznym, tak długo, jak urzędujący prezydent żyje i cieszy się zdrowiem. Z trzema zastrzeżeniami. Po pierwsze, wiceprezydent jest przewodniczącym Senatu i dysponuje głosem rozstrzygającym w wypadku równego rozłożenia głosów w określonej sprawie (Harris korzystała w trakcie swojej kadencji z tego uprawnienia). Po drugie, stanowisko wiceprezydenta jest dogodną platformą do ubiegania się o prezydenturę, gdy urzędujący prezydent odbędzie dwie kadencje. Po trzecie, wiceprezydent ogłasza wyniki wyborów prezydenckich na poziomie federalnym. Ta mało znacząca, wydawałoby się, funkcja, sprowadzająca się do przeliczenia głosów elektorskich i oficjalnego przedstawienia ich opinii publicznej, okazała się kluczowa pod koniec kadencji Trumpa. Ustępujący wiceprezydent Mike Pence, poddany przez Trumpa silnej presji, potrafił się jej oprzeć. Ogłosił prawdziwe wyniki, podpisując tym na siebie wyrok śmierci w obozie MAGA (skrót hasła wyborczego pierwszej kampanii Trumpa, Make America Great Again, określający jego zwolenników). Nie przeszkadza to, rzecz jasna, Trumpowi w kontynuowaniu narracji o „skradzionych” wyborach.
Wracając do kwestii polityki zagranicznej Harris, można zakładać kontynuację linii Bidena. Naturalnie z pewnymi niuansami, trochę inaczej rozłożonymi akcentami. Nieco ostrożniej i mądrzej może wyglądać amerykańska polityka bliskowschodnia z uwagi na osobę Philipa Gordona, przymierzanego do stanowiska doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. Gordon jest autorem rozumnej książki o wiele mówiącym tytule „Przegrywając długą grę. Zwodnicza obietnica zmian rządów na Bliskim Wschodzie” („Losing the Long Game: The False Promise of Regime Change in the Middle East”). Z pewnością niezachwiane pozostanie poparcie dla Izraela w ogólności oraz w prowadzonej przez ten kraj wojnie w Gazie. Jednak z mocniejszym naciskiem na poszanowanie praw ludności cywilnej, czemu Harris już dała wyraz. W kwestii Ukrainy wypowiedziała się na konferencji bezpieczeństwa w Monachium, gdzie zabrała głos pod nieobecność prezydenta Bidena. Podkreślała wagę obowiązywania prawa międzynarodowego. „Żaden naród nie jest bezpieczny w świecie, w którym jeden kraj może pogwałcić suwerenność i integralność terytorialną drugiego, w którym zbrodnie przeciwko ludzkości są popełniane bezkarnie, w którym nikt nie przeciwstawia się państwu o imperialistycznych ambicjach. (…) Naszą odpowiedzią na rosyjską inwazję jest ukazanie zbiorowego przywiązania do międzynarodowych reguł i norm. Reguł i norm, które – od końca II wojny światowej – zapewniły bezprecedensowe bezpieczeństwo i dobrobyt nie tylko Amerykanom, nie tylko Europejczykom, ale ludziom na całym świecie”.
Kwestia przywiązania do reguł jest kluczowa dla Harris także w polityce wewnętrznej, w której przeciwstawia się dyskryminacji rasowej, popiera małżeństwa osób tej samej płci, opowiada się za prawem kobiet do przerywania ciąży, za płacą minimalną ustanawianą na poziomie federalnym, za powszechną służbą zdrowia. Zasadnicza pozostaje jednak sprawa utrzymania Ameryki jako państwa nomokratycznego – opartego na zasadach i prawie. Jak się wyraziła, „wierność rządom prawa to fundament naszej demokracji”. Nie ulega wątpliwości, że pomimo zmiany kandydata centralny temat obecnej kampanii wyborczej po stronie demokratów się nie zmieni. Ów centralny temat zdefiniował jeden z najbliższych doradców prezydenta Bidena Mike Donilon. W jego ujęciu obecne wybory w Stanach Zjednoczonych są batalią w obronie ustroju demokratycznego. Takie ujęcie ma dawać przewagę demokratom, ponieważ zakłada ono, że nie jest możliwe, aby większość Amerykanów zagłosowała na człowieka, który dokonał zamachu na amerykańską demokrację i nie chciał pokojowo przekazać władzy po przegranych wyborach.
Pojawia się zatem zasadnicze pytanie: czy prawdziwie wzniosła idea obrony demokracji, połączona z wyłonieniem nowej kandydatki, dużo młodszej od obecnego prezydenta, oraz zestawem haseł o charakterze obyczajowym i socjalnym może wziąć górę nad pragmatyzmem Amerykanów, który w większym stopniu uosabia Trump? Faktem jest, że były prezydent w trakcie kadencji nieraz demonstrował swój luźny stosunek do reguł prawnych i jest to zasadniczy punkt odróżniający od niego nową kandydatkę demokratów. Weźmy wzmiankowany wcześniej polityczny nacisk wywierany na Pence’a. Nie jest tajemnicą, że Trump dąży do budowy silnego, osobistego przywództwa i podziwia liderów politycznych, którym udało się zbudować tego typu pozycję.
Nie przeszkadza mu przy tym naruszanie przez nich prawa. Tak jest w przypadku chwalonego przez niego Viktora Orbána, tak jest w przypadku Władimira Putina i tak jest w przypadku Xi Jinpinga.
Prof. UJ dr hab. Piotr Kimla jest pracownikiem Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego
Apokaliptyczny sznyt
Aby rozruszać publiczność, zakładam maskę – na scenie jestem taką wersją siebie na sterydach.
Krzysztof Zalewski – wokalista, aktor. Ostatnim albumem „ZGłowy” (premiera we wrześniu) zrywa z dotychczasowym wizerunkiem. Stawia też kolejne kroki w aktorstwie – zagrał w serialu „Prosta sprawa” na podstawie powieści Wojciecha Chmielarza (reż. Cyprian T. Olencki, Canal+).
Niedawno mogliśmy cię zobaczyć w serialu „Prosta sprawa” – coraz bliżej ci do aktorstwa?
– Miałem przyjemność zagrać „Kolosa”, drugoplanową postać w tej produkcji. To spełnienie marzeń, bo na planie mogłem się pobawić w prawdziwe kino gangsterskie. Po raz pierwszy poczułem frajdę, a nie tylko stres, bo zawsze bałem się, że gołym okiem będzie widoczny mój brak rzemiosła. Zacząłem chodzić na warsztaty aktorskie i czuję, że mi to trochę pomogło. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze masa pracy przede mną, ale idzie to w dobrym kierunku. Niby mało znacząca rola, ale dała mi szansę rozwinąć się warsztatowo. Sam też jestem wielkim fanem kina gangsterskiego, w tym filmów Martina Scorsese, więc tym bardziej dobrze było zagrać postać bliską bohaterom jego „Kasyna”. Dobry garnitur, sadystyczne skłonności i za duże ego. To właśnie mój „Kolos”.
Muzyka i film to dwa różne światy. Jakie emocje towarzyszą ci, gdy wychodzisz na scenę, a jakie przy wchodzeniu na plan?
– Gdy wychodzę na scenę, to wchodzę do siebie do domu. Znam teren, pomaga mi w tym wieloletnie doświadczenie i opanowanie. Wiem, jakie przyciski nacisnąć, aby pobudzić publiczność i zaoferować dobry spektakl. Uczyłem się tego przez wiele lat, czuję się tam pewnie, natomiast wejście na plan filmowy zazwyczaj jest obarczone stresem. Całe szczęście, miałem fantastycznych partnerów. Bałem się, że Piotr Adamczyk będzie narzekał, że gra z amatorem, a sprzedał mi parę pomocnych wskazówek. Szukam też natchnienia w innych miejscach – jestem kinomaniakiem i staram się sporo oglądać.
Gdzie znajdujesz te inspiracje?
– Przewijam sobie poszczególne sceny i analizuję grę ulubionych aktorów. Uwielbiam wracać do „Rodziny Soprano” i obserwować Jamesa Gandolfiniego. Ambiwalentny typ, wręcz socjopata, a ma w sobie całkiem spore pokłady ciepła. Kibicuję temu gangsterowi, choć przecież nie powinienem! Do tego staram się zapamiętywać skrajne stany, w których czasem przychodzi mi się znaleźć. Życie zaskakuje, nieraz odczuwam ogromne pokłady złości lub smutku. Pojawia się wtedy myśl: „Nie zapomnij o tych emocjach i o tym, jak się czuje twoje ciało. To wszystko jeszcze może ci się kiedyś przydać”.
A czy te dwie sfery w jakiś sposób się przeplatają? Czy koncertowanie wzbogaca twoją paletę umiejętności aktorskich?
– Mój zawód ma sporo wspólnego z teatrem. Aby rozruszać publiczność i wejść z nią w interakcję, zakładam maskę – jestem podkręconym sobą, taką wersją na sterydach. To wymaga pewnego rodzaju gry z konwencją, a co za tym idzie, aktorstwa. Czasem muszę wykrzesać z siebie tego typu energię, co bywa trudne, jeśli jestem zmęczony lub pochłaniają mnie prywatne problemy. Wierzę, że jeśli rozwinę się aktorsko, to będzie miało wpływ na moją twórczość.
Król Lear nie żyje
Jak doszło do ukazania się wspomnień o Tadeuszu Łomnickim.
Izabella Cywińska po odejściu z funkcji ministra założyła Fundację Kultury i została jej prezeską. Na potrzeby fundacji wydzielono dwa lub trzy pokoiki w oficynie gmachu ministerstwa. Tam urzędowała. Odwiedziłem ją późną jesienią 1991 r., już nie pamiętam, czy była to wizyta kurtuazyjna, czy związana z jej książką „Nagłe zastępstwo”, na którą BGW podpisało z panią minister umowę. Pracowałem wtedy w tym wydawnictwie. Podczas rozmowy Izabella Cywińska zasugerowała, abym podjął się namówienia Tadeusza Łomnickiego na spisanie autobiografii lub udzielenie wywiadu rzeki. „On teraz ma próby w Poznaniu, premiera planowana jest na luty, załatwię ci zaproszenie na premierę i na bankiet, postaramy się, żebyś siedział blisko niego… porozmawiasz o książce”. Był to Teatr Nowy, którym Cywińska kierowała do czasu wejścia w skład rządu.
Pomysł spodobał się szefowi wydawnictwa, a ja pod koniec lutego 1992 r. szykowałem się do wyjazdu do Poznania, żeby spotkać się z wielkim aktorem. 22 lutego wieczorem radio i telewizja podały wiadomość o jego nagłej śmierci podczas jednej z ostatnich prób. Łomnicki po wygłoszeniu kwestii: „Więc jakieś życie świata przede mną. Dalej, łapmy je, pędźmy za nim, biegiem, biegiem!” wybiegł rzeczywiście ze sceny w kulisę. Tam zmarł. Na widowni siedziała jego piąta żona Maria Bojarska. Misterny plan zaproponowany mi przez Izę legł w gruzach.
Niedługo później spotkałem się znów z Cywińską. Dała mi numer telefonu do Marii Bojarskiej. „Skontaktuj się z nią, to przecież autorka biografii Ćwiklińskiej, musisz ją namówić, żeby napisała o Łomnickim”.
Odczekałem kilkanaście dni i zadzwoniłem. Poprosiłem o spotkanie. Pani Maria wyraziła zgodę. Wchodziłem do mieszkania Łomnickich z wielką emocją. Jej poziom wzrósł, gdy byłem już w środku, a na oparciu krzesła w kuchni zobaczyłem przewieszoną marynarkę, tak jak On ją zostawił, jadąc do Poznania. Siedząc w saloniku, uświadomiłem sobie, że jeszcze kilka tygodni wcześniej Łomnicki był tu gospodarzem, domownikiem, być może siadywał w tym co ja teraz fotelu. Czy miałem już wtedy ze sobą w prezencie butelkę brandy? Może tak, a może dopiero od następnej wizyty. Tak czy siak, był to element każdego kolejnego spotkania.
Bojarska była wyraźnie zdruzgotana śmiercią męża, wyglądała na cierpiącą i bardzo zmęczoną. Odrzuciła moją propozycję od razu. Twierdziła, że nie podoła książce wspomnieniowej o mężu, że za wcześnie, że byłoby to zbyt subiektywne spojrzenie na wielkiego aktora. Argumentowałem, że ta praca wypełniłaby jej czas, pozwoliła skoncentrować się na pisaniu, oderwała od rozpamiętywania śmierci męża, samotności. Była nieugięta.
Rafał Skąpski – autor publikacji poświęconych kulturze, historii i genealogii, w tym wspomnień Zofii z Odrowąż-Pieniążków Skąpskiej „Dziwne jest serce kobiece… Wspomnienia galicyjskie” (Czytelnik). Prezes Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, w latach 2001-2004 wiceminister kultury
Wesoło do katastrofy
Lament, że kiepskie były występy naszych sportowców na olimpiadzie, więcej złotych medali zdobyły Algieria, Indonezja czy mały Izrael. Ostatecznie Polska zajęła 42. miejsce w klasyfikacji medalowej. To stanowi najgorszy wynik w historii naszych startów na igrzyskach od 1924 r. Jak kiedyś wszystkiemu winny był Tusk, teraz winne jest PiS, a PiS to prezes. Mieli pchać na sportowe synekury swoich ludzi, namnożyło się działaczy bez pojęcia, potem całe towarzystwo rekreacyjnie pojechało sobie do Paryża. Może więc rzeczywiście to wina PiS. Sportowców teraz produkuje się jak luksusowe samochody w nowoczesnej fabryce, a u nas te fabryki były zarządzane po amatorsku. Musimy tylko uważać, by nie winić PiS za zmiany klimatyczne. Niby absurd, ale coś w tym jest, skrajna prawica nigdzie na świecie nie wierzy w globalne ocieplenie, więc ludzkość lekceważy dramat, chociaż już wyją syreny na alarm – zmierzamy sobie wesoło do katastrofy.
Pojeździliśmy trochę po Polsce, wszędzie wrażenie zamożności, wszędzie kręci się interes, lepsza estetyka stawianych obecnie domów, masa kwiatów przy posesjach. Wrażenie dostatku i rozwoju, więc duży postęp, choć to słowo jest zawsze podejrzane. W Lanckoronie, pewnie najładniejszej polskiej wsi, na rynku i przy rynku piękny wystrój kawiarni i restauracji. Budowanie dobrego smaku i poczucia estetyki to proces powolny, ale on trwa. PRL to była też katastrofa estetyczna, w kraju, gdzie wszystkie tradycje były rwane, oprócz tradycji niechlujstwa.
Mieszkamy w zabytkowym, drewnianym domku, drzwi obdarzone wielkim, antycznym kluczem otwierają się na rynek, z drugiej strony domu kwitnący ogród i cisza, gdy na rynku w weekendy gwarno. Tubylców zostało już we wsi nie tak wielu, domy wykupują mieszkańcy pobliskiego Krakowa, ten, w którym mieszkamy, ma londyńczyk Bogdan Frymorgen, który w średnim wieku odkrył, że jest utalentowany literacko. Też fotograf, dziennikarz i muzyk.
Eksplozja energii, wybuch agresji
Rykowisko to ciągły ruch zwierząt, a także moment, który pozwala określić stan liczebny jeleni.
Co roku na rykowisku jestem świadkiem byczych sporów. To najbardziej emocjonujący moment widowiska. Samce, podniecone obecnością konkurentów, krążą po lasach i polach. Poszukują samotnych chmar czy choćby pojedynczych łań – a o te ostatnie nie jest w tym czasie łatwo. Gdy jednak uda się im nawiązać znajomość z samicą, strzegą wybranki za cenę zdrowia, a nawet życia. Obecność innego byka w pobliżu rozpala nerwy i wznieca gniew włodarza stada.
Niemal każdego roku podczas rykowiska są znajdywane byki zrogowane w walce. Zrogowane, czyli zabite podczas pojedynków. W szczycie rykowiska chuć i rozdrażnienie dorosłych samców są tak wielkie, że równi sobie rywale nierzadko ścierają się w bitwach, okaleczając się wzajemnie. Bywa, że rany są śmiertelne. W Puszczy Augustowskiej znajdowano dorodne byki z kompletnie zmiażdżonymi bokami, połamanymi żebrami czy czaszkami przebitymi przez poroża przeciwników. Giną głównie dojrzałe zwierzęta. Starcia młodych byków to ledwie drobne potyczki. Młodzieńcy trykają się łepetynami dla treningu i zabawy. Pojedynki dorosłych samców to zaś prawdziwe wojny, których rozstrzygnięcia bywają zabójcze – czasem dla obu walczących. Znaleziono np. dwa martwe byki splecione ze sobą wieńcami.
Zdarza się też, że jelenie podczas walki nawijają na wieńce rozmaite śmieci, najczęściej porzucone przez ludzi druty lub polne pastuchy. Byki, walcząc, zaczepiają takie druciane sidła o swój oręż, oplątują się nimi wzajemnie i łączą ze sobą – aż do śmierci. Unieruchomione w ten sposób jelenie konają w powolnych męczarniach. Gasną z wysiłku, wyczerpania i głodu. Czasem leśnicy i myśliwi odnajdywali w Puszczy Augustowskiej nieszczęsne zwierzęta i oswobadzali je z tej pułapki. Bywało, że na wpół żywy byk wlókł truchło padłego przeciwnika aż do momentu, gdy odnaleźli go ludzie. Wówczas rozłączano wieńce i ratowano choć jednego nieszczęśnika od niechybnej śmierci.
Człowiek także może być przyczyną śmiertelnych wypadków jeleni, choć trzeba przyznać, że nad Wigrami kolizje samochodów z tymi zwierzętami należą do wyjątków. Dużo częściej przytrafiają się sarnom, dzikom i łosiom. Śmiertelnym zagrożeniem mogą być natomiast leśne ogrodzenia. W lasach wokół Wigier i w okolicznych nadleśnictwach były znajdowane byki zaplątane porożami w siatki wokół upraw i młodników. Zwykle trafiano na wiszące resztki truchła objedzone z wnętrzności i mięśni przez czworonożne drapieżniki. Trudno dociec, dlaczego zwierzęta wpadają w te zabójcze pułapki. Raczej nie chodzi tu o przypadkowe zawadzenie orężem o płot. (…) Bliższe prawdy może być przypuszczenie wskazujące na celowe wpędzenie ofiary w ten potrzask przez wilki. Te drapieżniki potrafią wykorzystywać naturalne i sztuczne przeszkody do złowienia ofiary. (…)
Czasem przyczyny śmierci jeleni bywają zagadkowe. W lipcu 2009 r. na leśnej drodze pomiędzy Czerwonym Krzyżem a Tobołowem został znaleziony dorodny czternastak, czyli byk, który na każdym porożu miał po siedem odnóg. Martwy zwierz leżał na głównej drodze, zagradzając przejazd. Wstępne oględziny nie wykazały przyczyn jego śmierci. Również pobieżna sekcja zwłok nie wyjaśniła, co mogło być powodem upadku jelenia. Podejrzewano atak serca, lecz to tylko domysły. Zagadkowy zgon zdarzył się też w 2012 r. w Czerwonym Krzyżu na padokach stadniny koni. Na ciele martwego jelenia nie znaleziono ani śladów walki, ani postrzału. Domyślano się, że przyczyną śmierci mógł być pastuch elektryczny – choć napięcie było niewielkie, impuls mógł wywołać szok, który okazał się dla zwierzęcia zabójczy. Ciekawa sytuacja miała też miejsce w 2021 r. na Suchym Bagnie. Fotopułapka zarejestrowała śmierć jelenia, który poraniony podczas rykowiskowej walki podszedł do bagienka, zwalił się w błotnistą maź i tam wyzionął ducha. Bardzo szybko namierzyły to znalezisko wilki, które ochoczo pożywiły się padliną.
Pomimo różnych nieszczęśliwych zdarzeń, jakie spotykają jelenie, najczęstszymi powodami śmierci samców pozostają wilki, myśliwi oraz… inne byki. Te ostatnie podczas rykowiska często reagują impulsywnie na obecność rywali.
Okazuje się, że jelenie bywają też gwałtowne wobec samic. Byłem kiedyś świadkiem przypadkowego poturbowania łani przez rozeźlonego byka. O świcie, wlazłszy na drzewo na ścianie lasu Krusznika, obserwowałem dwie oddalone od siebie chmary. Siedziałem na grubej gałęzi, więc spektakl ten oglądałem wygodnie z góry, a przede mną rozciągała się panorama krusznikowskich pól. Nad każdą chmarą czuwał stadny byk. Samce ubliżały sobie z daleka, nie podejmowały jednak prób konfrontacji. Tak naprawdę do walk pomiędzy jeleniami dochodzi tylko z konieczności. Nie chcą tracić sił ani ryzykować utraty zdrowia, a nawet życia, wybierają więc pyskówkę na odległość. Byki obrażały się więc i wzajemnie prowokowały. Chmary były liczne: w tej bardziej oddalonej było ponad 30 zwierząt, w tej znajdującej się bliżej – kilkanaście. I to właśnie w tej drugiej w pewnym momencie się zakotłowało. Jedna z łań wraz ze swoim tegorocznym przychówkiem odeszła od stada i ruszyła na spotkanie ryczącego sąsiada. Najwyraźniej doceniła wdzięki konkurencyjnego samca. Stadny byk ruszył za nią jednak, zagrodził jej drogę i bezceremonialnym kuksańcem poroża przywołał do porządku. Mimo kolejnych nieporadnych prób ucieczki niewierna łania została ostatecznie zagnana do chmary. Byk tryumfował i oznajmiał to potężnym ryczeniem. (…)
Fragmenty książki Wojciecha Misiukiewicza Wigry, Paśny Buriat, Kielce 2024
Żeby po prostu żyć po swojemu
Historie o szczęściu, zmianie i wyborze.
Patrzyłam na ojca i brata i wiedziałam, że więcej ich nie zobaczę.
Ciężarówka zniknęła mi z pola widzenia po kilku chwilach. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co to oznacza, ale już potrafiłam poczuć stratę. Miałam cztery lata i mama tuliła mnie do piersi, aż mnie żebra bolały. Nas nie wywieziono do obozu, do dziś nie rozumiem dlaczego.
Wojna minęła. Poszłam do szkoły i każdego dnia, kiedy z niej wracałam, widziałam moją zapłakaną matkę. Nie takiego dzieciństwa chciałam. Tym bardziej że co noc słyszałam, jak wołała imię mojego brata: „Wojtuś! Wojtuś!”. W pewnym momencie wręcz go nienawidziłam, bo wydawało mi się, że mama kocha go bardziej ode mnie. A miałyśmy tylko siebie. Cała rodzina zginęła. Kiedy trochę podrosłam, zaczęłam rozumieć tęsknotę matki za mężem i synem. Mnie niespecjalnie brakowało ojca, bo prawie go nie pamiętałam. Poza jednym zdjęciem, na którym mam roczek, a on trzyma mnie pod pachami siedzącą na jego kolanach. Uśmiecha się szeroko. No i te plecy na pace ciężarówki. Zaczęłam pytać mamę o niego, potem o brata. Był starszy ode mnie o cztery lata. „Nie mógł przeżyć”, mówiła matka, ale ciągle wysyłała listy do Czerwonego Krzyża. Ciągle ich obu szukała.
Informacja o ojcu przyszła dwa dni po moich 18. urodzinach. Zamordowany w obozie w Buchenwaldzie w 1943 r. O Wojtku ani słowa. Jakby się rozpłynął w powietrzu gdzieś po drodze. Mama zamknęła twarz w dłoniach i widziałam tylko jej drgające ramiona. Przytuliłam i poczułam nagle, jak łzy toczą mi się po policzkach, a po nich ogarnął mnie taki gniew, wiedziałam, że muszę w coś go zamienić. Obiecałam sobie, że i ja nie spocznę, dopóki go nie odnajdę. Zajęło mi to 20 następnych lat. Traciłam już nadzieję. Wróciłam z pracy w archiwum i jak zwykle otworzyłam skrzynkę pocztową. Leżał tam list. „Panu Wojciechowi T. zmieniono nazwisko na A. Został adoptowany przez rodzinę kanadyjską, która zgodziła się z Panią skontaktować. Proszę o odpowiedź na adres…”.
Zastanawiałam się, dlaczego Wojtek sam nas nie szukał. Byłam nawet trochę na niego zła. Wyjaśnienie pojawiło się, kiedy wylądował w Warszawie. Podczas pobytu w obozie przeszedł ostre zapalenie opon mózgowych – cud, że przeżył, ale już do końca życia miał mieć problemy z pamięcią.
Mama stała w hali lotniska, wypatrując dziecka, które zniknęło na pace ciężarówki. Zza drzwi sali przylotów wyszedł bardzo wysoki mężczyzna, już lekko siwiejący, który – kiedy tylko ujrzał mamę – od razu do niej podbiegł. Ten moment, ta chwila ich mocnego uścisku już nigdy się nie powtórzyła. Jednorazowe odczucie pełni szczęścia.
Halina, 85 lat
„Przygoda”, myślałem sobie, kiedy kolega powiedział mi, że można się zaciągnąć do Legii Cudzoziemskiej. Miałem wtedy niecałe 18 lat, musiałem poczekać jeszcze dwa miesiące do pełnoletniości. Nie powiedziałem nic rodzicom. Zresztą nie wiem, czy i tak by coś zauważyli. Ciągle byli w procesie trzeźwienia. Były wakacje, więc tylko rzuciłem im na dzień przed wyjazdem do Francji, że jadę z kumplami i nie wiem, kiedy wrócę. Od ojca dostałem nawet 100 zł. To wtedy było dużo. W Aubagne nazajutrz po przyjeździe do Legii zaczęła się ostra harówka fizyczna. Niby wiedziałem, że przejdę szkolenie, ale nie sądziłem, że będzie aż tak ciężko. W moim rodzinnym mieście chadzałem na siłownię, więc byłem dość wytrzymały fizycznie. A tu po ośmiu godzinach różnorodnego treningu trzęsło mi się całe ciało. Myślałem, że nie wytrzymam. Ale kumpel się trzymał, więc i ja musiałem.
Po trzech miesiącach szkolenia przyjęto mnie do Legii. Z radości spiłem się do nieprzytomności i spałem na plaży w Marsylii. Port w Marsylii znany jest zresztą z podobnych widoków. Chłopaki z Legii i marynarze jakoś muszą odreagować albo misję, w której biorą udział, albo daleki rejs i mordęgę na statku. Wieczorem lepiej się tam nie zapuszczać, bo można stracić nie tylko zęby, ale nawet życie. Po każdym kontrakcie – a to w Gujanie Francuskiej, a to w Czadzie – wracałem i praktycznie nie trzeźwiałem. Zdarzały się też narkotyki – najlepszej jakości, przemycane przez marynarzy.
Wydawało mi się, że jestem nie do zdarcia. A potem przyszła wojna na Bałkanach. Wysłali nas do Sarajewa jako obserwatorów pokojowych, mieliśmy ewentualnie reagować, jeśli któraś ze stron naruszyłaby konwencję genewską. Wtedy nawet nie pomyślałem, że sama wojna to już jest jej naruszenie, jeśli ktokolwiek – szczególnie kobiety, dzieci i starsi ludzie – w niej ginie, zostaje zamordowany czy zastrzelony przez snajperów. Jeździliśmy po mieście opancerzonymi wozami i wypatrywaliśmy luf w rozbitych oknach, bo co rusz ktoś padał na ulicy i nie mogliśmy dostrzec, w którym miejscu ukrywa się snajper.
Fragmenty książki Izy Klementowskiej, Szczęście i inne przypadki. Mikroreportaże, Marginesy, Warszawa 2024
Nastąpiła totalna zapaść
My, sędziowie, wiemy, jakie są mankamenty systemu i jak można by je usunąć z korzyścią dla obywateli.
Małgorzata Wasylczuk – sędzia Sądu Okręgowego Warszawa-Praga, wiceprzewodnicząca V Wydziału Karnego. Orzekała w głośnych procesach politycznych, m.in. uniewinniła prof. Jan Widackiego. Przez kilkanaście lat uczestniczyła w kształceniu aplikantów sędziowskich jako patron koordynator, prowadziła także szkolenia dla asystentów, aplikantów radcowskich i adwokackich.
Jakie są pani oczekiwania w związku z zapowiadaną przez ministra sprawiedliwości reformą sądownictwa?
– Nie jestem w tej mierze optymistką. Przez 30 lat pracy obserwuję, że nigdy władza ustawodawcza ani wykonawcza nie dbała o to, aby sądy działały sprawnie w służbie społecznej. Nie robił tego zwłaszcza żaden minister sprawiedliwości. Także ten będący sędzią – nie miał ani koncepcji zarządzania tymi obszarami sądownictwa, które były mu powierzone konstytucyjnie, ani woli politycznej, by zrobić coś pozytywnego. Koncentruję się na krytyce ministra jako przedstawiciela władzy wykonawczej, bo to ten organ w istocie ma w ręku najwięcej narzędzi do działania.
Naprawdę nie widać w sądach żadnych sanacyjnych przedsięwzięć po latach całkowitego demontażu systemu prawnego?
– Zmiany są, ale na gorsze. Dotychczasowe działania ministra sprawiedliwości sprowadzają się do odwoływania prezesów i wiceprezesów sądów i powoływania nowych. Należy oceniać to pozytywnie, tyle że w żaden sposób nie „załatwia to sprawy”. Kwestie personalne we władzach sądów są czubkiem góry lodowej problemów wymiaru sprawiedliwości. Żaden prezes sądu, nawet najlepiej przygotowany do tej funkcji, nie będzie mógł zdziałać więcej niż to, na co pozwolą mu przepisy prawa oraz środki finansowe – a te zależą od władzy ustawodawczej i wykonawczej.
Na co potrzebne są pieniądze?
– Nowoczesne sądownictwo, które rzeczywiście będzie odpowiadać na wyzwania współczesności, wymaga ogromnego dofinansowania. Nie możemy się obrażać, że świat idzie naprzód. Nie możemy ciągle odwoływać się do przeszłości, podając przykłady jedynie słusznego sposobu funkcjonowania, a niestety taką tendencję ma wielu sędziów starszego pokolenia, zarówno czynnych zawodowo, jak i tych będących już na sędziowskiej emeryturze, ale chętnie recenzujących rzeczywistość sądową w przestrzeni publicznej. Musimy zatem przede wszystkim zmienić mentalność, np. godząc się na to, że do naszego świata wkroczyła cyfryzacja, są inne metody zarządzania czasem pracy oraz kadrami. Musimy też się kształcić, albowiem przedmiotem rozstrzyganych spraw są coraz częściej takie obszary, których dotychczas w swojej praktyce nie mieliśmy (np. oszustwa popełniane z wykorzystaniem zawiłych mechanizmów rynkowych, cyberprzestępczość itp.), a to wymaga pieniędzy i czasu. Tego my, sędziowie, nie mamy.
Mówiąc o pieniądzach, mam na myśli nie wysokość sędziowskich wynagrodzeń, ale systemowe nakłady na ustawiczną edukację. Szkolenia proponowane i prowadzone przez Krajową Szkołę Sądownictwa i Prokuratury nie tylko nie odpowiadają rzeczywistym potrzebom sądownictwa, delikatnie rzecz ujmując, ale i ich poziom nie jest najwyższy. Przede wszystkim jednak, aby wziąć udział w szkoleniu, trzeba mieć na to czas. Wobec tego, mówię z mojej perspektywy, wiedzę zdobywamy we własnym zakresie na bieżąco, przygotowując się do sądzenia danej sprawy.
Kolejna kwestia związana z finansami to etaty w każdej grupie zawodowej, a więc orzeczniczej, asystenckiej i urzędniczej. Ten temat jest trudny, bo wymaga wydatkowania środków z budżetu państwa, a tych zwykle nie ma. Prezentuje się zatem w przestrzeni publicznej poglądy, że w Polsce liczba sędziów w przeliczeniu na liczbę mieszkańców jest duża w porównaniu z innymi państwami, wynagrodzenia sędziów są bardzo wysokie – tu zazwyczaj podaje się wartości brutto, i to osiągane przez sędziów sądów apelacyjnych, a więc stojących najwyżej w strukturze sądownictwa powszechnego. Natomiast zręcznie pomija się nieprawdopodobnie rozdętą kognicję sądów, a więc to, że z woli ustawodawcy trafiają tam sprawy, które z powodzeniem mogłyby być załatwiane poza systemem sądowniczym. Na marginesie podzielę się refleksją, że z jednej strony rzekomo społeczeństwo nie ma zaufania do sądów, ale z drugiej – jak wynika ze statystyk dotyczących wpływu spraw – obywatele chcą, aby to właśnie sądy załatwiały ich niekiedy dość błahe problemy.
W dyskusjach o usprawnieniu pracy sędziów podnosi się konieczność wspierania ich przez urzędników sądowych. Czy słusznie?
– Żaden, nawet najlepszy sędzia nie wykona swoich zadań, gdy nie będzie miał wykwalifikowanych współpracowników. W pierwszej kolejności kluczem do sukcesu jest kompetentny urzędnik sądowy. Niestety, występuje ogromny problem z pozyskaniem osób, które mają niezbędną wiedzę i kompetencje. W sądzie, w którym pracuję, wysokość proponowanych tej grupie zawodowej wynagrodzeń sprawia, że na stanowiska zgłaszają się kandydaci niespełniający wymagań. Ewentualnie tacy, którzy po zapoznaniu się z zakresem obowiązków i konfrontując to z wysokością zarobków oraz brakiem systemowych perspektyw rozwoju zawodowego, po krótkim czasie rezygnują. Muszę podkreślić, że w wydziale, w którym orzekam, pracuje kilka osób o bardzo wysokich kompetencjach, z długim stażem, które traktują swoją pracę z pasją i zaangażowaniem, ale i one z powodu przepracowania są już u kresu wytrzymałości, również fizycznej.
Kamiński: „Znajdziemy coś na ciebie”
„Nie podskakuj, bo na ciebie, k… nic nie mamy, ale jak trzeba, to znajdziemy”.
Nie jest to scena z filmu gangsterskiego. Tak ze sobą rozmawiali politycy partii rządzącej Polską przez osiem lat. Szantażysta to Mariusz Kamiński, ówczesny szef MSWiA, a ofiarą szantażu jest Jan Krzysztof Ardanowski, wtedy minister rolnictwa. Poszło o Tadeusza Romańczuka, prezesa Spółdzielni Mleczarskiej Bielmlek, senatora i wiceministra rolnictwa. Ardanowski uważał, że służby podległe Kamińskiemu były zaangażowane w atakowanie Romańczuka i rozwalanie spółdzielni. Gdy poszedł z tym do Kaczyńskiego, usłyszał: „Ja muszę komuś ufać, ufam Kamińskiemu”.
Zobaczymy, jak prezes na tym wyjdzie. Bo Ardanowski już wyszedł z PiS i zakłada nową partię.
Drażliwe pieniądze Kościoła
Fundusz Kościelny, czyli 20 lat prób likwidacji.
Fundusz Kościelny powstał w 1950 r. jako rekompensata za dobra kościelne przejęte przez państwo. Tyle że państwo oddało Kościołowi majątek zagrabiony przez władze po II wojnie światowej w ramach tzw. Komisji Majątkowej, która działała w latach 1989-2011. Kościół odzyskał m.in. ok. 80 tys. ha ziemi i prawie 500 budynków o wartości ok. 5 mld zł. Dodatkowo na mocy art. 70a Ustawy o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego, który obowiązuje od 1991 r., parafie, diecezje, seminaria duchowne i domy zakonne otrzymały od państwa ok. 80 tys. ha ziemi rolnej, która również jest warta kilka miliardów złotych.
Z Funduszu Kościelnego opłacane są ubezpieczenia duchownych, którzy nie mają umowy o pracę: zakonnic i zakonników, misjonarzy, studiujących księży. Część środków jest przeznaczana na konserwację zabytków sakralnych, działalność dobroczynną i wychowawczą. W 1990 r. państwo przekazało na Fundusz Kościelny ponad 2 mln zł, w 2000 r. – 67 mln, a w 2015 r. – 118 mln zł. Przez osiem lat swoich rządów PiS niemal podwoiło tę kwotę. W 2024 r. budżet funduszu wynosi prawie 260 mln zł.
Jedną z zapowiedzi w ramach 100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów Koalicji Obywatelskiej była likwidacja Funduszu Kościelnego. Z tym samym postulatem szły do wyborów w 2023 r. Lewica i Polska 2050 Szymona Hołowni. Minęło już ponad 260 dni od powołania koalicyjnego gabinetu, a fundusz nadal działa i nic nie wskazuje na jego szybką likwidację. W styczniu 2024 r. premier Donald Tusk powołał Międzyresortowy Zespół ds. Funduszu Kościelnego pod przewodnictwem wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, lecz gremium to zebrało się zaledwie dwa razy i niczego konkretnego nie ustaliło. Wprawdzie szef ludowców zapowiedział tajemniczo, że we wrześniu przedstawi „raport na ten temat”, ale według moich informacji nie ma co się spodziewać szybkich i rewolucyjnych decyzji. Biskupi nigdy nie zgodzą się na to, aby ewentualne zmiany uderzyły w finanse Kościoła.
Lewica za, a nawet przeciw.
O likwidacji Funduszu Kościelnego politycy mówią od 20 lat i jeszcze nikomu nie udało się tego dokonać. Po raz pierwszy temat pojawił się w 2004 r., gdy senatorowie SLD przygotowali projekt stosownej ustawy. Pytany o intencje, sekretarz generalny SLD Marek Dyduch oświadczył, że chodzi o zrealizowanie programu wyborczego, w którym była obietnica budowy świeckiego państwa, na co bp Tadeusz Pieronek stwierdził, że „to przedwyborcza gra, która ma napchać do urn nowych zwolenników SLD”. Choć poróżniona lewica mogłaby uzbierać większość w parlamencie, nie wszyscy politycy SLD i SDPL byli zachwyceni pomysłem senatorów. „Nie chcemy walki z Kościołem, nie zamierzamy wyciągać broni i ulegać emocjom. Trzeba jednak powiedzieć, w których obszarach będziemy szli razem, a w których będziemy się spierać”, deklarował asekuracyjnie przewodniczący SLD Krzysztof Janik.
Wicemarszałek Sejmu Tomasz Nałęcz zapewnił, że Socjaldemokracja Polska poprze rozwiązanie funduszu, ale lider partii Marek Borowski szybko ostudził jego zapał, twierdząc, że potrzebna jest bardzo poważna dyskusja z „odpowiednimi instytucjami kościelnymi” i „musi być ona tak prowadzona, aby dojść do prawdy, a nie napędzać się wzajemnie i szukać taniego poklasku”. Przeciwny likwidacji funduszu był Zbigniew Siemiątkowski, wieloletni poseł, minister i były szef Agencji Wywiadu, który sprawę postawił jasno: „Moim kolegom z SLD odradzam poszukiwanie nowej tożsamości lewicy czy też próbę odzyskania zaufania społecznego poprzez wojnę z Kościołem. To jest droga donikąd”. Temat uciął minister spraw zagranicznych i przewodniczący rządowej Komisji Konkordatowej Włodzimierz Cimoszewicz: „Nie ma żadnego powodu, by zlikwidować Fundusz Kościelny”.
Patryk Jaki i tortury
Szokujące kulisy prawie dwuletniego pobytu w areszcie tymczasowym 80-letniej adwokatki Aliny Dłużewskiej.
Wśród licznych obrońców ks. Michała Olszewskiego i byłych urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości, którzy trafili do aresztu w związku z nadużyciami w Funduszu Sprawiedliwości, prym wiedzie europoseł Suwerennej Polski Patryk Jaki.
„Mamy zatrzymanie ks. Michała Olszewskiego, to jest niezwykle ważne, bo mówimy o osobie, która jest podejrzana, nie jest skazana za nic, do tej pory o nieposzlakowanej opinii. Wobec takiej osoby, wobec duchownego stosuje się szykany, które spełniają wszystkie warunki definicji ONZ o niestosowaniu tortur, które Polska również ratyfikowała. Takie jak: postawiono księdza na stacji benzynowej, aby inni robili mu zdjęcia, mimo że wyraźnie prosił, aby to się nie działo, odmawianie praw do pomocy adwokata, jedzenia, picia, sformułowania »to sobie sikaj do butelki«. To nie jest wszystko, bo inna urzędniczka do tej pory za nic niekarana jest traktowana w sposób następujący (…): wielokrotnie była wybudzana w nocy, pod jej celę podstawiano głośniki, które grały przez cztery godziny, wielokrotne wpadanie do jej celi i wyrzucanie jej rzeczy z półek, utrudnianie modlitwy, zakaz przekazania różańca od najbliższej rodziny. Nawet najświętszy sakrament musiała przyjmować w schowku na miotły. Trzymanie w izolatce już drugi miesiąc jak najgroźniejszych przestępców, mimo że nawet w stosunku do najgroźniejszych przestępców wobec Kodeksu karnego wykonawczego, a konkretnie art. 143, jest to zakazane. To są metody, które stosowali kiedyś komuniści, po to, żeby wymuszać zeznania, żeby niszczyć ludzi, a to stosuje się do niegroźnych urzędników, gdzie fundamentem tego oskarżenia jest źle napisany statut fundacji ks. Olszewskiego, a w przypadku tej konkretnej urzędniczki, że w jednym z wniosków, który weryfikowała, nie zauważyła źle napisanego numeru bankowego. Proszę państwa, to jest coś niebywałego i w przypadku stosowania tych tortur mówimy o człowieku, który był rzecznikiem praw obywatelskich”, relacjonował oburzony Patryk Jaki na konferencji prasowej w Sejmie.
Adwokatka w celi dla kryminalistów.
W płomiennej przemowie polityk Suwerennej Polski minął się z prawdą kilka razy, co w jego przypadku jest nagminne. Szczytem bezczelności zaś jest oskarżanie Adama Bodnara o torturowanie niewinnych osób. Mamy dokumenty, z których wynika, że stosowano tortury w więzieniach, ale wtedy, gdy wiceministrem sprawiedliwości odpowiedzialnym za więziennictwo był Patryk Jaki, który wiedział o haniebnym procederze.
Adwokatka Alina Dłużewska została aresztowana 1 lutego 2017 r., dokładnie 23 dni po swoich 78. urodzinach. Kobieta o nieposzlakowanej opinii przesiedziała w odosobnieniu, bez wyroku, do grudnia 2018 r., czyli 22 miesiące, z czego ponad siedem miesięcy przebywała w celi dla szczególnie niebezpiecznych przestępców w Zakładzie Karnym nr 1 we Wrocławiu, choć nie miała statusu „osadzonej szczególnie niebezpiecznej”. Prokuratura oskarżyła Dłużewską o przestępstwa z art. 286 par. 1 Kodeksu karnego, w związku z art. 294 par. 1 Kodeksu karnego, tj. o oszustwa na szkodę o znacznej wartości.
Prawniczka zapewne nigdy nie trafiłaby do aresztu, ale miała pecha, bo jest matką Jakuba Rudnickiego, byłego wicedyrektora stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami, który w zamian za łapówki miał wydawać korzystne decyzje o zwrocie nieruchomości (choć oskarżono go w kilku procesach, nie został dotychczas skazany).
Jakub Rudnicki był rozpracowywany przez CBA i to prawdopodobnie dzięki podsłuchom telefonów służby dopadły jego matkę, która dla swojej przyjaciółki Ewy Kasprzyckiej, synowej i spadkobierczyni gen. Tadeusza Kasprzyckiego, ministra ds. wojskowych w sanacyjnym rządzie II RP, zajmowała się odzyskaniem dawnego hotelu Salamandra w Kościelisku, który w czasach PRL został przejęty przez państwo. Prokuratura uznała, że Alina Dłużewska, odzyskując Salamandrę, oszukała klientkę. Nie będziemy się zagłębiać w niuanse, gdyż sprawa jest zawiła, a proces Dłużewskiej toczy się już siedem lat i końca nie widać. Ważne jest, że to nie Ewa Kasprzycka poczuła się oszukana i nie ona złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez adwokatkę, ale z taką inicjatywą wystąpiła prokuratura.
W chwili aresztowania Alina Dłużewska nie tylko była w podeszłym wieku, ale też cierpiała na liczne choroby i dolegliwości. Miała amputowaną pierś, wszczepiono jej stent tętnicy międzykomorowej przedniej i protezę stawu biodrowego. Zdiagnozowano u niej nadciśnienie tętnicze i chorobę niedokrwienną serca. Dłużewska leczyła się z powodu zmian zwyrodnieniowych kręgosłupa i stawów kolanowych. Miała problemy z poruszaniem się. Czekała na operację wszczepienia endoprotezy kolana.






