Blog
Rembrandt jak prawdziwy
Żeby stać się wielkim fałszerzem, nie trzeba być wielkim malarzem, tylko raczej twórcą przekonujących opowieści.
Jeśli spytacie ludzi, czym się zajmuje fałszerz dzieł sztuki, 99 osób na 100 odpowie: „Kopiuje obrazy”. W rzeczywistości trudno o stwierdzenie dalsze od prawdy. Wystarczy chwila namysłu, żeby powód stał się oczywisty. Żaden poważny fałszerz nie skopiuje obrazu z tej prostej przyczyny, że oryginał już istnieje. Żeby udowodnić, że kopia jest falsyfikatem, trzeba tylko wskazać oryginał w muzeum i powiedzieć: „Proszę, tu jest autentyk”. Prawdziwe fałszerstwo wymaga stworzenia czegoś, co nigdy nie istniało, i wymyślenia powodu, dla którego się pojawiło. (…)
Za każdym razem, gdy ktoś mnie pyta o fałszowanie dzieł sztuki, chce usłyszeć opowieść o jakimś ezoterycznym, mistycznym procesie, połączeniu z umysłem artysty, które pozwala bez wysiłku i zastanowienia robić coś, co robiłby tamten. W rzeczywistości trzeba się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć, ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Pochłaniałem wszystkie informacje, jakie mogłem zdobyć – dokumenty, książki, katalogi, teksty naukowe; czytałem prace historyczne, stare gazety na mikrofilmach i opisy katalogowe; spędziłem wiele godzin w archiwach i na obmyślaniu przyszłych fałszerstw.
Han van Meegeren, słynny holenderski fałszerz z lat 30. i 40. XX w., był miernym malarzem, ale za to mistrzem w postarzaniu – dzięki wykorzystaniu fenolu i formaldehydu podczas suszenia jego farba pękała od spodu, naśladując naturalny proces. Ta technika pozwoliła van Meegerenowi oszukać specjalistów. Mógł zanieść swój obraz do muzeum i powiedzieć: „Dostałem go od pewnej zamożnej włoskiej rodziny, która nie chce, żeby podawać jej nazwisko”, i to wystarczyło. W moich czasach to już nie było możliwe, co wskazuje na istotny tajnik współczesnej sztuki fałszerskiej. Dla mnie udokumentowane pochodzenie dzieła było ważniejsze niż ono samo. Możecie mieć autentycznego Rembrandta, ale jeśli nie potraficie udokumentować jego historii, zostaje wam tylko powiesić go sobie w piwnicy albo sprzedać za kilkaset dolarów. (…)
Dla fałszerza rysunek, obraz i postarzanie to pierwszy, najbardziej oczywisty etap procesu. Żeby zostać prawdziwym fałszerzem, trzeba mieć nienasycony apetyt na informacje i oko do szczegółów. Ucząc się, czytając i oglądając, musicie zawsze wypatrywać słabych punktów, luk, błędów, cienia niepewności, który da waszemu dziełu szansę na zaistnienie. Szukacie prawdopodobieństwa. Jak się tak nad tym zastanowić, to żeby stać się wielkim fałszerzem, nie trzeba być wielkim malarzem, tylko raczej twórcą przekonujących opowieści. (…)
Za czasów współpracy z Carlem Marcusem wymieniłem szkło artystyczne na parę akwafort Rembrandta: „Archanioł Rafał opuszczający Tobiasza” i „Portret Jana Corneliusa Sylviusa”. Wtedy nie znałem się na tym jeszcze za bardzo, ale wydawało mi się niesamowite, że tak łatwo można wejść w posiadanie prawdziwego Rembrandta. Byłem tym tak podniecony, że zaniosłem akwaforty do Ebrii Feinblatt, specjalistki z Los Angeles County Museum of Art, żeby dowiedzieć się na ich temat czegoś więcej. Uważnie obejrzała obie przez szkło powiększające i powiedziała, że „Archanioł Rafał” to cenna grafika z czasów Rembrandta, a potem łagodnie wyjawiła, że „Jan Cornelius” to w rzeczywistości falsyfikat, choć zrobiony po mistrzowsku. Oczywiście byłem rozczarowany, ale obie akwaforty wprawiły w ruch trybiki w mojej głowie. Zacząłem pracować nad kolejną łamigłówką z repertuaru dawnych mistrzów.
Akwaforty to osobliwe dzieła – powstają w wyniku złożonego procesu, który wymaga skrupulatności, skupienia i zaangażowania, a także zwracania uwagi na szczegóły. Żeby stworzyć akwafortę, artysta musi ostrym rylcem wyskrobać rysunek na metalowej płycie. Gdy to zrobi, płytę zanurza w kwasie, który pogłębia i poszerza żłobki, zamieniając je w rowki na tyle duże, by mogły pomieścić tusz. Kiedy potem pokryje się płytę tuszem i odciśnie na papierze, tusz ze żłobień wsiąknie w papier, tworząc grafikę. To proces wymagający staranności i dużego nakładu pracy, a przy tym obejmujący wiele etapów.
Fragmenty książki Tony’ego Tetro i Giampiera Ambrosiego Być jak Caravaggio. Życie i oszustwa genialnego fałszerza dzieł sztuki, przeł. Katarzyna Makaruk, Znak Literanova 2024
Listy od czytelników nr 23/2024
Wyścig po euro
Nic dodać, nic ująć. Na okładce OSZUST Biedroń (z partnerem!), ten sam, który do dziś nie oddał PUBLICZNIE obiecanego mandatu PE… Pecunia non olet.
Włodzimierz Zielicz
W Polsce lewica musi się odbudować na zupełnie nowych podstawach, patriotycznych, socjalnych, podkreślających znaczenie stabilności w życiu człowieka pracy, prawa do wypoczynku, zabezpieczenia na starość i posiadania dzieci.
Tomasz Marek Sosnowski
Raczej nie zrobi tego kwartet Biedroniowie-Czarzasty-Żukowska.
Piotr Matejczyk
Kto z kim jest, stanowi problem prywatny, ale większym problemem jest to, że oni nie są ludźmi lewicy. I ci w parlamencie krajowym, i ci w europejskim to ludzie ze sporym odchyleniem prawicowym. Blisko im do PO, dlatego stworzyli wspólną koalicję rządową. Gdyby byli prawdziwą lewicą, nie chcieliby z tym gremium mieć do czynienia. Firmują fatalne działania rządu, a nawet w wielu kwestiach wyprzedzają. Lewica zatraciła zdrowy rozsądek, brnie w ton nadawany przez Tuska i Hołownię. Rosja tutaj jest dobrym przykładem. Oby taka ekipa w parlamencie była ostatnią.
Andrzej Kościański
Odkrzyżowanie
Zgadzam się z Wojciechem Kuczokiem, szczególnie co do przeciwskuteczności decyzji prezydenta Warszawy w sprawie krzyży. Nie chcę symboli religijnych ani emblematów ideologicznych w miejscach publicznych. Ale jeszcze bardziej nie chcę wojny religijno-ideologicznej. Szum medialny w sprawie krzyży nie służy ładowi i wyciszaniu. Dobrze napisał inny felietonista, Tomasz Jastrun, w „Świniobiciu”: „Prezydent Warszawy podpisał zarządzenie, które mówi, że w państwowych urzędach krzyże nie będą mogły być wywieszane na ścianach. Błąd. Powinien podpisać taką decyzję, z którą w pełni się zgadzam, po wyborach europejskich”. Józef Brzozowski
A ja myślę, że w sprawie krzyży w urzędach pan Kuczok jednak nie ma racji. A nawet, że przez takie podejście, typu „ustąp, nie ma o co się sprzeczać”, ustępowało się krok po kroku i w konsekwencji mamy to, co mamy, i nie wiemy, jak z tego wybrnąć. Do tego nie widać, żeby pan Trzaskowski miał choćby poparcie kolegów prezydentów. Może korzystają z doradców takich jak pan Kuczok i wolą stulić uszy.
Andrzej Nowiński
Zgadzałam się z autorem felietonu do momentu, w którym padło stwierdzenie, że demonstracje światopoglądowe na biurku urzędnika nie robią na petentach wrażenia. Owszem, robią. A mianowicie oburzają. Jeśli państwo jest świeckie, to taki urzędnik niech sobie te dwa skrzyżowane patyki w domu umieszcza, bo na szyi to już absolutnie nie. A jeśli Rafał Trzaskowski zezwala na takie pokazy, świadczy to o jego oportunizmie.
Ewa Gojawiczyńska
Usuwanie krzyży z gór wywoła większą wojnę niż to samo w przypadku urzędów, choćby dlatego, że w górach są one dłużej niż w urzędach, gdzie pojawiły się po długiej przerwie dopiero po 1989 r. W urzędach państwowych, szkołach, szpitalach itp. nie powinno być żadnych symboli religijnych. Decyzja Trzaskowskiego to krok w dobrym kierunku.
Włodzimierz Mytnik
Karnowski na lodzie
A było tak pięknie. Prawdziwe dolce vita. Bracia Karnowscy i tygodnik „Sieci” kasy mieli jak lodu. Może stąd to porównanie obecnej władzy do tafli lodowej? Michał Karnowski pociesza się bowiem, że „lód pod nimi jest cieńszy, niż to wygląda przy pierwszym oglądzie”. Może i jest. Kiedyś zobaczymy. Na razie widzimy kumpli braci K. w nowych rolach. Już bez ustawek w „Sieci”. Dojna zmiana na golasa bardziej przypomina mafię niż genetycznych patriotów. Mafię, która się sypie. Są sygnaliści i taśmy. Słyszymy, jak i skąd miliony wędrowały do redakcji. A tam bezsenne noce i stres. Czekanie na kolejne zeznania. I na nieuchronne wezwanie do prokuratury.
Tańczący z końmi
Na igrzyskach w Paryżu po latach przerwy wystąpi polska reprezentacja w ujeżdżeniu. Skład waży się do ostatnich chwil.
Koń i jeździec stanowią parę, jedność. Na czworobok (arenę zawodów) wychodzą, jakby zwierzęta stąpały tanecznie tuż nad ziemią. Lekko, baletowym prawie krokiem wprowadzają się w piruety, pasaże, przytrzymują nogi w piaffach. Ten wdzięk, ta gracja ruchów skrywają ogrom pracy i potu wylanego przez obie strony – człowieka i konia.
– Wyzwaniem jest, żeby nie tylko się dogadać, ale żeby koń chciał to dla nas zrobić, tak jak sam te elementy wykonuje w naturze. Ujeżdżenie jest fantastyczną dyscypliną, wymaga bardzo dużo pracy i cierpliwości. Albo jest koń zawodnik, który lubi się pokazywać, startować w zawodach, robi to i współpracuje dla przyjemności, albo nadaje się tylko do rekreacji – przyznaje Żaneta Skowrońska-Kozubik, jedna z najlepszych polskich zawodniczek. Pochodzi z rzemieślniczej rodziny ze Śląska, znane są jej z domu cierpliwość i etos pracy, pomagające w pracy z końmi. Zawsze jak wchodzi do stajni, mówi swojemu końskiemu partnerowi dzień dobry. I daje mu buziaka, jakżeby inaczej, skoro ten nazywa się Love Me.
Ujeżdżenie jest dyscypliną olimpijską, na co dzień to jednak podstawa każdej jeździeckiej dyscypliny. To broń Boże nie ujeżdżAnie. Z pobłażliwą wyższością poprawia mnie trener kadry narodowej seniorów, Andrzej Sałacki. – Ujeżdżanie koni to tam, gdzie kowboje się realizują, a to jest ujeżdżEnie, czyli taniec z koniem, konkurencja olimpijska, inaczej dressage.
Mawia się też „tańczące konie”, a skojarzenia ze słynną wiedeńską Hiszpańską Szkołą Jazdy na lipicańskich koniach są jak najbardziej właściwe.
W ujeżdżeniu teoretycznie wiek nie gra roli. – Najstarszym olimpijczykiem w historii ujeżdżenia był Japończyk, miał ponad 70 lat. Doświadczenie swoje robi, ale jest to też wysiłek fizyczny, a z czasem zdolność do regeneracji czy kondycja nam spadają, więc to nie jest aż tak bez znaczenia. Z naszych zawodniczek ubiegających się o udział w olimpiadzie najstarsza to rocznik 1965, najmłodszy zawodnik to 26-latek – wyjaśnia Daniel Karpiński, dyrektor ds. marketingu LKJ Lewada, zarządzający biurem trenera narodowej reprezentacji.
Na okrągło Biedroń albo Śmiszek
Walcząca o przekroczenie progu wyborczego Nowa Lewica strzela sobie samobója za samobójem. TVN, Polsat i TVP uparcie lansują tylko dwóch kandydatów. Biedronia i Śmiszka. Występują oni tak często, że wyborcy mogą myśleć, że lewica nie ma nikogo innego. Tego, co o tej parze mówią inni kandydaci, nie możemy napisać. Ale i nie trzeba. Bo to samo mówią wyborcy. Na tej głupiej i bezczelnej samopromocji pożywi się PO. A ministrowi Bodnarowi przekazujemy wyrazy współczucia, że trafił mu się taki Śmiszek, który z pracą w ministerstwie niewiele ma wspólnego. Chytrusy zadbały o najlepsze okręgi. I o to, żeby na listach nie było poważnej konkurencji. Czy tak „lewica” może przeżyć?
Zapach euro i prochu
To będzie ciekawy bój, o stanowisko unijnego komisarza ds. obronności. Oczywiście jest ono jeszcze w sferze projektów, ten urząd trzeba najpierw stworzyć, ale powoli (w Unii wszystko dzieje się powoli) projekt wyłania się z mgły. Raczej nie będzie to, jak opisują media, jakiś unijny minister obrony, szef europejskiego wojska itd., tylko ktoś z innymi zadaniami. W większym stopniu osoba odpowiedzialna za odbudowę europejskiego przemysłu obronnego.
Bo ten przemysł po 1990 r. w Europie wygasał. Teraz trzeba go odbudować. Innymi słowy, będzie to zajęcie bardziej dla menedżera, bankowca niż osoby przyjmującej defilady. Dyskusje na ten temat wciąż trwają.
Wiele zresztą wyjaśni czerwcowe posiedzenie Rady Europejskiej, podczas którego mają być podejmowane decyzje dotyczące wzmocnienia przemysłu obronnego. Tusk i Ursula von der Leyen już wspólnie ogłosili, że ma to być europejski priorytet.
Mniej więcej wiemy, co jest przygotowywane. Dużą rolę w odbudowie tego przemysłu ma odgrywać Europejski Bank Inwestycyjny. Ma on dysponować grantami, te środki będą kierowane również do średnich i małych firm.
Oprócz tego Komisja Europejska przygotowuje dodatkowe opcje finansowania produkcji obronnej i wspólnych, europejskich projektów. A Polska wraz z Francją i Estonią będą chciały wnieść projekt nowego KPO na rzecz obrony. Opartego na europejskich obligacjach. Skąd takie trio? Rzecz jest prosta – to związek tych najbardziej przestraszonych (Polska i kraje bałtyckie) i Francji, która na tym wszystkim może najwięcej zarobić, bo jej przemysł obronny jest niewygaszony, w dobrym stanie.
Co z tego wyniknie? Czekają na te rozstrzygnięcia i wojskowi, i biznes. I politycy. Bo w dłuższej perspektywie niebagatelne znaczenie będą miały i decyzje dotyczące finansowania przemysłu obronnego, i to, kto zostanie komisarzem ds. obrony (różne kraje mają już swoich kandydatów), i w jakich ramach kompetencyjnych. Dla wielu firm może to być wielka szansa. W tej trudnej sytuacji liczy się więc przynajmniej to, że polska dyplomacja koło tej sprawy chodzi, trzyma rękę na pulsie.
Wciąż przecież pamiętamy, jak w marcu zrobiło się w Polsce zamieszanie, gdy Unia ogłosiła wyniki programu zwiększenia produkcji amunicji. Do rozdzielenia było 500 mln euro, Polska z tego dostała ledwie 2,1 mln. A Niemcy 85 mln. Nawet Węgry 27 mln… Szef prezydenckiego BBN wołał, że to skandal, pisowski minister obrony Mariusz Błaszczak dworował – że oto „Donald »Król Europy« Tusk załatwił dla Polski całe 0,42% z unijnego programu produkcji amunicji”.
Wołali do momentu, kiedy pokazano im, że czas składania wniosków o finansowanie upłynął 13 grudnia 2023 r., a Polska złożyła ich na 4 mln euro… Ewidentnie więc odchodząca ekipa odpuściła sobie sprawę (delikatnie mówiąc).
Teraz mamy kolejne rozdanie, i finansowe, i polityczne. Dobrze byłoby, żeby nowy rząd nie szedł drogą PiS – że niczego nie składamy, a potem wołamy, że inni wzięli. Żeby wreszcie nastał czas prawdziwej polityki.
Gwiazda Zachodu na wschodzie Polski
Wizjoner Andy Warhol w Rzeszowie.
Amerykanie, Brytyjczycy i inni zachodniacy, którzy ostatnio wypełniają uliczki centrum Rzeszowa, nie mogą ukryć zdziwienia. Na przykościelnym budynku muzeum okręgowego kolorowe banery zapraszają na wystawę prac światowej sławy artysty Andy’ego Warhola, twórcy popartu. Tego po polskiej prowincji trudno było się spodziewać.
Spotkanie z Warholem w tym akurat miejscu przypomina, że korzenie kultury amerykańskiej zagłębione są w całej Europie, również tej biedniejszej, środkowo-wschodniej. Jeden z największych i najdroższych artystów XX w. z domu nazywał się Andrew Warhola. Urodził się za oceanem (1928), ale był synem Łemków, emigrantów ze wschodniej Słowacji, ze wsi Miková przy polskiej granicy – i tylko 100 km od Rzeszowa.
W ostatnich dziesięcioleciach w miasteczku będącym siedzibą powiatu Medzilaborce entuzjaści i wielbiciele artysty, dumni ze swojego ziomka, stworzyli muzeum jego sztuki. Znalazło się w nim wiele darowizn, a przede wszystkim prace wypożyczone z muzeów nowojorskich i kolekcji prywatnych. Stamtąd właśnie, na 670-lecie Rzeszowa, przywędrowała ta niezwykła wystawa.
Prace pokazywane w Rzeszowie to rzecz jasna jedynie margines dorobku Warhola, ale są na tyle różnorodne i charakterystyczne, że dają dobre wyobrażenie o jego twórczości. Przede wszystkim są wśród nich słynne portrety Marilyn Monroe i jedna z wersji najbardziej znanego autoportretu twórcy.
Andy Warhol przed i po Muzeum Okręgowe w Rzeszowie i Muzeum Sztuki Nowoczesnej Andy’ego Warhola w Medzilaborcach do 16 czerwca
Świrski da koncesję Republice
Milion we wtorek. I milion w piątek. Tak przez osiem lat żyło się Tomaszowi Sakiewiczowi, który dostawał kasę od struktur dojnej zmiany wedle potrzeb. A te miał ogromne. Podobnie jak ambicje, które sięgają zastąpienia Kaczyńskiego. Jedną ze ścieżek ma być wzmacnianie Telewizji Republika. Wzywa więc Sakiewicz pisowskiego taliba Macieja Świrskiego i pisowską Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, by mu dali koncesję na nadawanie naziemne. I jeśli te polityczne potwory będą trwać, dostanie ją. Wymusi na nich wszelkimi metodami. Na razie członkom KRRiT przypomina, kto ich wybrał. A partii Kaczyńskiego – że odpowiada za decyzję tych ludzi. Moralnie i politycznie.
Talib już wie, że koncesję trzeba milionerowi dać.
Zepsute ziarno polexitu
Na obchody 20-lecia naszego członkostwa w Unii Europejskiej nakładają się wybory do Parlamentu Europejskiego. A wybory to zawsze czas szczególnego wzmożenia. Mało głębszych refleksji, a dużo politycznego jazgotu. Co jest w tym nowego? Po raz pierwszy tak duża grupa polskich polityków w otwarty sposób atakuje samą istotę naszego członkostwa. Robią to, bo widzą aprobatę dla takich poglądów u części potencjalnych wyborców. Nie można tego procesu zlekceważyć. Koncepcja polexitu wdarła się już do obiegu społecznego i jest jak zasiane ziarno. Nikt nie wie, co z tego może wyrosnąć. Obyśmy się nie obudzili z czymś w rodzaju barszczu Sosnowskiego. W ciągu tych 20 lat wyrosło pokolenie, które nie pamięta starych czasów i z natury rzeczy jest mniej skłonne doceniać to, co dobrego stało się w ciągu tych lat. Gdy mówimy o Unii, bardzo często padają słowa: europejska wspólnota. Czy staliśmy się częścią tej wspólnoty? Ile jest w nas z tamtych Europejczyków? Niestety, ze wspólnotowością w Polsce mamy coraz większy problem. Jak możemy być częścią europejskiej wspólnoty, skoro jesteśmy tak podzieleni? Kłócimy się zawzięcie prawie o wszystko. I jedna część narodu odmawia drugiej prawa do władzy i nazywania się patriotami. Wybory niczego tu nie zmieniły. Dwa potężne pociągi jadą na siebie. Żelazne elektoraty żyją we własnych bańkach towarzyskich i medialnych. Zamkniętych nie tylko na argumenty, ale nawet na dokumenty. Spory wpływ ma na to psucie wielu ważnych instytucji, które po 2004 r. przenieśliśmy z Unii. Co zrobiliśmy z Trybunałem Konstytucyjnym? Z sądownictwem? Czy jest w Unii państwo, które równie skutecznie rozwaliło rynek medialny, a dziennikarzy sprowadziło do poziomu podłogi? Jest w tym dużo winy samych dziennikarzy, bo nie znaleźli sposobu, by skutecznie się zbuntować przeciw tym praktykom. I mamy to, co widać. Amerykańską stację, która jedzie na haśle wolne media. Niemieckie gazety, które przez 20 lat psuły rynek. Po wydrenowaniu z majątku i czytelników resztki sprzedano Orlenowi. Obecny rząd dopuścił do faktycznej likwidacji Ruchu jako kolportera prasy. I mógłbym tak pisać jeszcze długo.
Kończę apelem do Czytelników: znajdźcie kogoś na listach do Parlamentu Europejskiego i pójdźcie na wybory. By pokazać, że nie damy się z Unii wypchnąć.
Ponawiam też apel o wspieranie PRZEGLĄDU. Tylko stałe, comiesięczne, nawet symboliczne wsparcie jest gwarancją, że będziemy z Wami.
Siedemnaście minut, które trwały kilka godzin
Podczas negocjacji nie ocenia się człowieka. Wiadomo, że przed chwilą zabił trzech twoich kolegów, ale trzeba rozwiązać problem.
Sieradz. 26 marca 2007 r. O tym mówiła cała Polska. W zakładzie karnym doszło do tragedii. Jeden ze strażników więziennych nagle zaczął strzelać do policjantów. Tamte dni, godziny, minuty już na zawsze zostaną w głowie Krzysztofa Balcera i będą wracały za każdym razem, gdy usłyszy pytanie o najważniejszą akcję w swoim życiu.
Był poniedziałkowy poranek. Wskazówka odmierzająca minuty na zegarku leniwie przesuwała się, żeby pokazać za chwilę dziewiątą. To były czasy, kiedy jeszcze funkcjonował łódzki etatowy zespół negocjatorów. Nikt nie mógł wiedzieć, co się wydarzy za chwilę i jakie pojawi się wezwanie. Tak się złożyło, że do Polski przyjechali właśnie negocjatorzy z Wielkiej Brytanii, by prowadzić szkolenia dla polskich policjantów. Balcer brał udział w takim szkoleniu w Legionowie niecałe dwa tygodnie wcześniej. Teraz na szkoleniu byli jego koledzy z zespołu i spośród pracowników etatowych został na miejscu sam. Miał do dyspozycji jedynie sześciu negocjatorów niepracujących na etacie. (…)
W pewnym momencie do palących papierosy przychodzi zastępca dyżurnego. Wparował do środka zdecydowanym krokiem. Patrzy na Balcera i mówi: „Krzysiek, chyba będzie robota, chodź”.
– Usłyszałem, że w Sieradzu, w zakładzie karnym, doszło do strzelaniny. Trzeba było błyskawicznie zebrać informacje o tym, co się wydarzyło i co nadal dzieje się na miejscu. Dostałem polecenie, żeby szykować zespół negocjatorów. Zacząłem dzwonić po ludziach. Telefon do Pawła, bo wiedziałem, że jest na służbie. Wydzwaniam go – akurat od rana jeździł z kierowcą w patrolu. Dzwonię do Ani – pracowała w wydziale prewencji. Mamy już dwie osoby zapewnione, obie szkoliłem na kursach jako prowadzący, więc wiedziałem, czego mogę po nich się spodziewać.
– Ale czy tyle osób wystarczy?
– Wiedziałem, że w Łasku, po drodze do Sieradza, mam jeszcze dwójkę negocjatorów, w tym taką zupełnie świeżutką negocjatorkę Ewelinę. No to mówię: „Uruchomimy Ewelinę, żeby pojechała na miejsce, bo czas płynie. Paweł jedzie do mnie z miasta, mają być za kilka minut”. (…) W okolicach Zduńskiej Woli, czyli kiedy przejechaliśmy jakieś dwie trzecie drogi, okazuje się, że napastnik z Sieradza w dalszym ciągu strzela. Trafił co najmniej jednego policjanta, który jest ranny, nie wiadomo, czy żyje. To rzuca zupełnie inne światło na sytuację. Wiemy, że strażnik ma na wyposażeniu broń wojskową, karabinek kbk.
– Krótko mówiąc, potężna siła rażenia.
– Broń do zabijania, miałem taką w wojsku. Bardzo celna, świetna. Kamuflowane kamizelki kuloodporne nie dawały pełnego poczucia bezpieczeństwa. Do tego mieliśmy zaledwie jeden hełm kevlarowy na wyposażeniu.
– Jeden na cały zespół?
– Tak. I tylko dlatego, że jakoś go wydębiłem. Zresztą ten hełm przed amunicją z kbk i tak nie chroni, chyba że to byłby taki delikatny rykoszet, muśnięcie. Ale jeżeli sprawca trafi centralnie, to kula przebije hełm i mózg. Mamy więc świadomość, jakie są wyzwania i zagrożenia, wiemy, czym dysponujemy.
– Jedziecie w miejsce śmiertelnego zagrożenia.
– Kiedy dowiaduję się, że on w dalszym ciągu ma broń i strzela, zmieniam decyzję: to ja jestem pierwszym negocjatorem, a Ania drugim, czyli siedzi mi na plecach. Nie mogę wystawić nikogo na strzał, jeżeli wiem, że ten strzał może być śmiertelny. Paweł, ponieważ był najbardziej doświadczony, miał zostać dowódcą zespołu. Była jeszcze Ewelina, która pojechała prosto na miejsce. Ona wprawdzie nie miała żadnego doświadczenia w akcji, ale była mi tam potrzebna – mieszkała bliżej i dotarła na miejsce przed nami. To od niej dostałem te wszystkie informacje. (…) Dojeżdżamy na miejsce. Nie możemy przejechać, bo nas zatrzymują, ja się oczywiście wkurzam. Słyszę, że nie można podjechać od frontu, bo dostaniemy się pod kule. (…)
Fragmenty książki Radomira Wita Negocjatorzy policyjni. Zawsze chodzi o życie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2024






