Blog

Powrót na stronę główną
Kultura

Jubileusz Klubu Księgarza

To miejsce dla wszystkich, którzy współtworzą książki – wydawców, drukarzy, księgarzy i bibliotekarzy i autorów.

Kiedy stalinizm na dobre zaczął upadać i czuło się polityczną odwilż w środowisku księgarzy i literatów, zrodziła się idea powstania w Warszawie Klubu Księgarza. Z poparciem ówczesnych władz, które przydzieliły mu lokal przy Rynku Starego Miasta, Klub rozpoczął działalność 13 grudnia 1955 r. Data miała prawdopodobnie związek z przedwojennym świętem księgarzy, obchodzonym właśnie tego dnia. Akurat minęło więc 70 lat od tego wydarzenia i rocznica zgromadziła liczne grono współpracowników, przyjaciół i bywalców Klubu.

Choć w nazwie przywołani są księgarze, tak naprawdę jest to klub wszystkich, którzy współtworzą książki – wydawców, drukarzy, księgarzy i bibliotekarzy. I oczywiście autorów. W historii Klubu przewinęły się ich setki, zarówno wielkich literatów, jak i tych, którzy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Bombki wojennej strategii

Kiedy taki amator jak ja czyta Narodową Strategię Bezpieczeństwa, opublikowany w listopadzie fundamentalny dokument amerykańskiej polityki (zasadniczo tej globalnej w służbie lokalnej), z każdą stroną pogrąża się w konfuzji. Chwilami nieudolna, grafomańska wręcz laurka trumpohołdna, epos o herosie, Najwybitniejszym Przywódcy „wolnego” świata. Były podśmiechujki z kultu Stalina czy Ceaușescu? Słońce Appalachów, Doliny Krzemowej i pasów rdzy opiewany jest niezgorzej. Zapewne tysiące mózgów na całym świecie rozkminiają, za gruby hajs, co to naprawdę znaczy dla ich regionu, kraju, interesów, bezpieczeństwa, przyszłości. Czy mamy tu odę do hegemonii, czy raczej jest to wypełniony paroksyzmami snów o potędze akt zgonu zranionego śmiertelnie globalnego hegemona? Z całą pewnością jest to koniec snu o Ameryce śnionego wśród elit europejskich, szczególnie polskich, które zawierzyły USA, z Trumpem czy bez, bardziej niż Jasnogórskiej Panience.

Pozaedukacyjna „osobowość” obecnego Trumpa wykuła się w jednej tylko kuźni: własnego interesu, bezwzględnej eksploracji kapitalistycznych reguł, trików, matactw, oszustw i kombinacji. Teraz ten model „zarządzania”, jedyny dostępny aparatowi umieszczonemu w czaszce (nie odważę się użyć słowa mózg) „Pomarańczowego”, będzie stanowił Nowe Reguły, zapowiadające kompleksową, nieokiełznaną próbę wyjścia ze stanu upadłości USA. W oczy rzuca się najcieplej potraktowany wymiar przemocy militarnej, możliwej do zastosowania wszędzie i przeciw każdemu. I żadnego przepraszania za cokolwiek, co już się zmajstrowało.

Bez pakietu cytatów się nie obejdzie: „Począwszy od

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Smutne święta narodowców

Najbardziej nastrojowe polskie święta. Wiadomo, „wigilia drzewko, stół opłatki, wierzcie mi, wielka to godzina”, pisał z rozrzewnieniem legionowy poeta Józef Mączka, wspominając święta spędzone w okopach I wojny. Dalej zaś: „W Polsce – o jakże cudną bywa ta noc w królewskiej śniegów szacie, tam każda chata dzisiaj śpiewa, tam każde serce śpiewa w chacie pieśń, co w krąg echem się rozchodzi, wieszcząc radosne Bóg się rodzi!”.

Któż, nawet gdy dziś zabiegany, odczuwający przesyt przedświąteczną nachalną reklamą supermarketów, nie wspomina ze wzruszeniem świąt z czasów dzieciństwa? Któż, nawet jeśli niepraktykujący albo zgoła niewierzący, nie obchodzi tych świąt? Nie stroi choinki, nie śpiewa lub przynajmniej nie słucha kolęd? Nie zasiada do tradycyjnej wigilijnej wieczerzy? Kto nie składa najbliższym świątecznych życzeń? To bardzo polskie święta i bardzo piękna polska tradycja.

Każdy szczegół świątecznego obrzędu miał jakiś głębszy sens, czasem teologiczny, czasem bardzo praktyczny. Dzisiaj często ten sens jest zapomniany, obrzęd staje się pusty. Czasem tragicznie pusty, jak ten z jednym wolnym nakryciem wigilijnego stołu dla nieznanego, samotnego, zbłąkanego przybysza. Przy ilu pustych nakryciach wigilijnych polskich stołów rozprawiano o imigrantach jako intruzach?

A jak powinny wyglądać „polskie święta” w idealnej, wymarzonej przez narodowców Polsce dla Polaków, bez intruzów, gdzie czyta się tylko – jak zaleca pan prezydent – „książki polskich autorów”? Gdzie wszystko obce, co już przyszło z zagranicy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 52/2025

Szarlatani szaleją

Na gruncie psychologii i socjologii „bratanie się” środowisk antynaukowych z politycznymi antysystemowcami nie jest przypadkiem ani zbiorem osobliwych sympatii, lecz dość spójną konfiguracją interesów, emocji i sposobów myślenia. Zarówno antynaukowość, jak i antysystemowość budują swoją tożsamość poprzez sprzeciw wobec instytucjonalnej nowoczesności: państwa, akademii, mediów, medycyny czy struktur ponadnarodowych. Psychologicznie mamy tu do czynienia z tożsamością negatywną, w której poczucie, „kim jesteśmy”, rodzi się z wyraźnego, „przeciw komu jesteśmy”. Nauka instytucjonalna, ze swoim autorytetem i procedurami, pełni funkcję symbolicznego centrum władzy poznawczej, dlatego jej odrzucenie staje się odrzuceniem porządku społecznego, który ta nauka legitymizuje. (…)

Silnym spoiwem obu środowisk jest myślenie spiskowe, które psychologicznie porządkuje świat w warunkach niepewności i braku kontroli. Zarówno antynaukowcy, jak i antysystemowcy operują przekonaniem, że nic nie dzieje się przypadkiem, oficjalne wyjaśnienia są kłamstwem, a prawda jest ukryta i dostępna jedynie nielicznym „przebudzonym”. Daje to poczucie wyjątkowości i moralnej wyższości, a polityka w stylu Brauna ujmuje ten schemat w ramę etyczną: jesteś po stronie dobra, bo sprzeciwiasz się fałszowi systemu. (…)

Zarówno antynaukowość, jak i radykalna antysystemowość opierają się w większym stopniu na afektach niż na argumentach. Gniew, lęk i poczucie krzywdy są znacznie skuteczniejszym paliwem niż język niepewności, statystyki i falsyfikacji, którym posługuje się nauka. Narracje polityczne oferujące proste rozróżnienie na winnych i ofiary, zdradę i prawdę bardziej przemawiają do odbiorców uzdrowicieli, guru i teorii alternatywnych niż chłodny, probabilistyczny opis rzeczywistości.

W tym sensie antynaukowość pełni konkretną funkcję polityczną. Zapewnia ugrupowaniom antysystemowym gotową, silnie zmotywowaną grupę wyborców protestu, nieufnych wobec instytucji i odpornych na fakty. Dlatego pytanie, czy konkretna postać rzeczywiście wierzy w poglądy szarlatanów, jest drugorzędne. Istotniejsze jest to, że antynaukowość i antysystemowość wyrastają z tych samych psychologicznych deficytów i spełniają te same funkcje społeczne: delegitymizują istniejący porządek i zastępują go uproszczoną, moralistyczną wizją świata.
Janusz Watut

 

Każdy, kogo w jakiś sposób dotknęła choroba nowotworowa: jego samego, kogoś w rodzinie, wśród przyjaciół, w pracy, pewnie zauważył, że chorzy na raka to potężny biznes robiony na różnych „lekach”, „niezwykłych preparatach”, „cudownych terapiach”. Człowiek śmiertelnie chory jest gotowy zapłacić tysiące, jeśli ktoś obieca mu, że np. zjedzenie codziennie g… sprawi, że wyzdrowieje. O innych rewelacjach nie mówiąc. Ten biznes na tym bazuje i ma się świetnie.
Michał Jacek Wysocki

 

Nie ma czegoś takiego jak medycyna alternatywna. Jest medycyna konwencjonalna, komplementarna i ludowa. Poczytajcie sobie wytyczne WHO obligujące państwa członkowskie do umożliwienia swobodnych praktyk medycyny komplementarnej i ludowej.
Bartosz Ruta

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Duda (Piotr) nie chciał wolnej Wigilii

Piotr Duda, nie mylić z Andrzejem, to polityk równie charyzmatyczny jak eksprezydent. Tyle że cwańszy. Na fotelu przewodniczącego Komisji Krajowej NSZZ Solidarność rozsiadł się w 2010 r. I nie odpuszcza.

Minę ma zazwyczaj tak ponurą jak historia przekrętów w Solidarności. Zdarza mu się jednak żartować i powiedzieć coś śmiesznego. Na przykład to, co ogłosił w „Tygodniku Solidarność”: „Zmusimy rząd do podjęcia dialogu”. Duda i dialog? Oglądaliśmy to przez osiem lat rządów PiS. Jadł władzy z ręki. Bo to była ich ręka i ich władza.

Mało kto wie, że Duda był przeciwko wolnej Wigilii. „Opowiadaliśmy się za pozostawieniem dotychczasowej praktyki, pracownicy handlu pracowali w Wigilię do godz. 14”. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk nie skorzystała z jego oferty. I to ona została symbolem wolnej Wigilii.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Zastrzelony przez pomyłkę

Krzysztof Teodor Toeplitz pisał o morderstwie członka jego rodziny w burzliwym 1906 r. Do dziś sprawa pozostaje zagadką

W wydanej przez Iskry w 2004 r. „Rodzinie Toeplitzów. Książce mojego ojca” Krzysztof Teodor Toeplitz napisał, że jeden z synów jego pradziadka Bonawentury, Edward, „w wieku dwudziestu kilku lat zginął tragicznie w 1906 r. w czasie rewolucji, zastrzelony w zamachu, który wymierzony był w kogo innego. Zamachowcy po prostu pomylili się o jedną bramę i zabili wychodzącego z niej młodego Edwarda”. KTT nie wspomniał, że sprawa była bezpośrednio związana z Różą Luksemburg.

Wczesną wiosną 1906 r. Rewolucja w Warszawie gaśnie, ale komitety fabryczne wciąż podburzają robotników, ideowej amunicji dostarcza im wydawana w wielu tysiącach egzemplarzy socjalistyczna prasa z pepeesowskim „Robotnikiem” i esdeckim „Czerwonym Sztandarem” na czele. W użyciu są też rewolwery. Kule trafiają funkcjonariuszy carskiego reżimu, zdrajców, donosicieli i wrogów klasowych. Broni palnej używa też druga strona: żołnierze, żandarmi i działający w interesie fabrykantów członkowie bojówek terroryzujących robotników. Ogólny zamęt wykorzystują kryminaliści, organizując napady z rewolwerami w ręku. „Do takiego stanu walki wszystkich ze wszystkimi doprowadzili robotników agitatorzy socjalistyczni w Królestwie”, komentuje 6 kwietnia 1906 r. konserwatywny krakowski „Czas”.

Krew obryzgała ścianę

Dzień wcześniej, w czwartek 5 kwietnia 1906 r., „Kurier Warszawski” informował: „Dziś o godz. 9 z rana na ul. Jasnej spełniono jedną z tych zbrodni ohydnych, które dreszczem oburzenia wstrząsają wszystkich. Ofiarą jej padł nie jakiś osobnik podejrzany, nie jednostka w jaki bądź sposób zaangażowana w starciach politycznych, nie krzywdziciel ludzki ani ktoś w ogóle komu bądź szkodliwy, lecz człowiek stojący poza wrzeniem społecznym, spokojny, nikomu wody nie zamącający, i nie mogący mieć wrogów ani politycznych, ani osobistych. Ofiarą tą jest b.p. [błogosławionej pamięci] Edward Toeplitz, współpracownik Domu Handlowego »Herman Meyer«, 28-letni syn zmarłego w r.z. [roku zeszłym] Bonawentury Toeplitza. Przebieg faktu był następujący: gdy dziś z rana Edward Toeplitz wychodził z domu swojej matki przy ul. Jasnej nr 5 do biura, w bramie tuż przy wyjściu podeszło do niego dwóch czy trzech młodych ludzi, którzy już przez kilkanaście minut oczekiwali przed domem. I zapytali go: »Czy pan jesteś właścicielem tego domu?«. Usłyszawszy odpowiedź twierdzącą, napastnicy wyjęli pistolety i w mgnieniu oka oddali trzy strzały. Jedna kula chybiła, trafiając w ścianę, gdzie utkwiła, dwie zaś trafiły Toeplitza w szyję i w brzuch. Po oddaniu strzałów napastnicy umknęli, a ranny padł na ziemię, brocząc we krwi, która obryzgała ścianę i zalewała wnętrze bramy”.

Już w dniu morderstwa „Gazeta Polska” twierdziła, że zbrodni dokonało „trzech młodych Żydów, z których jeden miał na sobie czapkę ucznia szkoły handlowej”. Z innych relacji wynika, że sprawców było dwóch i wystrzelili dwie kule – jedna przecięła tętnicę szyjną. Musieli znać rozkład dnia Toeplitza, bo

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jerzy Domański

Kompleks Okrągłego Stołu

Czy od kogoś, kto, jak Karol Nawrocki i jego kancelaria, kosztuje polskich podatników co miesiąc ponad 800 tys. zł, nie należałoby wymagać czegoś więcej niż liczne i bezsensowne weta? Minęło pół roku tej prezydentury i wiemy już, że dla Nawrockiego naród to tylko jego wyborcy. Czyli ponad 10 mln obywateli, którzy na niego głosowali. Drugie ponad 10 mln wyborców – głosujących na Rafała Trzaskowskiego – zostało wykluczone. Podobnie jak ci, którzy do wyborów nie poszli. Wiem, że nie brakuje sympatyków takiej prezydentury, jaką Polakom funduje Nawrocki. Człowiek o skromnej wiedzy i marnych umiejętnościach, za to z ego większym od stodoły.

Coraz częściej słyszę, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Po latach

Kolacja u Waldka Kuczyńskiego, wybitnego ekonomisty. On i Balcerowicz mają ogromne zasługi w tym, że Polska tak dzielnie wskoczyła w kapitalizm. Waldek był związany z opozycją demokratyczną, tak się poznaliśmy. Niewysoki, mocno utykający na jedną nogę, zawadiacki, odważny, trochę chuligan. Był ministrem w rządzie Mazowieckiego i jego zaufanym doradcą. W sierpniu 1980 r. pojechałem na strajk do Stoczni Gdańskiej, wiozłem list polskich pisarzy i intelektualistów solidaryzujących się ze strajkującymi. Sala BHP jak brzęczący ul, siedzą, kręcą się, pokrzykują delegaci strajkujących z wielu regionów Polski. Pożar strajku stopniowo ogarnia cały kraj. Poznajemy to choćby po przyjeżdżających do stoczni delegacjach z fabryk. Nagle na scenę wbiega 14 ludzi w ciemnych garniturach, przyjechali z Krosna, czyli województwo podkarpackie też płonie. Podchodzi do mnie, dziarsko kuśtykając, Waldek Kuczyński. Cedzi przez zęby: „Ty, k… patrz, to przecież jest rewolucja!”. „Chyba dobrze”, mówię. „Oszalałeś? Ruskie czołgi na granicy już grzeją silniki”.

Miał rację. Byliśmy wszyscy wtedy w jakimś amoku, ale bez niego nie udałoby się dokonać tej bezkrwawej rewolucji. Pytam, co sądzi o wprowadzeniu stanu wojennego, był internowany tej nocy. „Całe szczęście, że został wprowadzony”, odpowiada. Kiedyś zabiłbym go za takie słowa. I bez wahania zabiłbym generała. Teraz myślę, że Solidarność parła do zdobycia władzy, dominowali radykałowie, to był już samonapędzający się mechanizm, jak ogromna lokomotywa, której nikt nie powstrzyma. Dobrym znakiem – wspomina Waldek – było już to, że strażnicy tej nocy w więzieniu mówili do nich per pan, a potem oddech ulgi, gdy wystąpił gen. Jaruzelski. Już wiedzieliśmy, że to nie inwazja sowiecka.

A mnie ktoś ostrzegł, krążyłem po Warszawie, budziłem ludzi. Wróciłem do domu po roku. W mieszkaniu czekało na mnie całą noc czterech funkcjonariuszy, jeden w mundurze. Żona weszła do pokoju, gdzie spał nasz synek, za drzwiami znalazła łom. Wyniosła go do salonu. „A co to?”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Koncert mocarstw

Czy Europa przed I wojną światową nie była spleciona mocnymi więzami ekonomicznymi?

Stało się. Wraz z nową strategią bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych ostatecznie żegnamy liberalny porządek zbudowany na prawie międzynarodowym i międzynarodowych instytucjach. A prawo to było w zasadzie podyktowane przez USA i służyło interesom USA. Dlatego amerykańscy realiści, tacy jak znany czytelnikom „Przeglądu” Stephen M. Walt, chwytają się za głowę, obserwując Donalda Trumpa i jego rozbrat z dotychczasowym porządkiem instytucjonalno-prawnym, w obrębie którego funkcjonowały powojenne stosunki międzynarodowe. Ten rozbrat nie jest, rzecz jasna, dobrą wiadomością dla małych i średnich państw. To wiadomość groźna, może zatrważająca. W polityce międzynarodowej prawo stwarza przestrzeń ochronną przede wszystkim dla podmiotów małych i średnich. Do pewnego stopnia zrównuje wielkich i małych, a w każdym razie jest wędzidłem dla woluntaryzmu wielkich. Istnienie prawa i jego poszanowanie stwarza państwom przewidywalne warunki działania.

Naturalnie w kraju takim jak nasz, to znaczy o niskiej kulturze prawnej i niskiej świadomości prawnej, to wszystko może brzmieć jak frazesy. Czy szanujący się Polak pomyśli kiedy o dobroczynności prawa, o korzyściach, jakie czerpie z istnienia reguł? Począwszy od reguł ruchu drogowego. Czy przyjdzie mu do zanarchizowanej głowy, że dotychczas pokonał i jeszcze pokona tysiące kilometrów bezkolizyjnie i z dużą prędkością i że zawdzięcza to kodeksowi drogowemu? Jak przypuszczam, ten hipotetyczny Polak uważa, że zawdzięcza to wszystko sobie – swoim wybitnym umiejętnościom prowadzenia samochodu.

To, co napisałem na wstępie o dobroczynności prawa, nie jest krótkim manifestem politycznego romantyzmu i naiwności. Wielcy oczywiście naruszali prawo międzynarodowe i panoszyli się w instytucjach powołanych do działania na rzecz wspólnego dobra wszystkich zrzeszonych w nich państw. Ale naruszali to prawo w zasadzie wtedy, gdy w grę wchodziły ich wielkie interesy. Żadne państwo i żadne mocarstwo nie chciało mieć przyklejonej łatki podmiotu permanentnie łamiącego prawo.

Wiarygodność jest kapitałem nie tylko w biznesie, lecz także w polityce. Kiedy jakieś państwo faktycznie naruszało prawo, czuło się w obowiązku przekonać swoją i zagraniczną opinię publiczną, że tak naprawdę go nie narusza. Już sama konieczność zbudowania w miarę wiarygodnego uzasadnienia dla łamania prawa działała powściągająco. Państwo skrzywdzone naruszaniem prawa przez inny, silniejszy podmiot miało do czego się odwołać, gdy zmieniła się polityczna konstelacja i silniejszy osłabł. Mogło liczyć na jakąś formę sprawiedliwości. Prawo międzynarodowe nie fundowało pełni sprawiedliwości, bo żadne prawo tego nie zapewnia, ale czyniło, mimo wszelkich zastrzeżeń, świat sprawiedliwszym i bezpieczniejszym.

Słyszę od uczonych kolegów, że nowa „doktryna Trumpa” ma tę dobrą stronę, że wyraża pogodzenie się Amerykanów z realiami. To znaczy porzucenie przez nich mrzonek o pozycji światowego hegemona. Ścisłe to nie jest. Świadomość, że jest „zbyt wiele wody w morzach i oceanach”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Dlaczego Wigilia i Święta Bożego Narodzenia są tak ważne dla Polaków?

Dr hab. Zuzanna Grębecka,
antropolożka kultury, Instytut Kultury Polskiej, Uniwersytet Warszawski

Boże Narodzenie jest w Polsce ważne kulturowo i wspólnotowo, nie tylko dla chrześcijan. To święta głęboko rodzinne, zarówno w praktyce, jak i w samej treści opowieści o narodzinach dziecka, obecności matki i ojca oraz radości z nowego życia. Ta narracja jest bliska codziennemu doświadczeniu i łatwa do osobistego przeżywania. Dodatkowo święta zostały silnie „spolonizowane”: kolędy, pastorałki, szopki i ludowe obrazy przenoszą wydarzenia biblijne w znane nam realia: śnieg, polską wieś, swojskie dary. Boże Narodzenie zostało też wpisane w historię i patriotyzm. W czasie zaborów, wojen czy stanu wojennego Wigilia symbolizowała nadzieję, wspólnotę i oczekiwanie na wolność. Stąd charakterystyczne połączenie ciepła rodzinnego, pamięci o zmarłych i refleksji narodowej. To konglomerat wyjątkowy dla polskiego przeżywania świąt.

Dr hab. Małgorzata Bogunia-Borowska,
socjolożka, kulturoznawczyni, Uniwersytet Jagielloński

Wigilia to kwintesencja polskości. To umiłowana tradycja, symbol tożsamości, piękny obyczaj i ważny czas dla ludzi wiary w narodziny Jezusa Chrystusa. To bardzo piękne i nostalgiczne święto, które obchodzone jest wyłącznie w naszym kraju. Jest bardzo polskie. Biały obrus, wolne miejsce przy stole, śnieżnobiały opłatek, postne potrawy, Pismo Święte, kolędy, choinka, pasterka i odświętne stroje podkreślają wyjątkowość zdarzenia. Polacy czują, że uczestniczą w czymś, co ich jednoczy, umacnia i daje siłę. To ważny czas przechodzenia z profanum do sacrum. A sacrum i związana z nim łaska, odświętność i specyficzny nastrój sprzyjają budzeniu w sobie dobra, otwartości, czasem głęboko ukrytej wrażliwości. Niejednemu z nas przy świątecznych życzeniach kręci się łezka w oku. To czas spotkań, życzeń i przebaczania. Jesteśmy w tym dniu trochę inni. Wierzymy, że waśnie ustaną, ludzie się pogodzą, a zatwardziałe serca zmiękną. Ufamy, że zawiesimy na kołku żale. Przełamiemy się opłatkiem z wrogami. Liczymy, że wybaczymy urazy i uzdrowimy trudne relacje.

Tomasz Sulima,
antropolog kultury

Wigilia i Boże Narodzenie to wciąż najważniejsze święta w Polsce. Łączą w sobie kwestie religijne, pewną tradycję i jak żadne inne podtrzymują więzi rodzinne. To czas przyjazdów z zagranicy i rytualnego podtrzymywania poczucia wspólnoty, gdy choć na chwilę przestajemy się spierać. Lubimy jarmarki świąteczne, wciąż chcemy wydawać pieniądze, by wręczać sobie prezenty. Sądzę, że to działa również na podświadomość, gdy dni są coraz krótsze; to czas podsumowań roku i życzeń pomyślności na nowy początek, jakim były przed wiekami narodziny Jezusa Chrystusa.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.