Bridget Jones to ja!

Bridget Jones to ja!

Trzydziestolatka szukająca miłości zdobyła księgarnie. Teraz podbija kina

“Jeśli facet w twoim wieku podrywa cię, to zdradza żonę albo jest z nim coś nie tak”. To jedna z zasad, którymi bezskutecznie stara się kierować Bridget Jones, bohaterka powieści Helen Fielding “Dziennik Bridget Jones” i “W pogoni za rozumem”. Jej popularność dorównuje tej, jaką cieszy się Harry Potter, ale do fascynacji książką przyznają się nie tylko rówieśniczki panny Jones.
Początkowo “Dziennik” ukazywał się w postaci pastiszowych felietonów w “The Independent”. Gdy został wydany jako powieść, w Wielkiej Brytanii natychmiast okrzyknięto go “znakiem czasów”, a Bridget stała się ulubioną bohaterką Brytyjczyków.
Bridget Jones to 32-letnia mieszkanka Londynu, która szuka miłości, jednocześnie próbując dbać o linię, ograniczyć palenie i kontrolować ilość wypijanego chardonnay. A utożsamienie się z Bridget nie jest takie trudne. Jeśli tylko ktoś kiedykolwiek zmagał się z dietą, starał się żyć według poradnikowych mądrości, chciał przeżyć wielką miłość i miał matkę, która bardzo chce zobaczyć swe dziecię na ślubnym kobiercu, w czasie lektury książki będzie miał ciągłe wrażenie déja vu.
Bridget nie jest sztywną, poważną heroiną. Wzbudza sympatię, jest zabawna, popełnia błędy, dramatyzuje, dowcipnie opowiada o kłopotach z mężczyznami i strachu przed samotnością. Jest istnym kłębkiem niepewności, sprzeczności i lęków dobrze znanych zarówno kobietom, jak i mężczyznom. Ci drudzy twierdzą nawet, że ta książka jest o nich, a przynajmniej dla nich, bo pozwala im wejść na chwilę w skórę kobiety. Przeciwnicy książki zarzucają bohaterce głupotę i brak ambicji, a autorce – kiepski styl i nieciekawe poczucie humoru. Trzeba jednak pamiętać, że “Dziennik Bridget Jones” powstał jako pastisz i miał z założenia naśladować prawdziwą,

terapeutyczną, babską pisaninę.

Światowy bestseller to oczywiście łakomy kąsek dla filmowców. Pomysł sfilmowania perypetii ulubionej angielskiej bohaterki lat 90. wywołał w Wielkiej Brytanii duże poruszenie. Dyskusja na temat obsady przybrała wręcz rozmiary debaty narodowej. Najwięcej kontrowersji wywołało powierzenie tytułowej roli amerykańskiej aktorce, Renée Zellweger. Media pytały ze zgrozą: “Jak chuda dziewczyna z Teksasu może zagrać naszą ukochaną Bridget? W dodatku z takim akcentem?”.
Renée przygotowywała się do roli bardzo solidnie. Aby upodobnić się do granej postaci, spędziła osiem miesięcy w Londynie, pracując incognito w wydawnictwie, które opublikowało “Dziennik”, ćwicząc w pocie czoła nieskazitelnie brytyjski akcent i… przybierając na wadze, poświęcając idealną figurę – bezcenny skarb dla każdej hollywoodzkiej aktorki. Transformacja przebiegła pomyślnie do tego stopnia, że krytycy zgodnie przyznają, iż właśnie Renée jest głównym atutem filmu. – To jej wielki triumf – mówi partnerujący aktorce Hugh Grant i dodaje, że pod koniec zdjęć sam uważał Renée za idealną Brytyjkę.
Grant, który również zyskał uznanie recenzentów, twierdzi, że z ulgą przyjął propozycję wystąpienia w roli czarnego charakteru, bo miał serdecznie dosyć grania miłych facetów. Niewdzięczną rolę ideału, Marka Darcy’ego, przyjął inny ulubieniec brytyjskiej publiczności, Colin Firth. Aktor ten był już kiedyś panem Darcym – w ekranizacji powieści Jane Austen “Duma i uprzedzenie”, znanej również polskim telewidzom. Obsadzając go w tej roli, twórcy filmu zręcznie zwrócili uwagę na związki pomiędzy “Dziennikiem” i powieścią Austen.
Od 13 kwietnia, kiedy “Dziennik Bridget Jones” wszedł na ekrany w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych,

film bije rekordy popularności.

Do kin pędzą zapewne nie tylko wielbiciele samej Bridget Jones, ale także miłośnicy czarujących komedii romantycznych, pełnych błyskotliwego, angielskiego humoru. Krytycy są zgodni, że pod tym względem film jest triumfem autorów scenariusza, wśród których obok Helen Fielding znalazł się Richard Curtis, twórca takich przebojów kinowych jak “Cztery wesela i pogrzeb” czy “Notting Hill”.
Dzięki ekranizacji na Zachodzie Bridget-mania powróciła z nową siłą. Amerykanki uczą się brytyjskiego slangu, a na oficjalnej stronie internetowej filmu wypełniają test, żeby przekonać się, jak bardzo przypominają Bridget. Pisma kobiece pełne są konkursów, w których trzeba odpowiedzieć na pytania o obsadę ekranizacji, kupić ulubione produkty bohaterki książki – na przykład podstawowy lek na smutki, czyli chardonnay – albo przysłać własne zdjęcie z opisem historii a la Bridget Jones.
Film daje wielbicielkom stylu Bridget jeszcze jedną możliwość upodobnienia się do niej: teraz mogą wyglądać tak jak ona. Wizażyści analizują więc z upodobaniem styl Renée Zellweger, a charakteryzator pracujący przy filmie zdradza sekrety makijażu aktorki. Jeśli komuś to nie wystarcza, już wkrótce będzie mógł kontaktować się z ulubioną bohaterką za pomocą SMS-ów. Helen Fielding przekonuje, że to doskonały pomysł, ponieważ telefon staje się głównym środkiem komunikacji. W serwisie znajdą się psychotesty, kącik “Zapytaj Bridget”, wiadomości na temat diet, randek oraz fragmenty nowej książki Fielding “Bridget Jones’s Guide to Life”.
Książka zawiera praktyczne porady, jak się zachowywać, a nawet – co myśleć w różnych sytuacjach. Przykładowo, w przypadku porzucenia przez mężczyznę Bridget radzi nie rozpaczać, tylko wlać prosto do gardła kieliszek chardonnay, zapalić papierosa, poprawić czekoladką, zadzwonić do wypróbowanych przyjaciół i ogłosić stan wyjątkowy. Zanim pomoc nadejdzie, warto obejrzeć jakiś film. Może to być “Thelma i Louise” (bo rozprawiają się z tymi draniami), “Bezsenność w Seattle” (bo zawsze warto mieć nadzieję), “Gladiator” (bo w takiej sytuacji potrzebny jest prawdziwy facet w spódnicy), “Wiek niewinności” (bo tu mężczyzna woli starszą kobietę) albo “Titanic”, ale tylko fragment, w którym statek rozpada się na dwie części, rufa się unosi i wszyscy spadają do morza (bo w każdym razie nasza sytuacja jest lepsza niż ich). Pod żadnym pozorem nie wolno natomiast oglądać np. “Fatalnego zauroczenia”. Rady dotyczą też właściwych i niepotrzebnych myśli, jakie mogą zrodzić się w głowie w czasie takiego kryzysu. Nie wolno powtarzać sobie: “Jestem za stara. Jestem za gruba. Jestem nieatrakcyjna”, za to mile widziane są deklaracje w rodzaju: “Dranie!” albo “To nie ma nic wspólnego ze mną, po prostu wśród facetów panuje epidemia fobii zaangażowania”. Wszystkie kobiety, które kiedykolwiek miały wrażenie, że mężczyźni pochodzą z innej planety, zapewne z radością powitają ten

zestaw złotych rad
na każdą okazję.

W Polsce mania Bridget Jones nie osiąga tak spektakularnych rozmiarów, ale nie można powiedzieć, że jej nie ma. Książka króluje na listach bestsellerów nieprzerwanie od kilku miesięcy, w radiu czyta ją w odcinkach Dorota Segda, a w prasie kobiecej pojawiają się reportaże portretujące Polki, które mimo różnic kulturowych odkrywają podobieństwa między własnym życiem a losami sympatycznej Angielki. A o tym, czy film odniesie w Polsce równie ogromny sukces jak na Zachodzie, przekonamy się po 8 czerwca.

Wydanie: 22/2001

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy