Budżet konieczności

Budżet konieczności

Czy ktoś lubi podatki? Oczywiście, że nie! Poza Ministerstwem Finansów i urzędami skarbowymi miłośników oddawania fiskusowi części zarobków nie uświadczysz. A i pracownicy tych instytucji pewno głowią się, co zrobić, by ich podatek był możliwie najmniejszy. Takie zachowanie jest zupełnie naturalne i zrozumiałe. Rzecz oczywiście w tym, by te poszukiwania nie wykroczyły poza obowiązujące przepisy.
W ostatnich dniach najczęściej używaliśmy dwóch słów: podatki i budżet.
I właśnie temperatura dyskusji wokół projektów rządowych najlepiej pokazuje, jakie są dziś faktyczne preferencje Polaków. Upodabniamy się w tym do społeczeństw zachodnich. Coraz realniej chodzimy po ziemi.
Ten realizm społeczeństwa, które skrupulatnie liczy spodziewane wpływy i niezbędne do życia wydatki, przenosi się na realizm władzy państwowej, która odpowiada za konstrukcję budżetu kraju.
Jaki jest projekt budżetu na 2002 rok? Nie da się na takie pytanie odpowiedzieć, abstrahując od oceny stanu państwa po czterech latach rządów AWS i UW. Nie wszystko jeszcze wiemy o realnych zagrożeniach, jakie płyną dla finansów publicznych z ostatnich decyzji ekipy Buzka. I tych, podejmowanych w rozlicznych agendach i instytucjach, w których ciągle rządzą ludzie z tamtej władzy. Może być jeszcze gorzej, niż myślimy, bo sporo problemów zostało poukrywanych i powtykanych w różne dziury. Rząd Millera czeka jeszcze wiele przykrych odkryć i min zostawionych przez poprzedników. Bilans ich rządów to państwo zagrożone bankructwem.
Nieudacznicy, nierozliczeni ze skutków swoich działań, powolutku odchodzą. Z dużymi odprawami na nową drogę. A kraj i jego mieszkańcy zostali z problemami.
Celem przyszłorocznego budżetu jest przede wszystkim przełamanie kryzysu finansów publicznych, który zaczyna mieć wszelkie symptomy kryzysu gospodarczego. Jest to oczywiście budżet niełatwy do zaakceptowania przez społeczeństwo. Nikt nie lubi, jak mu sięgają do kieszeni. A jest to budżet obcinania i zabierania pieniędzy. Robi to nowy rząd, czyli ludzie, którzy nie zawinili. Tym bardziej oburza postawa sprawców katastrofy próbujących uciec z miejsca wypadku. Spadkobiercy i wieloletni beneficjenci ówczesnej władzy, politycy Platformy Obywatelskiej, Prawa i Sprawiedliwości oraz Unii Wolności jak jeden mąż zachorowali na tę samą chorobę. Na zbiorową amnezję. Można byłoby im odświeżyć pamięć, zaglądając do ich kieszeni. I rzetelnie rozliczając.

Wydanie: 48/2001

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy