Aktualne
Instrukcja Wildsteina
PiS straszy na potęgę. Jawnie i coraz bezczelniej. Zapowiada, co zrobi z tymi, którzy ścigają przestępców z dojnej zmiany. Z prokuratorami, sędziami i urzędnikami, którzy dobierają się im do skóry. Instrukcję postępowania z nimi opisał Bronisław Wildstein („Sieci”). Tych, którzy przetrzymywali w więzieniu ks. Olszewskiego, Pawła Szopę, Annę Wójcik i Dominika B., trzeba postawić przed sądem. Wysokości oczekiwanego wyroku jeszcze nie podał. Według Wildsteina w aresztach siedzą sami niewinni. Ofiary reżimu. Areszt tymczasowy powinien być stosowany w wyjątkowych okolicznościach. I tu zgoda z Wildsteinem. Bo skoro złodziejstwo za rządów PiS było absolutnie wyjątkowe, to tak też trzeba walczyć z tą przestępczą machiną.
Nie płacą, bo mogą
Takiej gromady z Polski nie przywiózł jeszcze do papieża żaden prezydent. Nawrocki zapowiadał, że zaraz po wyborze poleci do Trumpa, a później będzie międzylądowanie w Watykanie. Niestety, państwo kościelne nie zdążyło wybudować mu lotniska. Wylądował w Rzymie i z całą wycieczką zwolenników darmochy pojawili się u Leona XIV. Mina papieża bezcenna. A od 10 mln wyborców Trzaskowskiego słyszymy pytania: kto za tę eskapadę zapłacił i czy już można się zapisać na darmowe loty z Nawrockim?
Listy od czytelników nr 38/2025
Człowiek Trumpa w Unii
Komentarz redaktora naczelnego w części dotyczącej przymilania się Polski Amerykanom przypomniał mi pewną rzecz. Kilkanaście lat temu (strzelam, bo czas tak szybko leci) Polska w zamian za tzw. offset zobowiązała się kupić myśliwce. Wcale mnie nie zaskoczyło, że w ramach przymilania się do Amerykanów wybrała F-16, które okazały się nielotami, czyli dostaliśmy sprzęt do naprawy (!). Kolejna rzecz: ówczesna Polska dołączyła niedawno do Unii Europejskiej i uczciwie byłoby dać zarobić producentom samolotów ze Szwecji lub Francji (którzy, jeśli dobrze pamiętam, również stawali do przetargu). I ostatnia sprawa – aby zadowolić Amerykanów, do tego offsetu zaliczono ich poprzednie inwestycje w Polsce, np. fabrykę Opla w Gliwicach!
PS Pamiętam ministra Sikorskiego jako zawsze usłużnego wobec USA. A raz został potajemnie nagrany i mówił wtedy, że za bardzo „przymilamy się” do Amerykanów. Czy to nie jest obłuda?
Marek Kania
Diabelska alternatywa
Tusk i jego przyboczni zbyt dużo obiecali podczas kampanii wyborczej. Nie wiem, czy Koalicja Obywatelska tryskała optymizmem, czy kierowała się wyłącznie politycznym wyrachowaniem, ale źle na tym wyszła. Niezadowolonych jest coraz więcej, zapowiadane są protesty. Propozycja podniesienia o 3% nauczycielskich pensji rozzłościła – i słusznie – oświatowe i naukowe związki zawodowe. Czy rząd nie przesadza z poziomem pomocy dla Ukrainy? Co powie nauczycielom i pracownikom uczelni? Że tak wyszło, bo teraz priorytetem jest Ukraina?
Damian Paweł Strączyk
Dlaczego polska prawica tak kocha Trumpa?
Otoczenie prezydenta i pisowcy twierdzą, że polski rząd ma złe stosunki z USA, bo premier Tusk i minister Sikorski kilka lat temu wygłosili parę krytycznych uwag o prezydencie Trumpie, a on im to pamięta. Chcę przypomnieć, że obecny wiceprezydent J.D. Vance nazwał kiedyś Trumpa amerykańskim Hitlerem. Nie przeszkodziło mu to zostać wiceprezydentem.
Piotr Gordon
Nie tylko prawica uwierzyła w to, że polską racją stanu jest zadowalanie Jankesów. Pozwolę sobie przypomnieć rządy SLD i ich służalczość wobec USA w postaci uwikłania kraju w wojny na Bliskim Wschodzie, budowy tajnych więzień CIA na terenie Polski czy ustawianych przetargów na uzbrojenie polskiej armii. Niestety, taka postawa powoduje, że od przeszło 20 lat jesteśmy jankeskim koniem trojańskim w strukturach Unii Europejskiej. A co do Trumpa, to jego populistyczne hasełka w stylu „wywrócimy ten stolik” i otoczka warchoła nic sobie nierobiącego z norm współżycia społecznego są w prawicowej Polsce uznawane za coś, do czego należy aspirować.
Wydaje się więc, że u źródeł poparcia polskiej prawicy dla Donalda Trumpa nie leży ani bezpieczeństwo kraju, ani troska o rozwój gospodarczy, ani tym bardziej chęć odbudowania relacji euroatlantyckich. Nowego prezydenta warto popierać, bo w czasie jego urzędowania nie trzeba będzie walczyć z zagrożeniami dla liberalnej demokracji, rasizmem ani antysemityzmem, a osoby homoseksualne ze swoimi żądaniami równego traktowania w magiczny sposób znikną z Polski. Trump to po prostu uosobienie prawicowych fobii i marzeń o wielkim kraju dla jednej nacji, która ma być lepsza niż reszta świata.
Michał Czarnowski
Lefebrysta nikogo nie obroni
Sławomir Cenckiewicz, ulubieniec Karola Nawrockiego, jako szef BBN budzi coraz większy popłoch, zwłaszcza na obszarach, które są atakowane przez drony. Tam nikt nie wierzy, że dyletant prezydent pod rękę z Cenckiewiczem mogą ich obronić.
Ten specjalista od grzebania w życiorysach ciągle patrzy do tyłu. Maszeruje też do tyłu. Od lat 90., kiedy był redaktorem naczelnym pisma Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X „Zawsze Wierni”. Bractwo to lefebryści, ultrakonserwatyści, zwolennicy tzw. mszy trydenckiej prowadzonej po łacinie i tyłem do wiernych. Bractwo ekskomuniką objął nie kto inny jak papież Jan Paweł II. O którym przełożony bractwa w Polsce ks. Karl Stehlin powiedział, że „czyny ekumeniczne papieża Jana Pawła II były bardzo zgubne dla katolików”. Jak te oceny może aprobować Cenckiewicz? A Nawrocki? Ale musi mu się podobać to, co lefebryści głoszą: zakaz aborcji, rozwodów, religia katolicka religią państwową, prawo państwowe zgodne z przykazaniami bożymi. I wiele podobnych mądrości.
Ciężka choroba
Już nie tylko kraj, ale i świat widzi, że polski dwubiegunowy układ polityczny oznacza spychanie wiarygodności na płaszczyznę starcia ambicjonalnego – względy merytoryczne ustępują miejsca propagandowemu wmawianiu, że coś jest czyjąś zasługą. Celuje w tym zwłaszcza pałacowa świta. Jest tak dobrana, aby wielogłosowym chórem wynosić pod niebiosa osiągnięcia szefa, za każdym razem dyskwalifikując przy okazji rząd. To linia Kaczyńskiego, wymyślona nie pod kątem dbania o dobro Polski, z którejkolwiek strony by ono pochodziło, lecz jako element strategii odzyskania władzy. Polega ona na tym, aby bez ustanku sondować opinię w kręgach prawicowo-parafialno-narodowych i według bieżącej koniunktury nastawiać stery propagandowe. Już teraz widać wyraźnie, że spotkania międzynarodowe na wysokim szczeblu są tak wykorzystywane.
Z pozycji zewnętrznej musi to wyglądać tak: cokolwiek ci zrobię dobrego, wiem, że użyjesz tego do utwierdzenia swojej popularności. Nawet papież został postawiony w niezręcznej sytuacji, i chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo o nic innego w tej audiencji ze strony wizytującego nie chodziło. Inni będą teraz ostrożniejsi. Jakąż ukrywaną pogardę musi budzić u Trumpa zachłystywanie się zauszników Nawrockiego, że to prezydent doznaje większych łask niż jakiś tam premier czy minister spraw zagranicznych! Widzę, że żonglują mną w rozgrywkach wewnętrznych! Tego nikt nie lubi. Tak samo za życia Stalina ubiegano się o pierwszeństwo we względach dyktatora, a on sam miarkował nadmierną, aż po utratę godności, czołobitność.
Idzie to w złą stronę. Głos Polski będzie brzmiał coraz słabiej na arenie międzynarodowej, oceniany nie ze względu na autentyczne walory, szczerość i wiarygodność, ale przez pryzmat roli w politycznej dwubiegunowości na szczytach władzy. Skoro sami politycy licytują się na zasługi i wpływy, tasując pustkę, to dlaczego mamy widzieć to inaczej? Traci się autorytet w Europie, a Trójmorzem pałac jak nie potrafił pokierować, tak tym bardziej nie potrafi teraz – brakuje wiedzy, doświadczenia i poczucia sensu, co partnerzy od razu wyczują.
Nie wystarczy obietnica amerykańskiego gazu ziemnego, ileż książek trzeba przeczytać, żeby zrozumieć Bałkany! A zarazem otwiera się pole dla zewnętrznej ingerencji: już my ich, nieświadomych swojej niepowagi, przechytrzymy, zawsze to się w historii udawało, więc czemu nie ma się udać teraz?
Nawrocki, politycy wszelkiej maści oraz wyborcy, opamiętajcie się!
Andrzej Lam
Dlaczego Kościół zwalcza edukację zdrowotną?
Prof. Stanisław Obirek,
teolog, antropolog, Uniwersytet Warszawski
Gwałtowny sprzeciw biskupów wobec edukacji zdrowotnej budzi zrozumiałe zaciekawienie obserwatorów życia publicznego, zdumionych agresją i jawną manipulacją, a nawet licznymi przekłamaniami. Jedno z możliwych wyjaśnień to brak znajomości podstawy programowej. Ale to za mało. O wiele słuszniejsze wydaje się dostrzeganie w tym ataku na minister Barbarę Nowacką projekcji własnych fantazji seksualnych i lęku przed utratą kontroli nad dziećmi i młodzieżą. Uświadomiona młodzież nie będzie bezkrytycznie przyjmować tępej indoktrynacji i skutecznie będzie się bronić przed agresją duchownych pedofilów.
Dorota Wójcik,
prezeska zarządu Fundacji Wolność od Religii
Największym błędem MEN w sprawie edukacji zdrowotnej było pozwolenie politykom koalicji (głównie ludziom z PSL i Polski 2050) na zdecydowanie, że będzie to przedmiot nieobowiązkowy. Reakcję Kościoła można było przewidzieć od początku. Kościół od tysięcy lat jest instytucją bardzo konserwatywną i sprzeciwiającą się wszelkim dobrom nowoczesności. Szczególnie w sprawach dotyczących seksualności czy moralności człowieka. Należy zauważyć, że to tylko niewielki wycinek obszernego programu edukacji zdrowotnej. Jednak, jeśli coś tylko trochę dotyczy seksualności, to wiadomo, że Kościół będzie się tym interesował, bo instynktami najłatwiej manipulować. Szczególnie za pomocą definicji grzechu, którą nie tylko wpędza się w poczucie winy, ale też można za jej pomocą wyciągnąć pieniądze.
Prof. Zbigniew Izdebski,
pedagog, seksuolog, Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Zielonogórski
Episkopat przede wszystkim nie przeczytał dokładnie programu edukacji zdrowotnej. Często się zdarza, że Kościół z zasady potępia wszystko, co pojawia się w obszarze zdrowia seksualnego. Być może są to również jakieś nieuzasadnione fantazje seksualne członków episkopatu co do treści tego przedmiotu. Edukacja zdrowotna ma znacznie szerszy zakres tematyczny niż wychowanie do życia w rodzinie – to 10 różnego typu działów. Niedobrze, że przedmiot wchodzi w momencie przepychanek między MEN a episkopatem w sprawie lekcji religii – to musiało mieć wpływ na postawę Kościoła. Absurdalne są też argumenty, że przedmiot wpłynie negatywnie na dzietność. Jeśli WDŻ było takie efektywne w kwestiach prokreacyjnych, to dlaczego mamy najniższy wskaźnik demograficzny w historii? Do tego jeszcze kryzys w psychiatrii, nasilającą się cyberprzemoc i narastające problemy z otyłością. Kościół powinien więc zachować zdrowy rozsądek i nie występować przeciwko zdrowiu społeczeństwa.
List od czytelnika
Szanowna Redakcjo!
Wielokrotnie na łamach „Przeglądu” utyskiwano nad stanem polskiej lewicy. Felieton pana Romana Kurkiewicza. pt.: „Chleba i … czego jeszcze”, skądinąd pełen trafnych obserwacji i tez, skusił mnie do polemiki. Pan felietonista opisał, jak to wsparł mężczyznę proszącego o bochenek chleba przed Żabką, rozwijając przy tym temat biedy w kapitalistycznej Polsce i tego, że niewiele się z tym robi. Zwrócimy jednak uwagę na dwie rzeczy. Będąc już w Żabce, warto popatrzeć jak elegancki i pełen potrzebnych, i wytwornie podanych towarów jest to sklepik. Wychodząc na ulicę, nie trudno dostrzec rzekę zagranicznych aut, którymi poruszają się rodacy. Czy robiąc zakupy w takich sklepach, a potem wsiadając do „wypasionego suwa”, ma się ochotę na roztrząsanie tematów społecznych, ustrojowych? W czasach gdy towary produkowane są przez maszyny sterowane komputerem, a myślenie powoli zastępuje AI, czy warto wykazywać się jakąś wrażliwością społeczną w szerszym ujęciu? Ideały lewicowe wykluwały się przez dziesięciolecia, a najtęższe umysły na tej planecie zmagały się z tematem jak zbudować sprawiedliwy społecznie system polityczny i ekonomiczny. Dziś nikt nie jest w stanie podjąć takiego wysiłku, stąd serwuje się idee liberalne, populistyczne, wszystko to, co można sprzedać łatwowiernym ludziom. Ogromny trud K. Marksa, W. Lenina i innych jest nie do osiągnięcia przez dobrze opłacanych posłów, euro posłów, deputowanych, ministrów. Stan umysłów jest inny, bo to „byt określa świadomość”. Nawet w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy byt był podły „Solidarność”, nie miała planu ustroju po socjalizmie. Kiedy rok 1989 powiedział, sprawdzam, jedyne co z siebie wybąkano to „kapitalizm społeczny”, i nigdy nie przedstawiono jak, to ma wyglądać. Gdy to nie wypaliło, prezydent L. Wałęsa, absolwent zawodówki poszedł na rym pał swoją „wojną na górze”, aby „spokój był na dole” i nastał dziki kapitalizm. Dziś mamy śmieszne idee: „ciepłej wody w kranie”, czy wyborcza kiełbasa tj. „500+” . Nie miejmy złudzeń, dla zbudowania nowego ładu społecznego, gdzie nikt, dosłownie nikt nie będzie głodny i nieszczęśliwy, nie porzuci się tego co jest dziś.
Z uszanowaniem
Jerzy Dryzek
Wszystko, co mam, zawdzięczam PRL
Przyszedłem na świat, nie prosząc się, wraz z PRL, choć zapewne poczęty w czasie wojny, której skutków, dobrych i złych, doświadczałem później.
Wszystko, co posiadam, zawdzięczam PRL, jako potomek „dworusów”, parobków, wyrobników Lubomirskich. W odradzającej się Polsce na wiele nie mogłem liczyć z żadnej ze stron społecznych. Ojciec zostawił mamę z pięciorgiem dzieci i walczył o ojczyznę w szeregach AK, za co dosłużył się skazania w marcu 1946 r. przez władzę ludową na karę śmierci, wykonaną 30 marca, i tytułu „żołnierza wyklętego”. Zostałem najmłodszym sierotą z niewiele starszym rodzeństwem w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Mimo trudności zdobyłem wyższe wykształcenie i założyłem rodzinę. Przez całe życie nic złego nie zrobiłem ojczyźnie. Przez 30 lat uczestniczyłem w szkoleniu wielu roczników żołnierzy Wojska Polskiego oraz przez wszystkie lata w pracy społecznej, za co zostałem haniebnie oceniony i pozbawiony patriotyzmu przez obecnie rządzących jako obcy, zły, skażony komunizmem, niepatriota.
Tym samym – jak setki innych – zostałem „żołnierzem przeklętym”. Nazywam więc siebie „sierotą po PRL” i „żołnierzem przeklętym, synem żołnierza wyklętego”. Wspomnienia te nachodzą mnie zawsze, gdy politycy zaczynają chocholi taniec nad niektórymi rocznicami wydarzeń, interpretowanych przez nich według swojego upodobania, bez znajomości faktów i wręcz z hipokryzją. Chociażby brak szacunku dla polskiego żołnierza, który szedł ze Wschodu, pomijanie jego wpływu na zwycięstwo. To jest zbrodnia na historii naszej ojczyzny. Jeszcze większą „zbrodnią lub szalbierstwem” jest to, gdy obecny premier niby wycofuje obniżenie uposażeń emerytom mundurowym – a pierwszy je obniżył, potem PiS obniżyło bardziej. Deklarując więc wycofanie, nie mówił, którą obniżkę wycofuje. Ponadto chwali się swoim mentorem, który niszczył dorobek i opluwał PRL, stwierdził nawet przed całym światem, że „45 lat komunizmu wyrządziło Polsce więcej szkód niż okupacja hitlerowska”! Ręce opadają. Nie mogę się z tym pogodzić.
Gdy patrzę na obecne działania polityków i rządzących oraz atmosferę polityczną, dziwnie się czuję, bo wszystko już było, wszystko widziałem i słyszałem, tylko twarze postarzałe. Pocieszam się, że dopadło mnie zjawisko déjà vu, ale jestem po udarze śródmózgowym, to może jest oczywista rzeczywistość.
Pozdrawiam i życzę „Przeglądowi” powodzenia
Zbigniew Olszewski
PS Do napisania zmobilizowała mnie prawnuczka (idzie do zerówki); w styczniu tego roku, gdy się ze mną przekomarzała, zapytała mnie: Dziadku, czy ty umiesz czytać?!
Notatka i łokcie Nawrockiego
Przed wyjazdem Karola Nawrockiego do USA mieliśmy awanturę związaną z notatką, którą MSZ przygotowało dla prezydenta. Szydził z niej rzecznik prasowy Nawrockiego Rafał Leśkiewicz. Że jest bardzo krótka. I że „nie ma żadnych konkretnych wskazówek”. Wtórował mu Marcin Przydacz, szef Biura Polityki Międzynarodowej w Kancelarii Prezydenta, wołając, że do prezydenta dotarło z MSZ półtorej kartki A4. I że to despekt. „Półtorej strony A4 jak na całodniową wizytę w Waszyngtonie, to nie wydaje się, aby rząd miał bardzo dużo do powiedzenia”, lamentował.
Słowa Przydacza budzą zdumienie. Bo o ile można zrozumieć, że Rafał Leśkiewicz, jeszcze niedawno pracownik IPN, nie wie, jak wyglądają instrukcje dyplomatyczne, o tyle Marcin Przydacz, który kilka lat spędził na stanowisku wiceministra w MSZ, powinien takie sprawy mieć w małym palcu. Czyżby więc zasadne były niedawne słowa jego byłego przełożonego, Jacka Czaputowicza, szefa MSZ w latach 2018-2020, że nie traktuje Przydacza jako dyplomaty? Coś w tym chyba jest, bo Przydacz w MSZ pracował tylko jako wiceminister, przyszedł tam prosto z kancelarii prezydenta Dudy, czyli dyplomację zna jedynie z lotu ptaka.
Wyjaśnijmy zatem: notatka, o którą rozgorzała awantura, z zasady musi być krótka. Nosi nawet stosowną nazwę – one page. Takie notatki przygotowuje przed ważnymi rozmowami najczęściej departament kierunkowy, zbierając przy okazji (to też się zdarza) podpowiedzi z innych obszarów. Potem notatka trafia do sekretariatu ministra, czyta ją minister, ewentualnie wiceminister, i jest wysyłana do adresata. Czyli do prezydenta, premiera, ale także do marszałków Sejmu i Senatu, ważnych person. To w świecie dyplomacji rzecz znana od dziesięcioleci. W notatce wszystko jest wyłożone hasłowo, na jednej stronie właśnie. Cel jest prosty: chodzi o to, by decydent miał wszystkie istotne kwestie przed oczami i nie grzebał w papierach. Milcząco się zakłada, że ma się do czynienia z osobą obeznaną z zagadnieniem, więc kolejne punkty nie wymagają szczegółowych objaśnień. Ale jeżeli premier czy prezydent zechcą posiąść w jakiejś sprawie wiedzę szczegółową – jest do ich dyspozycji kilkudziesięcio-, a czasami nawet kilkusetstronicowy raport.
Ba, w polskiej rzeczywistości był jeszcze zwyczaj, że wizytom zagranicznym prezydenta towarzyszył wiceminister spraw zagranicznych. Był do dyspozycji, zawsze gotów wspomagać prezydenta czy korygować różne zobowiązania. Najzupełniej słusznie, bo w konstytucji RP jest zapisane, że politykę zagraniczną prowadzi rząd.
Brutalnie więc rzecz ujmując, różne zobowiązania Karola Nawrockiego, które złożył za granicą, nie mają znaczenia. Bo to nie jest zakres jego kompetencji. Choć Nawrocki udaje, że jest inaczej, rozpycha się łokciami, chce pokazać, że może więcej. No, ciekawe, do jakich granic dotrze…
Pół MSZ już kupiło popcorn, zasiadło w fotelach i czeka na ciąg dalszy tego przedstawienia.
Dlaczego tak łatwo można manipulować Polakami?
Prof. Mirosław Karwat,
politolog, kierownik Katedry Teorii Polityki i Myśli Politycznej WNPiSM UW
Dość powszechna podatność na manipulację w przekazie politycznym wynika m.in. z niskiego poziomu i zakresu wiedzy obywatelskiej rodaków, tylko wyrywkowego i doraźnego zainteresowania polityką (a i wtedy nie meritum, ale detalami lub chwilowymi wrażeniami i nastrojami), z krótkiej pamięci wyborców o decyzjach i czynach polityków oraz z braku przyzwyczajenia do ciągłości w myśleniu, do porównywania źródeł i treści informacji, co umożliwiałoby samodzielność i krytycyzm w ocenach. Dominują subiektywne kryteria wiarygodności i skłonność do wiary na kredyt (z góry w dowolnej sprawie i sytuacji, na zawsze) ze względu na kryterium „swój, nasz, normalny, prawdziwy Polak” oraz irracjonalne uprzedzenia do oponentów. Znać tu efekty zarówno wychowania religijnego, jak i marketingu – jedno i drugie naprowadza na emocje, nie na przemyślenia.
Prof. Radosław Markowski,
profesor nauk społecznych
Możemy najwyżej mówić o takich Polakach, którzy dają sobą manipulować lub nie dają. Mamy przecież bagaż wiedzy naukowej, dzięki której m.in. latamy w kosmos. W odróżnieniu od wypowiedzi religijnych w naukę wdrukowane są autokorekty. W przypadku religii mamy instytucję, która dba o nienaruszalność głoszonych dogmatów, nawet jeśli są sprzeczne z empirią. Kiedy mowa o manipulacji, myślimy więc o ludziach, którym przedstawia się świat, jakiego nie ma. Są to osoby ideologicznie zawłaszczone przez sprawnych manipulatorów. Działa też mechanizm chodzenia na skróty – pozwalania, żeby ktoś decydował za nas. To opisywana przez Fromma ucieczka od wolności. Niestety, te mechanizmy jeszcze się wzmocniły w ramach rozwoju sztucznej inteligencji. Groźne jest zwłaszcza to, co się dzieje z młodzieżą, która już dziś woli od rodziców przyjaciół wykreowanych przez SI. To wielkie zagrożenie dla przyszłości gatunku.
Prof. Tadeusz Klementewicz,
politolog, UW
W każdym społeczeństwie najwięcej jest Jarząbków, tj. pracowników najemnych. Tkwią oni w jarzmie korzystnej sprzedaży swojej siły roboczej. To smycz, którą trudno zerwać. To ona ogranicza horyzont poznawczy jednostki. Najważniejsza jest płaca. Wymaga to wiedzy o rynku pracy, a także znajomości królestwa Biedronki: gdzie i kiedy można tanio kupić coś do garnka i na grzbiet. Z powodu konkurowania o pracę jednostka jest podatna na uprzedzenia, np. wobec przybyszów z kolorowego świata. Z tej perspektywy ocenia wszystkie partie. PiS sprytnie wykorzystało to nastawienie i zdobyło serca ludzi decyzjami o płacy minimalnej, o 13. i 14. emeryturze, o 500+, troską o rolników. Do tego trzeba dodać kokon poznawczy, w który każdego owijają szkoła, ambona, akademie, język o błogosławionych kreatorach miejsc pracy. I o dobrym Wuju Samie.






