Aktualne

Powrót na stronę główną
Aktualne Przebłyski

Duda Wieszatiel

Taki był milutki. Gładko uczesany prymusik gładko wygłaszający frazesy. Mimo to Kaczyński przez cztery lata nie miał z Dudą kontaktu. Źli ludzie plotkują, że to z powodu bratanicy, ale kto by im wierzył? Na koniec urzędowania mógłby Duda choć trochę naprawić to, co zepsuł. Wiele osobiście, a jeszcze więcej, tolerując działania i podpisując ustawy przygotowane przez Ziobrę i jego pomagierów. Zamiast naprawy lub choćby skruchy Duda wybrał atak. Na kogo? Na sponiewieranych przez siebie sędziów. Mówi o nich językiem, którego używa jego otoczenie: spóła, koryto, zdrada. Sędziom grozi, że jak się nie opamiętają, to zostaną wyrzuceni bez prawa do stanu spoczynku. A może ich spotkać coś jeszcze gorszego, bo „dawno nikogo nie powieszono za zdradę”. Czyżby Duda znalazł sobie zajęcie po prezydenturze? Szykujcie mu katowskie wdzianko.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Czy Polacy potrafią śmiać się z siebie?

Dr Małgorzata Osowiecka-Szczygieł,
psycholożka z Wydziału Psychologii w Sopocie USWPS

Coraz częściej tak – zwłaszcza młodzi ludzie często dystansują się od naszego typowego narzekania i szukają narodowych przywar, śmieją się z charakterystycznego sposobu życia czy tworzą komiczne memy o życiu w Polsce. Śmiejemy się z tego, co nam nie pasuje, jest dla nas dziwne czy niechciane (np. ceny w sklepach), ale też z tego, co sami robimy (np. parawany na plaży). Warto pamiętać, że humor jest jednym z najzdrowszych mechanizmów obronnych i jak nic innego uczy dystansu, potrafi łączyć i bywa początkiem rozmowy, wyzwala pozytywne emocje i sprzyja uwolnieniu tych negatywnych. Polacy – jak każdy inny naród – potrzebują więc uśmiechu, a nieraz nawet wyszydzenia czegoś czy totalnego obśmiania rzeczywistości.

 

Krzysztof Daukszewicz,
satyryk, publicysta

Proszę mnie pytać o wszystko, tylko nie o to, czy mamy poczucie humoru na własny temat. Nas bawi wyłącznie robienie karykatury z Polski.

 

Mirosław Pawłowski,
dyrektor Biblioteki Publicznej im. Juliana Ursyna Niemcewicza w Dzielnicy Ursynów m.st. Warszawy

Podobno najlepsze poczucie humoru na własny temat mają Szkoci i Czesi, ale nie wiem, czy to prawda. Ja lubię poczucie humoru Woody’ego Allena. Jego humor jest błyskotliwy, pełen ironii i jednowierszowych puent o człowieku. A czy my, Polacy, potrafimy śmiać się z siebie? Oglądając wypełnione amfiteatry i sale koncertowe na kabaretonach, mogę powiedzieć, że kochamy dowcipy o sobie, lecz czasami mam wrażenie, że odbieramy je raczej ogólnie, czyli dowcip nie mówi o mnie, tylko o sąsiadach – i dlatego mnie śmieszy. Autoironia to już wyższy stopień poczucia humoru, bo wymaga dystansu, którego niestety nieraz nam brakuje. Żarty stają się mniej subtelne i to niestety problem, bo rubaszność nie jest czasami najwyższych lotów. Nie narzekajmy jednak – niech każdego śmieszy to, co śmieszy, bo śmiech to zdrowie.

 

Prof. Jacek Wódz,
socjolog

Powiedziałbym, że raczej nie. Istnieje jednak pewien typ humoru, który nas bawi. Śmiejemy się z przywar osób powszechnie znanych. Jesteśmy narodem z kompleksami, więc bardzo nie lubimy, jak ktoś się wyróżnia, np. jest w czymś lepszy. A jeśli ktoś zajmuje bardzo eksponowaną pozycję, cieszymy się, kiedy możemy się pośmiać z jego potknięć i wpadek. Natomiast nie lubimy śmiać się z własnych wad.

 

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Wróżby to raczej…

No to minister Sikorski się nie wstrzelił. Co roku latem jest organizowana narada ambasadorów, zjeżdżają się na nią z całego świata. Taka narada zawsze ma oficjalny motyw przewodni, no i są zapraszani różni goście. Rok temu odbyła się we wrześniu, a zainaugurował ją panel z udziałem Radosława Sikorskiego oraz prezydenta Finlandii Alexandra Stubba. W tym roku uświetnili ją prezydent Mołdawii Maia Sandu oraz szef Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej Rafael Grossi.

Ale i tak nic nie przebije roku 2010, kiedy na zaproszenie MSZ przyjechał do Warszawy szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow. To było szeroko komentowane spotkanie, Ławrow i Sikorski występowali przed audytorium w Krajowej Szkole Administracji Publicznej w panelu poświęconym „Nowej erze stosunków Polska-Rosja”. Nazwa piękna, chociaż mało trafna, ciekawe, kto ją wymyślił. Potem rozmawiali w cztery oczy, odbyły się także rozmowy plenarne delegacji. Co z tego zostało? Tyle co ze spotkań Obamy z Putinem. W tamtym czasie jeszcze miłych… I pewnie jakieś wspomnienie, bo takich dinozaurów dyplomacji jak Ławrow i Sikorski w dzisiejszych czasach ze świecą szukać.

Ławrow, nawiasem mówiąc, wypominany jest Sikorskiemu do dzisiaj, że ambasadorowie musieli go wysłuchać. Lepiej, żeby na niego nie patrzyli? O, to piękna dyplomacja by była…

Jakiś ślad takiego podejścia mogliśmy dojrzeć teraz w Warszawie. Otóż przyjechało do kraju ponad 160 szefów placówek: 103 ambasad, 35 konsulatów generalnych, 25 Instytutów Polskich, oraz Polacy pracujący w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych. Wszyscy byli gośćmi marszałków Sejmu i Senatu, spotkali się też z prezydentem Dudą i premierem Tuskiem. I uwaga – spotkanie z korpusem zaproponowano też prezydentowi elektowi. A on odmówił, „nie skorzystał z okazji”.

To gest bardzo wiele mówiący. Zapowiadający wojnę na linii MSZ-Kancelaria Prezydenta. Czy na pewno tak będzie? Nawrocki już podczas kampanii zapowiadał, że nie podpisze ambasadorskich nominacji Bogdanowi Klichowi (Waszyngton) i Ryszardowi Schnepfowi (Rzym). Ale też będzie podchodził do innych kierowników placówek w sposób elastyczny, zindywidualizowany. To lepsza zapowiedź niż stałe „niet” Andrzeja Dudy. Ale czy dużo lepsza? Skoro Marcin Przydacz, który ma być szefem Biura Polityki Międzynarodowej u Nawrockiego, to były pisowski wiceszef MSZ i główny krytyk polityki kadrowej Sikorskiego, to jakie można mieć nadzieje?

A teraz dwa zdania o sygnalizowanym na początku braku wstrzelenia się. Otóż jednym z haseł zjazdu ambasadorów (sorry, kierowników placówek) było „funkcjonowanie służby zagranicznej”. Bo szefowie placówek, jak dowodził minister, chcą się dowiedzieć, jak będzie funkcjonowało MSZ, nie chcą słuchać nowych exposé. Biegają więc po gmachu, zbierają ploteczki, odnawiają znajomości. To „funkcjonowanie MSZ” bardzo ich obchodzi.

Tylko jeśli minister chce im mówić o tym teraz, akurat przed rekonstrukcją rządu i przed inauguracją nowej prezydentury, gdy nowe dopiero się wykuwa, jest to zupełnie bez sensu.

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne

Stypendyści VI edycji Programu Mentoringowego Our Future Foundation wybrani, marzą o Harvardzie, Yale czy Oksfordzie!

Our Future Foundation wyróżniła 25 licealistów z Polski i Ukrainy, którzy mogą pochwalić się wyjątkowymi osiągnięciami naukowymi, sportowymi i aktywnością w życiu swoich lokalnych społeczności. Choć różnią się zainteresowaniami, łączy ich wspólny cel – studia

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 28/2025

Choć sprawa słuszna, czas najbardziej nieodpowiedni

Halo, to ja! Człowiek – według prof. Jana Widackiego – nie tylko „nieprzyzwoity”, ale i „politycznie głupi” i „dalece niemoralny”. Wiem, że jako „słudzy Ukrainy” nie powinniśmy nawet prosić ani tym bardziej żądać ekshumacji pomordowanych Polaków, bo byłby to zdradziecki cios w Ukrainę i sprawiłoby to wielką radość Putinowi, a my do tego nigdy nie możemy dopuścić. Pewnie nawet współfinansujemy (od)budowę na Ukrainie pomników Bandery, Szuchewycza i innych „przyjaciół Polski”. Nie jestem nastawiony antyukraińsko, jak sugeruje pan Widacki, tylko nie zgadzam się na służalstwo polskich władz wobec Ukrainy.
Jerzy Cichot

 

Półtora roku ministry Nowackiej

Ja, wasz wierny czytelnik, muszę tym razem krytycznie zareagować na artykuł, który jest napastliwy i niesprawiedliwy. Choćby fragment traktujący o religii w szkole. Piszecie, że to nie był dobry czas, bo wybory. A kiedy był dobry czas? Żaden z rządów, czy to lewicy, czy PO-PSL, nie zajął się tym tematem. Pani Nowacka pierwsza pochyliła się nad tym problemem, mimo że Kosiniak-Kamysz i Sawicki sypali piach w tryby.

Według mnie Barbara Nowacka całkiem dobrze sobie radzi. Inną kwestią jest dobór współpracowników. Pytanie: czy gdyby tych reform zaniechała, to uzyskałaby poparcie biskupów? Odpowiedź: zdecydowanie nie. Już to przerabiał w wyborach Bronisław Komorowski.
Jan Jakubowski

 

Cuda nad urnami 

Cuda cudami, a kwik niektórych rozczarowanych wynikiem wyborów polityków Koalicji 15 Października, skutkujący składaniem giertychowych protestów, ośmieszył obecną większość parlamentarną. Można odnieść wrażenie, że wicepremier Kosiniak-Kamysz i marszałek Hołownia mają tego pełną świadomość. Jedno jest pewne – rumacze wyskoki mecenasa z niegdysiejszej LPR mają szansę podtopić rządzących. Warto monitorować sondaże.
Damian Paweł Strączyk

 

Towarzystwo wzajemnej adoracji

Smutne to, ale w pełni się zgadzam. U Rafała Trzaskowskiego zabrakło profesjonalnych doradców, speców od wizerunku itp. Co gorsza, sztab konkurenta (plus zawodowi doradcy z najwyższej półki) potrafił wyciągnąć Karola Nawrockiego z najgorszych tarapatów i skutecznie neutralizować kolejne poważne zarzuty. ONI wygrywają kolejne już wybory, bo (po pierwsze, drugie i trzecie) nie żałują grosza na wybitnych – sprawdzonych również za granicą – fachowców. Powiem więcej: gdyby ludzie (sztabowcy, doradcy) stojący za Trzaskowskim robili kampanię nie jemu, ale właśnie konkurentowi, ten miałby zapewne olbrzymi problem z wejściem do drugiej tury, założywszy oczywiście, że ludzie ci działaliby w jak najlepszej wierze, bez chęci zaszkodzenia kandydatowi. Czy więc można się dziwić, że tacy zadufani w sobie amatorzy (do spółki z półamatorami) utopili najpierw w 2015 r. Bronisława Komorowskiego, a potem dwukrotnie (znacznie lepszego od Komorowskiego, Dudy i Nawrockiego razem wziętych) Rafała Trzaskowskiego?
Tadeusz T. Nowacki

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Senegalczycy ośmieszyli PiS

Pisowska szczujnia znowu pokazała, że podłość to jej drugie imię. Migrantów widzi wszędzie. Także na festiwalu tańca w Gorzowie Wielkopolskim. Elżbieta Rafalska, była minister pracy, rodziny i polityki społecznej oraz była europoseł, i były poseł Jarosław Porwich ogłosili, że „imigranci są już u nas w Gorzowie”. Nie wiadomo, co wcześniej brali, że zespół folklorystyczny Ballet Saly Velingara z Senegalu objawił im się jako horda imigrancka. Gdy muzycy stanęli na chodniku przed salą koncertową, przerażony radny PiS Porwich wszczął alarm.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Pytanie Tygodnia

Czy Polacy znają prawa pracownicze?

Piotr Ciszewski,
stowarzyszenie Historia Czerwona

Znajomość praw pracowniczych nie jest w Polsce powszechna. Odpowiada za to m.in. system edukacji. Na lekcjach z tzw. podstaw przedsiębiorczości więcej jest o zakładaniu firmy niż o byciu pracownikiem i o jego prawach. Obecny rząd z udziałem tzw. lewicy nie wprowadził żadnej zmiany w kierunku bardziej propracowniczego programu. W wielu małych i średnich firmach prawa pracownicze są fikcją. W gastronomii czy w małych firmach jest wręcz przyzwolenie na ich łamanie. Coraz większa grupa osób zaczyna jednak walczyć o prawa pracownicze. To m.in. studenci biorący udział w okupacji Uniwersytetu Warszawskiego czy pracownicy gnieźnieńskiego Jeremiasa. Jest nadzieja, że sytuacja będzie się zmieniała.

 

Dr Ewa Pietrzak,
specjalistka w dziedzinie prawa pracy, USWPS

Znajomość praw pracowniczych nadal jest na stosunkowo niskim poziomie. Dotyczy to zarówno osób świadczących pracę, jak i pracodawców. Zagadnieniem, które często się pojawia w praktyce, jest kwestia odróżnienia umowy o pracę od umów cywilnoprawnych (m.in. umowy o dzieło, umowy-zlecenia). Zarówno pracownicy, jak i pracodawcy mają tendencję do mylenia tych dwóch podstaw świadczenia pracy. Różnice są zasadnicze. W przypadku umowy o pracę osobie świadczącej pracę przysługują uprawnienia wynikające z prawa pracy, w tym z Kodeksu pracy. Regulacje te nie obowiązują w sytuacji zatrudnienia na podstawie umów cywilnoprawnych. Gdy osoba świadczy pracę na podstawie umowy cywilnoprawnej w sytuacji, w której powinna być zawarta umowa o pracę, przysługuje jej prawo wystąpienia do sądu z powództwem o ustalenie istnienia stosunku pracy. Pracownicy często nie mają świadomości tego.

 

Piotr Szumlewicz,
lider związku zawodowego Związkowa Alternatywa

Niestety, wiedza o prawach pracowniczych w polskim społeczeństwie jest niska. W konsekwencji prawo pracy jest łamane bardzo często, co dotyczy m.in. nadgodzin, niewypłacania pensji na czas czy zatrudniania w ramach umów cywilnoprawnych, gdy spełnione są wszystkie wymogi umowy o pracę. Pracodawcy łamią też często ustawę o związkach zawodowych. Skąd taka skala bezprawia? Wydaje się, że czołowi politycy i komentatorzy życia publicznego nie traktują prawa pracy poważnie. Od lat wiele przepisów Kodeksu pracy jest martwych, a władza przyzwala na ich omijanie. Dotyczy to chociażby gigantycznej skali umów śmieciowych i niewypłacania pensji na czas. Kary dla nieuczciwych pracodawców są niskie, a kontrole firm bardzo rzadkie. Ponadto władze publiczne nie prowadzą żadnych akcji edukujących społeczeństwo. Młodzi ludzie dowiadują się, jak założyć firmę, ale nie wiedzą, czym są nadgodziny albo jakie są różnice między umową-zleceniem a umową o pracę.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Dowiozą czy nie dowiozą?

Nie dowieźliśmy tego, ja to dowiozę, mamy problem z dowożeniem, skuteczne dowożenie jest podstawą. Jeśli słyszycie w mediach takie wypowiedzi polityków płci obojga, to nie myślcie, że zmienili branżę i zajęli się dostawami towarów, transportem czy podwózką. Niestety nie, choć może byłoby to z większym pożytkiem dla rodaków niż bicie piany i ta nowomowa.

Ministrowie będą dowozić, czyli realizować przypisane im zadania. Dowożenie ma być sprawniejsze. I skuteczniejsze. W gadaniu już jest. Ale czynów brak. Premierowi Tuskowi proponujemy, by wszystkich obiecujących dowożenie od razu skierował do Poczty Polskiej. Na ekspedycję.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Stary instytut, nowe zadania

Zapowiada się ciekawy lipiec w MSZ. Nie z powodu rotacji – z powodu zapowiedzianej rekonstrukcji rządu. Czyli jego odchudzenia. Jednym z elementów tej operacji ma być zmniejszenie liczby wiceministrów, których jest rekordowo dużo. Nikt więc nie daje szans przetrwania tej burzy Andrzejowi Szejnie, który i tak jest poza MSZ. Niewielu – Władysławowi Teofilowi Bartoszewskiemu… A pozostali?

Można rzec, że tę sytuację przewidział Jakub Wiśniewski i ewakuował się na z góry upatrzoną pozycję. Wiśniewski był podsekretarzem stanu, odpowiadał za strategię polityki zagranicznej, ale także za współpracę rozwojową, stosunki w ramach ONZ i kontakty z państwami Ameryki Łacińskiej. Ogrom zadań, zwłaszcza na tle innych wiceministrów. Ale po paru miesiącach okazało się, że jego współpraca z ministrem układa się marnie, w zasadzie – bardzo źle. Znaleziono mu więc miejsce ewakuacji – mało prestiżowe, ale wygodne. I w kwietniu został dyrektorem Instytutu Współpracy Polsko-Węgierskiej im. Wacława Felczaka.

Ten instytut to piękna historia. W 2018 r. powołało go do życia PiS, podobno dlatego, że tak ustalili Kaczyński z Orbánem. Instytut miał promować przyjaźń polsko-węgierską, organizować spotkania młodzieży, prowadzić szkoły liderów, wspierać wymianę kulturalną i tego typu rzeczy. Miał podlegać bezpośrednio KPRM i zagwarantowano mu budżet na 10 lat. Co roku 6 mln zł, z tego 1 mln na płace (dla sześciu osób).

Gdy powoływano instytut do życia, wybuchła w Sejmie awantura, posłowie ówczesnej opozycji wołali, że to współczesne TPPR, że do współpracy z żadnym innym państwem takiego nie mamy i że to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Wtedy padły prorocze słowa posła Krzysztofa Mieszkowskiego z Nowoczesnej, że zgodziłby się na instytut, gdyby promował on węgierską kulturę niezależną, zwłaszcza tych, których ogranicza cenzura Orbána. Bo w znacznej części są pozbawieni pracy.

Potem instytut zaczął działać i – jak wykazały kontrola NIK i kontrola KPRM (jeszcze za Morawieckiego) – działał po pisowsku. Na siedzibę wynajęto luksusową willę przy Goszczyńskiego na warszawskim Mokotowie, o dwukrotnie większej powierzchni, niż pierwotnie poszukiwano. Nie zgadzały się faktury, w latach 2020-2021 wypłacono sobie w instytucie dodatki w wysokości 194,6 tys. zł bez podstawy prawnej, z naruszeniem ustawy kominowej. Granty zaś dostali m.in. Piotr Motyka, redaktor Mediów Narodowych wydawanych przez Stowarzyszenie Marsz Niepodległości Roberta Bąkiewicza. A także kibice Pogoni Szczecin.

Nic więc dziwnego, że premier Tusk od początku zapowiadał likwidację instytutu. I potwierdzał to parokrotnie. Ale nie zlikwidował. Oficjalnie dlatego, że podmiot ten powołany został ustawą, więc ustawą trzeba go likwidować. A tę Duda zawetuje. Na razie szansy mu nie dano… Nie dano, za to instytut przerobiono. Urzęduje w starej siedzibie, ale z nowym dyrektorem (Wiśniewski!) i z nowymi zadaniami. Ostatnio zorganizował konferencję (uczestniczył w niej minister Sikorski) z udziałem gości węgierskich na temat budowy społeczeństwa obywatelskiego nad Dunajem. I demokracji.

Tak oto spełnia się marzenie posła Mieszkowskiego. Że pomysł Orbána przeciwko niemu samemu się obróci. Tanio nie jest, ale co szkodzi podokuczać?

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Natanek milioner

Pogoniony ze stanu duchownego były ksiądz Piotr Natanek przeprowadził się do Pustelni Niepokalanów w Grzechyni. Korzystając z dobrej pogody, zaprosił do siebie wyznawców osobistej sekty. Na imprezę zapisało się ponad 1,2 tys. osób. Z czego 700 kupiło specjalnie przygotowane krzyże. Natanek ma do interesów głowę jeszcze większą niż jego byli przełożeni. Za mały krzyż przymierza (30 cm) kasował po 1,4 tys. zł, za średni (45 cm) po 2 tys. zł, a za duży (55 cm)

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.