Wojciech Kuczok
Pojutrze płakałem
Mdli mnie już od nadmiaru toksycznej polskości, od narodu, który zatruwa myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem każdą porę roku, w każdym stanie, zwyczajnym czy wyjątkowym. Nie jestem w stanie tego znieść; polskość jest jak wino pomieszane z piwem, kiedy kac wyprzedza upojenie. Jan Hartman, mój ulubiony nestbeschmutzer polskiej felietonistyki, niedawno wnikliwie zdiagnozował genezę narodzin narodu w bystrym, prowokacyjnie zatytułowanym tekście „Polacy nie kochają wolności”. Pisze w nim m.in., że „naród polski został stworzony na podłożu
Pandemiczne próchno
Epidemia 16-wersowego rapu udzieliła mi się jako natręctwo. Zacząłem nadużywać rymów wewnętrznych nawet w monologu wewnętrznym, wręcz złorzeczyć w myślach do rymu, a to już był sygnał alarmowy – czas stawić czoła pandemii z nieco większym rozmachem niż dotąd. Od zasiedzenia rozum się plącze. Rozmarzony powszechnym rozmrażaniem rozmnożyłem preteksty podróżne i po różne z nich sięgając, poróżniłem się z żoną – wyjechałem samotnie na Śląsk. Z tęsknoty za: góro-dołami (Mazowsze i owszem, ale to płaski dowcip), przyjaciółmi,
Polisa na zużycie
Syndrom pandemiczny weryfikuje związki, zwłaszcza te „zdalne”, w których małżonków wiązał już tylko dach nad głową. Nagle okazuje się, że zaprogramowani ewentualnie na wspólne śniadania (szybka kawa i wepchanie w dziecko owsianki) i kolacje („robimy coś czy zamawiamy?”) oraz incydentalne podtrzymywanie pożycia (chyłkiem, bo dzieci śpią, i od wielkiego dzwonu, bo jednak rutyna wykańcza libido), stają przed sobą na nowo. W całodobowej okazałości, bez możliwości ucieczki, wpadają na siebie i nijak wyminąć się nie mogą, oboje w tę samą stronę robią krok, nieuniknione jest czołowe
Blokada pedałów
No dobra, kupię sobie ten rower. Miło już było. Przez lata się najeździło za darmochę; stacje wyrastały w centrach i na obrzeżach, w dodatku zsynchronizowane, teoretycznie można było całą Polskę objechać za friko (nie licząc nikłej wpłaty inicjacyjnej), jak się człowiek postarał i przesiadał co 20 minut. O tak, jako cwany veturilowiec miałem nawet w planie darmową podróż wokół ojczyzny naszej gorejącej, śladem stacji rowerów miejskich, taki przesiadkowy Tour de Pologne na tysiąc rowerów i jednego
Sowem w mór
Niby truizm, ale trudno z nim się spierać: człowiek jest zdrowy, póki się nie dowie, że jest chory. A jak już choruje, koniecznie chce wiedzieć, na co. Z psychologicznego punktu widzenia można to uznać za coś w rodzaju „syndromu Rumpelstilzchena” (wszelkie zesłowiańszczenia brzmią raczej śmiesznie niż złowrogo, jak czeski dubbing horroru – Rumpelsztyk, Rupieć-Kopeć lub Hałasik, dajmy więc im spokój). W baśni Grimmów demoniczny pokurcz obiecuje odstąpić od planu uprowadzenia niemowlęcia w plugawe zaświaty, pod warunkiem
Przedwojnie
Miałem zamiar otworzyć felieton cytatem z Ciorana, albowiem w czasie zarazy ten papież mizantropów smakuje jak nigdy, powszechna kwarantanna zdaje się najdoskonalszą przyprawą do Cioranowskich lamentacji – ale akurat natrafiłem na przestrogę, by „nie ufać myślicielom, których umysły wprawia w ruch dopiero cytat”. Oto więc, samemu do siebie zaufanie utraciwszy, stwierdzam, że żarty się skończyły, zarazem chciałbym o tym powiedzieć żartobliwie. Nigdy nie czułem się patriotą, bo na pytanie: „Czy oddałbyś życie za Ojczyznę?”, dotąd
Jutrznia odwołana (epitafium)
Pasjami go słuchałem. Pasjami słuchałem „Pasji” w Wielkim Tygodniu, wśród nich zaś za największą mam tę jego, Łukaszową, największą muzycznie, nie tylko ze względu na rozmiar partytury i rekordowo rozrośnięty skład wykonawczy. Wielka orkiestra symfoniczna plus cztery chóry, trzech solistów i jeszcze recytator, prawie półtorej godziny muzyki totalnej, gęstej, niedającej wytchnienia, skupiającej wszystko to, co w najlepszym swoim okresie dał światu sonoryzm. Teraz w tej muzyce cierpienia i grozy dopełnia się zarówno czas rytuału religijnego,
Urok panny z kwarantanny
Niechże mi nikt nie wyrzuca, że stroję sobie kpiny z pandemii, skoro najbardziej niewczesny żart zafundował sam rząd, krzywoustami krzywoprzysięzcy Morawieckiego ogłaszając, że życie niebawem wróci do „nowej normalności”. Pisowskiej normalności. Boję się, nawet kiedy nie jest „nowa” – teraz więc strach się bać podwójnie. Narodowi nakazano izolację, ale tylko do czasu wyborów, które na pewno odbędą się w terminie, bo tak chce Naczelnik. Jeśli zatem społeczeństwo ma zamiar się rozchorować na wielką i przerażającą skalę, niechże to uczyni
Między słupkami
Kto miał piłkę, ten miał władzę. Na naszym podwórku pod koniec dekady gierkowskiej grało się guminiokiem, a posiadanie na własność prawdziwej skórzanej piłki, z admiracji dla jej doskonałego kształtu zwanej kulą, było przywilejem nielicznych. Żeby zagrać kulą, trzeba było czekać, aż jej właściciel dostanie dyspensę od domowych obowiązków, samemu się od nich wymknąć, a potem liczyć na to, że uda się załapać do składu. Władza deprawuje: czasem łzy w oczach odrzuconego sprawiały większą
Jak przespać zarazę
Ojciec uwielbiał drzemać, z czasem uzależnił się od spania w ciągu dnia. Im był starszy, tym więcej dnia przesypiał, co nie przeszkadzało mu dobrze spać także w nocy. Nie, nie chodzi mi o ostatni etap życia, który spędził na leżąco, wybudzany tylko do posiłków – zrozumiałe, że postanowił wykpić nadchodzącą śmierć, przesypiając nie tylko własną agonię, ale i przeczucie zbliżającego się końca. Sen był jego lekarstwem na śmiertelny strach. Tak to sobie zaplanował i tak się stało; kostucha musiała u jego wezgłowia znaleźć karteczkę z napisem: „Rób






