Urok panny z kwarantanny

Urok panny z kwarantanny

Niechże mi nikt nie wyrzuca, że stroję sobie kpiny z pandemii, skoro najbardziej niewczesny żart zafundował sam rząd, krzywoustami krzywoprzysięzcy Morawieckiego ogłaszając, że życie niebawem wróci do „nowej normalności”. Pisowskiej normalności. Boję się, nawet kiedy nie jest „nowa” – teraz więc strach się bać podwójnie. Narodowi nakazano izolację, ale tylko do czasu wyborów, które na pewno odbędą się w terminie, bo tak chce Naczelnik. Jeśli zatem społeczeństwo ma zamiar się rozchorować na wielką i przerażającą skalę, niechże to uczyni po 10 maja, pierwej wybrawszy jedynego (po)słusznego kandydata. Jeżeli z powodu fanatycznej i obłąkańczej postawy Kaczyńskiego słupki partii rządzącej zaczną spadać, a Duda straci bezpieczną przewagę sondażową, stan wyjątkowy niechybnie zostanie ogłoszony, choćby w przeddzień elekcji. Kaczyzm zaczyna drżeć w posadach – jeśli ogłupiany i przekupywany lud wreszcie zrozumie, gdzie Prezes ma jego dobro, może się nie skończyć na obaleniu władzy i pomników. Z powodu wirusa ludzie wariują, świat stanął na głowie, nie jest mi trudno wyobrazić sobie atmosferę linczu, jeśli okaże się, że dla utrzymania rządów kaczyści gotowi są poświęcić zdrowie i życie tysięcy Polaków.

Tymczasem żyjemy sobie całkiem niesmutnie. Pierwszego dnia powszechnej kwarantanny jak na złość wyszło słońce, przez otwarte okno do mieszkania wleciała pierwsza tej wiosny osa (a może wychudzona pszczoła, nie przyjrzałem się dokładnie). Żona zapytała, czy już byłem z psem; mówię, że byłem, a przy okazji kupiłem gazety i bułki. Sklęła mnie, że to bardzo nieoszczędnie – od dziś chadzać powinniśmy albo z psem, albo do sklepu. Tracić za jednym zamachem oba preteksty do legalnego wyjścia z domu to frajerstwo. „W takim razie idę na rower”, powiedziała i dziarsko wtarabaniła się do windy z hipsterskim składakiem, na którym tylko ona jeździć potrafi, bo to rower „półstacjonarny”, z tych służących do stawiania w knajpce na Zbawiksie raczej, niż do jeżdżenia. Koła u niego małe, kierownica nie w tę stronę i jeszcze rozchybotana. Kiedy po raz pierwszy po dłuższych zmaganiach wspólnymi siłami złożyliśmy go wedle instrukcji, zapytałem, czy jest pewna, że to rower. Żona bynajmniej nie była nigdy cyklistką, za to zawsze była przekorna, zakazane owoce uwielbia spożywać, skoro zatem rząd nakazał siedzieć na dupie, to zrozumiałe, że poczuła zew rekreacyjno-przyrodniczy i dalejże przez puste miasto pedałować ku rzece. Oto więc pojechała na rekonesans, celem zweryfikowania rządowych obostrzeń – czy przejażdżka na rowerze nie będzie jej kosztowała mandatów za bezpodstawne wychynięcie z domu. I czy zbyt wielu warszawiaków nie wpadło na ten sam pomysł.

Pierwsze to dopiero godziny pod nadzwyczajną kuratelą – jeszcze nie wiadomo, czy bez psa i zakupów wolno się przemieszczać pieszo, czy tylko co najmniej truchtem, bo za przysiadanie na ławce może grozić mandat. Podobno indywidualnie ruch dla zdrowia dozwolony – czyli gdybym chciał poczytać na łonie, muszę perypatetycznie. Wszyscy teraz będziemy niczym bieżeńcy, co to wierzą, że tylko będąc w ciągłym ruchu, możemy wymykać się Złu; ewentualnie można się zaopatrzyć w szczudła.

O, zaćwierkał domofon – wraca moja Szozda (dla młodszych: Szozda Stanisław – kolarz, olimpijczyk), zaraz się dowiem, czy mamy już w stolicy strefę wolną od pedałowania. Ha! Mówi, że cudnie jej się jeździło, ulice i skwery puste, zamawia nam wszystkim przez internet rolki, to nas uwolni od wszelkich podejrzeń o włóczęgostwo, zarazem pozwalając nieustannie się przemieszczać – z dala od ludności rzecz jasna. Posiadamy psa Korka – zwierzę aspołeczne, niezwykle wrogie wobec przedstawicieli swojego gatunku, dlatego spacerując z psem, od lat doskonalę się w trzymaniu dystansu od innych wyprowadzaczy. To zwierzę idealne na czas kwarantanny – ludzkość trzyma na odległość kilkumetrowej smyczy.

Gdy nadszedł wieczór, Żona pożyczyła ode mnie latarkę czołową, na stałe zamontowaną na kasku, i tak wyposażona zagłębiła się w dawno niepenetrowane partie szafy. Mącąc spokój kątników domowych i innej entomofauny dyskretnie z nami pomieszkującej, wyjęła starą rakietę tenisową, pamiętającą jeszcze zaciekłe mecze Harvard-Princeton (Żona nie w ciemię bita, niejakie szkoły pokończyła cum laude), a także zestaw piłeczek. Jęła obijać ściany salonu, twierdząc, że żadna zaraza nie zwalnia nas z reżimów treningowych, a nawet wzmaga ich znaczenie, bo przecie nie możemy przeżyć moru tylko po to, by zemrzeć z zaniedbania, przejedzenia, sflaczenia ogólnego i zbydlęcenia w szczególe. Przyglądam się energii Żony mojej nie bez podziwu, gotów bym rzec, iż „lubię panny prosto z kwarantanny”, gdyby nie to, że przed siedmiu laty za moją namową panieństwa zaniechała, nie po raz pierwszy zresztą. Czas odosobnienia wyraźnie jej służy, po pierwszych objawach przygnębienia przetrawiła jakoś nową rzeczywistość i jako osoba towarzyska postanowiła zacieśnić kontakty z samą sobą.

Wydanie: 14/2020

Kategorie: Felietony, Wojciech Kuczok

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 23 kwietnia, 2020, 10:03

    Szkolony, a gamoń!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy