Tekst niesłuszny ideologicznie

Tekst niesłuszny ideologicznie

Ten wtorek, tę środę, ten piątek – jakoś udało się przetrwać ten tydzień. Na tej Ziemi. Nie udało się wprawdzie odwołać poniedziałku (a to właśnie poniedziałek pragnie się odwołać najbardziej), ale dobrnęliśmy do soboty. Bilans strat jest bolesny. Patrzymy, szacujemy – syf. Wokół, po całym tygodniu życia. Ile białko może naśmiecić! Na kupce rachunków – kupka rachunków niestety, nieodpisane listy, także w skrzynce mejlowej, esemesy wiszące w przestrzeni wirtualnej jak wyrzut sumienia, bez odpowiedzi pozostawione. I wszystkie małe, brzydkie obietnice oraz zobowiązania podjęte w chwilach największej słabości. Tak, spotkamy się w sobotę. To teraz wy do nas? Świetnie, zrobimy kolację. To w sobotę mieliśmy zobaczyć ambitny film, który lada dzień schodzi z afisza. Ostatni tydzień głośnej wystawy w galerii miejskiej – to także trzeba szybko nadrobić (w sobotę). Poza tym są te wspaniałe przeceny w Peek & Cloppenburgu (za chwilę wszystko wymiecie kosztowny nowy sezon). Ale nade wszystko to właśnie wtedy miało nastąpić legendarne sprzątanie – wynoszenie, segregacja papierów, a nawet wycieranie liści roślin doniczkowych, co jest, uważam, perwersją. A propos, czy to nie w tę sobotę mieliśmy jechać do Ikei (he, he) po niezbędne kosze do sortowania bielizny, po wytłuczone, brakujące miseczki, po narzutę sponiewieraną przez psa? Albowiem wszystko ma swój finał dziś.
Tymczasem z pokoju wynurza się młodzież, która z nieporównywalną z niczym siłą perswazji mówi coś w rodzaju: – To o której jedziemy na łyżwy? Lub: – Kupiliście już te bilety do kina? Amok. Popłoch. Sytuacja robi się nerwowa. Całe planowanie dnia zajęło nam już dwie godziny. Właściwie trzeba się zastanowić, co na obiad. Lodówka pusta. Tak, zdrowe jedzenie jest najważniejsze. Dokonujemy więc pobieżnego krzątactwa, ścielimy, włączamy zmywarkę naszpikowaną garami, psie kłaki wdmuchujemy pod łóżko. Przelotnie zerkamy z ciężkim sercem na stosy esejów, które rosną przy biurku i za każdym razem uprzejmie czekają na sobotę, bo przecież mają obiecane, że wtedy wreszcie wejdziemy z nimi w głęboki i intymny kontakt. Do utraty tchu. Tymczasem w najlepszym wypadku udaje się nam znaleźć klucze (w łazience?!), zlokalizować karty kredytowe i kluczyki do samochodu. – Kochane zobowiązania, dzieci i psy, kochane listy, teksty, książki, kochane wielkie sprzątanie i gotowanie: zaraz do was wracamy!
Pełni zapału i wiary ruszamy na łowy. Z miejsca dochodzimy do wniosku, że najwięcej rzeczy naraz załatwimy w centrum handlowym. Jedziemy przez ogarnięte sobotnią histerią miasto. Parkujemy, wjeżdżamy windą na pierwsze piętro i za gardło, za nozdrza właściwie, chwyta nas zapach świeżo mielonej kawy. Patrzymy na siebie znacząco i rozumiemy (w nagłym błysku), że aby sprostać tym wszystkim straszliwym zadaniom, tym kolejkom, tym zapachom lodówek, tym śmiercionośnym cenom i kuszącym produktom, musimy napić się kawy. Tak dobrze się składa, że obok jest Starbucks, nie trzeba więc marnować czasu, żeby gdzieś daleko specjalnie na tę kawę chodzić. Stajemy w kolejce, pięknie pachnie, ogarnia nas autentyczne zadowolenie. A kiedy z gigantycznymi cappuccino siadamy na barowych stołkach, stajemy się błyskotliwi, przerzucamy się dowcipami, dyskutujemy o upadku czytelnictwa i nowych festiwalach. Nasze smartfony lśnią. Jesteśmy tacy młodzi, tak jak inni młodzi zaglądamy przez nasze ciepłe urządzenia na portale społecznościowe, plotkujemy przez chwilę, a nasze komentarze są celne i trzeba przyznać, że ma się ten refleks. W tej niszy, w ciszy – czy może nas dosięgnąć paskudna gorączka soboty? Nagle wszystko zdaje się takie proste: nie damy się wciągnąć w drobnomieszczańskie rytuały, w konsumpcyjny młyn. Nie będziemy chodzić na pasku rynku: hossa, bessa. Uspokojeni i rozjaśnieni kupujemy jakieś ciuchy z przeceny, a potem płyty Pablopavo i Mikromusic. Oraz wagony ciasta i coś dla dziecka. No cóż, wydaliśmy mnóstwo pieniędzy na niepotrzebne rzeczy. Jest sobota, nagle zrobiło się późno. Postanawiamy coś zjeść. W końcu w domu nie ma zakupów. Nie ma sensu przecież pakować się teraz w te kolejki, w te korki. Zamawiamy coś ekstra, w końcu jest sobota. Zbankrutowani, zjeżdżając na parking z mnóstwem toreb, czujemy się jednak trochę niezręcznie, jakby zawstydzeni. – Musimy poważnie zająć się literaturą – mówię. I skoro to już padło, deklarację można potraktować jak zaklęcie, które bierze w cudzysłów wszystko, co robiliśmy do tej pory. Albowiem na końcu tego łańcuszka porażek jest literatura. Czy nie o to chodzi w ostatecznym rachunku?
W niedzielę budzimy się już pogodzeni z własnymi słabościami, odrobinę nihilistyczni, z sarkastycznym uśmiechem na ustach. Telewizja, gazety – niedzielna dekadencja. Bo to sobota jest najgorsza, to ona buduje największe, najboleśniejsze iluzje. Dlatego w niedzielę musimy być dla siebie bardzo czuli i bardzo uprzejmi.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy