Kraj

Powrót na stronę główną
Kraj

Czarne promocje, zaśmiecona planeta

Dyrektywa Omnibus chroni przed przepłacaniem za zakupy, sprzedawcy szukają więc innych sposobów na zdobycie klientów

Czarne piątki i cyberponiedziałki to amerykański zwyczaj dużych wyprzedaży, który został przeszczepiony do Polski kilkanaście lat temu. Chciwość sieci handlowych i miłość Polaków do promocji szybko sprawiły, że te dwa listopadowe dni przerodziły się w cały miesiąc niby intensywnych promocji. To jednak dopiero rozbiegówka przed grudniowym szałem wyprzedaży. Z drugiej strony emocje tegorocznego czarnego listopada ostudziły odrobinę inflacja i dyrektywa Omnibus, która pozwala klientom sprawdzić najniższą cenę produktu w ostatnich 30 dniach.

Zmasowany atak okazji

Po słabym dla sprzedawców wrześniu, kiedy sprzedaż detaliczna spadła o 3% w stosunku do zeszłego roku, polska klientela miesiąc później znowu się rozpędziła. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego sprzedaż detaliczna w październiku wzrosła o 1,3% rok do roku. Kolejną dobrą informacją dla handlowców jest konsekwentny wzrost sprzedaży w internecie. Według firmy doradczej Strategy& w tym roku Polacy mają wydać co najmniej 140 mld zł na zakupy online.

– Polski rynek handlu elektronicznego pod względem liczby nowo zakładanych firm należy do najszybciej rozwijających się w Europie – twierdzi Andrzej Rzym, szef tutejszego oddziału platformy Coolshop, która jest liderem skandynawskiego rynku e-commerce.

Coraz popularniejsza staje się przede wszystkim sprzedaż w aplikacjach na telefon. Według badania sklepu Komputronik aż troje na czworo konsumentów właśnie tak najchętniej robi zakupy. Sprzedaż internetowa to w czasie black weeks, czyli tygodni poprzedzających święta, serce wyprzedaży. Właśnie dlatego przeglądający portale internetowe w listopadzie i grudniu zalewani są reklamami wielkich promocji. Na sprzedaż online stawiają dzisiaj nawet takie sklepy jak IKEA, która w roku finansowym 2024 sprzedała 5 mln produktów przez internet. Ten kanał sprzedaży odpowiadał za 34,5% całego obrotu IKEA Retail w Polsce.

Reklamy czarnych promocji wyskakują w sieci wszędzie. Jednym z powodów jest prawdopodobnie spadek liczby klientów odwiedzających galerie handlowe. Według firmy marketingowej Proxi.cloud ruch w galeriach zmalał o 12% w 2024 r. w stosunku do roku ubiegłego. Przejście do „digitalu” wydaje się więc oczywistą strategią.

Dodatkowym narzędziem sprzedaży są wszelkiego rodzaju listy mailingowe. Jeśli ktoś ma ekspres na kapsułki albo pali elektroniczne papierosy, zaraz jest atakowany mejlami o kolejnych promocjach zachęcających do zakupu chociażby następnego ekspresu lub dodatkowego e-papierosa i wielu drobiazgów, które wyglądają jak świetny prezent. Tyle że później i tak nikt z nich nie skorzysta. Jeśli mejl nie przekona ewentualnych klientów, pozostają jeszcze zakupy na raty 0%, i to z odroczoną płatnością. Niektóre sieci proponują nawet niższe ceny produktów, jeśli weźmie się je na raty. Popularną praktyką elektromarketów jest proponowanie klientom „spłaty” przez sklep dwóch pierwszych rat. Inny kuszący element to oczywiście „kup teraz – zapłać dopiero za pół roku”.

Król jest nagi, a promocje marne

Mimo amerykańskiego rodowodu listopadowe promocje w porównaniu z tymi zza oceanu są cieniutkie jak parzona minutę herbata.

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Collegium aferzystów

Tej afery by nie było, gdyby rząd PiS nie zmienił zasad naboru do rad nadzorczych spółek skarbu państwa i nie wspierał oszusta od lewych dyplomów MBA

Do 2016 r., aby zasiadać w radzie nadzorczej spółki skarbu państwa, trzeba było legitymować się odpowiednią wiedzą i wykształceniem. Taką rękojmię dawały: zdany egzamin państwowy organizowany przez ministra skarbu państwa, stopień doktora nauk prawnych lub ekonomicznych, wpis na listę adwokatów i radców prawnych, biegłych rewidentów lub doradców inwestycyjnych.

Przepustka do stanowisk

W listopadzie 2016 r. premier Beata Szydło skierowała do Sejmu projekt ustawy o zasadach zarządzania mieniem państwowym. W dokumencie, który miał uporządkować zarządzanie spółkami skarbu państwa po likwidacji Ministerstwa Skarbu Państwa zapisano, że członkami rad nadzorczych będą mogły zostać również osoby, które mają dyplomy MBA (Master of Business Administration).

W Polsce kilkadziesiąt uczelni organizuje studia MBA. Ich jakość jest zróżnicowana, a państwo nie kontroluje poziomu kształcenia. Niektóre szkoły zwęszyły niezły interes w masowej produkcji absolwentów MBA. Wystarczy zapłacić za kurs, który odbywa się zdalnie i trwa zaledwie kilka miesięcy. Tymczasem na renomowanych uczelniach, aby w ogóle dostać się na studia MBA, trzeba przejść selekcję. Przyjmowane są tylko osoby z minimalnym trzyletnim doświadczeniem zawodowym na stanowisku kierowniczym i biegle znające język angielski, które pomyślnie rozwiązały test kompetencyjny i zaliczyły rozmowę kwalifikacyjną. Prawdziwe studia MBA powinny trwać dwa lata i obejmować kilkaset godzin zajęć.

Otwierając drogę do rad nadzorczych posiadaczom dyplomów MBA, Beata Szydło w uzasadnieniu projektu ustawy napisała, że w ten sposób zostaną „podwyższone standardy nadzoru właścicielskiego, zarówno w obszarze doboru kadr, jak i formułowania oczekiwań wobec reprezentantów Skarbu Państwa”, co było jawną kpiną. Jak wiadomo, intratne posady w spółkach dostało wielu nominatów partyjnych mających o zarządzaniu blade pojęcie.

PiS przepchnęło przez parlament ustawę „o zasadach zarządzania mieniem państwowym” w ciągu zaledwie trzech tygodni. Było to tempo szaleńcze

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zasłużeni dla PiS

Komu prezydent Andrzej Duda przyznaje najważniejsze odznaczenie państwowe

Order Orła Białego jest najstarszym i najwyższym polskim odznaczeniem. Powinien być nadawany najwybitniejszym Polakom, ludziom o nieposzlakowanej opinii, a także zasłużonym dla Polski najwyższym rangą przedstawicielom państw obcych. I tak też było za prezydentury Lecha Wałęsy, Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego. Odznaczeni zostali wtedy m.in.: gen. Stanisław Maczek, Witold Lutosławski, Czesław Miłosz, Karol Modzelewski, Bronisław Geremek, Stanisław Lem, Leszek Kołakowski, Jacek Kuroń, Marek Edelman, Gustaw Herling-Grudziński, Wiesław Chrzanowski.

Prezydent Andrzej Duda przyznał 101 Orderów Orła Białego, z czego 36 pośmiertnie. Poza nielicznymi wyjątkami (jak Franciszek Pieczka,  prof. Ryszard Gryglewski czy prof. Henryk Skarżyński) odznaczenie to było przyznawane po linii politycznej i ideologicznej.

Naukowcy

Z okazji Narodowego Święta Niepodległości Orderem Orła Białego odznaczony został były minister edukacji, senator i europoseł PiS Ryszard Legutko. Jak poinformowała Kancelaria Prezydenta, polityk dostał order „w uznaniu znamienitych zasług dla Rzeczypospolitej Polskiej, za osiągnięcia w działalności naukowej, za zaangażowanie na rzecz kształtowania społeczeństwa obywatelskiego i działalność publiczną”. Czy aby na pewno te zasługi są znamienite?

Jeśli chodzi o dokonania naukowe, to są one raczej przeciętne, choć jeszcze 30 lat temu Legutko był postrzegany jako specjalista od filozofii starożytnej, a jego tłumaczenia i komentarze dialogów Platona były lekturą obowiązkową studentów na zajęciach z historii filozofii i historii myśli politycznej. Zamiast nauką Legutko wolał jednak zająć się polityką. Reprezentował najtwardsze, betonowe skrzydło partii Jarosława Kaczyńskiego. Popierał lustrację na uniwersytetach, zamach na niezależność sądownictwa, podporządkowanie edukacji oraz nauki partyjnej ideologii PiS, zwalczał środowiska LGBT, ekologów, liberałów i lewaków. Unię Europejską uważał za twór neomarksistowski i komunistyczny. Usprawiedliwiał lub bagatelizował najgorsze świństwa

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Dosyć wojny z PRL!

Pożytki płynące z funkcjonowania IPN w obecnej postaci są nader wątpliwe

Mimo obietnic złożonych w kampanii wyborczej wydatki na opływający w dostatki propagandowy Instytut Pamięci Narodowej nie zostały jeszcze obniżone. W tym samym czasie inne placówki historyczne nadal biedują. Jak donosi raport Najwyższej Izby Kontroli, w latach rządów PiS następował coroczny szokujący wzrost budżetu na funkcjonowanie IPN. Najpierw z 396 mln zł w 2020 r. do 434 mln zł w 2022 r., następnie w 2023 r. budżet został zwiększony do 539 mln zł – w porównaniu z rokiem poprzednim urósł aż o 105 mln zł. Działo się to mimo fatalnej sytuacji finansów państwa z powodu pandemii oraz sankcji gospodarczych wobec Rosji. NIK oceniła też negatywnie realizację budżetu na rok 2023. Co czwarta złotówka miała być wydatkowana niegospodarnie. Instytucja stała się molochem zatrudniającym 2,4 tys. osób, które nie wiadomo co robią. Tymczasem, jak podaje „Gazeta Wyborcza”, budżet IPN na 2024 r. przekroczył 600 mln zł, a wydatki tej instytucji na rok  2025   ustalono na 652 mln zł. Minister finansów Andrzej Domański obiecał, że budżet IPN na 2025 r. zostanie  zmniejszony o 56 mln. Z kolei posłanka Katarzyna Ueberhan zapewniała w Polskim Radiu 24: „Jako Nowa Lewica będziemy wnioskowali o ograniczenie finansowania takich instytucji jak Instytut Pamięci Narodowej czy Rada Mediów Narodowych. One są w ogóle do likwidacji. Póki co nie możemy tego zrobić, bo pewnie nie doczekamy się podpisu prezydenta”.

PiS jest przekonane o oszałamiających sukcesach IPN, ale pożytki płynące z funkcjonowania tej instytucji w obecnej postaci są nader wątpliwe. Mnóstwo pieniędzy wydaje się tam na powielanie do znudzenia jednostronnego, czarnego i antypolskiego wizerunku dorobku naszych ojców, dziadów i pradziadów z czasów Polski Ludowej. IPN doszukuje się wszędzie i na siłę komunizmu i ateizmu tam, gdzie w rzeczywistości panował mieszczański i zwykle osadzony w kulturowym katolicyzmie porządek życia. Można odnieść wrażenie, że według instytutu dwaj najwięksi obecnie wrogowie III RP to Rosja i PRL. Tę drugą atakuje się bezpardonowo, bo już nie odda.

Kryminalizacja przeszłości

Pamięć historyczna społeczności skupia się na wydarzeniach przeżywanych przez ostatnie pokolenia: własne, rodziców i dziadków, tymczasem IPN tę pamięć kryminalizuje. Działalność ta jest sprzeczna z polskim interesem. Po 35 latach funkcjonowania III RP obok licznych sukcesów mamy równie duży bagaż  trudności, klęsk i kompromitacji, jak to w dziejach każdego narodu. Najpierw Powszechny Program Prywatyzacji, w którym z podziału majątku narodowego dostaliśmy po 100 zł, potem kredyty we frankach szwajcarskich, wreszcie niewypał OFE. Porażką jest bilans polityki mieszkaniowej wobec większości. Tej części nasz kraj nie ma nic do zaproponowania. Jakieś protezy w rodzaju TBS mogą pełnić funkcję dekoracyjną w wiadomościach telewizyjnych. W ślad za tym doszło do katastrofy demograficznej – mamy w kraju jedną trzecią urodzeń w porównaniu z latami 80. Pieniądze rządu przeznaczone na wsparcie reprodukcji jedynie spowalniają krach, który zaczął się w okresie transformacji ustrojowej. Zatem było lepiej czy gorzej, ale w tym kontekście wypada łagodniej i bez takiego nadęcia wypowiadać się o zbrodniach i zasługach Polaków z czasów Polski Ludowej.

IPN nie może i nie powinien więc być tylko twórcą czarnego tła dla czasów III RP oraz legitymizacji za pomocą historii. Opowiada

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zlikwidować IPN

Instytut Pamięci Narodowej powinien przestać istnieć nie tylko dlatego, że przeistoczył się w państwo w państwie, ale przede wszystkim dlatego, że dla prawicy stał się najbardziej użytecznym narzędziem, maczugą uderzającą za pomocą fałszywej historii, jednostronnie postrzeganej i interpretowanej, wręcz ahistorycznej.

Za rządów Prawa i Sprawiedliwości IPN poczuł się wszechwładny. Polityczna ochrona wzmacniała poczucie bezkarności. Pora więc na zmiany. Tego oczekujemy od obecnej koalicji.

Jakie powinny być zmiany, jak głęboko mają sięgać?

Czy IPN powinno się zlikwidować, co wielokrotnie postulowała lewica, łącznie z obecną reprezentacją parlamentarną? Czy też należy tak znowelizować ustawę o instytucie, by już nigdy nie mógł się stać żadną partyjną jaczejką? Nie tylko pisowską. By był prawdziwą placówką naukową, w której nie powstają polityczno-propagandowe produkcyjniaki. Placówką poddaną wszelkim rygorom nauki.

Kolejne pola do dyskusji to pytania: Co zrobić ze zgromadzonymi (w większości odebranymi innym placówkom) archiwaliami? Czy pion prokuratorski nie powinien zostać włączony do Prokuratury Krajowej?

Wiadomo, że za prezydentury Andrzeja Dudy żadnych zmian nie będzie. Obecny prezydent jest strażnikiem nie praw i konstytucji, ale interesów PiS oraz IPN. Jednak jego władza potrwa jeszcze tylko kilka miesięcy. Dlatego rządząca koalicja nie może ograniczać się do myślenia, że instytut obejmą wskazane przez nią osoby i będzie dobrze. W ten sposób IPN może zejdzie z pola widzenia, ale nie przestanie być problemem, nie tylko finansowym.

Koalicja 15 października ma czas do lata przyszłego roku, by znaleźć rozwiązanie tych kwestii. W odpowiedzi na pytanie, co zrobić z IPN, rządzącym powinny pomóc środowiska historyków. A także prawników, ponieważ istota problemów dotyczących IPN nie polega jedynie na prezentowaniu jednostronnej wizji historii, ale i na przestrzeganiu wynikającej z ustawy zasady odpowiedzialności zbiorowej, która powinna zostać odrzucona.

W „Przeglądzie” od dawna piszemy o potrzebie podjęcia merytorycznej dyskusji na temat IPN. Dlatego będziemy prezentować opinie wybitnych znawców minionych dziejów, a także prawników. Do dyskusji zapraszamy też dr. Bartosza Machalicę, będącego z rekomendacji lewicy członkiem Kolegium IPN. Do nadsyłania swoich opinii zachęcamy też naszych Czytelników.

Jesteśmy przekonani, że te wypowiedzi zostaną dostrzeżone i znajdą odzwierciedlenie w postępowaniu parlamentarnej lewicy w stosunku do ciała, którego działalność stała się rakowatą naroślą na najnowszej historii Polski.

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

W wyborach prezydenckich wszystko może się zdarzyć

Ci z PiS walczą o życie. Chociaż, jak się zastanowimy, to ci z PO też

Dr Mirosław Oczkoś – specjalista od marketingu politycznego i wizerunku z Zakładu Marketingu Wartości SGH

W sondażach Koalicji Obywatelskiej ich kandydat pokonuje w drugiej turze wyborów prezydenckich kandydata Prawa i Sprawiedliwości 57:43 lub 54:46. To dużo? Na ile kampania wyborcza może zmienić te proporcje?
– To jest dużo. Natomiast kampania może wszystko zmienić, co wiemy po niejakim Andrzeju Sebastianie Dudzie. Ale też po Donaldzie Tusku i Lechu Kaczyńskim. Już mało kto pamięta, ale Donald Tusk w 2005 r. wygrał pierwszą turę z Lechem Kaczyńskim. Później suma błędów, które popełnił przed drugą turą, spowodowała, że nie został prezydentem.

Czyli de facto te dwa tygodnie między pierwszą a drugą turą będą najważniejsze?
– Tak. W ciągu dwóch tygodni wynik można obrócić albo w jedną, albo w drugą stronę. Popatrzmy na błędy kampanii Bronisława Komorowskiego, za które jego sztab powinien zostać rozstrzelany. Poleciał po poparcie do Kukiza. Wystartował z referendum. Trzeciego błędu uniknął. Czytaliśmy o tym – sztab zaprosił Piotra Tymochowicza i, z tego co wiem, cofnęli go na bramce w Pałacu Prezydenckim. Panika była daleko posunięta.

A Tusk? Jakie błędy popełnił w 2005 r.?
– Przede wszystkim fatalna kampania billboardowa. Przez całą kampanię miał świetne billboardy „Prezydent Tusk”. I nagle sztab spanikował. Wymieniono billboardy z dobrych na wystraszonego Tuska. Kompletna zmiana. Ludzie nie bardzo wiedzieli, co z tym robić. Druga sprawa: w sztabie chyba skończyły się pomysły, bo po pierwszej turze niczego nowego nie wrzucili do gry.

Sparaliżował ich dziadek z Wehrmachtu.
– A z kolei Lech Kaczyński oficjalnie wyrzucił Jacka Kurskiego ze sztabu, Jarosław go zawiesił w partii, pokazano sprawczość i zdecydowanie. To chwyciło. Plus kilka innych rzeczy kampanijnych PiS, spokój… Ale moim zdaniem najważniejszy był brak narracji Tuska.

Paliwa na ostatniej prostej zabrakło też Rafałowi Trzaskowskiemu. Przecież gdyby pojechał do Końskich…
– Absolutnie! Dwa, trzy lata temu czytałem tekst jednego z wpływowych członków sztabu, który pisał: „Wszyscy nam zarzucali, że nie pojechaliśmy na debatę do Końskich, że był słaby koniec kampanii. Ale po co mieliśmy pojechać do Końskich?”. A właśnie trzeba było jechać do Końskich i tam się zbudować! Spójrzmy na Donalda Trumpa, nawet na Joego Bidena cztery lata temu. Ostatni dzień kampanii, ostatnie minuty – to jest uderzenie. Rzucamy wszystko na stół, by przekonać tych nieprzekonanych.

To takie ważne?
– Z badań wynika, że ludzie podejmują często decyzję od 24 do 48 godzin przed wyborami. Tymczasem zamiast do Końskich Trzaskowski pojechał do Rybnika, bo tam mieszkają jego teściowie. To było miałkie, nieenergetyczne, więc nawet jak ktoś miał się zastanowić, na kogo oddać głos, to powiedział: no nie, na Trzaskowskiego nie oddam. Rozumiem tamten czas, kampania była nierówna, nieczysta, do tego telewizja Kurskiego… Nie znaleziono pomysłu na taką nawałę, a to są podstawowe błędy. Bo na ostatnim etapie trzeba wyłożyć karty na stół. Postawić na osobowość. Wyborcy podejmują decyzję z różnych powodów. Powstały na ten temat opracowania – emocja jest najważniejsza.

Czyli w polskim boju o prezydenturę najpierw decydują partyjne elektoraty, od ich siły zależy, kto wchodzi do drugiej tury. Później, w ostatnim sprincie, decydują niezdecydowani. Jak duża to jest grupa – 5%, 8%?
– Trudno powiedzieć. Ale zwróćmy uwagę na poprzednie wybory, kiedy Szymon Hołownia nie poparł Trzaskowskiego.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

My, Polska endecko-ludowa

Błędem Platformy, ale i lewicy było zerwanie z językiem tradycyjnego patriotyzmu

Prof. Stefan Chwin – pisarz, eseista, historyk literatury, związany z Uniwersytetem Gdańskim. Ma w dorobku takie tytuły, jak: „Hanemann”, „Esther”, „Dziennik dla dorosłych”, „Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni”, „Panna Ferbelin”, „Miłosz. Interpretacje i świadectwa”, „Zwodnicze piękno”, „Srebrzysko. Powieść dla dorosłych”, „Oddać życie za Polskę. Samobójstwo altruistyczne w kulturze polskiej XIX wieku”, „Wolność pisana po Jałcie”, „Dziennik życia we dwoje”.

Kultura polska jest kulturą strachu? Przyjdą Niemcy i zabiją, przyjdą Rosjanie i uciemiężą, wrócą Żydzi i odbiorą. A Europa nas zdemoralizuje. Wciąż jest to straszenie i ten strach.
– Bez przesady. Strach nie jest wyróżnikiem wyłącznie naszej kultury. Kulturą strachu jest dzisiaj kultura Rosji. Rosjanie mają się bać potwora „kolektywnego Zachodu”, który – jak przekonują ludzie Putina – zachowuje się tak samo jak Hitler. Dzieci rosyjskie są uczone, że wojna na Ukrainie jest kontynuacją napaści Niemiec nazistowskich na ZSRR. A Zełenski jest zbrodniczym awatarem Bandery, który współpracował z SS. Rosyjska szkoła buduje w głowach Rosjan taki obraz świata. Ale strach jest uczuciem uniwersalnym i występuje w każdej kulturze. Różnica tylko taka, że my się boimy czego innego niż reszta narodów.

Czego?
– Naszych sąsiadów ze wschodu i zachodu. Bo nie było w Polsce rodziny, która by nie została jakoś skrzywdzona przez Niemców i Rosjan. Dlatego odwoływanie się do resentymentu antyniemieckiego i antyrosyjskiego sprzyja w Polsce każdej partii radykalnej. Jadąc na tym, można wygrać wybory.

Nasz polski patriotyzm

To jest podłoże zmuszania do patriotyzmu, wpychania nas w oficjalny patriotyzm.
– Kiedyś rozmawiałem z kobietami o bardzo liberalno-postępowych poglądach, które uważały, że tradycyjna edukacja patriotyczna jest bardzo szkodliwa dla dzieci. Zapytałem je, czy biorą pod uwagę, że Polska może się znaleźć w stanie wojny.

Nie brały?
– Fundamentem ich postępowo-liberalnego światopoglądu było irracjonalne przekonanie, że żadnej wojny nie będzie, dlatego możemy wychowywać dzieci w taki sposób, żeby one były kompletnie niezdolne do jakichkolwiek aktów przemocy, a tym samym do czynnego udziału w wojnie. Żeby były miękkie, kulturalne, tolerancyjne, koncyliacyjne, nastawione na dialog, pojednanie i porozumienie. Idea dialogu jest z pewnością piękna, ma jednak, niestety, swoje granice. Ciekaw jestem, jak wyglądałby dialog między warszawskimi Żydami a oficerem SS w trakcie likwidacji getta w Warszawie. Mówię o skrajnym przypadku, ale to dotyczy całego społeczeństwa polskiego między 1939 a 1945 r. O żadnym dialogu nie było wtedy mowy. Oni nas zabijali, więc musieliśmy być zdolni do użycia przemocy wobec nich. Pytanie dziś brzmi: czy pan da sobie rękę uciąć, że nie znajdziemy się w stanie wojny?

Nie.
– A czy bierze pan to pod uwagę także w wychowaniu swoich dzieci?

Tak.
– Wtedy pan wchodzi na linię tradycyjnego polskiego patriotyzmu.

Ale brzęczy mi z tyłu głowy Gombrowicz, że poddanie się linii tradycyjnego patriotyzmu kończy się tym, że muszę się poddać woli tych, którzy rządzą. I bez mojej zgody i woli słuchać… Kaczyńskiego jako wicepremiera do spraw bezpieczeństwa.
– Jednak dzisiaj władzę w Polsce ma ktoś, kto jest przeciwko PiS. Niejeden raz pisałem, że błędem Platformy, ale i lewicy, było zerwanie z językiem tradycyjnego patriotyzmu.

Tusk do tego języka wraca.
– I słusznie, bo większość Polaków jest do tego języka przywiązana. Pomysły Platformy, by całkowicie odciąć się od tego języka, były nierozsądne. Pamięta pan opinię, że polskość to choroba? Przez takie gadanie przegrywaliśmy wybory. Sensowniejsze jest, żeby szanując podstawowe pryncypia polskiego etosu patriotycznego, wprowadzać do niego korektę liberalną, lewicową, oświeceniową itd.

A Gombrowicz?
– Gombrowicz fascynuje nas dlatego, że był jeden i był pierwszy, a w rzeczywistości mógł sobie pozwolić na wolnościowe fanaberie dlatego, że mieszkał w Argentynie. Kiedyś nawet napisałem tekst, kim by był, gdyby w 1939 r. został w Polsce. Gdyby mieszkał wtedy w Warszawie, poszedłby do powstania czy raczej siedziałby w piwnicy?

Pamiętam moje rozmowy z Jerzym Stefanem Stawińskim, scenarzystą „Kanału”, z prof. Wiesławem Chrzanowskim – był w Młodzieży Wszechpolskiej, z prof. Zdzisławem Sadowskim – on z kolei działał w ONR. Wszyscy byli przeciwni powstaniu warszawskiemu. Ale poszli.
– Jeśli mieszkamy przy ulicy, na której nasi sąsiedzi z tej samej kamienicy budują barykadę, to raczej nie zamkniemy się w domu i nie zasłonimy okien, tylko pójdziemy budować ją razem z nimi. Dlatego nawet ci, którzy byli przeciwnikami powstania, brali w nim udział. Chociaż Miłosz mówił mi: „Proszę pana, ja uznałem, że poważne traktowanie życia polega na tym, że nie należy brać udziału w przedsięwzięciach, które uważamy za nierozsądne”. On nie wziął udziału w powstaniu. Ale to wyjątek. Myślę, że czasem są sytuacje, kiedy nie ma wyboru.

Zawsze trochę się kolaboruje

Pisał pan w jednym z esejów, że „żołnierze wyklęci”, dziś tak wywyższani przez prawicę, zostali w latach 40. porzuceni przez naród. Nie cieszyli się czynnym poparciem większości, która szybko, po drugiej amnestii, zajęła się „normalnym” życiem i odbudową.
– To dotyczy wszystkich narodów, nie tylko Polaków. W skali masowej instynkt samozachowawczy jest zawsze silniejszy niż imponderabilia. Zwykle większość dostosowuje się do warunków, w których musi żyć. Czynny opór stawia garstka.

Co wtedy robią pisarze, ludzie kultury?

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Call (Center) Terror

Na niekończące się telefony, z którymi trudno walczyć, narzeka 50% Polek i Polaków. Gdy ktoś już odbierze, może paść ofiarą oszustów

Do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów już w 2022 r. zaczęły napływać skargi od konsumentów na niechciane połączenia telefoniczne. Niektórzy stwierdzali wręcz, że miały one charakter nękania i uprzykrzały im życie.

– Dzwonili do mnie po trzy razy dziennie z ofertą na fotowoltaikę. Niekiedy nawet w sobotę. Najpierw próbowałem dowiedzieć się, co to za firma. Dzwoniący wymawiali nazwę niewyraźnie albo się rozłączali. Wreszcie zacząłem prowadzić z nimi grę. Odbierałem i marnowałem ich czas, gadając głupoty – opowiada 42-letni Tomasz z Gdańska.

Telefoniczna hydra

Telefony, o których mowa, pochodziły z konkretnego call center – firmy Asmanta. W toku postępowania wyjaśniającego UOKiK ustalił, że firma łamała prawo, i to w kilku aspektach.

Po pierwsze, Asmanta kupowała dane z numerami od spółki, z którą współpracowała. Przedsiębiorca nie miał zgody właścicieli numerów telefonicznych na marketing bezpośredni. Co to oznacza? Dzwonienie do osób, które nie wyraziły wcześniej zgody na taki marketingowy telefon, jest niezgodne z prawem. UOKiK podkreślał w oświadczeniu, że o taką zgodę nie można również pytać na początku rozmowy.

Po drugie, z ustaleń urzędu wynikało, że telemarketerzy podczas rozmów przekazywali nieprawdziwe informacje, wprowadzając tym samym potencjalnych klientów w błąd. Telefony dotyczyły dotacji do fotowoltaiki. Telemarketerzy podawali, że konsumenci mogą liczyć aż na 20,5 tys. zł dotacji, podczas gdy mogli spodziewać się jedynie 5 tys. zł dopłaty. Postępowanie dotyczyło więc nieuczciwych praktyk rynkowych.

– Decyzje zakupowe powinny być podejmowane na podstawie pełnej i rzetelnej informacji. Możliwe świadome zawyżanie przez telemarketerów kwoty ewentualnych dotacji stanowi nieuczciwą praktykę rynkową, zaburza proces decyzyjny konsumenta i może prowadzić do wyboru, którego przy dostępie do prawdziwej informacji by nie dokonał – podkreślał prezes UOKiK Tomasz Chróstny.

– Próbowałam wielu strategii. Po jakimś setnym telefonie z call center Asmanty w sprawie fotowoltaiki udało mi się wreszcie dowiedzieć, jak mogę wypisać się z ich listy kontaktów. Radość trwała jednak krótko.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Jak KOWR wspiera lokalne społeczności

Nieodpłatne przekazywanie gruntów pomaga budować drogi, szpitale, szkoły i obiekty sportowe

Mało znanym elementem działalności Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa jest nieodpłatne przekazywanie gruntów samorządom lokalnym pod inwestycje ważne z punktu widzenia społecznego. W latach 2017-2023 wartość takiego wsparcia udzielonego samorządom przekroczyła 155 mln zł.

Jednym z bardziej znanych przykładów jest zakończona na początku listopada 2014 r. budowa nowego szpitala wojewódzkiego we Wrocławiu przy ul. Gen. Augusta Emila Fieldorfa 2. Inwestycja przeszła w tamtym czasie wszystkie odbiory i otrzymała zgodę na użytkowanie. Wkrótce potem szpital został wyposażony w aparaturę medyczną, systemy teleinformatyczne oraz inny sprzęt.

W nowej placówce znalazło się 550 łóżek, 15 oddziałów, przychodnia z 20 poradniami, blok operacyjny z 10 salami oraz SOR. Szpital wyposażono w 18 wind. Znalazło w nim zatrudnienie ok. 1,2 tys. osób. Każdego roku nowy szpital przyjmuje 30 tys. pacjentów, gwarantując dostęp do opieki medycznej dla niemal 400 tys. Dolnoślązaków.

Koszt jego budowy szacowano na niemal 400 mln zł. Przy czym byłby znacznie wyższy, gdyby Agencja Nieruchomości Rolnych, poprzednik Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, nie przekazała bezpłatnie pod tę inwestycję ponad 8 ha gruntu.

Dziś Wrocławski Oddział Terenowy KOWR, kierowany przez dyr. Kazimierza Matkowskiego, jest jednym z tych, które najczęściej wspierają  działania władz lokalnych, przekazując im nieodpłatnie grunty będące w jego zarządzie.

Lotnisko dla Kotliny Kłodzkiej

Do największych beneficjentów pomocy udzielanej przez KOWR na Dolnym Śląsku należą gminy Kłodzko, Wińsko, Dzierżoniów i Złotoryja. Do tej pory w sumie otrzymały one grunty warte ok. 11 mln zł. Przy czym ich obecna wartość jest znacznie większa.

We wrześniu ubiegłego roku, podczas pikniku lotniczego w Boguszynie podpisano umowę na przekazanie gruntu

Materiał powstał przy wsparciu Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Prawica kocha Trumpa. Za wszystko

PiS jest serwilistycznie nastawione do Ameryki i nie wyobraża sobie innej polityki niż służenie USA

Mamy prawicę rozgrzaną do czerwoności. Dosłownie. W Sejmie posłowie PiS założyli czerwone czapeczki z hasłem wyborczym republikanów „Make America Great Again”, wstali z miejsc i skandowali: „Donald Trump! Donald Trump!”. Nigdy wcześniej w polskim parlamencie nie widzieliśmy takich scen, takiej manifestacji, nie wykrzykiwano nazwiska zwycięzcy wyborów w innym kraju. Euforia była powszechna.

„Cieszymy się ze zwycięstwa Donalda Trumpa. Sądzę, że to jest powszechne w naszej partii”, mówił Jarosław Kaczyński. Radość tę prezes PiS mógł śmiało rozciągnąć na resztę prawicy.

Najwierniejszy z wiernych

Konfederacja wypuściła okolicznościowy klip, w którym możemy usłyszeć: „Donald Trump wraca do Białego Domu. Pokonał Kamalę Harris, chociaż miał przeciwko sobie siły zła, stronnicze media, cenzurę, międzynarodowe korporacje, celebrytów i aparat państwa. Ta walka niemal kosztowała go życie, ale Trump się nie poddał. Wstał i zagrzewał ludzi dobrej woli do walki przeciwko rewolucji kulturowej, cywilizacji śmierci, masowej imigracji i ekoterroryzmowi”. Końcówka klipu zachęcała do działania: „Ciężką pracą i determinacją można osiągnąć rzeczy wielkie i zmieniać rzeczywistość. Wkrótce wybory prezydenckie odbędą się także w Polsce. Nie pozwólmy wmówić sobie, że ich wynik jest już przesądzony. Nigdy się nie poddawajmy, niemożliwe nie istnieje”.

Cieszyli się też przedstawiciele ugrupowań mniejszych. Jarosław Sachajko z trzyosobowego koła Wolni Republikanie wszedł na mównicę sejmową, by pogratulować Donaldowi Trumpowi zwycięstwa w wyborach.

Ale i tak wszystkich przebił Andrzej Duda. „Chciałem moim rodakom przekazać najlepsze życzenia od pana prezydenta elekta USA Donalda Trumpa. Dosłownie przed chwilą rozmawiałem z panem prezydentem. Dzwonił, by złożyć życzenia w związku z naszym Świętem Niepodległości – powiedział prezydent w poniedziałek, 11 listopada, przed wylotem do Azerbejdżanu. I dodał: – Osobiście pogratulowałem mu zwycięstwa wyborczego. Rozmawialiśmy wstępnie o najważniejszych tematach”.

Duda pochwalił się, że zaproponował Trumpowi spotkanie

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.