Kraj
Oszustwa na mObywatela
Z podrobioną wersją e-dowodu można nie tylko kupić piwo, ale również zagłosować
Podrabianie e-dokumentów było tylko kwestią czasu. Od lat znane były oszustwa z użyciem analogowych podróbek dowodów, sprzedawanych jako kolekcjonerskie. Dziś obserwowany jest podobny proceder, tyle że z użyciem telefonów. Rynek podróbek oficjalnej aplikacji mObywatel kwitnie. Sprawę szerzej opisało Stowarzyszenie Demagog, które od ponad dekady zajmuje się weryfikowaniem informacji.
Dzięki ustawie z maja 2023 r. Polacy zyskali możliwość potwierdzania tożsamości za pomocą aplikacji, np. w okienku na poczcie. Podobnie jak klasyczna analogowa wersja dokumentu tożsamości cyfrowy dowód zawiera wiele zabezpieczeń, pozwalających sprawdzić jego autentyczność. Niestety, oszuści szybko się zorientowali, że niewiele osób wie, jak to zrobić prawidłowo.
Handel podróbką aplikacji trwa zatem w najlepsze. „To wyłącznie dowód kolekcjonerski, stworzony w celach rozrywkowych i edukacyjnych”, zapewnia jeden z kanałów internetowych, gdzie można kupić podróbkę, która oczywiście „nie jest związana ani powiązana z oficjalną aplikacją mObywatel, ani z żadnymi instytucjami państwowymi”. Jedna z grup, na których można znaleźć tego typu oferty, ma ok. 6,5 tys. członków, a podobnych kanałów jest w sieci przynajmniej kilkanaście. Na większości znajdziemy filmiki promujące produkt i zachwalające jego jakość. Dowiadujemy się, że mDowód ma powiewającą flagę zupełnie jak oryginał oraz zielony napis „dokument ważny”. Co lepsze wersje mają nawet zegarek wyświetlający aktualną godzinę, tak jak to robi rządowa aplikacja.
Z dostępnością podróbek nie ma problemu. Wystarczy wpisać odpowiednią frazę w wyszukiwarce Google. Kod źródłowy całej aplikacji można kupić już za 200 zł. Chociaż najprostsze wersje mDowodu chodzą w sieci nawet za 20 zł. Dlatego sprzedawcy prześcigają się w dodatkowych usługach. Niektórzy proponują nawet „wsparcie techniczne”, a inni współpracę za promocję. Wystarczy zachwalać ich produkt w dowolnym medium społecznościowym i mieć odpowiednią liczbę wyświetleń. Oszuści są też sprytni. Na każdym kroku podkreślają, że nie wolno używać ich aplikacji jako oryginału.
Nikomu jednak nie przeszkadza, że jego produkt jest zachwalany właśnie jako idealna podróbka, dzięki której kupiło się piwo czy napój energetyczny, nie mając 18 lat. – Oferty, z którymi się spotkałem, były skierowane do osób poniżej 18. roku życia, szukających sposobów, żeby kupić alkohol, tytoń i wszystko to, co jest niedostępne dla małoletnich. Widziałem relacje osób, które pokazywały fałszywy mDowód, kiedy spisywała je policja – mówi mediom Marcin Kostecki ze Stowarzyszenia Demagog, który badał sprawę. Podkreśla również, że poza przypadkiem, kiedy wyjeżdżamy poza granice naszego państwa, z mObywatelem możemy załatwić dziś wszystko.
Problem z fałszywkami generuje
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Mała partia, mały wynik
Lewica w wyborach prezydenckich
Sondaże dla kandydatów lewicy w wyborach prezydenckich nie są łaskawe. Magdalena Biejat osiąga w nich 2-4% poparcia, Adrian Zandberg 1-2%, Piotr Szumlewicz – podobnie jak Joanna Senyszyn – regularnie poniżej 1%. I wciąż nie wiadomo, czy w ogóle zdołają wystartować, czy zbiorą wymagane 100 tys. podpisów. Dla lewicy to prognozy fatalne, choć mało zaskakujące. O jej kryzysie piszemy w „Przeglądzie” od miesięcy. Problemem nie jest brak wyborców, bo poglądy lewicowe deklaruje 15-20% Polaków, a może być ich więcej. Problemem jest to, że ugrupowania, które przedstawiają się jako lewicowe, nie są przez tych Polaków poważane ani darzone zaufaniem. Więź między wyborcą a jego partią w tym przypadku nie istnieje.
Tak dzieje się od lat. I nic nie zapowiada, by ta tendencja się zmieniła. Lewicę chcą dziś reprezentować dwie partie: jedna to Nowa Lewica, druga – Razem. Nową Lewicą kieruje od 2016 r. Włodzimierz Czarzasty i praktycznie jest to jego prywatna partia. Statut gwarantuje mu nieusuwalność, poza tym może zawieszać każdego członka, w każdej chwili.
Nowa Lewica to w zasadzie przedsięwzięcie okołopolityczne. Mechanizm jest prosty – partia przyciąga wyborców, dzięki nim jakaś grupa zdobywa mandaty. Potem wymienia je na posady w rządzie i w spółkach skarbu państwa. Robert Biedroń i Krzysztof Śmiszek, rezerwując sobie biorące miejsca na liście, wymienili je na posady europarlamentarzystów.
W tym przedsięwzięciu ważne jest, by aparat partyjny nie był zbytnio rozbudowany. Bo duży aparat dużo chce – posad, uwagi, dyskusji, jakiejś ideowości. Może wybrać nowe władze… A małą grupę łatwiej kontrolować.
I to dzieje się na naszych oczach – z wyborów na wybory wpływy partii Czarzastego się kurczą. W roku 2019 lewica uzyskała 2,319 mln głosów, czyli 12,56%. A 15 października 2023 r. – już tylko 1,859 mln głosów, czyli 8,61%. W kwietniu 2024 r. w wyborach samorządowych, do sejmików wojewódzkich, uzyskała 911 tys. głosów. A w wyborach europejskich w czerwcu 2024 r. – 741 tys. głosów (6,30%). Dlaczego więc miałaby dostać lepszy wynik w wyborach prezydenckich?
Koncepcja „małej partii” ma konsekwencje. Towarzyszy jej akcja likwidowania komórek partyjnych, ograniczania ich. Wiemy o tym – do redakcji „Przeglądu” regularnie przychodzą listy, w których czytelnicy informują, że właśnie w ich powiecie czy mieście zlikwidowano koło partyjne. Dzieje się to także pod hasłami wymiany wyborców – ponieważ elektorat SLD wymiera, trzeba go zastąpić młodzieżą. W efekcie 7 kwietnia 2024 r. w grupie 60+ na lewicę głos oddało 5%. A wśród kobiet – które miały być nowym żelaznym elektoratem – ledwie 7,5% (w październiku 2023 r. było to 10,1%).
A młodzi?
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Harcownicy Ziobry
Połowa prokuratury krajowej bruździ Adamowi Bodnarowi
Zawiadomienie o zamachu stanu sprokurowane przez Bogdana Święczkowskiego wywołało powszechną ekscytację. Były prokurator krajowy i szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w rządach PiS oskarżył kilkaset osób – na czele z premierem, ministrami, marszałkami Sejmu i Senatu, parlamentarzystami wspierającymi rząd, niektórymi prokuratorami i sędziami – że działając w zorganizowanej grupie przestępczej, dopuścili się zbrodni. Zbrodnia polega na tym, że nie uznają utworzonej przez PiS i obsadzonej przez nominatów tej partii nielegalnej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego, nielegalnej i upolitycznionej Krajowej Rady Sądownictwa oraz działającej pod dyktando PiS atrapy sądu konstytucyjnego. „Puczyści” podważają też status neosędziów, ludzi często bez kompetencji i kręgosłupa moralnego, którzy zawdzięczają kariery układom politycznym.
A już największą zbrodnią Donalda Tuska i jego szajki jest to, że uchwalili budżet państwa, pozbawiając sutych pensji Święczkowskiego i innych tzw. sędziów TK.
Nie trzeba być wytrawnym prawnikiem, by dojść do wniosku, że mamy do czynienia z hucpą w wykonaniu Święczkowskiego. Jego metody działania polegają na fałszywym oskarżaniu i wrabianiu ludzi w przestępstwa. Tak było w przypadku Barbary Blidy. Wobec niewinnej kobiety uknuto zakończoną tragicznie intrygę, a okoliczności śmierci popularnej polityczki lewicy nigdy nie udało się wyjaśnić. Między innymi dlatego, że ślady na miejscu tragedii zostały dokładnie zatarte przez podległych Święczkowskiemu funkcjonariuszy.
W podobny sposób jak Barbarę Blidę, tj. wrabiając w przestępstwa, Święczkowski chciał załatwić również byłego zastępcę prokuratora generalnego Andrzeja Kaucza, Romana Giertycha czy Jolantę i Aleksandra Kwaśniewskich. Nie ma więc co się dziwić, że wierny żołnierz PiS udający sędziego poszedł po bandzie i wykrył zamach stanu.
„Ostry” w natarciu
Donos o zamachu Święczkowski przekazał swojemu koledze i byłemu podwładnemu Michałowi Ostrowskiemu, zwanemu „Ostrym”. To jeden z sześciu zastępców prokuratora generalnego, których Adam Bodnar dostał w spadku po Zbigniewie Ziobrze (Ostrowski został powołany w listopadzie 2023 r., już po przegranych przez PiS wyborach). Oprócz Ostrowskiego są to: Robert Hernand, Tomasz Janeczek, Krzysztof Sierak, Andrzej Pozorski i Beata Marczak. Ta ostatnia jednak w przeciwieństwie do pozostałych uznaje Dariusza Korneluka za prokuratora krajowego i nie sabotuje decyzji przełożonego. Ziobrowych buntowników nie można odwołać bez zgody Andrzeja Dudy, bo spodziewając się utraty władzy, PiS skutecznie zabetonowało prokuraturę, dając prezydentowi nadzwyczajne kompetencje.
Ostrowski szybko zabrał się do pracy. W ciągu kilku dni przesłuchał
Popowodziowe powroty do życia
Głuchołazy to od ubiegłorocznej powodzi chyba najbardziej znane polskie miasteczko. Miesiąc po miesiącu odżywają
Dawny zdrój, gdzie z sukcesami leczono gruźlicę – Bad Ziegenhals, Kozia Szyja, Capri Collum. Kozia głowa na długiej szyi, herb miasta, jest symbolem Głuchołazów, upamiętnionym też na sympatycznym muralu przy ryneczku.
Mija piąty miesiąc od powodzi. – Cieszymy się, że funkcjonują wszystkie szkoły, prowadzone zarówno przez gminę, jak i przez stowarzyszenia, np. ta w Jarnołtówku, gdzie była zalana kotłownia, piec był niesprawny, ale wszystko zostało załatwione. Przedszkola pracują. Żłobek niebawem przyjmie wszystkie dzieci – wylicza burmistrz Głuchołazów Paweł Szymkowicz.
Remontowane są dom dziennego pobytu przy całkowicie zalanej alei Jana Pawła II oraz znajdujący się po jej drugiej stronie żłobek. – Niezalane piętro w dwupoziomowym budynku po wykonaniu pewnych prac sanepid dopuścił do użytku dla pięćdziesięciorga dzieci. Ten obiekt w czerwcu oddaliśmy po gruntownym remoncie. Był najnowocześniejszy w powiecie, na 125 miejsc, całkowicie zaspokajał potrzeby maluchów z gminy, mógł przyjąć dziecko niemal z dnia na dzień. Niestety, ta sytuacja trwała tylko do połowy września, kiedy stało się to, co się stało. Remont za kwotę 1 mln zł sfinansuje Fundacja TVP – przy takiej pomocy to idzie bardzo szybko, prace trwają – mówi urzędnik.
Wielkim postępem jest udrożnienie długiej, pełnej domów i zakładów ulicy Andersa, biegnącej wzdłuż Białki (czyli Białej Głuchołaskiej) i łączącej część zdrojową z centrum. Ulica była kompletnie zniszczona powodzią tak jak domy, wille, działki do niej przylegające. Jest już w całości przejezdna.
Udało się zapewnić zaopatrzenie miasta w wodę, ukończono odbudowę kolektora ściekowego z Głuchołazów do Nysy, który był uszkodzony na odcinku kilometra. – Koszt ponad 6 mln zł pokryło państwo. Udało się też zrobić przerzut wody, taki docelowy, z basenów tzw. wody surowej do stacji uzdatniania wody, z prawego brzegu Białki na lewy. Nauczeni doświadczeniem z 15 września, kiedy zerwało most kratowy i podczepioną pod nim magistralę wodną, zrobiliśmy przewiert i w nim umieściliśmy rurociąg wody surowej do stacji uzdatniania. Nic już raczej nie powinno mu szkodzić – podkreśla Szymkowicz.
Mieszkania, mieszkania
W Głuchołazach jest 140 zalanych mieszkań komunalnych. Lokatorzy 100 zdecydowali się je remontować ze swoich środków, odszkodowań, a przede wszystkim z pieniędzy, które rząd przeznaczył na zasiłki (do 200 tys. i 100 tys. na pomieszczenia gospodarcze). – Pozostaje 40 mieszkań osób, które nie poradziłyby sobie z różnych powodów z takim zadaniem. Te będą remontowane na koszt gminy. Wtedy oczywiście ich lokatorom nie będzie przysługiwał zasiłek. Wciąż w hotelach i schronisku przebywa 27 osób, dwie rodziny i samotna pani w Pokrzywnej, reszta osób – w ośrodku Banderoza w Głuchołazach. Część rodzin mieszka u bliskich, znajomych. Będą przystępować do remontów mieszkań wiosną. Jako gmina dodatkowo przebudujemy i przystosujemy dotychczasowe pustostany i lokale niezamieszkane. W sumie jest ich 97 i docelowo, jako mieszkania komunalne, gminne, będzie można je dzierżawić. Niewykluczone, że część lokali wystawimy na sprzedaż – zapowiada burmistrz.
Krajobraz popowodziowy to wciąż dużo problemów pojedynczych ludzi. Na przykład małżeństwo mieszkające na parterze w jednym z budynków komunalnych przy zalanej w całości ulicy zostało poszkodowane po raz drugi, pierwszy raz w 1997 r. Byli przekonani, że mają bardzo dobre ubezpieczenie, a okazuje się, że nie obejmuje ono powodzi. – Oni już nie chcą tam mieszkać, chcą się przeprowadzić do mieszkania poza terenem zalewowym, mają niewystarczające, skromne oszczędności, a nie wiadomo co z odszkodowaniem. Ale jeśli chcą korzystać z zasiłku dla powodzian, muszą zostać w starym mieszkaniu. Takich spraw jest dużo – opowiada gospodarz miasta.
Piąty miesiąc po powodzi, a wciąż napływają wnioski o zasiłki, można je składać w przedłużonym terminie do 15 marca. Jest ich bardzo dużo. Składanie ich tak późno, jak praktyka pokazuje, to również efekt tego, że „sąsiad dostał, więc ja też muszę”. Procedury wymagają opracowania każdego wniosku, powołania komisji szacunkowej, która na miejscu oceni straty, sporządzi dokumentację, wyda decyzję. – Wydawanie tylu decyzji trwa, a faktycznie poszkodowani czekają. Na szczęście rząd w pewnym momencie wprowadził zaliczki do 50 tys. i ludzie mogli zacząć coś robić – zaznacza burmistrz.
Mieszkańcy gminy narzekają
Dar pomagania
Pierwsze wejścia na oddziały onkologiczne, do poszczególnych sal, były dla mnie dramatem
Jolanta Kwaśniewska – pierwsza dama RP w latach 1995-2005, prawniczka, bizneswoman, założycielka i prezeska Porozumienia Bez Barier
Zaczęła pani wkraczać do trudnej emocjonalnie przestrzeni – przestrzeni szpitali. Często nie wiemy, jak się tam zachować, czasami wręcz boimy się wchodzić. To było zderzenie z nieznanym światem?
– Dla mnie to nie do końca był obcy świat, bo znałam sytuacje, w których chorowali najmłodsi – takich przypadków było wśród znajomych kilkanaście. Wiedziałam, co to oznacza dla rodziny, a co dla samego dziecka. I z jakim zaangażowaniem rodzice w tamtych czasach walczyli, żeby pomóc swoim dzieciom.
W Polsce mieliśmy zawsze świetnych, oddanych lekarzy i pielęgniarki. Głęboko podziwiam medyków, sama przecież chciałam być lekarką – wciąż uważam, że możliwość pomagania ludziom to najpiękniejszy dar. Natomiast lekarze onkolodzy, zwłaszcza onkolodzy dziecięcy, to kategoria szczególna. W latach 90., kiedy umieralność była znacznie wyższa, zajmowanie się dziećmi, patrzenie w ich oczy i przekonywanie, że mimo wszystko będzie dobrze – chociaż wiadomo, że czas, jaki im został, jest bardzo krótki… To było potwornie trudne.
Przywoływałyśmy dane dotyczące przeszczepów szpiku kostnego. Zaledwie kilkadziesiąt na 1,2 tys. chorujących dzieci rocznie miało szansę na przeszczep. Trudno nie poczuć się przytłoczoną tymi liczbami. A przecież problemów było więcej.
– Jak opowiadałam, od samego początku, od kiedy mąż został wybrany na urząd prezydenta, otrzymywałam bardzo wiele listów – potem zaczęły one przychodzić lawinowo. Pisali do mnie wszyscy, którzy po prostu nie mieli pieniędzy, żeby zadbać o swoją rodzinę, o bliskich. Ludzie załamani niespodziewanie trudnymi sytuacjami, które na nich spadły. To właśnie nawał listów i opisywane w nich historie stały się potężnym motorem powstania fundacji.
Wiele listów dotyczyło przeszczepu szpiku kostnego. Dołączona była do nich gruba dokumentacja medyczna. Do tego informacja, że przeszczep jest możliwy tylko w Stanach Zjednoczonych. Koszt: 100 tys. dol. Gros zdesperowanych rodziców prosiło mnie o zebranie środków, ale przecież nie czułam się Panem Bogiem, który ma prawo decydować, do kogo powinny trafić pieniądze, a do kogo nie. Skrajnie trudno przecież wybrać, że opłaci się procedurę transplantacji u jednego z dzieci, a pozostałe kilkadziesiąt, które również aplikowało, nie będzie miało takiej szansy… Wtedy zbiórki społeczne nie były znane, nie istniały żadne serwisy fundraisingowe, starałam się więc prosić różne instytucje, żeby nas wspomagały.
Bardzo ważnym postulatem, ujętym w statucie fundacji, było wyrównywanie szans ludzi chorych, z niepełnosprawnościami, przede wszystkim dzieci.
Od czego zaczęły się pani działania?
– Przychodziły do mnie setki zaproszeń na różne spotkania, wydarzenia, konferencje, ale na swój pierwszy wyjazd wybrałam międzynarodowe dni osób niepełnosprawnych, które odbywały się w 1996 r. w Zgorzelcu.
Tuż przy polsko-niemieckiej granicy. Co pani tam zobaczyła?
– Rewelacyjne warsztaty
Fragmenty książki Pierwsza dama. Jolanta Kwaśniewska w rozmowie z Emilią Padoł, W.A.B., Warszawa 2024
Prus dla Joanny Solskiej
Joanna Solska z „Polityki” została laureatką Nagrody im. Bolesława Prusa. Nagroda za całokształt dokonań dziennikarskich przyznawana jest przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej.
Laureatami, wręczanej od roku 1969 nagrody, byli m.in. Ryszard Kapuściński, Janusz Rolicki, Zygmunt Kałużyński, Hanna Krall, Helena Ciemińska-Kowalik. A po 2015 r. – Jacek Żakowski, Grzegorz Sroczyński, Tomasz Sekielski, Robert Walenciak.
Laureatem Zielonego Prusa przyznawanego młodym dziennikarzom (w przeszłości trafił m.in. do Rafała Wosia, Janusza Schwertnera i Mateusza Lachowskiego) został nasz redakcyjny kolega Kornel Wawrzyniak.
Kapituła przyznała również Niebeskiego Prusa dla wydawcy – otrzymał go Jurek Jurecki, wydawca „Tygodnika Podhalańskiego”.
Po raz pierwszy przyznano Nagrodę Specjalną, ponad podziałami – dostał ją legendarny reporter Romuald Karaś.
„Joasia potrafi ciąć rzeczywistość słowami jak brzytwą. Z precyzją, bez zbędnych ruchów – mówił o Joannie Solskiej Jacek Żakowski. – »Państwo to Jan« – mało jest tekstów, które odegrały w życiu państw tak istotną rolę. Warto przypomnieć sobie okoliczności jego powstania i publikacji, 26 kwietnia 2003 r. To jest tekst, który zatrzymał proces oligarchizacji Polski. W Polsce proces oligarchizacji, naturalny element transformacji od gospodarki planowanej do gospodarki rynkowej, został gwałtownie zatrzymany w 2003 r. przez zatrzymanie potęgi Jana Kulczyka, która narastała i obrastała tymi mniejszymi oligarchami”.
Przyjmując nagrodę, Joanna Solska mówiła: „Wolność słowa – potrafimy o nią walczyć, potrafimy wychodzić na ulice. Ale ja boję się czegoś innego. Boję się zamachu na wolność myśli, gdyż tutaj dziennikarze okazują się bezbronni. Ponieważ o tym, o czym mamy myśleć, decydują wielkie big techy i póki co jesteśmy bezbronni. I na pytanie, czy wolne media, czy dziennikarze, czy jesteśmy jeszcze potrzebni – nie media odpowiedzą. Muszą odpowiedzieć sobie społeczeństwa, a one, mam wrażenie, nie do końca są świadome tego wyzwania”.
Wśród gości na uroczystej gali byli: podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego Sławomir Rogowski, Artur Gasiński (Izba Wydawców Prasy), Janusz Fogler (ZAiKS), profesorowie Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii UW Janusz Adamowski, Robert Cieślak i Tadeusz Kononiuk, Zbigniew Bajka – honorowy przewodniczący SDRP, oraz Krystyna Mokrosińska – honorowa przewodnicząca SDP.
Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej reprezentowali Jerzy Domański – przewodniczący, i Andrzej Maślankiewicz – sekretarz generalny.
(rw)
Słownik pamięci narodowej
List otwarty do premiera Donalda Tuska
Szanowny Panie Premierze,
zwracam się do Pana z prośbą o ratunek dla Polskiego Słownika Biograficznego (PSB). Panu – historykowi z wykształcenia – nie trzeba tłumaczyć, czym jest to dzieło. Najkrócej mówiąc: to dobro narodowe, jeden z pomników polskiej humanistyki. Gdy 25 listopada 2010, w obliczu ówczesnych zagrożeń, Sejm Rzeczypospolitej objął PSB honorowym patronatem, głosowały za tym jednomyślnie wszystkie kluby i wszyscy posłowie.
I.
Spotykam się czasem z pytaniem: „po co PSB, przecież jest Wikipedia!”. A przecież Wikipedia gros swych haseł z historii i kultury polskiej opiera na biogramach PSB. W Wikipedii błędy są na porządku dziennym – w PSB minimalizuje je wieloszczeblowy system kontroli. Większość haseł w Wikipedii rodzi się z doraźnej potrzeby – biogramy PSB powstają systematycznie: w oparciu o przygotowaną wcześniej Listę haseł. A przy tym są w PSB setki biogramów, o których Wikipedia nawet nie wspomina.
Niemal każdy naród ma swój słownik biograficzny. Istnieją słowniki francuski, szwedzki, węgierski, belgijski, holenderski, czeski, słowacki, chorwacki, oczywiście także amerykański i kanadyjski, a również argentyński, południowoafrykański czy australijski. Słowniki biograficzne mają nawet państwa tak małe jak Luksemburg i narody tak mikroskopijne jak Łużyczanie.
Wydawanie słownika biograficznego trwa zawsze latami – np. słownik szwedzki zaczął się ukazywać w roku 1917 i dotąd nie został ukończony (doszedł do litery S). Wychodząca w latach 1953-2024 Neue Deutsche Biographie obejmuje 28 tomów, ale łącznie z jej poprzedniczką, Allgemeine Deutsche Biographie (1875-1912), liczy 84 tomy, a ukazywała się ogółem 108 lat. Również Brytyjczycy dokonali w latach 1992-2004 nowej redakcji Oxford Dictionary of National Biography i przy udziale 10 tys. współpracowników z całego świata wydali go w 60 tomach (dzieło to, łącznie z corocznymi suplementami, liczy dziś 60 tys. biogramów). Włosi w grudniu 2020 ukończyli, wydawany od roku 1960, Dizionario biografico degli Italiani; zawiera on w 100 tomach 40 tys. haseł. Słownik ten wydaje L’Istituto della Enciclopedia Treccani, którego dyrektora powołuje prezydent Republiki. Wszystkie narodowe słowniki biograficzne mają podobny prestiż. Wszystkie też korzystają ze stałego finansowania państwa.
A Polski Słownik Biograficzny? Wychodzi on w Krakowie od 90 lat: jego pierwszy zeszyt ukazał się 10 stycznia 1935. Liczy, jak dotąd, 55 tomów i 35 984 strony drobnego, dwuszpaltowego druku. Zawiera 28 785 biogramów ułożonych w jednolitym porządku alfabetycznym i aktualnie kończy literę T. Poziom naukowy tych biogramów, ich szczegółowość, ścisłość i dokładność, zbliżające się niekiedy do minimonografii, lokują nas w ścisłej czołówce światowej: wystarczy porównać PSB z Österreichisches Biographisches Lexikon, z jego krótkimi, syntetycznymi notami. PSB jest zaś tym więcej zadziwiający, że powstaje metodą nieledwie chałupniczą: robi go (na bazie artykułów nadsyłanych przez autorów) garstka wysoko wykwalifikowanych redaktorów pasjonatów, którzy za swą pracę otrzymują wynagrodzenie na ogół bliskie płacy minimalnej.
II.
Problemy Polskiego Słownika Biograficznego są znane opinii publicznej. Informowały o nich media (Andrzej Nowakowski w „Gazecie Wyborczej” 5-6 października 2024, Paweł Siergiejczyk w „Przeglądzie” 20-26 stycznia 2025). Na posiedzeniu plenarnym Sejmu 12 lipca 2024 posłanka Dorota Olko zaapelowała o ponadpartyjne porozumienie w sprawie zapewnienia Słownikowi stabilnego funkcjonowania. Wszystkie te głosy nie wywołały, jak dotąd, odzewu. Nie przyniosły też skutku moje, trwające już 18 lat, starania. Stąd mój list do Pana Premiera, który jest już tylko krzykiem rozpaczy.
Gdy z dniem 1 stycznia 2003 obejmowałem redakcję Polskiego Słownika Biograficznego, jego sytuacja finansowa była ustabilizowana. Wprawdzie zarobki były tu zawsze niskie, ale nie sytuowały się jeszcze w pobliżu płacy minimalnej. Honoraria autorskie i koszty druku pokrywała Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. W dodatku w roku 2004 Fundacja wprowadziła premie motywacyjne dla redaktorów. I zapewniała, że Słownik będzie dotować do końca swego istnienia.
Niestety, w roku 2007 nowy Zarząd Fundacji nie podtrzymał tych zobowiązań: premie zostały zlikwidowane, a dotację obcięto o dwie trzecie (po czterech latach całkiem ją zniesiono). W tej sytuacji zatroszczył się o Słownik Pana rząd. W latach 2010-2011 zapewnił nam pomoc minister kultury Bogdan Zdrojewski. A w latach 2012-2016 żyliśmy z Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki (NPRH), stworzonego – z myślą zwłaszcza o PSB – przez minister nauki Barbarę Kudrycką.
Później było już tylko gorzej. W latach 2016 i 2017 nowa Rada NPRH dwukrotnie odmówiła nam dotacji. W roku 2019 przyznała nam ją, ale znacznie poniżej potrzeb. Ta dotacja kończy się 5 marca br. Gdyby nie przyznana dodatkowo w sierpniu 2024 dotacja celowa wiceministra nauki Macieja Gduli, PSB za miesiąc przestałby się ukazywać. Ale ta dotacja musi być rozliczona do 31 grudnia 2025, a jej kontynuacji nie widać.
Mówi się: trzeba korzystać z nowego grantu NPRH. Ale to droga donikąd. Zasadą NPRH jest niemożność aplikowania o nowy grant, dopóki nie rozliczy się grantu poprzedniego. Czekanie na nowy grant może przeciągnąć się do szeregu miesięcy, może i kilku lat. Gdybyśmy jednak nawet dostali grant wkrótce po 5 marca (co jest nierealne) i gdybyśmy natychmiast wysłali zamówienia do autorów, wówczas zaczyna bić następujący zegar: autor na napisanie biogramu potrzebuje około dziewięciu miesięcy, redaktor (który de facto jest zawsze ukrytym współautorem, tak wiele poprawek wprowadza) potrzebuje kolejnych dziewięciu miesięcy, a następne dziewięć miesięcy musi być poświęcone na autoryzacje, prace adiustacyjne i wydawnicze. A zatem, licząc nawet od połowy tego roku (co, powtarzam, nie jest realne), w wydawaniu Słownika musiałaby nastąpić przerwa co najmniej dwuletnia. W praktyce oznaczałoby to jego kres.
I oto sprawa, z którą zwracam się do Pana Premiera. Proszę umożliwić dalsze istnienie Polskiego Słownika Biograficznego! Proszę zapewnić mu stabilizację, a więc finansowanie stałe, corocznie odnawialne, zabezpieczone ustawowo! Potrzeba na to 2,5 mln zł rocznie. Czy jest to nie do udźwignięcia dla budżetu?
III.
Panie Premierze, nie poruszam tu kwestii II serii PSB. Ponieważ Słownik publikuje wyłącznie biogramy osób nieżyjących i ponieważ w trakcie jego wychodzenia umierali różni wielcy Polacy, nie mamy dotąd biogramów np. Władysława Andersa, Jana Pawła II, Tadeusza Mazowieckiego, Jacka Kuronia, Czesława Miłosza czy Wisławy Szymborskiej.
Kiedyś trzeba będzie to załatwić, ale dziś musimy ratować to, co jest. Już teraz ciąg wydawniczy PSB został zamrożony, bo z braku finansowania nie możemy zamawiać nowych haseł. A co będzie po 31 grudnia?
Unicestwienie Polskiego Słownika Biograficznego byłoby nie tylko zbrodnią na polskiej humanistyce. Byłoby czymś, co można by porównać tylko z jego dwukrotnym zamknięciem: w roku 1939 przez okupanta hitlerowskiego i w roku 1949 przez władze stalinowskie. Nie mieści mi się w głowie, by mogła do tego dopuścić Polska wolna i niepodległa.
Prof. zwycz. dr hab. Andrzej Romanowski
redaktor naczelny Polskiego Słownika Biograficznego
Prawa ucznia między bajki
Rozstrzygnięto konkurs pokazujący, jak łamane są prawa ucznia – wygrał zapis, który łamie i polską konstytucję, i prawo międzynarodowe
Stowarzyszenie Umarłych Statutów jest pierwszą i największą w Polsce organizacją bezpośrednio broniącą interesów uczniów. Przyświeca mu cel rozpowszechniania wśród polskich uczniów wiedzy o ich prawach i sposobach ich ochrony, pomocy w indywidualnych przypadkach oraz lobbowania za zmianami czyniącymi polską szkołę wolną od bezprawia i skutecznie przygotowującą do życia w XXI w.
Pod koniec stycznia Stowarzyszenie Umarłych Statutów ogłosiło wyniki IV edycji plebiscytu na Statutowy Absurd Roku. To forma happeningu, poprzez którą największa organizacja zajmująca się ochroną interesów uczniów zwraca uwagę na problem nagminnego nieprzestrzegania praw uczniowskich w polskich szkołach. Dyrektorzy, nauczyciele, pedagodzy i sami uczniowie często nie wiedzą, jak powinien wyglądać prawidłowo skonstruowany statut szkoły.
Dyrektor ważniejszy niż Konstytucja RP
Plebiscyt organizowany przez SUS odbywa się czwarty rok. Stowarzyszenie tropi najbardziej niedorzeczne przepisy obowiązujące w szkołach na terenie całej Polski. W tym roku wygrała Szkoła Podstawowa nr 2 z Wodzisławia Śląskiego. Zwycięski zapis był parafrazą art. 31 Konstytucji RP, mówiącego, że ograniczenie praw i wolności obywatelskich jest możliwe tylko na mocy ustawy. W wodzisławskiej podstawówce natomiast ustanowiono, że takie uprawnienie będzie przysługiwało dyrektorowi. – Wśród praw, które mogły być ograniczone, znalazły się Konwencja o prawach dziecka, Powszechna deklaracja praw człowieka czy niektóre prawa wynikające wprost z konstytucji. Taka sytuacja w Polsce jest możliwa w zasadzie tylko w ramach stanu wyjątkowego wprowadzonego przez prezydenta na wniosek rządu. A statut wodzisławskiej szkoły przyznawał tę kompetencję dyrektorowi placówki – wyjaśnia Damian Zdancewicz z SUS.
Przypadek jest skrajny, ale nie odosobniony. Co więcej, art. 31 Konstytucji RP jest w statutach szkół chyba najczęściej łamanym zapisem ustawy zasadniczej. SUS opublikowało w 2023 r. raport „Prawa ucznia w Polsce”, w którym ponad 80% ankietowanych mówiło o poczuciu
Żeby nie jeździć na Podhale
Ludzie się dziwią, gdy mówię, że w Bytomiu jest stok narciarski
– Inicjatywa super! – mówi Andrzej.
– A czemu nie w góry? – pytam.
– Cena – odpowiada Maja.
– W góry jest daleko, a na Zakopiance długo stoi się w korkach.
– Tak, stok w mieście to dobry pomysł. Jest gdzie wyjść w weekend.
Maja i Andrzej przyjechali z Częstochowy. Są tu pierwszy raz. Ona uczy się jeździć na nartach. On uczyć się nie musi, bo jeździ od dziecka, więc ocenia okiem fachowca: – Miejsce bardzo okej. Jest blisko parking, a to duży atut. Zobaczymy, jak będzie się jeździło, bo to najważniejsze. Dla mnie ten stok to może nie za bardzo, bo w górach jest jednak większe nachylenie, ale do nauki warunki są idealne.
Według największego w Europie portalu dla narciarzy Bergfex w Polsce mamy 180 ośrodków narciarskich. Najwięcej w województwie małopolskim – 70. Śląskie zajmuje drugie miejsce z liczbą 37. Następnie są Podkarpackie – 22 i Dolnośląskie – 20. Poza najlepszymi miejscami do jeżdżenia, takimi jak Białka Tatrzańska, Zieleniec, Czarna Góra czy Szczyrk, są miejsca nieoczywiste. Mamy Stację Narciarską Rybno w województwie podlaskim, koło Łomży, a blisko Mrągowa Górę Czterech Wiatrów – zjeżdżając z niej, można patrzeć na jezioro Czos. Są jeszcze Stacja Narciarska Łysa Góra w Sopocie, Stok Narciarski Parchatka między Lublinem a Radomiem czy ośrodek Kurza Góra Ski & Bike Park w Kurzętniku, w województwie warmińsko-mazurskim, gdzie działają trzy trasy narciarskie, w tym najdłuższa, 900-metrowa, oraz wyciągi krzesełkowe.
I mamy Sport Dolinę Bytom.
– Potocznie nazywamy to miejsce Czomolungma od tybetańskiej nazwy Mount Everestu. To taka nasza góra gór. Ośrodek powstał w początkach XXI w., potem upadł i nowi właściciele uratowali go w 2018 r. Pomysł polega na tym, by ludzie z aglomeracji śląsko-zagłębiowskiej nie musieli jeździć do Wisły czy na Podhale, ale mogli złapać narciarskiego bakcyla tu, na miejscu – mówi Maciej Kurylas, instruktor narciarstwa.
Maciek ma krótkie, rude włosy, dłuższą bródkę i tony energii. Jest nauczycielem WF. W 2016 r. z żoną Anną założyli Platformę Zdrowia i Aktywności „Rusz Tyłek”. W ramach niej organizują obozy i półkolonie dla dzieci i młodzieży latem i zimą, a te zimą łączą ze szkółką narciarską. Od 2019 r. prowadzą ją w Sport Dolinie Bytom. – Organizujemy zajęcia indywidualne i grupowe – wylicza Maciek. – W tygodniu prowadzimy też półkolonie i zajęcia dla grup z przedszkoli, szkół i domów dziecka.
Sport Dolina Bytom ma dwie trasy zjazdowe, ta główna z dwoma wyciągami talerzykowymi mierzy 350 m. Można zjeżdżać na nartach, na snowboardzie i na sankach po specjalnie do tego przeznaczonym torze, po sztucznym śniegu.
– W naszej strefie klimatycznej opady śniegu są coraz mniejsze. Dlatego wytwarzamy go za pomocą armatek śnieżnych, dzięki czemu zapewniamy narciarzom idealne warunki. Pomaga nam położenie ośrodka w dolinie, bo skutkuje to niższymi temperaturami niż w okolicy – wyjaśnia Maciek.
Sztuczny śnieg od lat jest stosowany w górach na całym świecie, bo nie tylko u nas opady są coraz mniejsze. Posiłkują się nim też właściciele ośrodków narciarskich we francuskich, austriackich czy szwajcarskich Alpach. – Gdy ludzie nie widzą śniegu za oknem, wydaje im się, że go tu nie ma. Pracujemy nad tym








