Kraj

Powrót na stronę główną
Kraj

Biznes Szopy i ludzie Morawieckiego

Paweł Szopa był dla PiS swój, ale podsłuchy mu założono.

„Red is Bad to marka dla ludzi ceniących wolność i dumnych z polskiej historii. Przypominamy zapomnianych bohaterów oraz niepodległościowe zrywy naszych przodków. Jesteśmy stąd. Nie chcemy wyrzec się tradycji. Nie boimy się brać spraw w swoje ręce. Wierzymy w prywatną inicjatywę i ciężką pracę. Najwyższa jakość i polska produkcja to dla nas sprawa kluczowa”, mówił w wywiadach założyciel firmy, która w kręgach prawicowych zyskała status kultowej.

W bluzach i koszulkach z tym znakiem pokazywali się prezydent Andrzej Duda i jego małżonka. Należący do Szopy sklep odwiedził premier Mateusz Morawiecki. Dla polityków prawicy młody przedsiębiorca stał się symbolem sukcesu ekonomicznego opartego na wartościach.

Z czasem spółki zakładane przez ceniącego wolność i zrywy niepodległościowe dyktatora mody stały się dostawcą i partnerem biznesowym Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (RARS) i dosłownie spłynął na nie deszcz pieniędzy. W niektórych mediach pisano, że może to być nawet pół miliarda złotych.

Działalnością właściciela marki Red is Bad w końcówce rządów PiS zainteresowały się Centralne Biuro Antykorupcyjne i prokuratura. Dziś on i były prezes RARS Michał Kuczmierowski są poszukiwani przez organy ścigania. Obaj podkreślili, że z Polski wyjechali legalnie i gotowi są stawić się przed prokuratorem, jeśli otrzymają listy żelazne, które pozwolą im uniknąć aresztu. Zgodnie też twierdzą, że nie złamali prawa.

Jest pewne, że sprawa nieprawidłowości w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych długo będzie rozgrzewała emocje polityków, dziennikarzy i Polaków zainteresowanych polityką.

Husaria na koszulkach.

W wywiadzie udzielonym Polskiemu Radiu 24 pięć lat temu Paweł Szopa mówił: „Budując biznes na wartościach patriotycznych, dużo łatwiej osiągnąć sukces, niż gdy się to robi tylko dla pieniędzy”. I trzeba przyznać, że w jego przypadku zasada ta sprawdziła się w 100%. Szopa wspólnie z przyjacielem Jakubem Iwańskim najpierw założyli na Facebooku istniejący do dziś fanpage o nazwie Red is Bad, na którym publikowali grafiki odnoszące się do historii Polski. Jak wspominał założyciel marki, po pół roku zaczęli zgłaszać się do nich ludzie z prośbami, by zrobili koszulki z grafikami. W 2012 r. Szopa i Iwański zainwestowali 6 tys. zł w ich produkcję i odnieśli sukces.

Bardzo szybko koszulki i bluzy opatrzone dyskretnym napisem „Red is Bad” stały się ulubionym strojem uczestników Marszu Niepodległości, środowisk kibicowskich i członków organizacji określających się jako „prawicowe, patriotyczne i narodowe”. W 2015 r. prezydent Andrzej Duda udający się z wizytą do Pekinu został sfotografowany w koszulce tej marki. Rok później poseł Rafał Wójcikowski odziany w koszulkę Red is Bad przemawiał z trybuny sejmowej.

W mediach takich jak „Polonia Christiana” pisano o jęku zawodu wydawanym przez lewicowe redakcje na wieść o tym, że Polacy mają czelność nosić się w patriotycznej odzieży. Dowodzono, że lewica utraciła oręż w postaci monopolu na młodzieżową modę. Przekonywano, że odziewanie się w ciuchy ze znaczkiem Red is Bad stało się manifestacją poglądów, swoistym wyznaniem wiary. Socjolodzy przypominali, jak w czasach stanu wojennego w Polsce wielu wpinało w klapy garniturów czy w swetry oporniki, co było symbolem sprzeciwu wobec władzy.

Paweł Szopa i jego wspólnik rozwijali firmę. Istniejący do dziś sklep internetowy www.redisbad.pl z miesiąca na miesiąc notował coraz większe obroty. Właściciele wzbogacali ofertę. Pojawiły się nowe wzory i grafiki przedstawiające husarzy szarżujących pod Kircholmem, rotmistrza Witolda Pileckiego, Danutę Siedzikównę „Inkę” czy operatora Gromu.

W Warszawie i Krakowie uruchomiono sklepy stacjonarne, a Paweł Szopa udzielał kolejnych wywiadów. Wspominał trudne początki, gdy biuro firmy mieściło się w jego pokoju, a magazyn towarów pod łóżkiem. Opowiadał, jak pierwsze 200 koszulek, które trafiły do sklepu internetowego, sprzedało się w ciągu dwóch dni. Podkreślał, że ich produkty nie są finansowane ze środków Unii Europejskiej. W 2017 r. założył też Fundację Red is Bad, której celem było niesienie pomocy kombatantom i powstańcom warszawskim. Środki na ten szczytny cel miały pochodzić z zysków z produkcji i sprzedaży odzieży patriotycznej. Na stronie internetowej sklepu znajdziemy informacje o kwotach przekazanych na rzecz dzieci, Ukrainy, kombatantów itd. Nie były wielkie: 9 tys., 12 tys., 25 tys. zł. Ale liczyły się intencje.

Głosy krytyczne w mediach społecznościowych, zarzucające twórcom marki promowanie postaw nacjonalistycznych, powodowały tylko wzrost zainteresowania i napędzały nowych klientów. Po kilku latach młodzi właściciele patriotycznej marki stali się osobami zamożnymi. Prawdziwy przełom nastąpił jednak w końcówce pandemii COVID-19, gdy spółki założone przez Pawła Szopę zaczęły dostarczać różne towary Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Kibole i orzełki

Wielomilionowe „interesy” to tylko składowa firmy Red is Bad. Warto wiedzieć, jaka filozofia stoi za tą marką.

Twórca Red is Bad bardzo dobrze rozpoznał swoją grupę odbiorców. Nazwa marki nie jest przypadkowa i bynajmniej nie bierze się z niechęci do koloru czerwonego. Sukces firmy założonej przez Pawła Szopę, oprócz finansowania przez PiS, wynika z przemyślanego marketingu skierowanego do bardzo wąskiej grupy odbiorców, których można określić jako ludzi myślących o sobie w kategoriach „jedynych i prawdziwych patriotów”.

Noś z dumą i godnością.

Nie przez przypadek koszulki i akcesoria sprzedawane przez Red is Bad są tak często widywane na wydarzeniach kojarzonych ze środowiskami narodowców i skrajnej prawicy.

Red is Bad stało się szybko fenomenem. Paweł Szopa udzielił „Gazecie Wyborczej” wywiadu, z którego podobno wszyscy czegoś o sobie się dowiedzieli (m.in. tego, że narodowcy podobno wcale nie są tacy źli). Samą markę „GW” określiła jako „kultową”, mimo że działała ona wtedy zaledwie moment. We wstępie do wywiadu z Szopą podkreślano, że zrosła się z Marszem Niepodległości i jego uczestnikami prawie tak, jakby była odzieżą służbową uczestników wydarzenia.

Szopa i Iwański o filozofii swojej marki opowiadali na łamach dziennika „Rzeczpospolita”. „Red is Bad jest dla nas także platformą wyrażania nas samych i naszych poglądów, stąd i manifest, i nazwa potępiająca komunizm, który nie został nigdy za swoje zbrodnie rozliczony”, twierdził w 2017 r. Szopa. Nazwa Red is Bad może się kojarzyć również ze znanym okrzykiem narodowców: „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”.

Szopa nie krył też nigdy, że oprócz braku sympatii do wszystkiego, co mogłoby mieć związek z lewicą, nie jest także fanem Unii Europejskiej. „Gdy w Polsce było organizowane referendum akcesyjne, mieliśmy z Kubą po 17 lat, byliśmy w trzeciej klasie liceum. 95% osób wokół nas było za przystąpieniem do Unii Europejskiej, a my nie. Od początku byliśmy bardzo sceptycznie nastawieni, nie wierzyliśmy w tę propagandę, że Polska dzięki Unii stanie się krajem mlekiem i miodem płynącym. Nigdy nie dostaje się niczego za darmo, zawsze jest coś za coś”, mówił w „Rzeczpospolitej” Szopa.

Wbrew temu, co stwierdził prezydent Andrzej Duda w RMF FM, sklepów z odzieżą patriotyczną jest w internecie zatrzęsienie. Tylko na pierwszej stronie wyników wyszukiwarki Google po wpisaniu hasła odzież patriotyczna pojawia się dziewięć sklepów pełnych ubrań i gadżetów. Dlatego prezydent Duda ani Mateusz Morawiecki, chcąc kupić akcesoria podkreślające ich miłość do ojczyzny, wcale nie byli zmuszeni odwiedzać sklepu Red is Bad. Warto jednak zwrócić uwagę na coś innego. Pojawienie się najważniejszych osób w państwie w sklepie z odzieżą patriotyczną było swoistym puszczeniem oka do potencjalnych wyborców PiS ze środowisk nacjonalistycznych.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pozbawieni niewinności

Średni wiek, w którym dziecko w Polsce ma pierwszy kontakt z pornografią, to 11 lat.

– Do szkoły moje dziecko chodzi z telefonem, w którym zainstalowałam nie tylko lokalizator, ale też aplikację pozwalającą monitorować treści, z jakich korzysta. Jedną z pierwszych czynności było zresztą zaznaczenie funkcji: „Blokuj treści 18+”. Uważam się za sprytną mamę, bo znalazłam jeszcze opcję blokowania konkretnych stron. Wyłączyłam dostęp do 25 najpopularniejszych witryn z pornografią. Taką listę znalazłam, wpisując hasło „popularne strony porno” w wyszukiwarkę. Jestem jednak bezsilna w momencie, kiedy dziecko przekroczy próg szkoły i ma kontakt z rówieśnikami. Każde z nich nosi komórkę i może komunikatorem wysłać link albo gifa z fragmentem porno. Jest to zresztą powszechne już od drugiej klasy podstawówki – opowiada Jola, matka 11-letniej Marysi.

Rodzicu, blokuj do woli.

Nie przez przypadek rozmawiamy z mamą tak małej dziewczynki. Na łamach PRZEGLĄDU wspominaliśmy już kilkukrotnie, że obecnie średni wiek, w którym dziecko w Polsce ma pierwszy kontakt z pornografią, to zaledwie 11 lat. Wskazują na to zarówno dane Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej (NASK), jak i opracowania badań przygotowanych przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę. W raporcie NASK „Nastolatki wobec pornografii cyfrowej” opublikowanym w 2022 r. ponad 72% ankietowanych dzieci i nastolatków deklaruje, że w internecie łatwo znaleźć treści o charakterze pornograficznym. Przynajmniej 50% respondentów chociaż raz je oglądało. Co czwarty nastolatek ogląda treści pornograficzne codziennie, wśród dzieci – ponad 20% badanych. To pokazuje, że kontrola rodzicielska nie stanowi dla młodszych użytkowników bariery przed dostępem do porno – 38% ankietowanych stwierdziło, że tego typu zabezpieczenie nie jest żadną przeszkodą w oglądaniu treści pornograficznych.

„Wystarczy pokonanie iluzorycznej blokady, która polega jedynie na potwierdzeniu, że ma się 18 lat. Eksperci mówią o legendzie, że ktoś kiedyś kliknął, że tych 18 lat nie ma. Żeby łatwiej zobrazować to zjawisko, rozważmy sytuację, kiedy na ulicach stoją automaty z alkoholem i dziecko może podchodzić, naciskać guzik, brać butelkę, a następnie drugą, trzecią i kolejną. Nie jesteśmy w stanie sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji. Prawda? A z pornografią tak to właśnie wygląda – jest dostępna siedem dni w tygodniu, 24 godziny na dobę, na kliknięcie. Najczęściej dzieci trafiają na takie strony za pomocą smartfona”, wyjaśnia w rozmowie z Katarzyną Gawron z Fundacji Zdrowie Dziecka Katarzyna Nowicka, redaktor naczelna portalu oPornografii.pl.

Już w 2019 r. francuska organizacja non profit The Shift Project szacowała, że pornografia stanowi aż 16% całkowitego przepływu danych w internecie. Jeden z największych serwisów dla dorosłych, Pornhub, dzieli się co roku swoimi statystykami. W 2022 r. czarno-pomarańczową stronę odwiedzano codziennie 150 mln razy. Aby unaocznić skalę zjawiska, powiem, że to tak, jakby każdego dnia serwis oglądali wszyscy mieszkańcy Polski, Hiszpanii i Francji razem wzięci.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Duch strategicznego partnerstwa

Premier Indii w Polsce

Narendra Modi w Warszawie! To była historyczna wizyta. Tak ją przedstawiano w mediach, podkreślając, że to pierwsza wizyta premiera Indii w Polsce od 45 lat. Na tym relacja się kończyła. Ewentualnie uzupełniano ją informacją, że odbyła się w 70. rocznicę nawiązania stosunków dyplomatycznych między naszymi państwami. I cytowano premiera Modiego: „Z tej okazji postanowiliśmy podnieść nasze relacje do poziomu partnerstwa strategicznego. Relacje między Indiami a Polską opierają się na wspólnych wartościach, takich jak demokracja i praworządność”.

Uzupełnijmy te lakoniczne informacje. Historia stosunków polsko-indyjskich nie zaczyna się dziś. Były już one kiedyś bliskie, a towarzyszyły temu intensywne kontakty gospodarcze. Bardziej intensywne niż obecnie.

Gwoli przypomnienia, rządy obu państw nawiązały stosunki dyplomatyczne 30 marca 1954 r. na szczeblu ambasad. Już rok później, w 1955, oficjalną wizytę w Polsce złożył pierwszy premier Indii Jawaharlal Nehru. W 1967 r. składała wizytę w Polsce Indira Gandhi. A 12 lat później, w 1979 r., kolejny premier Indii – Morarji Desai. Były też rewizyty: w 1977 r. w Indiach przebywał I sekretarz KC PZPR Edward Gierek, a w 1985 r. Wojciech Jaruzelski.

Bliskie kontakty były nieprzypadkowe. Oba państwa łączyła współpraca polityczna, Warszawie na niej zależało, dawała nam głęboki oddech i budowała naszą pozycję w świecie. Oba kraje współpracowały też gospodarczo i w dziedzinie tzw. produkcji specjalnej. W czasach PRL wyrobiliśmy sobie w Indiach dobrą markę. Polskie firmy wybudowały tam m.in. 12 elektrowni węglowych, 13 kopalń itd. Energetyka, górnictwo, przemysł stoczniowy, kolejnictwo, hutnictwo, wiercenia studni, zbrojeniówka – tu współpraca znakomicie się rozwijała. Wszystko to gwałtownie zahamowało po roku 1989. W 2000 r. polski eksport do Indii był dużo niższy niż w 1989 r.

Oficjalne kontakty stawały się zaś raczej protokolarne. W 1994 r. w Indiach przebywał prezydent Lech Wałęsa, w 1998 r. prezydent Aleksander Kwaśniewski. W 2009 r. Polskę odwiedziła prezydent Pratibha Patil, a w 2017 r. wiceprezydent Indii Mohammad Hamid Ansari. Dodajmy, że we wrześniu 2010 r. wizytował Indie premier Donald Tusk.

Miejmy świadomość, że dziś Indie to najludniejszy kraj świata. Ich tempo rozwoju gospodarczego jest wyższe niż Chin. Według prognoz MFW w 2024 r. wzrost PKB w Indiach będzie wynosił 6,7-7%, a w Chinach – 4,6%. W 2028 r. Indie mają wyprzedzić gospodarczo Japonię i Niemcy (Wielką Brytanię już przegoniły), co da im trzecie miejsce na świecie, po Stanach Zjednoczonych i Chinach. Dodajmy wagę polityczną – Indie to lider światowego Południa. A Polska?

To dobrze, że Polska dostrzegła wreszcie Indie i że dokument o strategicznym partnerstwie zawiera też listę działań. Dopiszmy do niej jeden punkt – Polska musi mieć ambasadora w New Delhi. Bo od marca 2023 r. go nie mamy.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Pokolenie ustrojowej transformacji

Tempo wzrostu dochodu narodowego w latach 1945-1989, w PRL, której obraz jest przez prawicową propagandę zakłamywany, było wyższe niż w 35-leciu po 1989 r.

Historia się dzieje. Dla Polski takim historycznym pasmem wydarzeń był rok 1989 z obradami Okrągłego Stołu, wyborami parlamentarnymi i desygnowaniem premiera Tadeusza Mazowieckiego dokładnie 35 lat temu. Był to przełom polityczny, który umożliwił po niekonsekwentnych prorynkowych reformach systemu państwowego socjalizmu nieodwracalne pchnięcie do przodu procesu transformacji ustrojowej – liberalizacji politycznej i gospodarczej, które wiodły do demokracji i gospodarki rynkowej. Podczas epokowych przemian ustrojowych mamy do czynienia z dialektyką ciągłości i zmiany, o czym trzeba pamiętać, aby dobrze pojąć istotę wielkiej zmiany.

Spuścizna państwowego socjalizmu.

Pokolenie temu liderem prorynkowych reform i choć ograniczonej, to jednak również politycznej liberalizacji była Polska. Szczególnie w drugiej połowie lat 80. stworzono relatywnie korzystne w porównaniu z innymi krajami socjalistycznymi warunki startu do przyśpieszenia transformacji, której symptomy zrodziły się już wcześniej. Przedsiębiorstwa państwowe i spółdzielcze miały rosnący zakres autonomii; nie była to jeszcze gospodarka rynkowa, ale na pewno już nie była to gospodarka centralnie planowana. Po wyłączeniu z uprzednio funkcjonującego jako monobank Narodowego Banku Polskiego sieci dziewięciu banków i ich skomercjalizowaniu działał zdecentralizowany system bankowy. Zliberalizowany został w pełni dla ludności, a częściowo dla przedsiębiorstw rynek walutowy. Wartościowo biorąc, od lata 1989 r. ponad połowa towarów nabywanych przez gospodarstwa domowe była sprzedawana po cenach wolnych. Istniało prawo regulujące dopływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych, prawo antymonopolowe oraz regulacje dotyczące upadłości firm. Polska była członkiem General Agreement on Tariffs and Trade (GATT), poprzednika Światowej Organizacji Handlu (WTO), a od 1986 r. stała się pełnoprawnym członkiem Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Ponad połowa obrotów handlu zagranicznego dokonywała się poprzez wymianę towarową z Zachodem. Nie mniej niż 20% dochodu narodowego wytwarzał sektor prywatny – indywidualne rolnictwo oraz rzemiosło i drobna wytwórczość, które obecnie określa się jako przedsiębiorstwa małe i średnie (MŚP).

Tak zaawansowaną decentralizacją i deregulacją oraz zasięgiem prywatnego sektora nie mógł wtedy pochwalić się żaden kraj socjalistyczny. Znaczenie rynkowych reform poprzedzających powstanie pierwszego posocjalistycznego rządu historyk Tomasz Kozłowski postrzega wręcz jako kluczowe dla późniejszych przemian: „Rząd Rakowskiego miał już przygotowany plan. Obejmował on: liberalizację; prywatyzację (w tym stworzenie spółek akcyjnych oraz giełdy!); pozyskiwanie zachodnich inwestycji; drastyczną walkę z inflacją m.in. poprzez zahamowanie wzrostu dochodów realnych; likwidację nierentownych przedsiębiorstw, a nawet całych branż (…). Gdyby historia potoczyła się inaczej, premier Rakowski, wicepremier Sekuła oraz prezydent Jaruzelski przeszliby do historii jako twórcy kapitalistycznej gospodarki w Polsce”. Wypada tu dodać ówczesnego ministra finansów Andrzeja Wróblewskiego, który również był głęboko zaangażowany we wdrażanie zmian prorynkowych.

Zarazem sytuacja była niesprzyjająca ze względu na największą pośród państw socjalistycznych skalę inflacji cenowo-zasobowej. Syndrom shortageflation, jak to nazwałem w literaturze anglojęzycznej, był szczególnie dotkliwy, co stawiało liberalizację gospodarki i politykę stabilizacyjną przed poważnymi problemami. To wszakże nie brak woli i kompetencji rządów lat 80. doprowadził do opłakanej sytuacji gospodarki w końcu tamtego dziesięciolecia, ale zimne wojny: ta polska domowa i ta światowa. Zarówno mocarstwa zachodnie, które nałożyły na Polskę sankcje gospodarcze po wprowadzeniu stanu wojennego w końcu 1981 r., jak i wewnętrzna antyrządowa opozycja konsekwentnie stosowały zasadę „im gorzej, tym lepiej”. Blokując pożądane reformy, sprzyjało to dalszemu strukturalnemu erodowaniu systemu państwowego socjalizmu. Uginał się on coraz bardziej nie tylko pod ciężarem własnej nieudolności i nieumiejętności dostosowania się do wyzwań nabierającego rozpędu procesu globalizacji, lecz także wskutek celowego osłabiania przez antysystemowe siły wewnętrzne i zewnętrzne. Przełom polityczny 1989 r. zmienił sytuację zasadniczo; co wcześniej było niewykonalne, stało się możliwe. Nic przeto dziwnego, że we wszystkich ministerstwach, poczynając od najważniejszego Ministerstwa Finansów, sięgnięto do szuflad, by wyciągnąć zalegające tam propozycje programowe. Po odkurzeniu wiele z nich teraz już mogło się przydać.

Zgubne doktrynerstwo.

Niestety, ewidentna przesada w ostrości pakietu stabilizacyjnego miast ograniczyć skalę wzrostu cen, wpierw ją znacznie przyśpieszyła. W rezultacie wychodzeniu z gospodarki niedoborów towarzyszyła slumpflacja; głębokie załamanie produkcji sprzęgło się z galopującą inflacją przeradzającą się w hiperinflację. Mimo że w końcowych miesiącach 1989 r. tempo wzrostu cen już spadało, tzw. szokowa terapia radykalnie odwróciła tę tendencję na początku 1990 r. Minister finansów i jego doradcy zapewniali, że inflacja w ujęciu miesiąc do poprzedniego miesiąca już po kwartale wyniesie zaledwie 1%; stało się tak dopiero po siedmiu latach. Rząd obiecywał krótkotrwałą, jednoroczną recesję wynoszącą 3,1%; trwała trzy lata (12 kwartałów od drugiej połowy 1989 r., kiedy to Solidarność przejęła władzę, do pierwszego półrocza 1992 r.) i PKB spadł w sumie o niemal 20%. Bezrobocie, które po osiągnięciu pułapu 400 tys. według rządowych zapowiedzi miało już nie rosnąć, przekroczyło 2,5 mln i zaczęło spadać dopiero po czterech latach dzięki wdrażaniu „Strategii dla Polski”. Wskutek dwóch lat walki metodą „terapii szokowej” z inflacją cenowo-zasobową dochód narodowy był o jedną piątą mniejszy (produkcja przemysłowa o prawie jedną trzecią), a ceny prawie 12-krotnie wyższe!

Kluczowe dla uruchomienia transformacji ustrojowej pełną parą były przeobrażenia 1989 r., jednakże coś ważnego działo się w tej materii już wcześniej. Konsekwentnie jednak odróżniam reformy gospodarki socjalistycznej od zwrotu ku gospodarce kapitalistycznej. Do 1989 r. chodziło o możliwe w tamtych realiach społecznych i geopolitycznych urynkowienie gospodarki, o stworzenie swego rodzaju socjalizmu rynkowego czy też, jak kto woli, rynku socjalistycznego. To był okres reform systemowych – nie wszędzie, na pewno nie w Albanii czy w Rumunii albo daleko od Europy, w Mongolii czy na Kubie – a nie transformacji polegającej na jakościowym przejściu ze starego do nowego ustroju.

Sytuacja komplikuje się ze względu na nieostrość pojęć, jakimi się posługujemy. Przy Okrągłym Stole zależało nam – przynajmniej ja tak to rozumiałem, a na pewno również Jacek Kuroń i niektórzy ekonomiści z kręgów Solidarności, w tym profesorowie Jan Mujżel i Witold Trzeciakowski, współprzewodniczący obrad sekcji ekonomicznej – na znalezieniu sposobów przejścia do społecznej gospodarki rynkowej. Nie bez powodu stwierdzenie o takich ambicjach politycznych znalazło się w wystąpieniu sejmowym premiera Mazowieckiego 12 września 1989 r. W pierwszym przemówieniu – zaraz po desygnacji na stanowisko premiera, a jeszcze przed powołaniem rządu – nie użył tego terminu, mówiąc: „Długofalowym strategicznym celem poczynań rządu będzie przywrócenie Polsce instytucji gospodarczych od dawna znanych i sprawdzonych. Rozumiem przez to powrót do gospodarki rynkowej oraz roli państwa zbliżonej do rozwiniętych gospodarczo krajów. Polski nie stać już na ideologiczne eksperymenty”. Niestety, wkrótce potem jego rząd podjął eksperymenty w postaci „terapii szokowej”, która miała stworzyć w istocie neoliberalną gospodarkę kapitalistyczną. Ekonomiczne straty poniesione w rezultacie tego eksperymentu były ogromne, a polityczne koszty poniósł wkrótce sam Mazowiecki, przegrywając wybory prezydenckie w 1990 r. i podając się do dymisji.

Witold Kieżun formułuje jednoznaczną opinię o faktycznym winowajcy tej dymisji, Leszku Balcerowiczu – który był odpowiedzialny za politykę gospodarczą w rządzie Mazowieckiego – zarzucając mu, że „(…) należał do grupy kapitalistycznie »zindoktrynowanych« w ramach programu United States Information Agency dla młodych partyjnych naukowców, którym umożliwiono studia w USA”. (Ten przytyk o partyjności zapewne wiąże się z wcześniejszą pracą Balcerowicza w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej). Akurat tu przesadza, nie trzeba było bowiem wyjeżdżać po nauki do USA, aby ulec neoliberalnej czy wręcz libertariańskiej ideologii. Inni też wyjeżdżali i nie dali się jej zauroczyć. Nie lekceważąc bynajmniej wpływu zachodnich kręgów politycznych, intelektualnych i naukowych na sposób myślenia niejednego polskiego ekonomisty czy luminarza innych nauk społecznych, powiedzmy sobie, że nadwiślańskie doktrynerstwo i neoliberalny dogmatyzm były zasadniczo domowego chowu.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Nastąpiła totalna zapaść

My, sędziowie, wiemy, jakie są mankamenty systemu i jak można by je usunąć z korzyścią dla obywateli.

Małgorzata Wasylczuk –  sędzia Sądu Okręgowego Warszawa-Praga, wiceprzewodnicząca V Wydziału Karnego. Orzekała w głośnych  procesach politycznych, m.in. uniewinniła prof. Jan Widackiego. Przez  kilkanaście lat uczestniczyła w kształceniu  aplikantów sędziowskich  jako  patron koordynator, prowadziła także  szkolenia  dla  asystentów, aplikantów radcowskich i adwokackich.

Jakie są pani oczekiwania w związku z zapowiadaną przez ministra sprawiedliwości reformą sądownictwa?
– Nie jestem w tej mierze optymistką. Przez 30 lat pracy obserwuję, że nigdy władza ustawodawcza ani wykonawcza nie dbała o to, aby sądy działały sprawnie w służbie społecznej. Nie robił tego zwłaszcza żaden minister sprawiedliwości. Także ten będący sędzią – nie miał ani koncepcji zarządzania tymi obszarami sądownictwa, które były mu powierzone konstytucyjnie, ani woli politycznej, by zrobić coś pozytywnego. Koncentruję się na krytyce ministra jako przedstawiciela władzy wykonawczej, bo to ten organ w istocie ma w ręku najwięcej narzędzi do działania.

Naprawdę nie widać w sądach żadnych sanacyjnych przedsięwzięć po latach całkowitego demontażu systemu prawnego?
– Zmiany są, ale na gorsze. Dotychczasowe działania ministra sprawiedliwości sprowadzają się do odwoływania prezesów i wiceprezesów sądów i powoływania nowych. Należy oceniać to pozytywnie, tyle że w żaden sposób nie „załatwia to sprawy”. Kwestie personalne we władzach sądów są czubkiem góry lodowej problemów wymiaru sprawiedliwości. Żaden prezes sądu, nawet najlepiej przygotowany do tej funkcji, nie będzie mógł zdziałać więcej niż to, na co pozwolą mu przepisy prawa oraz środki finansowe – a te zależą od władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Na co potrzebne są pieniądze?
– Nowoczesne sądownictwo, które rzeczywiście będzie odpowiadać na wyzwania współczesności, wymaga ogromnego dofinansowania. Nie możemy się obrażać, że świat idzie naprzód. Nie możemy ciągle odwoływać się do przeszłości, podając przykłady jedynie słusznego sposobu funkcjonowania, a niestety taką tendencję ma wielu sędziów starszego pokolenia, zarówno czynnych zawodowo, jak i tych będących już na sędziowskiej emeryturze, ale chętnie recenzujących rzeczywistość sądową w przestrzeni publicznej. Musimy zatem przede wszystkim zmienić mentalność, np. godząc się na to, że do naszego świata wkroczyła cyfryzacja, są inne metody zarządzania czasem pracy oraz kadrami. Musimy też się kształcić, albowiem przedmiotem rozstrzyganych spraw są coraz częściej takie obszary, których dotychczas w swojej praktyce nie mieliśmy (np. oszustwa popełniane z wykorzystaniem zawiłych mechanizmów rynkowych, cyberprzestępczość itp.), a to wymaga pieniędzy i czasu. Tego my, sędziowie, nie mamy.

Mówiąc o pieniądzach, mam na myśli nie wysokość sędziowskich wynagrodzeń, ale systemowe nakłady na ustawiczną edukację. Szkolenia proponowane i prowadzone przez Krajową Szkołę Sądownictwa i Prokuratury nie tylko nie odpowiadają rzeczywistym potrzebom sądownictwa, delikatnie rzecz ujmując, ale i ich poziom nie jest najwyższy. Przede wszystkim jednak, aby wziąć udział w szkoleniu, trzeba mieć na to czas. Wobec tego, mówię z mojej perspektywy, wiedzę zdobywamy we własnym zakresie na bieżąco, przygotowując się do sądzenia danej sprawy.

Kolejna kwestia związana z finansami to etaty w każdej grupie zawodowej, a więc orzeczniczej, asystenckiej i urzędniczej. Ten temat jest trudny, bo wymaga wydatkowania środków z budżetu państwa, a tych zwykle nie ma. Prezentuje się zatem w przestrzeni publicznej poglądy, że w Polsce liczba sędziów w przeliczeniu na liczbę mieszkańców jest duża w porównaniu z innymi państwami, wynagrodzenia sędziów są bardzo wysokie – tu zazwyczaj podaje się wartości brutto, i to osiągane przez sędziów sądów apelacyjnych, a więc stojących najwyżej w strukturze sądownictwa powszechnego. Natomiast zręcznie pomija się nieprawdopodobnie rozdętą kognicję sądów, a więc to, że z woli ustawodawcy trafiają tam sprawy, które z powodzeniem mogłyby być załatwiane poza systemem sądowniczym. Na marginesie podzielę się refleksją, że z jednej strony rzekomo społeczeństwo nie ma zaufania do sądów, ale z drugiej – jak wynika ze statystyk dotyczących wpływu spraw – obywatele chcą, aby to właśnie sądy załatwiały ich niekiedy dość błahe problemy.

W dyskusjach o usprawnieniu pracy sędziów podnosi się konieczność wspierania ich przez urzędników sądowych. Czy słusznie?
– Żaden, nawet najlepszy sędzia nie wykona swoich zadań, gdy nie będzie miał wykwalifikowanych współpracowników. W pierwszej kolejności kluczem do sukcesu jest kompetentny urzędnik sądowy. Niestety, występuje ogromny problem z pozyskaniem osób, które mają niezbędną wiedzę i kompetencje. W sądzie, w którym pracuję, wysokość proponowanych tej grupie zawodowej wynagrodzeń sprawia, że na stanowiska zgłaszają się kandydaci niespełniający wymagań. Ewentualnie tacy, którzy po zapoznaniu się z zakresem obowiązków i konfrontując to z wysokością zarobków oraz brakiem systemowych perspektyw rozwoju zawodowego, po krótkim czasie rezygnują. Muszę podkreślić, że w wydziale, w którym orzekam, pracuje kilka osób o bardzo wysokich kompetencjach, z długim stażem, które traktują swoją pracę z pasją i zaangażowaniem, ale i one z powodu przepracowania są już u kresu wytrzymałości, również fizycznej.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Drażliwe pieniądze Kościoła

Fundusz Kościelny, czyli 20 lat prób likwidacji.

Fundusz Kościelny powstał w 1950 r. jako rekompensata za dobra kościelne przejęte przez państwo. Tyle że państwo oddało Kościołowi majątek zagrabiony przez władze po II wojnie światowej w ramach tzw. Komisji Majątkowej, która działała w latach 1989-2011. Kościół odzyskał m.in. ok. 80 tys. ha ziemi i prawie 500 budynków o wartości ok. 5 mld zł. Dodatkowo na mocy art. 70a Ustawy o stosunku Państwa do Kościoła Katolickiego, który obowiązuje od 1991 r., parafie, diecezje, seminaria duchowne i domy zakonne otrzymały od państwa ok. 80 tys. ha ziemi rolnej, która również jest warta kilka miliardów złotych.

Z Funduszu Kościelnego opłacane są ubezpieczenia duchownych, którzy nie mają umowy o pracę: zakonnic i zakonników, misjonarzy, studiujących księży. Część środków jest przeznaczana na konserwację zabytków sakralnych, działalność dobroczynną i wychowawczą. W 1990 r. państwo przekazało na Fundusz Kościelny ponad 2 mln zł, w 2000 r. – 67 mln, a w 2015 r. – 118 mln zł. Przez osiem lat swoich rządów PiS niemal podwoiło tę kwotę. W 2024 r. budżet funduszu wynosi prawie 260 mln zł.

Jedną z zapowiedzi w ramach 100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów Koalicji Obywatelskiej była likwidacja Funduszu Kościelnego. Z tym samym postulatem szły do wyborów w 2023 r. Lewica i Polska 2050 Szymona Hołowni. Minęło już ponad 260 dni od powołania koalicyjnego gabinetu, a fundusz nadal działa i nic nie wskazuje na jego szybką likwidację. W styczniu 2024 r. premier Donald Tusk powołał Międzyresortowy Zespół ds. Funduszu Kościelnego pod przewodnictwem wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, lecz gremium to zebrało się zaledwie dwa razy i niczego konkretnego nie ustaliło. Wprawdzie szef ludowców zapowiedział tajemniczo, że we wrześniu przedstawi „raport na ten temat”, ale według moich informacji nie ma co się spodziewać szybkich i rewolucyjnych decyzji. Biskupi nigdy nie zgodzą się na to, aby ewentualne zmiany uderzyły w finanse Kościoła.

Lewica za, a nawet przeciw.

O likwidacji Funduszu Kościelnego politycy mówią od 20 lat i jeszcze nikomu nie udało się tego dokonać. Po raz pierwszy temat pojawił się w 2004 r., gdy senatorowie SLD przygotowali projekt stosownej ustawy. Pytany o intencje, sekretarz generalny SLD Marek Dyduch oświadczył, że chodzi o zrealizowanie programu wyborczego, w którym była obietnica budowy świeckiego państwa, na co bp Tadeusz Pieronek stwierdził, że „to przedwyborcza gra, która ma napchać do urn nowych zwolenników SLD”. Choć poróżniona lewica mogłaby uzbierać większość w parlamencie, nie wszyscy politycy SLD i SDPL byli zachwyceni pomysłem senatorów. „Nie chcemy walki z Kościołem, nie zamierzamy wyciągać broni i ulegać emocjom. Trzeba jednak powiedzieć, w których obszarach będziemy szli razem, a w których będziemy się spierać”, deklarował asekuracyjnie przewodniczący SLD Krzysztof Janik.

Wicemarszałek Sejmu Tomasz Nałęcz zapewnił, że Socjaldemokracja Polska poprze rozwiązanie funduszu, ale lider partii Marek Borowski szybko ostudził jego zapał, twierdząc, że potrzebna jest bardzo poważna dyskusja z „odpowiednimi instytucjami kościelnymi” i „musi być ona tak prowadzona, aby dojść do prawdy, a nie napędzać się wzajemnie i szukać taniego poklasku”. Przeciwny likwidacji funduszu był Zbigniew Siemiątkowski, wieloletni poseł, minister i były szef Agencji Wywiadu, który sprawę postawił jasno: „Moim kolegom z SLD odradzam poszukiwanie nowej tożsamości lewicy czy też próbę odzyskania zaufania społecznego poprzez wojnę z Kościołem. To jest droga donikąd”. Temat uciął minister spraw zagranicznych i przewodniczący rządowej Komisji Konkordatowej Włodzimierz Cimoszewicz: „Nie ma żadnego powodu, by zlikwidować Fundusz Kościelny”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Patryk Jaki i tortury

Szokujące kulisy prawie dwuletniego pobytu w areszcie tymczasowym 80-letniej adwokatki Aliny Dłużewskiej.

Wśród licznych obrońców ks. Michała Olszewskiego i byłych urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości, którzy trafili do aresztu w związku z nadużyciami w Funduszu Sprawiedliwości, prym wiedzie europoseł Suwerennej Polski Patryk Jaki.

„Mamy zatrzymanie ks. Michała Olszewskiego, to jest niezwykle ważne, bo mówimy o osobie, która jest podejrzana, nie jest skazana za nic, do tej pory o nieposzlakowanej opinii. Wobec takiej osoby, wobec duchownego stosuje się szykany, które spełniają wszystkie warunki definicji ONZ o niestosowaniu tortur, które Polska również ratyfikowała. Takie jak: postawiono księdza na stacji benzynowej, aby inni robili mu zdjęcia, mimo że wyraźnie prosił, aby to się nie działo, odmawianie praw do pomocy adwokata, jedzenia, picia, sformułowania »to sobie sikaj do butelki«. To nie jest wszystko, bo inna urzędniczka do tej pory za nic niekarana jest traktowana w sposób następujący (…): wielokrotnie była wybudzana w nocy, pod jej celę podstawiano głośniki, które grały przez cztery godziny, wielokrotne wpadanie do jej celi i wyrzucanie jej rzeczy z półek, utrudnianie modlitwy, zakaz przekazania różańca od najbliższej rodziny. Nawet najświętszy sakrament musiała przyjmować w schowku na miotły. Trzymanie w izolatce już drugi miesiąc jak najgroźniejszych przestępców, mimo że nawet w stosunku do najgroźniejszych przestępców wobec Kodeksu karnego wykonawczego, a konkretnie art. 143, jest to zakazane. To są metody, które stosowali kiedyś komuniści, po to, żeby wymuszać zeznania, żeby niszczyć ludzi, a to stosuje się do niegroźnych urzędników, gdzie fundamentem tego oskarżenia jest źle napisany statut fundacji ks. Olszewskiego, a w przypadku tej konkretnej urzędniczki, że w jednym z wniosków, który weryfikowała, nie zauważyła źle napisanego numeru bankowego. Proszę państwa, to jest coś niebywałego i w przypadku stosowania tych tortur mówimy o człowieku, który był rzecznikiem praw obywatelskich”, relacjonował oburzony Patryk Jaki na konferencji prasowej w Sejmie.

Adwokatka w celi dla kryminalistów.

W płomiennej przemowie polityk Suwerennej Polski minął się z prawdą kilka razy, co w jego przypadku jest nagminne. Szczytem bezczelności zaś jest oskarżanie Adama Bodnara o torturowanie niewinnych osób. Mamy dokumenty, z których wynika, że stosowano tortury w więzieniach, ale wtedy, gdy wiceministrem sprawiedliwości odpowiedzialnym za więziennictwo był Patryk Jaki, który wiedział o haniebnym procederze.

Adwokatka Alina Dłużewska została aresztowana 1 lutego 2017 r., dokładnie 23 dni po swoich 78. urodzinach. Kobieta o nieposzlakowanej opinii przesiedziała w odosobnieniu, bez wyroku, do grudnia 2018 r., czyli 22 miesiące, z czego ponad siedem miesięcy przebywała w celi dla szczególnie niebezpiecznych przestępców w Zakładzie Karnym nr 1 we Wrocławiu, choć nie miała statusu „osadzonej szczególnie niebezpiecznej”. Prokuratura oskarżyła Dłużewską o przestępstwa z art. 286 par. 1 Kodeksu karnego, w związku z art. 294 par. 1 Kodeksu karnego, tj. o oszustwa na szkodę o znacznej wartości.

Prawniczka zapewne nigdy nie trafiłaby do aresztu, ale miała pecha, bo jest matką Jakuba Rudnickiego, byłego wicedyrektora stołecznego Biura Gospodarki Nieruchomościami, który w zamian za łapówki miał wydawać korzystne decyzje o zwrocie nieruchomości (choć oskarżono go w kilku procesach, nie został dotychczas skazany).

Jakub Rudnicki był rozpracowywany przez CBA i to prawdopodobnie dzięki podsłuchom telefonów służby dopadły jego matkę, która dla swojej przyjaciółki Ewy Kasprzyckiej, synowej i spadkobierczyni gen. Tadeusza Kasprzyckiego, ministra ds. wojskowych w sanacyjnym rządzie II RP, zajmowała się odzyskaniem dawnego hotelu Salamandra w Kościelisku, który w czasach PRL został przejęty przez państwo. Prokuratura uznała, że Alina Dłużewska, odzyskując Salamandrę, oszukała klientkę. Nie będziemy się zagłębiać w niuanse, gdyż sprawa jest zawiła, a proces Dłużewskiej toczy się już siedem lat i końca nie widać. Ważne jest, że to nie Ewa Kasprzycka poczuła się oszukana i nie ona złożyła zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez adwokatkę, ale z taką inicjatywą wystąpiła prokuratura.

W chwili aresztowania Alina Dłużewska nie tylko była w podeszłym wieku, ale też cierpiała na liczne choroby i dolegliwości. Miała amputowaną pierś, wszczepiono jej stent tętnicy międzykomorowej przedniej i protezę stawu biodrowego. Zdiagnozowano u niej nadciśnienie tętnicze i chorobę niedokrwienną serca. Dłużewska leczyła się z powodu zmian zwyrodnieniowych kręgosłupa i stawów kolanowych. Miała problemy z poruszaniem się. Czekała na operację wszczepienia endoprotezy kolana.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Zabiorą, nie zabiorą?

Wojciech Hermeliński, były szef PKW: Sprawozdanie PiS powinno zostać odrzucone.

Czy PKW przyjmie, czy odrzuci sprawozdanie finansowe PiS za kampanię 2023 r.? Decyzję w tej sprawie komisja miała podjąć najpierw 11 lipca, potem 31 lipca, teraz przesunęła termin na 29 sierpnia. Tłumacząc, że czeka na dosłanie z instytucji państwowych kolejnych dokumentów. Te są dosyłane. Do PKW trafiają też materiały niezamawiane przez nią. To setki stron – z kancelarii premiera, z ministerstw, z Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej (NASK), z NIK i z prokuratury. I co w związku z tym?

Przerosła moje wyobrażenia.

Miejmy świadomość, że zarówno te dokumenty, jak i decyzja PKW będą dotyczyć tylko cząstki aktywności PiS, ograniczonej do okresu kampanii wyborczej i działań z nią związanych. PKW bada, czy kampania wyborcza była czysta, czyli jak partie wydatkowały pieniądze, które mogą pochodzić jedynie z konta funduszu wyborczego. Druk każdego plakatu musi być udokumentowany itd. Reszta grabienia państwa – wyprowadzanie pieniędzy przez instytucje państwowe, państwowe zakupy z cenami z sufitu, zatrudnianie swoich na fikcyjnych etatach i milionowych umowach, dotacje, granty, przekazywanie państwowych pieniędzy na różne fundacje – to inny obszar.

Jak wielki, mówił o tym premier, a kilka dni później szef Krajowej Administracji Skarbowej Marcin Łoboda: „Około 100 mld to kwota objęta audytem. To jest kwota, która powinna zostać sprawdzona. Czy to jest duża skala? Ona przerosła moje wyobrażenie, to jest oczywiste”. Łoboda poinformował, że jeśli chodzi o KAS, „jest już 56 zawiadomień do prokuratury na kwotę 3,4 mld zł”. I dodał: „Jest 5 mld nieprawidłowości, które już stwierdziliśmy”.

W tej dynamicznej sytuacji każdy dzień przynosi nowe odkrycia. To efekt działań prokuratury i służb. Pojawiają się również następni sygnaliści. Sensacją ostatnich dni było wydanie listu gończego za byłym prezesem Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych Michałem K. Jak powiedział rzecznik Prokuratury Krajowej prokurator Przemysław Nowak, w toku prowadzonego przez Śląski Wydział Zamiejscowy Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej śledztwa dotyczącego nieprawidłowości w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych (RARS) uzyskano materiał dowodowy pozwalający sporządzić zarzuty brania udziału w zorganizowanej grupie przestępczej oraz przekroczenia uprawnień i niedopełnienia obowiązków w celu osiągnięcia korzyści majątkowej wobec dwóch kolejnych osób: Michała K. i Pawła Sz.

O sprawie RARS media piszą od paru tygodni. Po pierwsze, dotyczy ona człowieka związanego z Mateuszem Morawieckim. Po drugie, sumy, które RARS wydawała (i przepłacała), były imponujące. Agencja handlowała m.in. ze spółkami Pawła Szopy, zajmującego się produkcją tzw. odzieży patriotycznej pod marką Red is Bad. Spółki Szopy dostarczyły RARS choćby agregaty prądotwórcze, kupione w Chinach za 69 mln zł, za które dostały od RARS 350 mln zł. A to tylko jedna z transakcji.

Podsumowując te i inne działania RARS, Andrzej Stankiewicz w „Newsweeku” pisał: „Dziś wiadomo, że złodziejstwo w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych za czasów Kuczmierowskiego i Morawieckiego przekracza wszelkie znane dotąd granice. Złodziejstwo ludzi Morawieckiego może mieć dla PiS znacznie poważniejsze konsekwencje od złodziejstwa ludzi Ziobry”.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Blamaż nad Sekwaną

Żebyśmy za cztery lata znowu nie musieli się wstydzić, odpowiedzialność za niepowodzenia sportowe muszą zacząć ponosić działacze.

Sport wyczynowy jest dotowany przez państwo, bo sukcesy wyczynowców wzmacniają spójność społeczną, podnoszą narodowe morale oraz poziom optymizmu. Ale po igrzyskach Polacy są sfrustrowani, zdezintegrowani i zdołowani – bo wyczynowcy zafundowali kibicom traumę.

Na przygotowania olimpijczyków polscy podatnicy wydali niemal pół miliarda złotych, najwięcej w historii igrzysk. Efekt: dziesięć medali, w tym jeden złoty, i 42. miejsce w klasyfikacji medalowej. Koszt zdobycia jednego krążka: 50 mln. To rekord, niestety niechlubny. Katastrofa staje się jeszcze lepiej widoczna, gdy przyjmiemy do wiadomości, że przy 329 konkurencjach rozgrywanych w Paryżu Polska wygrała jedynie we wspinaczce sportowej, dyscyplinie usytuowanej w głębokiej niszy, obok breakdancingu i wyścigów na BMX-ach.

Marna pociecha.

Cóż, włażeniem na ścianę świat niespecjalnie się podnieca, ale gdyby nie spidermenka z Lublina, nie mielibyśmy złota w ogóle i w klasyfikacji medalowej wyprzedziłyby nas nie tylko takie potęgi sportowe jak Indonezja, Bahrajn, Gruzja, Azerbejdżan, Iran, Uzbekistan i Algieria, ale także Saint Lucia (165 tys. mieszkańców) i Dominika (70 tys.). Dwa ostatnie kraje zdobyły po jednym złotym medalu w dyscyplinach bardziej prestiżowych niż wspinanie się po ścianie – dla Dominiki złoto wywalczyła Thea LaFond w trójskoku, a dla Saint Lucia Julien Alfred w biegu na 100 m. Ta ostatnia była zresztą o włos od zwycięstwa na 200 m, jednak skończyło się na srebrze, dzięki czemu Polska rzutem na taśmę wyprzedziła kraj o zasobach demograficznych i finansowych mizerniejszych od choćby rzeszowskich.Trwogi dodaje fakt, że reprezentacje Saint Lucia i Dominiki liczyły po czworo zawodników, ponad 50 razy mniej od polskiej kadry, a mimo to aż do 7 sierpnia i wygranej Aleksandry Mirosław biły naszych, aż furczało.

Igrzyska olimpijskie w Paryżu zakończyły się zatem dla Polski kompromitacją i jedyną, acz marną pociechą jest fakt, że Polski Komitet Olimpijski raczej nie będzie miał kłopotu z dotrzymaniem obietnicy podarowania mieszkania każdemu złotemu medaliście.

Tymczasem komentatorzy próbują zamazać obraz sytuacji rytualnymi przyśpiewkami. Oto nasze siatkarki dostały lanie w ćwierćfinale od USA, bo – jak się tłumaczy – nie miały doświadczenia, Amerykanki zaś to drużyna, która w Tokio zdobyła złoto i, począwszy od Pekinu (2008 r.), regularnie stawała na pudle. Porażka Igi Świątek w półfinale jest z kolei wyjaśniana zbytnim stresem wynikającym z roli faworytki. Czyli nasza tenisistka przegrała, bo była faworytką, natomiast siatkarki przerżnęły, bo grały z faworytkami. Wniosek: nie warto osiągać sukcesów, bo wygrane sprawią, że przypadnie nam trudna do udźwignięcia rola pewniaka (Świątek), a zarazem warto zwyciężać, bo doświadczenie nabyte w walce o stawkę zwiększa szanse wygranej (siatkarki USA). To rozumowanie nie trzyma się kupy, ale usprawiedliwianie porażek i poszukiwanie ich pozasportowych przyczyn jest ulubionym zajęciem działaczy oraz dziennikarzy sportowych. W ten sposób naszym zawodnikom uchodzi płazem każdy blamaż.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.