Kraj

Powrót na stronę główną
Kraj Wywiady

Czarnek z Nawrockim nie są autorytetami

Nie mam złotego środka, jak powinien postępować historyk, ale na pewno nie jest to formuła w wydaniu dzisiejszego IPN

Robert Traba – profesor nauk społecznych i historyk, zajmuje się pamięcią społeczną i historią kulturową XIX i XX w. Współprzewodniczący Rady Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej. Inicjator i wieloletni przewodniczący Stowarzyszenia Wspólnota Kulturowa Borussia oraz od 20 lat redaktor naczelny pisma „Borussia”. Autor i redaktor ponad 30 publikacji książkowych. Przez 13 lat był współprzewodniczącym Wspólnej Polsko-Niemieckiej Komisji Podręcznikowej, która w tym czasie opracowała drugi na świecie bilateralny podręcznik do nauki historii „Europa. Nasza historia”. W 2024 r. opublikował w krakowskim wydawnictwie Austeria tom „Historia (nie) na sprzedaż”.

Kandydatura Karola Nawrockiego na prezydenta RP wzbudza wiele kontrowersji. Najgorsze oceny wystawiają mu chyba historycy, w tym prof. Antoni Dudek, stwierdzając, że jest on niebezpieczny dla Polski. Swego czasu Nawrocki jako prezes IPN nawoływał do usunięcia z centrum Olsztyna pomnika według projektu Xawerego Dunikowskiego, ale spotkał się z ostrą repliką.
– Nie wtrącam się do polityki, ale reaguję wtedy, gdy polityka wchodzi z butami do nauki, np. do historii. W październiku 2022 r. prezes IPN wystąpił na briefingu w Olsztynie w sprawie „dekomunizacji pomnika Wyzwolenia Ziemi Warmińskiej i Mazurskiej”, jak napisano potem w komunikacie IPN. Stwierdziłem, że w tym wystąpieniu jest tyle nieścisłości i manipulacji, że nie mogę pozostawić tego bez komentarza. To był taki odruch w obronie sensu historycznego myślenia, przeciw zakłamywaniu historii i zastępowaniu jej ideologią nowej polityki historycznej.

Oczywiście były pomniki stawiane po przejściu Armii Czerwonej z nakazu NKWD – symboliczne naznaczanie sowieckiej strefy wpływów. Od tamtych czasów minęło 80 czy 70 lat, 35 lat od upadku komunizmu, co w Polsce udało się dzięki rewolucji Solidarności, a potem dzięki dziełu pojednania wyrażonego w idei i praktyce Okrągłego Stołu. Teraz przyszedł czas nie na bezmyślne zacieranie śladów przeszłości, do czego zobowiązuje tzw. ustawa dekomunizacyjna z 2016 r., lecz na mądre uczenie się z najnowszej historii. Wspomniany pomnik w Olsztynie, jako niekwestionowane dzieło sztuki, powinien stać się eksponatem dopowiadającym najnowszą historię regionu, Polski, Europy Środkowej, w ramach przestrzenno-wystawienniczego „Projektu dla pokoju. Wystawy o dramatycznym wieku XX na Warmii i Mazurach”.

Na ustawę z 2016 r. jak na Biblię powoływał się prezes Nawrocki. Dziś można powiedzieć, że wykonywanie przez niego usług politycznych zgodnych z oczekiwaniami władzy okazało się dobrą inwestycją. Pośrednio przygotowało grunt pod kandydowanie na prezydenta Polski.
– Bardzo źle to rokuje. Podpisuję się pod słowami kolegów, prof. Antoniego Dudka i prof. Andrzeja Friszkego, że to człowiek niebezpieczny dla Polski. W tym sensie, że będzie próbował formatować nas według własnej ideologii. Takiej chociażby, w której centralnym świętem będzie 1 marca, Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Takiej formacji nigdy nie było. Po wojnie działały różne oddziały podziemia antykomunistycznego. Wielu walczącym w nich trzeba oddać hołd, ale wielu uprawiało zwykły rozbój, dopuszczając się mordów, np. na mniejszościach etnicznych. Określenie „żołnierze wyklęci” z istoty fałszuje historię. Myślenie Nawrockiego o historii nosi znamiona idei „wielkiej narodowej Polski katolickiej”. Łatwo odnaleźć skutki takiego myślenia w przeszłości i teraźniejszości.

Z pewnością łatwiej było prawicy wyeksponować znaczenie „żołnierzy wyklętych” w sytuacji, gdy w oficjalnej historii mówiło się o wyzwoleniu Polski przez Armię Czerwoną, co zwłaszcza wobec grabieży i gwałtów sołdatów w niemieckich miastach stało się przykładem zakłamywania historii. Pomnik w Olsztynie stał się tego symbolem. Czy on musi się ostać?
– Nic nie musi, ale moim zdaniem powinien. To dzieło sztuki, co przyznają nawet jego przeciwnicy, powstałe w czasach polskiego totalitaryzmu, czyli w latach 1949-1956, na zamówienie ówczesnego wojewody olsztyńskiego Mieczysława Moczara. Mógłby być częścią nowoczesnej wystawy, pamiątką tego właśnie okresu. W Muzeum Historii Polski takim eksponatem, nieporównywalnym artystycznie, będzie zrekonstruowany pomnik Feliksa Dzierżyńskiego, obalony w 1989 r. W Olsztynie mamy oryginalny pomnik, w realnej topografii miasta. Nie jest on – jak chcą jego przeciwnicy – tylko emanacją polskiego stalinizmu, to również część przedwojennej historii Polski poprzez biografię Xawerego Dunikowskiego, wybitnego rzeźbiarza, ideowo związanego z polskimi socjalistami, w czasie wojny więźnia nr 774 niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, którego po pięciu latach niewoli wyzwoliła Armia Czerwona.

I co z tego wynika?
– To, że miarą naszej cywilizacyjnej dojrzałości powinna być umiejętność obchodzenia się z czasem trudnym czy nawet niechcianym dziedzictwem, które przecież nie jest biało-czarne, ma wiele odcieni i kontekstów. I jeszcze jedno: pozostawienie pomnika autorstwa Dunikowskiego jest również demonstracją siły naszej tożsamości: polskiej, demokratycznej. Nie boimy się duchów przeszłości i właśnie ten pomnik nas od nich uwalnia, pozwala lepiej zrozumieć losy własne i europejskie.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Ile płacimy na Kościoły

Pod względem finansowo-prawnym Polska jawi się jako państwo wyznaniowe

Prof. Paweł Borecki – znawca prawa wyznaniowego, wykładowca w Zakładzie Prawa Wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego

Czy odpowiedzi z ministerstw na interpelację posłów Lewicy pozwalają poznać całościowy obraz finansowania Kościołów ze środków publicznych w Polsce?
– Tego nie da się w pełni określić, choć trzeba zaznaczyć, że odpowiedź MSWiA powstała przy współpracy wszystkich resortów rządowych. To prawdopodobnie pierwszy publiczny dokument w tej sprawie o tak szerokim zakresie przedmiotowym od czasów odzyskania niepodległości w 1918 r. Odpowiedzi na pytanie złożone w imieniu posłów Lewicy przez Włodzimierza Czarzastego i Annę Marię Żukowską informują tylko o wydatkach poniesionych przez naczelne organy administracji rządowej oraz podległe im instytucje na rzecz wszystkich Kościołów i związków wyznaniowych. Odpowiedzi te dają jednak tylko fragmentaryczny obraz analizowanego zjawiska. Nie ma bowiem danych o wydatkach ponoszonych przez jednostki samorządu terytorialnego różnego szczebla, od gmin aż do województw, przez spółki i związki komunalne oraz spółki skarbu państwa.

Darowizny, choćby Orlenu czy KGHM, musiały być wysokie.
– I zapewne takie były. Trzeba też uwzględnić transfery od Narodowego Banku Polskiego. Ale chodzi nie tylko o takie wpłaty na rzecz Kościoła. Na przykład Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji od czasów jej powstania wynajmuje pomieszczenia w biurowcu należącym do Konferencji Episkopatu Polski przy skwerze Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. I płaci z tego tytułu „godziwe” kwoty na rzecz episkopatu. Niestety, nie jest możliwe stworzenie kompleksowego opracowania ujmującego wszystkie kwoty, jakie państwo polskie łoży na Kościoły i inne związki wyznaniowe.

Czym pan to tłumaczy?
– We współczesnej Polsce nie istnieje wyspecjalizowany centralny organ administracji rządowej zajmujący się kompleksowo problematyką Kościołów i związków wyznaniowych, na wzór Urzędu ds. Wyznań z lat 1950-1990, aczkolwiek ta nazwa źle się kojarzy. W MSWiA, w Departamencie Wyznań Religijnych oraz Mniejszości Narodowych i Etnicznych, funkcjonują tylko dwa wydziały zajmujące się sprawami wyznaniowymi. Może są jacyś pojedynczy urzędnicy w innych resortach, takich jak MEN czy MSZ, ale generalnie nikt nie panuje nad polityką wyznaniową. Taki stosunek rządzących ma związek ze zmianą w filozofii polityki wyznaniowej państwa po 1989 r., a nawet już od 1987 r. Chodzi o odejście od zwierzchnictwa rozdziałowego, nadzoru państwa nad związkami wyznaniowymi, na rzecz łagodnej kontroli i… swoistego korumpowania owych związków wyznaniowych, szczególnie Kościoła katolickiego, z myślą o ich przychylności, w imię bieżących celów politycznych aktualnych decydentów.

Jaki obraz wyłania się z tych fragmentarycznych odpowiedzi ministerstw?
– Taki, że Polska – mimo iż Konstytucja RP z 1997 r. głosi w art. 25, że wszystkie Kościoły są równouprawnione, mimo że władze publiczne, szczególnie parlament, rząd i minister finansów, powinny zachowywać bezstronność, czyli neutralność w sprawach religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, a państwo i związki wyznaniowe mają być od siebie niezależne, również w sprawach finansowych – stała się pod względem prawno-finansowym, szczególnie w okresie rządów Zjednoczonej Prawicy w latach 2015-2023, państwem w gruncie rzeczy katolickim. Co więcej, państwem służebnym w istotnej mierze wobec jednego człowieka – Tadeusza Rydzyka.

Jak to się ma do konkordatu?
– Konkordat z 1993 r. nie reguluje w sposób wyczerpujący spraw finansowania instytucji kościelnych i duchowieństwa. Określa te kwestie wręcz fragmentarycznie. Dlatego strona kościelna we współpracy z przychylnymi jej politykami rozszerzała zakres świadczeń, nie tylko finansowych, na rzecz Kościoła katolickiego.

Roczne wydatki na Kościół, księży i nauczanie religii dają wielomiliardowe kwoty.
– Trzeba jasno powiedzieć, że wsparcie dla Kościoła katolickiego było nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do wsparcia mniejszości wyznaniowych. Skala poszczególnych świadczeń, w tym uznaniowych, a więc dotacji i subwencji, była w przypadku Kościoła katolickiego zdecydowanie wyższa od środków dla innych wyznań. W tym dla Kościołów chrześcijańskich. I to nawet jeśli uwzględnimy, że Kościół katolicki dominuje w Polsce pod względem demograficznym.

Obecna ekipa rządząca zapowiadała ukrócenie niekontrolowanej hojności państwa na rzecz Kościoła.
– To prawda, ale odpowiedzi ministerstw pokazują, na ile poważnie politycy koalicji rządzącej i poszczególne partie traktują elektorat antyklerykalny i jego hasła. Chorągiewką, która ma mobilizować ten elektorat, poza kwestią prawnej liberalizacji aborcji i legalizacji związków partnerskich, jest sprawa likwidacji Funduszu Kościelnego. Tylko że, jak pokazują dane Krajowej Administracji Skarbowej

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Niezintegrowani

Wprowadzono obowiązek szkolny dla dzieci ukraińskich, ale nadal nikt nie ma pomysłu na ich integrację z resztą uczniów

Wraz z początkiem roku szkolnego 2024/2025 dzieci z Ukrainy zostały objęte obowiązkiem edukacji w polskich szkołach. Chodzi o uczniów na wszystkich etapach edukacji, od zerówki poczynając, na nauce w szkołach ponadpodstawowych kończąc. Uczęszczanie do polskiej szkoły to również warunek wypłacania ukraińskim rodzinom świadczenia 800+. Tym rodzinom z Ukrainy, które nie stosują się do obowiązku szkolnego, grozi nie tylko utrata wsparcia pieniężnego, ale również grzywna. Wstrzymywanie świadczeń dla Ukraińców brzmi jak spełnienie marzeń skrajnej prawicy, jednak wypłaty 800+ dla ukraińskich rodzin, które nie wysłały dzieci do polskiej szkoły, będą blokowane dopiero od czerwca 2025 r., o czym mowa w art. 17 ust. 1 ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy.

Puzzle wpasowywane pięścią

– Uczeń ukraiński uczy się w polskiej szkole po polsku, polskiego programu nauczania – mówi Joanna Mucha z resortu edukacji i informuje o jednym wyjątku: jeśli dziecko przeszło przez cały proces edukacyjny w Ukrainie, to ten ostatni rok może po prostu spędzić w ukraińskim systemie edukacyjnym. – To dobre, ale spóźnione rozwiązanie – uważa Maria Kowalewska z inicjatywy Wolna Szkoła. – Będziemy mieć jakąś świadomość, co się z tymi dziećmi dzieje – podkreśla.

Ministerstwo Edukacji wprowadziło usprawnienia, które od strony organizacyjnej mają ułatwić dzieciom z ukraińskich rodzin naukę w polskich szkołach. Osoby nieposługujące się językiem polskim w takim stopniu, który umożliwia korzystanie z nauki w szkole, mogą przede wszystkim uczestniczyć w dodatkowych zajęciach z polskiego. Przewidziano też, że naukę można realizować w formie oddziału przygotowawczego, gdzie proces nauczania jest dostosowany do możliwości edukacyjnych uczniów. Pomyślano również o zajęciach wyrównawczych i pomocy osoby władającej językiem kraju pochodzenia ucznia. Taka osoba ma być zatrudniona w charakterze pomocy dla nauczyciela. Założenia są więc bardzo dobre. Gorzej z praktyką.

– Jeśli chodzi o asystentów międzykulturowych, nie jest to jakaś wielka nowość. Nauczyciele w naszej szkole już podobne prośby o taką osobę składali dwa lata temu i rok temu. Złożyli też w tym roku. Skutek był ten sam jak w latach poprzednich, czyli żaden. Takich asystentów albo po prostu nie ma, albo jest ich za mało – opowiada Dariusz, nauczyciel z warszawskiego Śródmieścia. Według danych zebranych przez Fundację GrowSPACE tylko 4% samorządów (71 z 2791), które zapytała organizacja, deklaruje, że zatrudnia asystentów międzykulturowych. – Mieliśmy niedawno problem z rodzicami i dzieckiem, które po dwóch latach w polskiej szkole komunikuje się głównie po ukraińsku i pojedynczymi polskimi słowami. Sytuacja wymagała większej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

W polityce zdrowy rozsądek nie obowiązuje

Politycy przebijają satyryków pod każdym względem

Krzysztof Daukszewicz – (ur. 1947 w Wichrowie na Warmii), poeta, pisarz, satyryk. Współtwórca kabaretu Gwuść w Szczytnie, autor piosenek, ballad i książek satyrycznych, w tym „Przeżyłem Panie Hrabio”, serii „Między Worłujem a Przyszłozbożem”, „Meneliki”, „Jak płynie wódeczka na wsi i w miasteczkach”, „Nareszcie w Dudapeszcie”, „Ziobranoc Europo” i – napisanej wraz z żoną Violettą Ozminkowski – „Sposób na przetrwanie”. Pisał felietony do „Przeglądu”. W 1991 r. otrzymał Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki, a w 2021 r. Nagrodę im. Henryka Panasa ufundowaną przez olsztyńskie oddziały Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej i Związku Literatów Polskich.

Czy z satyrykiem można porozmawiać poważnie?
– Ze mną można, a nawet trzeba, bo jestem bardzo poważnym człowiekiem. Satyrycy z reguły są bardzo poważnymi ludźmi, co widać szczególnie w zderzeniu z politykami, bo jak oglądasz Sejm, to widzisz, że ci posłowie przebijają nas pod każdym względem.

Nie tylko w Sejmie, że wspomnę o galimatiasie związanym z kupowaniem dyplomów MBA w Collegium Humanum. Ty chyba na taką specjalną ofertę się nie załapałeś?
– Nie miałem takiej potrzeby, co więcej, już wiele lat temu przerwałem studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie w sposób, powiedziałbym, dosyć zabawny. Mieliśmy takiego profesora od pedagogiki, który nie zaliczał egzaminu nawet za pół pytania, na które student nie odpowiedział. Mnie trafiły się trzy pytania, na dwa typowo pedagogiczne odpowiedziałem bez problemu, ale profesor chciał mnie złapać na pytaniu o system oświatowy w… Bułgarii. A że już wtedy myślałem o uprawianiu profesji, jaką wykonuję dzisiaj, zdobyłem się na odwagę i uczciwie odparłem: „Panie profesorze, jeśli system oświatowy w Bułgarii będzie mi potrzebny w pracy zawodowej, to przysięgam panu, że pojadę do Bułgarii i sprawdzę to na własnej skórze”. Na co on zareagował bardzo życzliwie, bo postawił mi w indeksie tróję, ale zarazem dodał: „Mnie nie będzie przeszkadzało spotykanie pana na korytarzach WSP, ale nie widzę dla pana miejsca na tej uczelni”. W ten sposób delikatnie wybił mi z głowy studiowanie pedagogiki.

Ułatwiając podjęcie decyzji o poświęceniu się karierze satyryczno-kabaretowej?
– Dzięki niemu zaoszczędziłem raczej wiele wysiłku i kłopotów związanych z dalszym studiowaniem, jako że już w tym czasie pomieszkiwałem w Warszawie i musiałbym dojeżdżać na zajęcia do Olsztyna. W rezultacie byłem mu nawet wdzięczny, a gdy spotkałem go później na którymś zjeździe absolwentów pedagogiki, serdecznie się przywitaliśmy, a nawet przeszliśmy na „ty”.

Ale studiowanie w Collegium Humanum dawało więcej możliwości; ludzie z kasą mogli zdobyć dyplom bez pojawiania się na uczelni. A te dyplomy uprawniały do zasiadania w radach nadzorczych spółek, co wiązało się z kolejnymi dochodami. Co ciekawe, z takiej okazji korzystali ludzie różnych zawodów i z różnych opcji politycznych, podobno nawet Szymon Hołownia, choć stanowczo temu zaprzecza.
– Przecież nie ma pieniędzy oznakowanych logo PiS, PO, SLD czy Trzeciej Drogi. Pieniądze to pieniądze, jednakowo śmierdzą. Albo pachną, zgodnie z dewizą pecunia non olet. Zarabiały obie strony: ta sitwa na Collegium Humanum i potencjalni nabywcy dyplomów. Jeśli był to nieczysty interes, na co wskazują dotychczasowe ustalenia, to jednak na krótką metę. Takie sprawki wcześniej czy później wychodzą na światło dzienne i aż mi się nie chce wierzyć, by ktoś liczył, że to się nie wyda. Ale takie irracjonalne zachowania się zdarzają; niektórzy nawet liczą, że Jarosław Kaczyński będzie trwał wiecznie, choć każdy musi zdawać sobie sprawę, że przynajmniej przyroda na to nie pozwoli.

O właśnie, niedawno przewidywałeś publicznie, czyli w wywiadzie prasowym, że jeśli prezes Kaczyński wystawi kandydaturę „człowieka bez imienia” na fotel prezydenta, czyli niejakiego Karola Nawrockiego, to się przeliczy. A on wystawił, więc sądzisz, że się przeliczy?
– Gdybym mógł tak łatwo przewidywać, założyłbym w domu centrum wróżbiarskie i zarabiał grube pieniądze, nawet bez dyplomu MBA. Chociaż zdarzało mi się co nieco przewidzieć, że wspomnę o liście do Hrabiego sprzed ponad 30 lat, gdy pisałem: „A na pytanie Pana Hrabiego: Co w takim razie oznaczają w naszym kraju słowa pluralizm i demokracja, to odpowiadam, że co to jest pluralizm i demokracja, to wie tylko Lech Wałęsa, ale wygląda na to, że prawidłową odpowiedź schowali na później bracia Kaczyńscy”.

I te słowa okazały się prorocze? Co prawda Lech Kaczyński od dawna nie żyje, ale Jarosław wie najlepiej, jak w praktyce stosować demokrację i pluralizm, choć to drugie słowo nie jest już tak modne jak wtedy, gdy w charakterystyczny sposób powtarzał je Wałęsa.
– Teraz się śmieję, że z biegiem lat Jarosław Kaczyński coraz bardziej upodabnia się do Lecha Wałęsy.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

(Bez)zębne 600+

Minister Leszczyna rzuciła rekordowe 600 zł na leczenie zębów w ramach NFZ. Co z tego, skoro umowę z funduszem ma coraz mniej gabinetów, a na leczenie kanałowe nadal trzeba iść prywatnie?

Jeśli chodzi o świadczenia zdrowotne związane z leczeniem zębów, rok 2024 był rekordowy. Z puli 156,8 mld zł NFZ dorzucił na nie ok. 3,3 mld zł. To zmieniło stawkę roczną na leczenie zgryzu u jednego pacjenta, z dotychczasowych 55 zł na 88 zł. Podwyżka wywoływała u zorientowanych pusty śmiech – koszt najtańszej plomby wynosi 100 zł. Sprawę niedofinansowania leczenia dentystycznego w ramach NFZ opisywaliśmy już w tekście „Polski zgryz” (nr 34/2023).

Rząd szpanuje kasą

Dotychczasowa sytuacja była tak fatalna, że w ramach NFZ głównie wyrywało się zęby. Żaden inny zabieg nie opłacał się ani gabinetom stomatologicznym, ani pacjentom. Niektórzy stomatoldzy twierdzili wręcz, że leczenie w ramach NFZ przy tak marnej jakości materiałów jest niezgodne z przysięgą Hipokratesa. W 2025 r. padł kolejny rekord zębnych wydatków. Według portalu Infor.pl od 3 stycznia pojawiło się tzw. 600+, co oznacza nawet 600 zł rocznie na leczenie zębów. Rekordowy jest też budżet. Według planu finansowego na 2025 r. na leczenie stomatologiczne Narodowy Fundusz Zdrowia ma przeznaczyć prawie 4 mld zł. I chociaż brzmi to imponująco w kontekście poprzednich lat i kwot niestarczających na porządną plombę, nie jest tak różowo, jak mogłoby się wydawać. Zacznijmy od tego, że według prognoz agencji badań rynku PMR Market Experts w 2024 r., wartość rynku usług stomatologicznych osiągnęła ok. 16 mld zł.

4 mld zł z Ministerstwa Zdrowia są więc jak kropla w morzu. W kolejnym badaniu PMR Market Experts prognozuje, że rynek usług dentystycznych w latach 2024-2029 będzie rósł średniorocznie o jakieś 9%.

Koszyk świadczeń stomatologicznych w ramach NFZ zmienił się. Nowych świadczeń jest wiele. Można tu wymienić m.in.: pantomogram dla pacjentów leczonych endodontycznie i protetycznie, świadczenia dla dzieci „niewspółpracujących”, które będą poddawane znieczuleniu ogólnemu, nowe zasady odbywania wizyt adaptacyjnych przez najmłodszych. Będą też protezy overdenture oparte na korzeniach i rozszerzone procedury w przypadku zwichniętych zębów. Większość nowych pozycji dotyczy pomocy dla najmłodszych. Mamy wiele procedur i wielkie pieniądze, które mają być przeznaczane na leczenie.

Ostatecznie dużo to nie zmieni, organizacja pomocy

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ambasada w Berlinie – 25 lat wstydu

Historia budowy ambasady w Berlinie to rzecz śmieszna i straszna zarazem

Równo 10 lat temu, w styczniu 2015 r., pisaliśmy w „Przeglądzie”: „Od 15 lat w najbardziej prestiżowym miejscu Berlina straszy stary budynek polskiej ambasady”. Wspomniane miejsce to Unter den Linden 70-72, znajdujące się 300-400 m od Bramy Brandenburskiej. W otoczeniu ambasad Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Francji. Tekst kończyliśmy słowami: „Berlińska kompromitacja trwa”. Uznajmy to zresztą za bardzo delikatne określenia – budynek był opuszczoną ruderą, więc Niemcy codziennie mogli kontemplować obraz polskich możliwości.

Czas wstydu, trwający, jak łatwo obliczyć, 25 lat, na szczęście się kończy. 17 stycznia ma się odbyć otwarcie nowo zbudowanej ambasady.

Zapowiada się zresztą gorąco, bo minister Radosław Sikorski i prezydent Andrzej Duda już czynią sobie uszczypliwości i przepychają się w przypisywaniu sobie sukcesu.

„Ambasada w Berlinie to przedsięwzięcie wybitnie związane z ministrem Sikorskim, który je zaczął i za chwilę zakończy”, mówił niedawno rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Paweł Wroński.

Swoją wersję wydarzeń zaprezentował też Andrzej Duda: „To są decyzje, które zostały podjęte w ciągu ostatnich ośmiu lat i zrealizowane w ciągu ostatnich ośmiu lat”. I dodał, że w MSZ „głośno się mówi”, że Radosław Sikorski zamierzał sprzedać działkę, na której dzisiaj budynek stoi. „Na szczęście w tym miejscu zbudowano nową polską ambasadę, bo jest to miejsce bardzo godne i ważne w Berlinie”, podsumował.

Cóż, w tych deklaracjach nie ma zbyt wiele prawdy. Śledzę sprawę budowy ambasady w Berlinie od lat. Przyglądam się też różnym MSZ-owskim pomysłom Radosława Sikorskiego, również tym dotyczącym sprzedaży budynków ambasad i konsulatów. I nigdy nie słyszałem o zamiarze sprzedaży działki przy Unter den Linden. Takiego pomysłu nawet nie rozważano. Owszem, PiS mówiło, że za Sikorskiego istniały plany zamiany działki z Uniwersytetem Warszawskim, minister Witold Waszczykowski skierował nawet w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury, ale nic z tego się nie urodziło.

Lecz Radosław Sikorski też powinien miarkować się w opowieściach, jakoby rozpoczął budowę ambasady. Bo to nie on. On za to długo zaczynał ją budować. I nie zaczął.

Choć niewątpliwie w opowieści o tym, co się działo przez 25 lat z działką przy Unter den Linden, jak straszyliśmy berlińczyków walącą się ruiną, Sikorski jest ważnym aktorem.

Przejdźmy zatem do tej opowieści.

Piękną działkę o powierzchni 4,2 tys. m kw. zawdzięczamy socjalistycznej przyjaźni. Otrzymaliśmy ją w 1964 r. od Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Wcześniej na działce stał gmach pruskiego ministerstwa spraw wewnętrznych, ale został zniszczony w czasie wojny. Na działce Polska wybudowała biurowiec klasy Lipsk – na owe czasy był to standard – i to z podwyższoną jakością. Zielonkawe szyby kojarzyły się z nowoczesnością. Do czasu.

W połowie lat 90. wszystko było już jasne. Że stolica Niemiec to Berlin, że Unter den Linden jest najbardziej reprezentacyjną aleją i że biurowiec Lipsk, który zestarzał się w błyskawicznym tempie, do tego miejsca nie pasuje.

Zaczęto więc się zastanawiać, czy go remontować, czy też zburzyć i w to miejsce postawić coś nowego.

Po miesiącach wahań wybrano wariant drugi. Decyzję oparto na dwóch przesłankach. Po pierwsze, Lipsk zbudowano w starej technologii, z użyciem m.in. azbestu. Po drugie, wiadomo było, że nawet odnowiony budynek nie będzie reprezentacyjny, a Unter den Linden za chwilę zajaśnieje najpiękniejszymi rezydencjami.

W 1997 r., w czasach koalicji AWS-UW, rozpisano więc konkurs na projekt ambasady. Ze strony MSZ sprawę nadzorował dyrektor generalny Michał Radlicki. W warunkach konkursu zapisano, że nowa ambasada powinna mieć 800 m kw. powierzchni biurowej. Ministerstwo na jej budowę przeznaczyło 40 mln zł.

Konkurs wygrał projekt przygotowany przez pracownię architektów Zbigniewa Badowskiego, Marka Budzyńskiego i Adama Kowalewskiego (BBK). Co prawda, budynek miał być większy, niż zakładano, liczył ok. 900 m kw., ale wstępny projekt spodobał się w ministerstwie.

Kłopoty pojawiły się później. W MSZ postanowiono bowiem

r.walenciak@tygdnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Co naprawdę dzieje się w Państwowej Komisji Wyborczej?

Sędzia Marciniak stosuje sztuczki, żeby tylko PiS dostało pieniądze

Ryszard Kalisz – polityk, adwokat. Poseł SLD na Sejm w latach 2001-2015, w latach 1998-2000 szef Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, w latach 2004-2005 szef MSWiA. Od 2024 r. członek Państwowej Komisji Wyborczej.

Andrzej Domański, minister finansów, zwrócił się do PKW o wyjaśnienie, co tak naprawdę jest napisane w uchwale z 30 grudnia 2024 r. Pomoże pan ją rozszyfrować? Czy minister Domański powinien wypłacić PiS pieniądze?
– Od początku, tj. od 2018 r., uważam, że osoby, które nazywają się sędziami, a zostały powołane przez pana prezydenta na podstawie art. 197 konstytucji bez wniosku uprawnionego organu, czyli Krajowej Rady Sądownictwa ukształtowanej zgodnie z konstytucją, sędziami nie są. Przyjęło się je nazywać neosędziami. Uważam też, podobnie jak prof. Włodzimierz Wróbel, że Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych jest sądem specjalnym, który jest zakazany w polskiej konstytucji. Jednocześnie wielokrotnie zarówno Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu, jak i Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu (ostatni raz w grudniu 2023 r.) stwierdziły, że Izba ta nie jest sądem. Przypominam także, że uchwała z końca stycznia 2021 r. połączonych Izb Sądu Najwyższego stwierdzała, że orzeczeń takich osób nie można traktować jako sądowych. Dokument, który otrzymała Państwowa Komisja Wyborcza, podpisało siedem osób. Żadna z nich zgodnie z konstytucją nie jest sędzią Sądu Najwyższego.

Mówi pan o piśmie z Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych skierowanym do PKW, nakazującym przyznanie subwencji PiS. Podpisani pod nim członkowie Izby to neosędziowie.
– Tak.

Skoro pan mówi, że Izba Nadzwyczajna jest zgromadzeniem towarzyskim, to dlaczego w latach poprzednich, kiedy zatwierdzała wyniki wyborów parlamentarnych, samorządowych, eurowyborów, wszystko było w porządku? Nikt niczego nie kwestionował, a teraz wszystko się neguje?
– Nie powiedziałem, że jest zgromadzeniem towarzyskim. Nie jest Izbą Sądu Najwyższego. Nie wszystko było w porządku. Powiedziałem już: od 2018 r. miałem pogląd, że to nie są sędziowie. Nie było natomiast instrumentów prawnych, które mogłyby ten stan podważać. Władzę dzierżyło wtedy Prawo i Sprawiedliwość. A pan prezydent nominował te osoby na sędziów. Współpracownicy Andrzeja Dudy często mówią, że sama nominacja przez pana prezydenta konwaliduje wszelkiego rodzaju wcześniejsze uchybienia. Dodam więc, że nie jest to prawda. Pan prezydent nie ma takiej mocy. Ma tylko takie uprawnienia, które są wskazane w konstytucji. Nigdzie tam nie znajdziemy prawa do konwalidacji, szczególnie w art. 179, który stanowi, że sędziowie są powoływani przez prezydenta na wniosek Krajowej Rady Sądownictwa, której skład jest zgodny z art. 187, ust. 1 konstytucji. A od 2018 r. takiego organu w Polsce nie ma.

Wybory europejskie i samorządowe odbyły się w roku 2024, za Tuska.
– Akurat w przypadku tych wyborów mamy do czynienia z domniemaniem ich ważności. I decyzje Sądu Najwyższego mogą służyć tylko obaleniu tego domniemania, czyli musi on orzec, że wybory były nieważne. Gdy tego nie zrobi, wybory są ważne.

Ale przecież wcześniej, na podstawie orzeczenia Komisji Nadzwyczajnej, daliście pieniądze Konfederacji.
– Dotyczyło to też Porozumienia. Słowo „daliście” jest niezbyt właściwe, bo osobiście byłem przeciw. Jest to jednak związane z zupełnie inną sytuacją, ponieważ uchwały dotyczące tych komitetów wyborczych historycznie odnosiły się do wyborów z roku 2019. I dlatego nie miały większego znaczenia. Ale oczywiście pogląd niektórych kolegów z PKW też ewoluował.

Porozmawiajmy zatem o ewoluowaniu poglądów. Dlaczego 16 grudnia PKW mówi jedno, a 30 grudnia coś innego, choć nic pomiędzy tymi datami się nie zmieniło? Co tu się dzieje?
– Powiem o faktach. 16 grudnia 2024 r. większością 5:4 przyjęliśmy stanowisko PKW o odroczeniu rozpatrywania na podstawie art. 145 par. 6 Kodeksu wyborczego sprawozdania Komitetu Wyborczego PiS za wybory w 2023 r., do czasu uregulowania przez władzę ustawodawczą i władze wykonawcze, czyli rząd i prezydenta, statusu tzw. Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz neosędziów. Głosowałem za tym odroczeniem. Pięć dni później, dokładnie 21 grudnia, w sobotę, o godzinie 12 z minutami, dostałem mejl od jednego z dyrektorów Krajowego Biura Wyborczego, że pan przewodniczący zarządza głosowanie w trybie obiegowym nad uchwałami, m.in. uchwałą dotyczącą sprawozdania PiS.

Głosowaliście nad nią już 16 grudnia. Po co więc ta reasumpcja? Na jakiej podstawie?
– No właśnie! To nie była reasumpcja. Wykorzystałem przepisy Kodeksu wyborczego i regulaminu PKW i złożyłem sprzeciw w poniedziałek, 23 grudnia, rano, więc to głosowanie nie mogło się odbyć. Pan przewodniczący Sylwester Marciniak napisał wówczas długie, prawie dwustronicowe oświadczenie, bezpodstawnie krytykujące mnie ad personam. W ostatnim zdaniu napisał: „Następne posiedzenie odbędzie się 30 grudnia 2024 r.”. Po kilku dniach, w piątek, otrzymałem porządek obrad kolejnego posiedzenia.

Tego 30 grudnia.
– Czytam ten porządek obrad i w punkcie trzecim widzę przyjęcie sprawozdania Komitetu Wyborczego PiS – jak zaznaczono wyraźnie – po orzeczeniu Sądu Najwyższego.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Odlot prezesa Kaczyńskiego

PiS za 800 mln zł wybudowało w Radomiu lotnisko, z którego nikt nie chce latać

To miała być jedna ze sztandarowych inwestycji PiS, świadcząca o potędze Polski i zerwaniu z imposybilizmem trawiącym struktury państwowe. W mieście powiatowym pomiędzy Warszawą a Kielcami rząd postanowił wybudować międzynarodowy port lotniczy, obsługujący każdego roku nawet 3 mln osób (z możliwością rozbudowy do potrzeb 10 mln). To bardzo śmiałe posunięcie, na które nie zdecydowałby się żaden inny kraj na świecie. W Radomiu nie ma bowiem niczego, co przemawiałoby za budową lotniska o takich gabarytach. Tym bardziej że poprzednie lotnisko (w które wpompowano 160 mln zł) zbankrutowało  po zaledwie czterech latach działalności, pozostawiając po sobie kilkadziesiąt milionów złotych długów i niespłaconych wierzycieli. Z Radomia można było polecieć do Berlina, Wrocławia, Gdańska, Lwowa i Pragi, ale przewoźnicy zrezygnowali, tłumacząc, że rejsy są dla nich nieopłacalne z powodu braku podróżnych – ostatni lot odbył się jesienią 2017 r. Spektakularny upadek lotniska sprawił, że Radom stał się obiektem kpin i niewybrednych żartów.

Lotnisko w podzięce

O budowie nowego portu lotniczego nie zdecydowały ani fachowe analizy, ani raporty pokazujące rachunek ekonomiczny czy potrzeby transportowe kraju – decyzję taką podjął prezes PiS i nieformalny władca Polski Jarosław Kaczyński. „Pamiętam, kiedy razem z posłem Adamem Bielanem poszliśmy do prezesa Kaczyńskiego, by przekonać go do pomysłu budowy nowego lotniska w Radomiu. Powiedział wtedy: tak, Radom to miasto, które poniosło ogromne straty w okresie PRL, były wydarzenia czerwcowe, ścieżki zdrowia, potem zabrano Radomiowi status miasta wojewódzkiego (…). Zrobimy wszystko, by pokazać mieszkańcom Radomia, że nowe władze dbają o to miasto (…). Budowa tego lotniska to jest nowy dowód na to, że chcemy się odwdzięczyć bohaterom radomskiego czerwca za tę piękną kartę w historii Polski”, mówił poseł Marek Suski, który był też ministrem w KPRM i szefem gabinetu politycznego premiera.

Dla prezesa PiS lotnisko w Radomiu miało być zadośćuczynieniem za krzywdy doznane w PRL i III RP, dla Suskiego najważniejszym argumentem było to, że miasto położone jest ponad 100 km na południe od Warszawy, leży więc blisko południa Europy i krajów afrykańskich, do których Polacy najczęściej latają. Ta właśnie bliskość miała wpływać na decyzje o tym, że linie lotnicze i pasażerowie wybiorą nie warszawskie Okęcie, a lotnisko w Radomiu (sic!).

Przed absurdalną inwestycją w szczerym polu ostrzegali eksperci. Wskazywali, że rząd powinien raczej inwestować w rozwój lotniska w Modlinie, położnego ok. 30 km od Warszawy. Jednak z przyczyn politycznych (udziałowcem lotniska jest samorząd województwa mazowieckiego, obsadzony wówczas przez koalicję PO-PSL), PiS nie chciało się na to zgodzić i torpedowało plany rozbudowy Modlina.

„Nigdy nie będziemy latać z Radomia. Budowa lotniska pośrodku niczego to jeden z najgłupszych pomysłów w historii Polski, który przypomina działania komunistów w latach 50. XX w. Zamiast inwestować w Modlin,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Lenie Zbigniewa Ziobry

Czy się stoi, czy się leży, 46 tysięcy się należy

Zastępcy prokuratora generalnego Michał Ostrowski, Robert Hernand i Krzysztof Sierak podnieśli larum, ponieważ Adam Bodnar skierował ich do pracy (od lutego i marca 2025 r.) w wydziałach zamiejscowych (dolnośląskim, mazowieckim i śląskim) Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej. Wielu prokuratorów marzy o tym, aby trafić do tej elitarnej jednostki zajmującej się najpoważniejszymi przestępstwami, ale nominatom Zbigniewa Ziobry jest to nie na rękę. Praca w tzw. pezecie, choć nobilitująca, nie należy do najłatwiejszych. Normą jest, że trzeba ślęczeć kilkanaście godzin dziennie nad tomami akt skomplikowanych spraw, uczestniczyć w przesłuchaniach podejrzanych i świadków, a panowie prokuratorzy ostatnio zanadto się nie przepracowywali.

Ziobryści zapowiedzieli, że nie podporządkują się decyzji prokuratora generalnego o przeniesieniu w teren i nie opuszczą wygodnych biur Prokuratury Krajowej w Warszawie przy ulicy Postępu 3, gdzie obecnie urzędują.

Nie ma z nimi żadnego kontaktu

Zgodnie z obowiązującym zarządzeniem prokuratora generalnego Robert Hernand w zakresie swoich obowiązków ma przypisane udzielanie odpowiedzi na interpelacje i zapytania poselskie oraz oświadczenia senatorskie, a także kierowanie do właściwego organu wniosków o wyrażenie zgody na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej lub odpowiedzialności za wykroczenie osoby objętej immunitetem. Takimi samymi sprawami zajmuje się Michał Ostrowski, któremu przydzielono też analizę oświadczeń majątkowych najwyższych rangą prokuratorów. Natomiast Krzysztof Sierak oprócz spraw immunitetowych dostał sprawy ułaskawieniowe oraz „analizę spraw o szczególnym znaczeniu historycznym”.

Ponieważ Hernand, Ostrowski i Sierak mają większość obowiązków przypisanych w zastępstwie prokuratora generalnego, może być tak, że w ogóle nic nie robią. Panowie prokuratorzy solidarnie nie odpowiedzieli na pytania, które im przesłałem. A chciałem m.in. wiedzieć, jak wygląda ich dzień pracy i czym konkretnie się zajmują. Niewiele do powiedzenia ma też rzecznik Prokuratury Krajowej. „Nie mam takiej wiedzy, nie mam z nimi żadnego kontaktu. Nie uczestniczą w żadnych naradach i odprawach z udziałem kierownictwa Prokuratury Krajowej, w tym Dariusza Korneluka. Nie uczestniczą w naradach z prokuratorami

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Biblioteka musi nadążyć za czasami

Dziś pracownik biblioteki walczy o czytelnika i stawia na rozwiązania interaktywne, warsztaty oraz media społecznościowe

Mirosław Pawłowski – dyrektor Ursynoteki, menedżer kultury, twórca filmowy, współpracował z Rozgłośnią Harcerską, gdzie prowadził wywiady z ludźmi kultury

Spotykamy się tuż po finale konkursu literackiego dla młodzieży, a to tylko jedno z ok. 500 wydarzeń w roku, organizowanych przez Ursynotekę.
– Mówi pan o wszystkich wydarzeniach, które się odbywają w 21 placówkach. Duża część to lekcje biblioteczne dla dzieci i warsztaty dla młodzieży. Chociaż nie można powiedzieć, byśmy narzekali na małą liczbę spotkań autorskich. Nasza bibliotekarska codzienność toczy się jednak w małych przestrzeniach rozsianych w całej dzielnicy. Taki stan rzeczy wynika zaś z zagospodarowania przestrzennego wymyślonego w ubiegłych dekadach, kiedy budowano Ursynów. Stawiano wtedy na maksymalne wykorzystanie gruntów, oczywiście pod mieszkaniówkę, ale w drugiej kolejności budowano szkoły, przedszkola i żłobki. Dopiero w nowo powstałych budynkach dzielnica wynajmowała lokale pod biblioteki. Wyjątek stanowią dwie placówki, które znajdują się w zasobach lokalowych dzielnicy Ursynów. Mówimy o bibliotece dla dorosłych i młodzieży przy ulicy 6 Sierpnia 23 oraz o bibliotece przy ulicy Barwnej 8. To Muzeum Ursynowa, czyli gabinet Juliana Ursyna Niemcewicza i pokój w stylu PRL – meblościanki i inne sprzęty, które można było znaleźć w każdym domu, ale i w bibliotekach.

Zmieniły się domy, zmieniły biblioteki. A co ze stereotypem bibliotekarza samotnika w swetrze i okularach, który ucisza czytelników?
– Jak to mówią, jest szkoła otwocka i szkoła falenicka. Współczesny pracownik biblioteki walczy o czytelnika i stawia na rozwiązania interaktywne, warsztaty i media społecznościowe. Ale wciąż możemy trafić na samotników, bibliofilów, którzy doskonale znają się na swoim fachu. W ciągu lat nie zmieniło się najpewniej to, że większość bibliotekarzy to ludzie, którzy przychodzą do tej pracy z miłości do książek. Płyną z rytmem dnia nadawanym przez gromadzenie i udostępnianie księgozbioru, opracowanie, rezerwację książek dla czytelników i oczywiście dbanie o każdą książkę, która przejdzie przez ich ręce.

Zatrudniacie ponad 70 osób. Czy przy niewielkim zainteresowaniu studiami bibliotekoznawczymi – w tym roku akademickim to zaledwie 0,4 kandydata na miejsce – macie problemy kadrowe, chcąc poszerzyć zespół?
– Jeśli chodzi o nowych pracowników, niewielu ukończyło studia zawodowe z bibliotekoznawstwa. Często są to osoby po filologii polskiej i kulturoznawstwie. Zdarzają się ludzie zajmujący się animacją. Ale są również absolwenci kierunków ścisłych. Mamy też dwie osoby, które uciekły z korporacji. Zrezygnowały z większych apanaży, bo chciały pracy, która nie jest ciągłą gonitwą i osiąganiem coraz większej normy wydajności na danym stanowisku.

Czyli pracuje pan z ludźmi, którzy mają poczucie misji?
– Tak, a na pewno z ludźmi, którzy wiedzą, czego chcą, dlaczego wybrali zawód bibliotekarza, i dla których książka jest ważna.

I tworzą podręczną bibliote(cz)kę?
– Zdecydowanie. Czasami czytelnikom potrzeba czegoś tu i teraz. A biblioteka ma być właśnie tym miejscem blisko domu, gdzie ludzie dostaną od ręki to, czego szukają. Dlatego warto mieć wiele tytułów, tak jak wiele jest potrzeb czytelniczych. Problem w tym, że księgozbiory powinny się powiększać, ale nie powiększają się przestrzenie, a półki nie są z gumy. Dyrektor Tomasz Makowski z Biblioteki Narodowej stwierdził, że BN jest miejscem od gromadzenia wszystkich książek. Pomniejsze placówki mają zaś przede wszystkim zadanie rozwijania chęci czytelnictwa. My również budujemy swoje księgozbiory. Część z tych pozycji to poczytne tytuły, ale, jak mówią niektórzy bibliotekarze, a ja z tym się zgadzam, niektóre książki trzeba mieć dla honoru domu.

Skoro mowa o tym, co na półkach – co teraz najczęściej się ubytkuje na rzecz nowości?
– Zasada jest prosta: w większości znikają rzeczy mało czytane. Na pewno te, które były tzw. modą. Kojarzymy często takie książki z dworcowych kiosków, czyli lektury do pociągu i harlequiny, wszelkie romanse i kryminały. W Ursynotece przyjęliśmy, że powinno znikać tyle książek, ile się pojawia nowych. Redukowanie pozycji w księgozbiorze to zawsze trudne doświadczenie. Nie jest to jednak grzech ani wykroczenie. To normalna bibliotekarska praca, która sprawia, że księgozbiór zmienia się tak samo jak czytelnicy.

Zmienia się także rola książki.
– I biblioteka się zmienia. Musi w pewnym sensie nadążać

k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.