Kraj
Zmarnowany rok po wyborach prezydenckich
Tak być nie musiało. 1 czerwca 2025 r. wynik wyborów mógł być inny. To jest rzecz oczywista: jeżeli głosowało 21 mln Polaków i między kandydatami była tak niewielka różnica, ok. 1%, oficjalnie 369 tys. głosów, wszystko mogło pójść inaczej. Gra toczyła się do końca. Ten wynik wskazuje, że nie zadecydowała wielka, historyczna fala, że to skutek tzw. małych punktów. Błędów rządzących. Błędów roku 2024, to po pierwsze, a po drugie – fatalnie poprowadzonej kampanii wyborczej. Fenomenem jest, że koalicja nie wyciągnęła z tego wniosków.
Wiara, że jesteśmy lepsi
To błąd numer 1, z niego bierze się reszta. Po co poprawiać, skoro jesteśmy świetni! W tym przekonaniu Koalicja Obywatelska tkwiła od zawsze, a po 15 października 2023 r. już w szczególności. Tamta wygrana wprawiła KO w stan samozadowolenia. Oto nastąpił koniec historii! Oni naprawdę uwierzyli, że PiS jest pokonane na zawsze i zaczyna się słodki okres ich rządów.
Widzieliśmy to w 2024 r. Najważniejszym problemem ówcześnie rządzących było podzielenie się posadami ministerialnymi, potem marsz na spółki itd. Proste myślenie: my się mościmy, a od polityki jest Tusk, on zawsze coś wymyśli.
Błąd numer 2. Zdradzenie wyborców. Obietnice, którymi tak szafowano w kampanii, słynne 100 konkretów, rozpłynęły się w niebycie. Zostały zastąpione tłumaczeniem, że się nie da. Że to nie tak szybko. Rozliczenia nie mogą być od razu przeprowadzone, bo mamy obstrukcję ze strony ludzi Ziobry ulokowanych w prokuraturze. Ustawy, które obiecał Donald Tusk, nie mogą być przyjęte, gdyż sprzeciwia się im prezydent Andrzej Duda. Dopiero – mówiono – jak będziemy mieli swojego prezydenta, przepchniemy nasze sprawy.
Tak opowiadali politycy koalicji, ale z każdym miesiącem wiara w te opowieści malała. Bo czy Dudę ktoś testował? Wrzucał mu niewygodne dla PiS ustawy? Nie! Tłumaczono, że i tak zawetuje. Była to stała wymówka, wyjaśniająca nieróbstwo rządzących. Czyli błąd numer 3.
Taki był rok 2024 – rok usypiania przez koalicję jej wyborców. Jest dobrze, więc o co chodzi?
Jak zniechęcić wyborcę?
To było polityczne samobójstwo. Dzisiejsze czasy wymagają stałego kontaktu z wyborcami, tłumaczenia, mobilizowania. Nie można ich lekceważyć. Na tym przecież polegał sukces PiS, które stale podkreślało, gdy było u władzy, że realizuje interesy swoich wyborców, mobilizowało ich i dawało im poczucie, że są słuchani i ważni. I że to jest ich czas.
Koalicja Obywatelska natomiast postąpiła jak zawsze – zapomniała o swoim elektoracie, zachwycona sobą i przekonana, że wyborca zrozumie. Wystarczy wołać, że PiS niedobre, a Kaczyński straszny, i to zapewni wygraną. Nie zapewniło.
Gdy koalicja usypiała swoich wyborców,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Prezydent dla swoich
Marcin Duma – analityk polityczny, założyciel IBRiS
Kto popiera obecnie Karola Nawrockiego? Owszem, spada mu poparcie, ale nadal jest bardzo mocne. I pewnie wygrałby wybory, jeśli byłyby dziś.
– Przez ten rok w polskiej polityce trochę się pozmieniało, i to niekoniecznie korzystnie z punktu widzenia Karola Nawrockiego. Stawka kandydatów pewnie też byłaby inna, więc nie wiadomo, czy dzisiaj by wygrał. Ale zwróciłbym uwagę na coś innego. We wszystkich badaniach, które dotyczą prezydenta, ujawnia się jedna podstawowa rzecz – jest figurą silnie polaryzującą. Tak naprawdę nie ma jednego Karola Nawrockiego w sensie wizerunkowym. Tych Karolów jest dwóch. Jest dr Jekyll i pan Hyde. Zależy, czy patrzy się na niego z lewej strony, czy z prawej. Mało kogo pozostawia obojętnym.
Zwolennikom prawicy się podoba.
– Wyborcy PiS, Konfederacji czy nawet Grzegorza Brauna mają obraz prezydenta aktywnego, komunikatywnego, sprawczego, który jest dla nich widoczny i stanowczy w działaniu. Widać, że coś robi. W taki sposób o nim się wypowiadają. Co więcej, dostrzegają i doceniają to, że stara się nie tylko decyzje podejmować, ale też je tłumaczyć. Przywołują jego filmiki na YouTubie po decyzji w sprawie weta, gdzie ją tłumaczy. Mówią, że to nie jest dla środowisk opiniotwórczych, ale dla nich. Nawrocki do nich mówi. I to dużo dla nich znaczy.
A gdy popatrzymy na Karola Nawrockiego oczami zwolennika koalicji?
– To mamy obraz prezydenta, który przekracza swoje kompetencje. Boksuje powyżej swojej wagi. Składa obietnice, których nie jest w stanie zrealizować. W związku z tym pojawia się zarzut, że prezydent jest niepoważny, bo poważny człowiek nie składa obietnic, które nie leżą w jego gestii. Bardzo często przywoływana jest tu kwestia obniżki cen energii.
Zatrzymajmy się przy grupie tych, którzy go popierają. To ma związek ze statusem materialnym, z miejscem zamieszkania czy z sympatiami politycznymi?
– Przede wszystkim z sympatiami politycznymi. To, po której stronie się sytuujemy, będzie definiowało nasz stosunek do prezydenta. Oczywiście jest czynnik wykształcenia, wielkości miejscowości, w której się mieszka, wieku. W pewnym stopniu nawet płci. Natomiast mam wrażenie, że te cechy są w pewien sposób wtórne w stosunku do preferencji.
Profil wyborców, którzy są przeciwni Donaldowi Tuskowi, i profil osób, które stoją murem za prezydentem Nawrockim, jest mniej więcej taki sam.
Czyli wśród popierających Karola Nawrockiego mamy więcej osób z terenów wiejskich, mniejszych miejscowości, osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym, ewentualnie podstawowym. I praktykujące.
– Znacznie częściej. Ale też w grupie uplasowanej po prawej stronie, oceniającej dobrze prezydenta, mamy sporą rzeszę wyborców konfederackich. Czyli dużą grupę młodych ludzi, młodszą część społeczeństwa, która wydaje się wciąż stać za Karolem Nawrockim. A jest o tyle istotna,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Wakacje, ech wakacje
Przeciętna polska rodzina z dwójką dzieci w wieku szkolnym wyda na ich letni wypoczynek 4-6 tys. zł
W ubiegłym roku ponad 1,4 mln polskich dzieci i nastolatków skorzystało ze zorganizowanych form letniego wypoczynku. Trzeba przyznać, że nigdy nie było tak dobrze. Sukces ten jednak skrywa brutalną prawdę o podziale na tych, którzy mogą zapłacić 4-5 tys. zł za zorganizowany wypoczynek dziecka w Rimini we Włoszech lub na Costa del Sol w Hiszpanii, i tych, dla których tygodniowe kolonie na Kurpiach pozostają nieosiągalnym luksusem.
Według danych Ministerstwa Edukacji Narodowej w 2025 r. na wakacje wyjechało ponad 813 tys. polskich dzieci, 526 tys. uczestniczyło w półkoloniach, a 75 tys. wypoczywało za granicą.
Podobnie wyglądają informacje zebrane przez Centrum Badania Opinii Społecznej we wrześniu 2025 r. Wynika z nich, że na co najmniej tygodniowy letni wypoczynek poza miejscem zamieszkania wyjechali uczniowie z prawie 73% gospodarstw domowych, w których były dzieci w wieku szkolnym.
W roku 2012, gdy CBOS przeprowadził analogiczne badanie, jedynie 44% polskich rodzin wysłało wszystkie swoje dzieci na wakacje i niemal tyle samo – 43% – nie wysłało żadnego. Zmiana jest ogromna i świadczy o realnym awansie ekonomicznym znaczącej części polskiego społeczeństwa.
Wzrosła popularność wyjazdów zagranicznych. W 2025 r. aż 38% gospodarstw domowych z pociechami w wieku szkolnym zdecydowało się na co najmniej tygodniowe wakacje dziecka za granicą – stanowiło to wzrost o 3% w stosunku do roku 2024 i było rekordem w historii sondaży CBOS (sięgających 2016 r., gdy zaczęto pytać o kierunki wyjazdów). Najpopularniejsze okazały się: Bułgaria, Włochy, Hiszpania, Grecja i Chorwacja. Tegoroczne wakacje zapowiadają się podobnie.
Bałtyk czy Morze Czarne?
O kierunkach wyjazdów dzieci na wakacje decyduje przede wszystkim zasobność portfela rodziców. Najtańsze, siedmiodniowe turnusy wiążą się z wydatkiem rzędu 1,6 tys. zł od osoby. Najczęściej jednak oferty oscylują w granicach 2,2-2,5 tys. zł za turnus. W tym roku dziewięciodniowe kolonie nad Bałtykiem – w Darłowie lub Redzie – będą kosztowały średnio 2,7-3 tys. zł. Dla porównania, dziesięciodniowy wypoczynek all inclusive w Bułgarii oznacza wydatek ok. 2,8 tys. zł plus pewnie 100 euro dla pociechy na ciastka, lody i napoje chłodzące.
W związku z takimi cenami wielu
Nawrocki. Od awantury do awantury
Kancelaria Prezydenta wiedziała wszystko o traktacie z Wielką Brytanią
Czy to jest zwykła wojna Karola Nawrockiego z rządem w kolejnej odsłonie, czy coś ważniejszego?
Było o tym głośno od kilku dni. Gdy Donald Tusk podpisał w środę, 27 maja, w Northolt pod Londynem, bazie Dywizjonu 303, traktat obronny z Wielką Brytanią, jeszcze tego samego dnia odezwał się Karol Nawrocki: „Dobrze byłoby przed podpisywaniem zobowiązań w imieniu narodu polskiego informować Kancelarię Prezydenta i samego prezydenta o tym, że takie rozwiązania są przygotowywane”. I dodał, że informacje na ten temat pozyskiwał wyłącznie „z opinii publicznej”.
Dzień później szef prezydenckiego Biura Polityki Międzynarodowej Marcin Przydacz napisał na portalu X, że treść traktatu „trafiła do Kancelarii Prezydenta 26 maja br. na dzień przed podpisem w Northolt”.
Czy tak było faktycznie? Tego samego dnia rzecznik MSZ Maciej Wewiór przedstawił harmonogram informacji, które ministerstwo przekazywało Kancelarii Prezydenta w sprawie traktatu. I okazuje się, że już w styczniu, przed wizytą prezydenta RP w Londynie, MSZ przygotowało i przekazało do Kancelarii Prezydenta „specjalną, pogłębioną informację na temat Traktatu oraz przebiegu negocjacji”. A w marcu na prośbę Kancelarii Prezydenta „odbyło się spotkanie robocze na poziomie ekspertów, podczas którego przedstawiciele KPRP zostali szczegółowo poinformowani o przebiegu negocjacji, treści oraz celach Traktatu”. Rzecznik zaznaczył też, że „MSZ od początku procesu regularnie informowało Kancelarię Prezydenta RP o stanie negocjacji i planowanej treści traktatu”.
O cóż więc chodzi? Czy odkryliśmy gigantyczny bałagan w Kancelarii Prezydenta i to, że jej urzędnicy spotykali się z urzędnikami MSZ, ale prezydenta o tym nie informowali? Żadne papiery z MSZ nie docierały na jego biurko? Czy po prostu Nawrocki celowo wywołuje awanturę? A jeżeli tak, to dlaczego?
Awantura z rządem ma jeszcze odnogę – zupełnie niespodziewanie do grona swoich wrogów Nawrocki włączył wicepremiera, szefa MON, Władysława Kosiniaka-Kamysza. Wszystko zaczęło się od wypowiedzi Kosiniaka-Kamysza, który podczas wizyty w Kanadzie gorzko skomentował
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Nowe czasy, nowe traktaty
Czy Polska wskoczy do światowej ekstraklasy?
Ta umowa to znak czasu. W środę, 27 maja, Donald Tusk podpisał z Keirem Starmerem Traktat o Partnerstwie w Dziedzinie Bezpieczeństwa i Obronności. Traktat obejmuje 14 projektów obronnych. Zapowiada, że Polska i Wielka Brytania będą „wspólnie zwiększać swoje zdolności w zakresie uzbrojenia typu powietrze-powietrze, naziemnych systemów obrony powietrznej oraz zdolności lądowych”. Mają także działać na rzecz wzmocnienia wschodniej flanki NATO.
Na stronie Kancelarii Premiera możemy przeczytać: „Celem Polski i Wielkiej Brytanii jest skuteczne odstraszanie potencjalnego agresora – Rosji.
– Nie ma dla nas większego wyzwania niż rosyjska agresja. Widzimy to nie tylko w samej Ukrainie, ale też poza jej granicami. Podpisany traktat jest naprawdę pokoleniowym wzmocnieniem relacji w zakresie bezpieczeństwa i obronności pomiędzy naszymi krajami – ocenił szef brytyjskiego rządu Keir Starmer”.
Rok temu, 9 maja, podobny traktat – o wzmocnionej współpracy i przyjaźni – Polska podpisała z Francją. Przewiduje on wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i zawiera klauzulę wsparcia militarnego na wypadek ataku na którekolwiek z państw.
– Od dziś Francja i Polska będą mogły naprawdę liczyć na siebie w każdej sytuacji. Dajemy sobie wzajemne gwarancje bezpieczeństwa i możecie być państwo pewni, że intencją prezydenta Francji i moją jest śmiertelnie poważnie traktować ten zapis – mówił Donald Tusk podczas wspólnej konferencji prasowej z Emmanuelem Macronem. Nancy, w którym podpisano polsko-francuską umowę, nie jest miejscem przypadkowym. To dawna siedziba króla Polski i księcia Lotaryngii Stanisława Leszczyńskiego.
Traktat polsko-brytyjski również podpisywany był w historycznym miejscu – w bazie lotniczej Northolt na północnych przedmieściach Londynu, w której w czasie bitwy o Anglię stacjonowały polskie dywizjony myśliwskie, w tym Dywizjon 303.
Dodajmy jeszcze jedno – te dwie umowy wkrótce ma uzupełnić trzecia, z Niemcami, planowana na 17 czerwca. I teraz pytanie: w jakim mieście będzie podpisana?
Odłóżmy jednak to pytanie na bok. Ważniejsze jest, że wewnątrz Europy tworzy się system zacieśnionej współpracy – militarnej, przemysłów zbrojeniowych. Zanim Wielka Brytania podpisała umowę w Northolt, podobne zawarła z Francją, Niemcami i Norwegią. Ten system tworzy się z przymusu. Jest odpowiedzią na nową sytuację międzynarodową. Na działania prezydenta Putina, który siłą militarną próbuje odbudować dawną pozycję imperium, i na działania prezydenta Trumpa, który parokrotnie zdążył ogłosić, że Ameryka NATO nie potrzebuje, a jeśli chodzi o Europę, to on umywa ręce.
Dorzućmy do tego wypowiedzi ludzi z administracji Trumpa, że Europa jest dla Ameryki przeciwnikiem. No i plany NATO 3.0, z których wynika, że wojska amerykańskie radykalnie ograniczą obecność na naszym kontynencie czy wręcz z niego się wycofają. Jest to zapisane w amerykańskiej
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Sukcesja bez podatku
Klasa polityczna i biznesowa zamieniła fundacje rodzinne w osobisty portfel poza zasięgiem fiskusa
W założeniach miał to być pomysł na uchronienie polskich firm rodzinnych przed rozpadaniem się po śmierci ich założycieli, sprzedażą wieloletnich biznesów i kłótniami spadkobierców. Za stworzeniem polskiego odpowiednika znanych w Europie prywatnych fundacji od lat lobbowały Business Centre Club oraz Instytut Biznesu Rodzinnego. Projekt wspierały też kancelarie prawne i doradcze, wyczuwając, że na nowej instytucji będzie można nieźle zarobić.
Rząd PiS, a konkretnie Ministerstwo Finansów z Ministerstwem Rozwoju i Technologii przygotowały projekt ustawy, którą ostatecznie aż 441 głosami, a więc niemal jednomyślnie, przyjął Sejm pod nazwą Ustawa z dnia 26 stycznia 2023 r. o fundacji rodzinnej. Prezydent
Andrzej Duda podpisał ją bez zbędnej zwłoki.
Wystarczyły trzy lata, by okazało się, że fundacja rodzinna to genialny instrument chroniący polityków, prezesów i wszelkiej maści biznesmenów przed podatkami. Ustawa zapewniła bowiem fundacjom rodzinnym wyjątkowo przyjazny pakiet podatkowy: zwolnienie z bieżącego podatku CIT od dochodów uzyskiwanych w ramach działalności statutowej, zerową stawkę PIT na rzecz świadczeń wobec beneficjentów z najbliższej rodziny oraz preferencyjną stawkę 15% CIT od wypłacanych świadczeń. Wystarczy minimalny fundusz założycielski, wynoszący zaledwie 100 tys. zł, jeden akt notarialny, wpis do rejestru – i jesteś właścicielem rodzinnej skarbonki.
Rząd Mateusza Morawieckiego reklamował to jako sukces. Pytanie czyj, bo do gry weszły osoby i podmioty, którym sukcesja rodzinnego majątku była całkowicie obojętna. Tak naprawę liczyły się podatki, a raczej ich brak, oraz możliwość ucieczki z aktywami.
Wielka ucieczka przed podatkami i komornikiem
Nad Wisłą obowiązuje zasada jawności majątkowej osób pełniących funkcje publiczne. Posłowie, senatorowie, ministrowie, prezesi spółek skarbu państwa czy sędziowie mają obowiązek składania oświadczeń majątkowych. Muszą wykazać, kto ile zarabia, co posiada, jakie ma zobowiązania, od kogo pożyczył pieniądze itp. Tylko że od połowy 2023 r., czyli od wejścia w życie ustawy, bez problemu można przerzucić do fundacji rodzinnej większość majątku i w stosownych oświadczeniach pojawi się co najwyżej wzmianka o „prawach do świadczeń z fundacji”. Bez szczegółów, a więc bez wartości poznawczej.
Media ustaliły, że z fundacji rodzinnych korzystają posłowie różnych opcji politycznych. Sławomir Mentzen z Konfederacji ma Fundację Rodzinną Rodziny Mentzen. Przemysław Wipler to Fundacja Rodzinna RW. Ryszard Petru, jak wskazują media, to z kolei Fundacja Rodzinna Vinci.
Największe zainteresowanie mediów wzbudziła KP76 Fundacja Rodzinna założona przez byłego prezesa Orlenu Daniela Obajtka, mająca siedzibę w Myślenicach.
Gdy 15 października 2023 r. Prawo i Sprawiedliwość przegrało wybory parlamentarne,
Olek Miszalski padł
Gra o tron Krakowa rozegra się w trójkącie KO-PiS-Gibała
W referendum za odwołaniem Aleksandra Miszalskiego, prezydenta Krakowa, głosowało 171 tys. obywateli i to wystarczyło do jego odwołania w mieście liczącym 810 tys. mieszkańców. W 2024 r. Aleksander Miszalski zwyciężył przy niskiej frekwencji, uzyskując 133 tys. głosów i pokonując kontrkandydata, Łukasz Gibałę, 5434 głosami. Gibała, wieczny kandydat na prezydenta Krakowa, siostrzeniec Jarosława Gowina, przegrał wybory po raz trzeci, zadając kłam powiedzeniu, że do trzech razy sztuka. To jemu przypisuje się sprawczość i główne finansowanie komitetu organizacyjnego referendum w sprawie odwołania prezydenta miasta. I on chciałby być głównym beneficjentem referendalnego sukcesu.
Rada miasta ocalała, choć niewiele brakowało, by podzieliła los prezydenta. W wyborach do rady miasta Koalicja Obywatelska, mająca na pokładzie kandydatów Lewicy, zdobyła 118 641 głosów. Na pozostałe komitety, z których część nie uzyskała mandatów, głosowały 177 133 osoby. Taki wynik dał Koalicji bezpieczną większość w radzie miasta.
Pierwszy rzut oka mógłby sugerować, że przeciwnicy prezydenta po prostu zmobilizowali swoich wyborców. Oznacza to również, że nawet gdyby prezydent przekonał do udziału w referendum wszystkich swoich zwolenników, efekt byłby taki sam. Porażka po części wynikała ze słabego mandatu wyborczego prezydenta i słabnącej pozycji PO/KO w Krakowie. Warto przypomnieć, że po upokarzających klęskach w kolejnych wyborach na prezydenta miasta PO w 2018 r. przyłączyła się do Jacka Majchrowskiego, tworząc wspólny z jego kandydatami komitet wyborczy.
W wyborach w 2024 r., po długo odkładanym zakończeniu rządów Jacka Majchrowskiego, KO nie przeprowadzała procesu prawyborów kandydata. Aleksander Miszalski, pełniący funkcję przewodniczącego partii w Małopolsce (od 2017 r.), sam się ogłosił kandydatem. Co prawda, musiał czekać prawie trzy miesiące na zatwierdzenie swojej kandydatury przez Donalda Tuska, ale nominację uzyskał i wybory, choć w niezbyt imponującym stylu, wygrał.
Jak się okazało, rządził w sumie tak, jak zgłosił się do wyborów. Samodzielnie.
Rządy rozpoczął od konfliktu ze swoim koalicjantem, Lewicą. Wbrew postanowieniom umowy koalicyjnej powołał wiceprezydentów bez konsultacji z koalicjantem, a jednego, a właściwie jedną – wbrew niemu. O tym, skąd w Krakowie na funkcji zastępczyni prezydenta znalazła się urzędniczka z Sopotu, współpracowniczka Jacka Karnowskiego, huczało od wiosny do wiosny, a nawet do jesieni. W efekcie radni Lewicy formalnie wyszli z klubu radnych i koalicji rządzącej. Faktycznie współpraca trwała, choć była raz bardziej, raz mniej szorstka.
Zrozumiałe więc, że w poniedziałek, tuż po ogłoszeniu wyników referendum, Włodzimierz Czarzasty ogłosił, że Aleksander Miszalski nie był w koalicji z Lewicą. Marszałek Sejmu i szef Lewicy zostawił odwołanego prezydenta samego ze swoją porażką. Można, a nawet trzeba się zastanawiać, co oprócz bardzo
Kto pilnuje miliardów złotych wydawanych na wojsko?
Najważniejsze rzeczy dzieją się w sferze obronności. Decyzje prezydenta Trumpa w sprawie wysłania żołnierzy amerykańskich do Polski przez tydzień zajmowały czołowych polskich polityków. Oni nie wiedzieli, i nie wiedział Pentagon, dlaczego przyjazd 4 tys. żołnierzy został wstrzymany, a potem, gdy Trump ogłosił coś zupełnie przeciwnego, że wyśle 5 tys., też wiedzieli niewiele więcej.
Panuje chaos. Nie mamy pojęcia, jaka jest polityka USA wobec Europy, nie wiemy więc, w jakim stopniu obecność amerykańskich żołnierzy wzmacnia polskie bezpieczeństwo. Bo trudno je opierać na dobrym humorze prezydenta Trumpa.
Chaos schodzi na niższe szczeble. Nie wiemy – to tylko jeden z przykładów – czy możemy liczyć na dostawy wyrzutni rakiet HIMARS, nie mówiąc już o tym, ile miałyby kosztować. Nie wiemy też – choć to z chaosem akurat nie ma nic wspólnego – jak potoczy się wojna rosyjsko-ukraińska, czyli jak zmieni się sytuacja polityczna i militarna Polski. Tu akurat zachowujemy się racjonalnie. Przyjmujemy wariant pesymistyczny, więc na obronność Polska wydaje rekordowe kwoty. W 2026 r. będzie to przeszło 200 mld zł. Czy mamy świadomość, jak wielka to suma?
Spójrzmy na skalę zmian. Jeszcze w 2021 r., raptem pięć lat temu, na obronność wydaliśmy 49 mld zł.
W 2023 r. już 111 mld zł. Teraz na te wydatki złożą się trzy „nogi”. Pierwsza to środki z budżetu państwa – 127 mld zł. Druga to Fundusz Wsparcia Sił Zbrojnych, instytucja działająca przy BGK, która ma przynieść 73-79 mld zł. Razem już ponad 200 mld zł! I jeszcze trzecia noga – środki z SAFE. Czyli 43,5 mld euro pożyczek rozłożonych na kilka lat. Tak czy inaczej – kolejne dziesiątki miliardów złotych.
Mamy więc do czynienia ze skokowym wzrostem wydatków na obronę. A nastroje społeczne są takie, że nikt tego nie kwestionuje ze względu na wojnę za wschodnią granicą. Przeciwnie, obserwujemy przypływ patriotycznego nastroju – politycy licytują się, kto więcej przeznaczy na wojsko. 10 mld w jedną czy drugą stronę – to nie ma znaczenia. Kto chce więcej wydawać, ten jest lepszym patriotą. Wolność nie ma ceny.
Mimo tych emocji powinniśmy jednak zadać podstawowe pytania: czy ktoś te wydatki kontroluje? Czy ktoś ocenia, jaki rodzaj broni przyda nam się bardziej, a jaki mniej? W co warto inwestować, a jakie wydatki lepiej wstrzymać? Czy ktoś rozumie, co to jest ekonomika wojny? I czy ktoś się zastanawia, ile te wszystkie zbrojeniowe przedsięwzięcia będą kosztowały Polskę w najbliższych latach? Czy wydatki zbrojeniowe nas nie uduszą? Bo przecież wojna to zbyt poważne zajęcie, by pozostawiać ją w rękach generałów.
Wiadomo, gdy wybuchła wojna na Ukrainie, a nawet jeszcze wcześniej, gdy szef CIA poinformował polski rząd, że jest ona nieunikniona, trzeba było radykalnie zwiększyć wydatki na techniczną modernizację wojska. Niestety, były to typowe zakupy w panice, panic buy. Ze wszystkimi możliwymi błędami. Kupowaliśmy głównie za granicą, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i w Korei. Dziś widać doskonale, że wielkim błędem był brak poważnej dyskusji poza wojskiem w sprawie uzbrojenia, przemysłu zbrojeniowego, polskiej gospodarki, jej możliwości i potrzeb. Jeżeli już doszło do jakichś dyskusji, toczyły się one w Sztabie Generalnym, w Agencji Uzbrojenia, wewnątrz sił zbrojnych. Generał mówił, że trzeba, minister kupował. A przecież to nie wojsko będzie spłacać pożyczki zaciągnięte na zakup czołgów czy śmigłowców, tylko obywatele RP.
W ten sposób najważniejsze decyzje dotyczące bezpieczeństwa Polski, ale i jej finansów, sytuacji gospodarczej, włożono w ręce wąskiej grupy. Polityków i generałów. Politycy… W ich perspektywie troska o publiczne pieniądze, przekonanie, że trzeba je racjonalnie wydawać, schodzi na daleki plan, bo nie z tego są rozliczani, tylko z gestów. A skoro tak, to każdy pomysł jest dobry, jeżeli jest odpowiednio efektowny. Warto więc wołać: 96 Apache’ów! Bo to brzmi! Oto jest polityk, który sprawę bezpieczeństwa Polski
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Czas na ubrania z historią
Dlaczego zetki wybierają modę z drugiego obiegu
Odwiedzanie second-handów już dawno przestało być powodem do wstydu – dzisiaj to arena walki o unikatowy styl, ale też o przetrwanie ekonomiczne. W raporcie firmy doradczej OC&C Strategy Consultants „Second Hand Fashion Call to Action for First Hand Brands” opublikowanym w styczniu 2025 r. przewiduje się, że do 2029 r. polski rynek odzieżowy online z drugiej ręki osiągnie wartość ok. 12,5 mld zł.
Trend napędza głównie pokolenie Z. Jak pokazuje raport „Barometr E-shopper” (edycja 2025, Geopost/DPD), statystyczna zetka dokonuje online 61 zakupów rocznie i najsprawniej porusza się właśnie w obiegu wtórnym.
Motywacje są zróżnicowane. Dla 64% europejskich konsumentów tego rynku kluczowa jest oszczędność, ale to niejedyny powód. Coraz silniej na takie decyzje wpływają kwestie etyczne – 39% kupujących wybiera obieg wtórny, by wspierać bardziej odpowiedzialną gospodarkę. Dodatkowo 25% badanych lubi kupować od małych, niezależnych sprzedawców internetowych, 23% woli bezpośrednie transakcje z osobami prywatnymi, a 17% przyznaje, że takie zakupy są po prostu modne. Dla młodych to także szansa na nabycie marek premium, które w pierwszym obiegu pozostają poza ich zasięgiem finansowym. Ubrania te pokonują długą drogę: od Stanów Zjednoczonych, przez Zachód, po sieć logistyczną łączącą całą Polskę, by ostatecznie trafić na wieszak, gdzie ktoś doceni ich skład i design.
W tym świecie ekologia często przeplata się z twardą ekonomią. – W moim przypadku dużą rolę odgrywa czynnik finansowy, ale staram się też nie przykładać ręki do panującego konsumpcjonizmu – tłumaczy Patrycja, studentka, która z drugiego obiegu korzysta od lat. Jak podkreśla na Instagramie Jackob Buczyński, jeden z pionierów mody cyrkularnej (systemu projektowania, produkcji i użytkowania odzieży w obiegu zamkniętym, by maksymalnie wydłużać życie ubrań i minimalizować odpady – przyp. red.), którego poczynania śledzi ponad 91 tys. osób, ta zmiana mentalności jest fundamentalna. – Jeszcze kilka lat temu ubrania z drugiej ręki były dla wielu czymś wstydliwym. Dzisiaj unikatowa rzecz z historią ma często większą wartość niż kolejny nowy ciuch.
Vinted: ekonomia zamkniętego portfela
Dla Wioli, studentki korzystającej od lat z serwisu ogłoszeniowego Vinted, przeznaczonego do sprzedaży i wymiany używanej odzieży, stało się to sposobem na bezgotówkowe odświeżanie szafy. – Korzystam z portfela Vinted: za to, co sprzedam, od razu kupuję coś od innych – tłumaczy. Jednak system ma luki. Wiola zwraca uwagę na jego ciemną stronę – zalew odzieży z chińskich platform typu Shein, które psują rynek niską jakością. – Dziś kupowanie online to praca detektywistyczna. Trudno o dobre składy, wełnę czy jedwab, bo platforma jest zapchana ubraniami z poliestru,
Angielska Grobla – archipelag zapomnienia
Gdańska bańka spekulacyjna nad Motławą
Kwadrat: Angielska Grobla – Długa Grobla – Długie Ogrody – Seredyńskiego. W tej części Gdańska można z powodzeniem kręcić film wojenny, bez zbytnich ingerencji w scenografię. Zarząd Gdańskich Nieruchomości wyróżnia tu 200 budynków. Niemal połowa jest pusta, zamieszkana okazjonalnie jedynie przez najbardziej zdesperowanych. Tynk odpada z fasad kamienic jak łuszczący się naskórek. Ledwie jedna czwarta wszystkich oficjalnie zamieszkanych budynków ma uregulowany stan prawny. 81 lokali po kilku sezonach zimowych jest zadłużonych na kwotę 3,5 mln zł.
– Na prośbę jednej z lokatorek mieszkań komunalnych zlokalizowanych w dzielnicy Angielska Grobla złożyłem do Gdańskich Nieruchomości prośbę o udzielenie informacji publicznej dotyczącej stanu nieruchomości oraz ich statusu prawnego. Lokatorzy komunalni zakwaterowani w tej okolicy nie należą do najzamożniejszych. Jednak z uwagi na stan budynków płacą niemałe sumy za ogrzewanie. Budynki niesłychanie ciężko dogrzać. Jedynie 35 mieszkań podłączono do centralnego ogrzewania. Większość lokatorów w sezonie zimowym ratuje się ogrzewaniem gazowym lub zakupionymi na własną rękę piecykami elektrycznymi. Miasto przez brak polityki zarządzania w tym kwartale, a także w niektórych innych częściach Gdańska, wpędza lokatorów w ogromne zadłużenie – zwraca uwagę radny dzielnicy Śródmieście Michał Dziergas.
– Lokatorka, którą odwiedzałem wielokrotnie jako radny, bardzo się stara dbać o powierzone jej mieszkanie. Na własny koszt remontowała lokal, wynajmując techników i specjalistów sprawdzających stan instalacji oraz pieca gazowego. Pani Ewa jest emerytką szukającą wszelkich możliwości dorobienia. Wcześniej mieszkała przy Rzeźnickiej. Budynek, w którym wówczas mieszkała, jest już całkowitym pustostanem, do którego nie wolno nawet się zbliżać. Pani Ewa pracuje w opiece nad osobami starszymi oraz w firmie ochroniarskiej – relacjonuje Michał Dziergas.
Tej zimy regularnie zamarzały rury. Na klatkach schodowych osadzał się szron, bo drzwi wejściowe zostały wyrwane przez chuliganów. Technicy musieli odmrażać rury palnikami, przez co doszło do zaprószenia ognia w piwnicy jednej z kamienic.
Idylla, która grozi zawaleniem
Gdańsk od dekady zmaga się z problemem ogromnego zadłużenia lokali komunalnych. Sytuacja, gdy lokator nie reguluje czynszu przez pół roku, nie należy do rzadkości. Problemy ze ściągalnością opłat nie biorą się z wystawnego trybu życia mieszkańców, ale wynikają ze stanu budynków oraz ich struktury właścicielskiej. Zamiast jednorazowo przeznaczyć konkretną pulę środków na prace remontowe, miasto samo związało sobie ręce, biernie czekając na pożar lub katastrofę budowlaną.
– W typowej kilkupiętrowej kamienicy większość lokali stanowią mieszkania komunalne. Jednak z uwagi na powszechne w latach 90. wykupywanie mieszkań, mniejszość pozostająca w rękach prywatnych tworzy wspólnotę mieszkaniową. Właśnie te nieruchomości są dla władz miasta wygodną wymówką. Zgodnie z prawem utrzymanie części wspólnych spoczywa na wspólnocie mieszkaniowej. Ta zasada zwalnia miejskich włodarzy z obowiązku dbania o stan budynków. Przypomina to grę w ping-ponga. Jeśli istnieje możliwość zepchnięcia odpowiedzialności na kogoś innego, władze Gdańska niemal na pewno z niej skorzystają. Można się spodziewać, że odpowiedzialnością za niekorzystny stan rzeczy zostaną obarczone władze centralne. Rozwiązanie problemu pozostawione będzie wolnemu rynkowi, wspólnotom mieszkaniowym – wylicza Michał Dziergas.
W rezultacie nie prowadzi się programów remontowych. W tej sytuacji mieszkańcy Angielskiej Grobli w sezonie grzewczym płacą miesięcznie 1-1,2 tys. zł za ogrzewanie gazowe lub elektryczne. Ta suma to często trzy czwarte dochodów przeciętnego mieszkańca tej ulicy. Z lokalami zamieszkanymi sąsiadują te opuszczone, już od kilku lat straszące lodowatą pustką.
Ulica razi kontrastami. Nowoczesne bloki deweloperskie niczym restauracje sieci McDonald’s opasały pierścieniem poindustrialne kamienice z początku XX w. Bilbordy przedstawiają zielone wyspy kupionej na kredyt miejskiej idylli. Przy obecnych cenach nieruchomości na osiedla nie wprowadzą się młode małżeństwa. Oglądanie folderów reklamowych przypomina lizanie lodów przez szybę cukierni.
Michał Dziergas: – W tej okolicy z łatwością uchwyci się różnice między dwoma światami. Z jednej strony, miasto dla inwestorów, deweloperów, Gdańszczan, których stać na dobre życie oraz lokowanie kapitału w budowę lokali przeznaczonych na sezonowy wynajem. Resztę ulicy zajmują lokale dla ludzi utrzymujących się z 1,4 tys. zł emerytury i zabytkowy dworek z tabliczką: „Zakaz wstępu,








