Kraj
Praca bez kołaczy
Polacy należą do najbardziej zapracowanych w Europie
W Polsce w głównej pracy spędza się średnio ok. 38 godzin tygodniowo. Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego daje to piąte miejsce w Europie pod względem długości czasu pracy. Eurostat zaś plasuje nasz kraj w pierwszej trójce najbardziej zarobionych. Tak czy inaczej, to jeden z najwyższych wyników w UE, przy czym osoby prowadzące działalność gospodarczą pracują jeszcze więcej niż etatowcy. Dłuższy tygodniowy czas pracy odnotowuje się jedynie na Litwie i w Bułgarii (po 38,6 godziny), w Rumunii (38,4 godziny) oraz na Łotwie (38,3 godziny). Średnia unijna wynosi ok. 35 godzin tygodniowo. Na drugim biegunie znajdują się natomiast Holendrzy, którzy pracują najkrócej w Europie.
Na swoim (nie)lepiej?
Jak wskazują analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego, samozatrudnienie rzadko oznacza wolność od nadmiaru pracy. W 2025 r. osoby prowadzące działalność gospodarczą pracowały średnio 41,4 godziny tygodniowo, wyraźnie powyżej unijnej średniej wynoszącej 38,4 godziny. Na tle Europy widać zresztą wyraźne różnice: podczas gdy w Niemczech, Estonii, na Cyprze czy w Luksemburgu samozatrudnieni pracują znacznie krócej, w Grecji ich tydzień pracy wynosi już ponad 44 godziny.
Jeszcze więcej czasu poświęcają na pracę przedsiębiorcy zatrudniający pracowników. W tej grupie Polska niemal wpisuje się w unijną normę – 43,7 godziny tygodniowo wobec średniej 44,7 – ale w wielu krajach tempo jest jeszcze bardziej wyśrubowane. Prym wiodą przedsiębiorcy z Francji, Belgii czy Grecji, gdzie tygodniowy czas pracy zbliża się do 50 godzin. Z drugiej strony są takie kraje jak Łotwa czy Estonia, gdzie w tej kategorii pracuje się zauważalnie krócej. To pokazuje, że intensywność pracy jest kwestią nie samego poziomu rozwoju, lecz także przyjętego modelu gospodarczego i kultury pracy.
Na tym tle Polska wyróżnia się jeszcze jednym wskaźnikiem: wyjątkowo niskim udziałem pracy etatowej w niepełnym wymiarze. Zaledwie 6,2% pracuje na część etatu, podczas gdy średnia unijna wynosi niemal trzy razy więcej – 17,7%. W takich krajach jak Holandia, Austria czy Niemcy elastyczne formy zatrudnienia są standardem, a nie wyjątkiem. U nas pozostają marginesem, co tylko utrwala model pracy oparty na długich godzinach, a nie na efektywności.
Więcej nie znaczy lepiej
Dłuższy czas pracy wcale nie oznacza lepszych efektów, co wynika wprost z europejskich danych. To w Luksemburgu, Belgii, Danii, Holandii czy Francji – a więc tam, gdzie pracuje się relatywnie krótko – odnotowuje się najwyższą produktywność. Jak zauważają eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego,
k.wawrzyniak@tygodnikprzeglad.pl
Wielki amunicyjny szwindel
Zapasy amunicji zgromadzone w magazynach Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni
„Czy prawdą jest, że zapasy amunicji Wojska Polskiego wystarczą na pięć dni wojny?”, zapytano 25 marca 2025 r. w programie „Gość Wydarzeń” w Polsat News gen. Dariusza Łukowskiego, szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Człowieka, który miał dostęp do tajnych informacji o stanie polskiej armii. „Jest to możliwe w wielu obszarach, typach amunicji… Pięć dni. Może tydzień, może dwa. Potem – jak pomoc sojuszników nadejdzie w porę – być może zdarzy się jakiś cud”, odpowiedział generał.
Zapytany o to samo minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz z lekką irytacją odparł, że „sytuacja wygląda inaczej”, i doprecyzował, że chodzi konkretnie o amunicję artyleryjską kal. 155 mm. Przyznał, że tej amunicji mamy mało i „nadrabiamy stracony przez wiele ostatnich lat czas”.
Skala problemu szokuje, jeśli zestawimy ją z informacjami płynącymi z frontu ukraińskiego. Ukraińcy zużywają dziennie – w zależności od intensywności walk – 4-9 tys. pocisków kal. 155 mm. Szacuje się, że w latach 2022-2023 polski przemysł obronny produkował ok. 6 tys. takich pocisków rocznie! Coś z tym trzeba było zrobić.
W sierpniu 2025 r. w trakcie wizyty w Zakładach Chemicznych Nitro-Chem w Bydgoszczy premier Tusk zapowiedział zwiększenie ich produkcji. „W tym roku osiągniemy blisko 30 tys., a zamiarem ambitnym i bardzo realistycznym jest też to, że w perspektywie kolejnych dwóch lat osiągniemy pułap blisko 200 tys. rocznie”.
Nieżyjący już gen. Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, oceniał potrzeby polskiej armii na ok. 3 mln sztuk pocisków kal. 155 mm. „Tyle powinno być w magazynach, żeby było z czym wojnę rozpoczynać”, mówił. Przy rocznej produkcji 6 tys. pocisków kal. 155 mm osiągnęlibyśmy ten poziom po… 500 latach. Przy zapowiadanych przez premiera Donalda Tuska 200 tys. rocznie – wystarczy 15 lat. Ale to nie jest rachunek. To jest wyrok.
Wojna w Ukrainie dowiodła, że artyleria nadal jest „bogiem wojny”, a pozbawione amunicji armatohaubice Krab produkowane w Stalowej Woli czy kupione z wielką pompą koreańskie działa K9 szybko zmienią się w bezużyteczną kupę złomu. Poza tym, jeśli przed wojną jeden taki pocisk kosztował ok. 2 tys. dol., to po roku wojny jego cena wzrosła do 8 tys., by obecnie ustabilizować się na poziomie ok. 4 tys. dol.
Dla największego w Europie producenta tej amunicji, niemieckiego koncernu Rheinmetall, wytwarzającego ok. 700 tys. sztuk rocznie, to doskonała wiadomość. Dla polskich firm także, pod warunkiem że zaczną ją produkować na dużą skalę.
Zmarnowane miliardy
29 marca 2023 r., rok po rozpoczęciu przez Rosję wojny w Ukrainie, rząd Mateusza Morawieckiego przyjął uchwałę o ustanowieniu programu Narodowa Rezerwa Amunicyjna (NRA). Był to plan zakupu 1 mln pocisków artyleryjskich kal. 155 mm oraz zwiększenia mocy produkcyjnych polskiej zbrojeniówki do 200 tys. takich pocisków rocznie. Program opatrzono klauzulą „tajne”.
Po czym… nic się nie zmieniło.
Później media podały, że minister obrony Mariusz Błaszczak i minister aktywów państwowych Jacek Sasin połączyli siły, by program zablokować, bo jego pomysłodawcą był przyboczny Morawieckiego, obecny eurodeputowany Michał Dworczyk. Udało się. W roku 2023 z Narodowej Rezerwy Amunicyjnej nie wydano ani złotówki.
Za to Agencja Rozwoju Przemysłu ogłosiła w ramach NRA konkurs ofert. Jedyną propozycją, która spełniała rygorystyczne wymagania, okazała się oferta konsorcjum tworzącego spółkę Polska Amunicja. W jej skład wchodziły: Grupa WB – największy w tej części Europy producent dronów bojowych i amunicji
Adwokat pilnie poszukiwany
Skazany za oszustwa były olsztyński mecenas prawdopodobnie uciekł do Dominikany
O tej sprawie pisaliśmy kilkakrotnie. To na naszych łamach już w 2017 r. został nazwany „czarną owcą palestry”, a podsumowaniem tego cyklu stał się tekst „Krótka kariera mecenasa oszusta” („Przegląd” nr 49/2021). Wtedy były adwokat został skazany na cztery lata pozbawienia wolności, 80 tys. zł grzywny i zakaz wykonywania zawodu prawnika przez 10 lat. Sąd w Ostrołęce skazał też jego rodziców, którzy pomagali w naciąganiu ludzi przez przedstawiciela zawodu zaufania społecznego. Krzysztof K. miał wtedy 41 lat. Trzy lata później Sąd Apelacyjny w Białymstoku zatwierdził wyrok, ale po połączeniu spraw, które rozpatrywały jeszcze inne sądy, K. miał do odsiadki aż osiem lat. A że wcześniej zaliczył już dłuższy areszt, pozostało mu do odsiedzenia około sześciu lat. I wtedy zniknął bez śladu.
Karierę prawniczą zaczynał z rozmachem. Kręcił się w świecie lokalnego show-biznesu, zasiadając np. w jury konkursu Miss Warmii i Mazur. Jednak już wcześniej dał się poznać jako adwokat, którego stać na wszystko. Jeszcze jako aplikant zajmował się sprawą spadkową 50-letniej Agnieszki Sz. z okolic Olsztyna,
Nie ma tabletki na samotność
Seniorów zostawia się na pastwę śmierci za życia, a nastolatki cierpią na stany lękowe
– Zostawcie mnie na jeszcze jedną noc. Boję się, że umrę i nikt o tym nie będzie wiedział – prosi starsza kobieta w jednym z warszawskich szpitali. Z córką nie ma relacji. Nawet do głowy jej nie przychodzi, żeby „dziecko” ściągać z innego miasta.
Do tego samego szpitala dzwoni córka pacjentki i prosi, żeby mamę na jeszcze jeden dzień zostawić na hospitalizacji. Szpital wyraża zgodę. Po czasie okazuje się, że córka następnego dnia wylatuje na zagraniczne wczasy. Dobrze wie, że nikt matki nie wypisze w próżnię, jeśli ona jej nie odbierze.
Niezauważani
Praga-Południe. Mocno starsza pani, taka z rodzaju: świadoma i wykształcona. Bezdzietna. Po śmierci męża została zupełnie sama.
– Rozmawiałam z nią wielokrotnie, bo regularnie dzwoniła na nasz numer kontaktowy – opowiada Magdalena Rutkiewicz, prezeska fundacji Projekt Starsi, przeciwdziałającej przemocy wobec seniorów. – Kiedyś powiedziała, że najbardziej się boi wcale nie śmierci, boli tylko, że człowiek znika jeszcze za życia i nikt tego nie zauważa. Chodziła do lekarza, listonosz przynosił jej od czasu do czasu listy. To były jej jedyne kontakty. Myślę, że tak samotnych starszych osób jest bardzo dużo. Według badań ok. 30% cierpi na depresję – w geriatrii mówi się, że najpoważniejszą przyczyną depresji jest to, że ludzie są niezauważani. Jeżeli umiera ich partner lub jedyna bliska osoba z rodziny, zostają kompletnie sami i świat się nimi nie interesuje. Wszyscy jesteśmy zabiegani, każdy ma swoje sprawy.
Najbardziej drastycznym przykładem zniknięcia w zapomnieniu jest starsza pani z Legionowa, której ciało znaleziono w domu pięć lat po śmierci. Coraz więcej ludzi starszych mieszka samotnie i umiera samotnie. Powstały firmy specjalizujące się w sprzątaniu takich mieszkań…
Kodokushi – tak nazywa się problem samotnej śmierci w słynącej z długowieczności mieszkańców Japonii. Tam z roku na rok coraz więcej starszych osób umiera w samotności, bywa, że ich ciała są znajdowane po wielu miesiącach. W tejże Japonii seniorzy wielokrotnie popełniają drobne kradzieże,
Premier na najtrudniejsze czasy
Pomnik Tadeusza Mazowieckiego będzie symbolem III RP
Donald Tusk zaproponował budowę pomnika Tadeusza Mazowieckiego przed siedzibą rządu. – Postawmy mu pomnik, tu, przed Kancelarią Premiera, jego kancelarią – mówił. To znakomita inicjatywa, jedna z najlepszych w jego karierze politycznej. Dobra dla samego Tuska, bo pozwala mu wyjść z politycznej obłości i nijakości, która, jak pokazują sondaże, zupełnie mu nie służy.
W dzisiejszej polityce potrzebny jest sztandar, sens działania, potrzebni są bohaterowie. Koalicja 15 Października ich nie ma, to dlatego ulega prawicy, napastliwym atakom. Gdyby wiedziała, jakiej Polski chce, sama mogłaby narzucać ton. Ale przede wszystkim to inicjatywa dobra dla Polski. Tej obecnej i tej, która będzie. Dla nas samych.
Jako społeczeństwo jesteśmy zainfekowani kłótniami, coraz częściej traktujemy życie publiczne jako arenę wywoływania emocji, szczucia na aktualnych wrogów. Coraz częściej kierują nami emocje tłumu, bezustannie podpuszczanego przez żądnych władzy pseudopolityków. Sejm nie jest miejscem refleksji, ale awantur i swoistej rywalizacji, kto kogo mocniej obrazi. Pojawiają się nowe określenia: oburzing, zaoranie. To wszystko zwyczaje prymitywnej gawiedzi, której się schlebia.
Innymi słowy, polityka przestała być sztuką, stała się awanturą. Kto kogo. A refleksja, co z danych działań będzie wynikało, myślenie w kategoriach dłuższych niż najbliższa kampania zupełnie zanikły.
Możemy więc powiedzieć, że Tadeusz Mazowiecki do obecnej polityki nie pasuje, że to nie jego żywioł. Nie był demagogiem ani oszustem. Nie obiecywał gruszek na wierzbie. Nie dzielił, tylko szukał porozumienia. Myślał w kategoriach interesu Polski, a nie partyjnego. Nie obrażał, nie krzyczał – mówił spokojnie. Wierzył ludziom i dawał im szerokie pole do działania. I na tym polega jego siła.
Można długo wyliczać. Argumentów na potwierdzenie tezy, że Mazowiecki do dzisiejszej polityki nie pasuje, jest aż nadto. Rzecz w tym, że to nasz problem.
I dlatego Mazowiecki powinien mieć pomnik.
To będzie symbol. Przede wszystkim III Rzeczypospolitej. Tej, o której marzyły pokolenia – tolerancyjnej, będącej częścią Zachodu. Tej, w którą Mazowiecki nas wprowadził. Oczywiście nie sam, ale w tej grupie był sztandarową postacią. Poza tym symbol sposobu prowadzenia polityki: rozważnej, nieagresywnej i w końcu skutecznej. Symbol myślenia o Polsce. Warto to przypominać, bo widzimy, co dziś się dzieje.
Ale będzie to też symbol pokolenia. Tego doświadczonego wojną, a potem Polską Ludową. Państwem, które części dało wielką szansę, a taka zdarza się raz na wiele pokoleń. Ludzie ci zbudowali współczesne społeczeństwo, ulepili Polskę na nowo. I byli tą Polską czasem zachwyceni, czasem rozczarowani. Bo to była pół-Polska,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Paryska baśń Mai Chwalińskiej
Tak się już nie gra w tenisa?
To objawienie, iluminacja, fenomen – Maja Chwalińska podbiła świat sportu. Majomania zaczęła się w maju, jakżeby inaczej, ale pełną skalę osiągnęła z początkiem czerwca, kiedy już wszyscy chcieli osobiście przeżywać tenisową baśń o Kopciuszku. Dokonała się jedna z największych sensacji w historii polskiego sportu, jeden z najbardziej niezwykłych scenariuszy Wielkiego Szlema, a wszystko to za sprawą 24-latki z bielskiego klubu tenisowego.
Bielsko-Biała, celebrująca w tym roku status Polskiej Stolicy Kultury, za sprawą nieoczekiwanych eksplozji talentów Kacpra Tomasiaka na igrzyskach zimowych i Mai Chwalińskiej na kortach im. Rolanda Garrosa stała się prawdziwą stolicą polskiego sportu. Finał z Mirrą Andriejewą osiągnął w Polsce rekordową oglądalność, żaden z wielkoszlemowych finałów Igi, zresztą wszystkich zwycięskich, nie miał takiej widowni. To nie było nawet wyjście z cienia sławniejszej koleżanki, Chwalińska w Paryżu wychynęła z katakumb – aby zagrać w turnieju, musiała przejść trzyetapowe eliminacje, zaczynała szlema jako kwalifikantka z drugiej setki rankingu WTA.
Przez lata zmagała się z depresją, ale to „zawodowa” choroba perfekcjonistów. Chwalińska mówi, że rzadko bywa z siebie zadowolona w stu procentach. Zapytana o przyczyny nagłej eksplozji formy powołała się na 18 lat wysiłku, cierpliwości i wytrwałości. „Po prostu wreszcie kliknęło. Poziom mojego tenisa nie był tu jakiś nadzwyczajny w porównaniu z tym, co prezentowałam do tej pory. Bardziej wzrosła moja pewność siebie”.
Droga do finału wiodła przez ogranie mistrzyni olimpijskiej Zheng Qinwen (zdobyła medal właśnie na paryskich kortach), której Polka w drugim secie zafundowała bajgla (6:0), pokonanie doświadczonej Belgijki Elise Mertens (także drugi set do zera!), wyjście z kryzysu w meczu przeciw Greczynce Marii Sakkari (wygrana pomimo fatalnego początku – Maja przegrywała już 1:6, 1:2), pokonanie ulubienicy gospodarzy Diane Parry, doprowadzenie do frustracji primadonny Anny Kalinskiej (po porażce obszczekiwała Polkę, że ta umie grać tylko na mączce) i wygraną z Dianą Sznajder.
Tej bajki nie sposób było przewidzieć, sama Chwalińska nie była na nią przygotowana. Kolejne zwycięstwa powodowały, że pobyt się przedłużał, w pewnym momencie nie miała nawet pieniędzy na noclegi, na szczęście sponsor wykazał się refleksem i zapłacił. Jej rodzice żywili się przez trzy tygodnie tylko pizzą, bo kiedy ją zjedli przed pierwszym zwycięstwem Mai, uznali, że to dobry omen.
„Trudno się z tobą gra, dlatego że nie umiesz grać”,
Pacjent w kryzysie
Nowoczesne centra zdrowia psychicznego ratują życie
Kryzys zdrowia psychicznego można porównać do złamanej nogi. Nie da się czekać trzech miesięcy z rozpoczęciem leczenia. Im szybciej się je zainicjuje, tym większa szansa, że ten kryzys nie przybierze niepokojących rozmiarów.
– Szybki dostęp do leczenia dawały, i nadal dają, centra zdrowia psychicznego w pilotażu. Działa w nich punkt zgłoszeniowo-koordynacyjny, który jest czynny codziennie w dni robocze od godz. 8 do 18. Każdy mieszkaniec terenu, na którym działa centrum, może się tam zgłosić i od razu otrzyma wstępną pomoc od psychologa czy terapeuty środowiskowego – mówi dr Marek Balicki, psychiatra, były minister zdrowia.
Przeformułowanie opieki psychiatrycznej dla dorosłych Polaków trwało osiem lat. To był, jest, najdłuższy pilotaż nowoczesnej Europy testujący funkcjonowanie centrów zdrowia psychicznego.
– Mimo że przetestowany model jest obecnie zagrożony, tych ośmiu lat nie można nazwać czasem straconym, pacjenci przyzwyczaili się, że w psychiatrii można dostać wsparcie bez kolejek. Jednak Ministerstwo Zdrowia znów chce przeformułować funkcjonowanie centrów poprzez kontrolę, nadzór i ograniczenia. Jest silne przywiązanie do tradycji trzymania osób z doświadczeniem kryzysu psychicznego w szpitalach. Idea centrów zaś wymaga przełamania wielowiekowej tradycji myślenia o zdrowiu psychicznym. To najtrudniejsze – uważa prof. Jacek Wciórka, który współtworzył Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego i uczestniczył w działaniach na rzecz środowiskowej reformy ochrony systemu zdrowia psychicznego.
Co z piramidą świadczeń
Proponowane przez Ministerstwo Zdrowia zmiany zostały przedstawione 12 maja br. A ponieważ inny model opieki psychiatrycznej był testowany, a inny jest teraz proponowany, Radę ds. Zdrowia Psychicznego opuściło aż dziewięciu ekspertów.
Pilotaż centrów zdrowia psychicznego rozpoczął się w 2018 r. – 1 lipca minie osiem lat, więc model jest porządnie sprawdzony. W 118 centrach, które obecnie działają, nie było początkowego pogorszenia funkcjonowania, jak to czasem przy różnych reformach bywa. Wszędzie ułatwiony jest dostęp do psychologa,
Wszystkie chwyty Ziobry
Jak były minister i prokurator generalny pogrywa z wymiarem sprawiedliwości
Jeszcze kilka miesięcy temu był umierający. Łamiącym się głosem mówił, że zdiagnozowany u niego nowotwór przełyku z przerzutami daje mu mniej niż 10% szans na przeżycie. Zaatakowany chorobą organizm został dodatkowo osłabiony serią chemioterapii, immunoterapii i radioterapii, a następnie wielogodzinną operacją usunięcia przełyku i części żołądka. Jakby tego było mało, pacjent musiał regularnie przechodzić zabiegi poszerzania przewodu pokarmowego, aby móc oddychać i przyjmować pokarm. Koledzy partyjni prosili Polaków o modlitwę za zdrowie pierwszego szeryfa III RP. A pisowscy intelektualiści pod wodzą Bronisława Wildsteina wystosowali do posłów apel o niewyrażanie zgody na tymczasowe aresztowanie, które mogłoby „skutkować nieodwracalnym pogorszeniem stanu zdrowia Zbigniewa Ziobry lub nawet jego śmiercią”.
Minęło ledwie pół roku, a były minister sprawiedliwości cudownie ozdrowiał. Chrypka zniknęła, po problemach z mówieniem nie ma już śladu. Ziobro jest w tak znakomitej formie, że zatrudnił się jako amerykański korespondent TV Republika i zamieszcza filmiki z komentarzami w mediach społecznościowych. Śmieje się z „nieudaczników” Donalda Tuska i Waldemara Żurka, którzy pozwolili mu na ucieczkę do USA. Odgraża się „prześladowcom”, że wkrótce nastanie prawo i sprawiedliwość, a oni trafią na długie lata do więzienia.
Przy czym nic nie robi sobie z zarzutów, które chce mu postawić prokuratura. Przypomnijmy: według śledczych były minister, działając w zorganizowanej grupie przestępczej, miał się dopuścić 26 przestępstw związanych z rozkradaniem Funduszu Sprawiedliwości, za co grozi mu nawet 25 lat odsiadki. Miliony złotych zamiast na wspomożenie ofiar przestępstw zostały przeznaczone na zakup cyberbroni Pegasus do zwalczania przeciwników politycznych oraz na kampanie wyborcze polityków Solidarnej/Suwerennej Polski, trafiły do zaprzyjaźnionych mediów lub wprost do kieszeni działaczy partyjnych i związanych z nimi osób.
Jednak Ziobro jest mocny tylko w gębie. Gdy Sejm w listopadzie 2025 r. uchylił mu immunitet, dając zielone światło do zatrzymania i aresztowania, a prokuratura skierowała do sądu stosowny wniosek, nasz szeryf był już na Węgrzech, gdzie załatwił sobie azyl polityczny. Jednocześnie rozpoczęły się korowody prawne.
Sąd się nie śpieszy
Wniosek o aresztowanie prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa 13 listopada 2025 r. Ale posiedzenie aresztowe wyznaczono dopiero na 22 grudnia. Tłumaczono to obszernością materiału dowodowego, z którym musi się zapoznać sędzia. Była to osobliwa argumentacja. Sądy rzadko zapoznają się z całością materiału zebranego przez prokuraturę, a jeśli już, robią to niezwłocznie, zazwyczaj w ciągu kilkunastu godzin, nie odwlekając procedury. Tyle że do rozpoznawania sprawy Ziobry wylosowana została Agnieszka Prokopowicz, członkini Stowarzyszenia Iustitia,
Na skraju przepaści
Zmiany klimatyczne to czynnik decydujący o przyszłości lasów
Dr hab. Jakub Borkowski – profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, kierownik Katedry Leśnictwa i Ekologii Lasu
Znane jest powiedzenie: „Nie było nas, był las, nie będzie nas, będzie las”. Czy z perspektywy naukowca jest ono aktualne?
– W skali globalnej nie można mieć pewności, jako że w wielu regionach świata mamy już z tym problemy. Bo nie tylko maleje powierzchnia lasów, wycinanych głównie pod potrzeby rolnictwa, lecz także wzrasta ich rozdrobnienie. Tym samym następuje utrata łączności między poszczególnymi kompleksami, co oczywiście ma konsekwencje dla bioróżnorodności obejmującej wszystkie żywe organizmy oraz relacje między nimi. Nie widzę więc tak optymistycznego przełożenia tego porzekadła na realną sytuację lasów, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę zmiany klimatyczne, które będą miały dramatyczne konsekwencje.
Wróćmy do niedalekiej przeszłości, kiedy w lasach dominował łoskot harwesterów, potężnych maszyn do wycinki drzew. Takie masowe cięcie wywoływało gwałtowne protesty organizacji ekologicznych. Wydaje się, że skuteczne, bo chyba to się zmieniło na korzyść?
– Tak, protesty były równie głośne jak te maszyny i odniosły pozytywny skutek. Jednocześnie rykoszetem oberwali leśnicy, ponieważ ucierpiał ich wizerunek, a przecież wcześniej w hierarchii prestiżu zawodów zajmowali drugie miejsce, zaraz po strażakach. Zapalnikiem stał się konflikt w Puszczy Białowieskiej, gdzie wizja ekologiczna, zakładająca ochronę naturalnych procesów przyrodniczych, starła się z wizją gospodarczą, oznaczającą pozyskiwanie drzew oraz ich ochronę przed szkodnikami, głównie kornikiem. Ale ten spór doprowadził do powstania tzw. lasów społecznych, czyli kompleksów leśnych wokół 14 miast, mających przede wszystkim spełniać oczekiwania społeczne.
Na czym to polega?
– Chociażby na tym, że nie ma tam mowy o zrębach zupełnych, gdzie wszystkie drzewa są kompleksowo usuwane. Na marginesie – to gorący temat w leśnictwie nie tylko polskim, ponieważ wycinka wszystkich drzew na jednej powierzchni ma negatywne konsekwencje przyrodnicze. Chociaż z punktu widzenia gospodarczego to działanie bardzo proste: karczuje się teren zrębu i można sadzić „młody las”, ale zanim on wyrośnie, minie wiele czasu.
Pewnie z 50 lat?
– Raczej 70, 80 albo i 100 lat! Do momentu kolejnego pozyskania drewna. Natomiast w naturalnym układzie lasów drzewa są dużo starsze, a część z nich martwa. Nawiasem mówiąc, to jedna z poważniejszych przyczyn konfliktu między ochroną przyrody a gospodarką.
Ale nadleśnictwa mają plany, muszą osiągać dochody i zapewnić drewno do produkcji mebli, dla budownictwa i innych gałęzi gospodarki. Jak to pogodzić?
– Na pewno to jedno z poważniejszych wyzwań dla leśnictwa, nie tylko w Polsce. Chociaż akurat nasz kraj jest czwartym na świecie, a trzecim w Europie producentem mebli, więc to pokazuje skalę zapotrzebowania na drewno oraz jego znaczenie w gospodarce. Pytanie,








