Kultura

Powrót na stronę główną
Kultura

Polski sopran w sercu Mediolanu

Ewa Płonka w La Scali udowadnia, że talent i determinacja mogą zaprowadzić na sam szczyt

Media obiegła sensacyjna wiadomość, że polska śpiewaczka Ewa Płonka kilkakrotnie wystąpi w kwietniu br. w mediolańskiej La Scali (ostatni występ 24 kwietnia) w operze Giacoma Pucciniego w tytułowej roli księżniczki Turandot. Znawcy opery wiedzą, że dla głosu sopranowego jest to pokonanie co najmniej dwóch potężnych barier.

Po pierwsze, w teatrze operowym La Scala, który uchodzi za świątynię włoskich śpiewaków, publiczność, a także krytycy reagują niezwykle żywiołowo, zwłaszcza na obcokrajowców, ponieważ od pokoleń perfekcyjnie znają się na sztuce belcanta. W samym teatrze nawet garderobiane przygotowujące solistki do występu doskonale śpiewają. Znane są przypadki wybuczenia lub wygwizdywania nawet renomowanych solistów, jeśli w ich głosie dało się wychwycić zmęczenie, jakiś lekki przydźwięk czy deformację. Zdobycie uznania słuchaczy jest więc ogromnym sukcesem.

Drugą potężną barierą, którą śpiewaczka musi pokonać, jest sama rola Turandot, ekstremalnie trudna i dająca się przyzwoicie wykonać tylko sopranom o specyficznym gatunku głosu. Musi on mieć wielką siłę, a przy tym ciemną, a nie jasną (piskliwą), barwę. Musi wytrzymać na jednym oddechu całą przewidzianą przez kompozytora frazę, która wspina się po dźwiękach aż do legendarnego wysokiego c. Zwyczajowo taki typ głosu nazywa się sopranem dramatycznym, bo w odróżnieniu od sopranu lirycznego musi epatować, praktycznie powalać siłą. W roli Turandot występują czasami soprany mniej dynamiczne, ale wtedy cała ta partia nie robi tak ogromnego wrażenia.

Księżniczka bowiem jest właśnie okrutną,

b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Wszechświat zamknięty w dwóch godzinach

Scenariusz i aktor – to punkt wyjścia do tworzenia opowieści. Reszta to budowanie atmosfery

Jan Holoubek  (ur. w 1978 r.) – absolwent wydziału operatorskiego łódzkiej Filmówki (2001). Autor zdjęć do filmów m.in. Juliusza Machulskiego, Krzysztofa Zanussiego i Jerzego Stuhra. Jako reżyser debiutował dokumentem „Słońce i cień” (2007) o Gustawie Holoubku. Po kilkunastu latach na planie w roli operatora zaliczył głośny pełnometrażowy debiut reżyserski „Sprawa Tomka Komendy” (2020); obraz ten przyniósł mu nagrodę na 45. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zasłynął jako reżyser głośnych seriali: „Rojst” (2018), „Wielka woda” (2022) i „Heweliusz” (2025). W ubiegłym roku zadebiutował jako reżyser w Teatrze Telewizji sztuką Maxa Frischa „Biedermann i podpalacze” z Andrzejem Sewerynem w roli głównej. Za ten spektakl wyróżniony został Nagrodą im. Stefana Treugutta polskiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyki Teatralnej.

Jan Holoubek o kręceniu filmów

Robienie filmów to tworzenie nowej rzeczywistości. To jest cudowne. Bo możesz uciec od zwyczajności i codzienności. Masz możliwość stworzenia własnego świata. Alternatywy dla tego, co widzisz za oknem. To czysta, dziecięca radość, jak wtedy, gdy budowałeś domy z piasku i ulice z klocków Lego. Tworzysz świat, rządzisz jego prawami. Dajesz i odbierasz życie swoim bohaterom, kierujesz ich losem. Jasne, czasem film ma misję. Może coś zmieniać, wpływać na rzeczywistość. Ale na samym dnie potrzeby tworzenia jest jedno: chęć pokazania ludziom własnej wizji świata.
Jan Holoubek, Cezary Łazarewicz, Między światłem a cieniem, Agora, Warszawa 2025

 

Spadł na pana ostatnio deszcz nagród, zwłaszcza za podziwianego „Heweliusza”. Został pan również laureatem Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej przez krytyków za wybitne osiągnięcia w Teatrze Telewizji, za spektakl „Biedermann i podpalacze”. Zaskoczyło to pana?
– Jestem niezwykle zaskoczony tą prestiżową nagrodą i uznaniem, że to ja, człowiek właściwie niezwiązany z teatrem, raczej uciekający od teatru i unikający go, mogłem się sprawdzić w tej dziedzinie. I jakoś mi to wyszło.

Pisano, że to właściwie pański debiut w Teatrze Telewizji, choć wcześniej bywał pan operatorem spektakli telewizyjnych, a więc już się pan otrzaskał z warsztatem telewizyjnego teatru.
– Traktuję „Biedermanna…” jako debiut w Teatrze TVP, bo jednak praca jako autora zdjęć to inna materia niż reżyseria. To było dla mnie bardzo pouczające doświadczenie. Zupełnie nowe. Inne od tego w teatrze żywego planu, gdzie najwięcej zdarza się podczas prób stolikowych, kiedy szuka się dopiero klucza interpretacyjnego. Tak więc było to wejście w nową dla mnie materię.

Dlaczego sięgnął pan po tekst Maxa Frischa, opowieść metaforę o konformiście, który sam podaje zapałki podpalaczom swojego domu?
– Mogę tylko powiedzieć, że jestem ogromnym szczęściarzem, bo zafrapował mnie ten tekst, który trafił do mnie z redakcji Teatru TVP. To nie jest tak, że sam ten tekst znalazłem; dostałem trzy teksty do wyboru. W przypadku pozostałych nie byłem w stanie przebrnąć przez pierwsze trzy strony. A tekst Frischa od razu mnie zaskoczył,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Poza granice realizmu

Courbet, choć zapamiętany głównie za przyczyną skandalizującego obrazu, otworzył świat na impresjonizm, ekspresjonizm i kubizm

W Wiedniu, w Muzeum Leopoldów, trwa wystawa malarstwa Gustave’a Courbeta. Przeciętnym bywalcom muzeów ten francuski malarz z XIX w. (1819-1877) nie jest chyba zbyt dobrze znany. W Polsce nie było żadnej monograficznej prezentacji jego dorobku, ale przez znawców określany jest jako artysta, który całkowicie przeobraził światowe malarstwo, otwierając je na wszystko, co dziś nazywamy nowoczesnym. Stało się to dla mnie wielką zachętą do odwiedzenia tej wystawy, okrzykniętej jednym z najważniejszych wydarzeń artystycznych roku w Unii Europejskiej.

Ekspozycję zorganizowano we współpracy z Muzeum d’Orsay w Paryżu i Muzeum Folkwang w Essen, pod patronatem honorowym aż trzech prezydentów państw: Austrii, Niemiec i Francji. Dobitnie podkreśla to uznanie wyjątkowego znaczenia tego twórcy dla dorobku artystycznego całej naszej Europy. Na czym zatem polegają niezwykłe dokonania Courbeta?

Pytanie budzi szczególne, nieco pikantne skojarzenia. Na plakacie wystawy wyeksponowany został bowiem dokładny,

Gustave Courbet. Realist and Rebel
Muzeum Leopoldów w Wiedeniu
do 21 czerwca

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Sytuacje graniczne

Monodram wraca do opowiadania historii

Na zwołanych 40. Toruńskich Spotkaniach Teatrów Jednego Aktora (26-29 marca 2026 r.) w Baju Pomorskim dominował bioteatr, jak nazywa swoje monodramy Agnieszka Przepiórska, która sięga do historii zapomnianych bohaterek. Prawie wszyscy uczestnicy spotkań przypominali takie właśnie historie, przy czym większość spektakli oparta była na rzeczywistych wydarzeniach.

Toruńskie spotkania to najwytrwalej, bo od pół wieku, organizowany przegląd monodramów w Polsce. Dlaczego zatem dopiero 40. numer? Miały dziesięcioletnią przerwę, po której wróciły do kalendarza wydarzeń teatralnych. Ten powrót zawdzięczają Wiesławowi Gerasowi – przez ostatnie 20 lat patronował przeglądowi jako dyrektor artystyczny, a na 40. urodziny imprezy odznaczony został złotym medalem Zasłużony Kulturze Gloria Artis (serdeczne gratulacje!). Bywalcy spotkań zgotowali mu gorącą owację, bo dobrze wiedzą, że to właśnie Geras przed wielu laty jako młody szef toruńskiego klubu Iskra pierwszy w Polsce zapraszał na spotkania twórców spektakli jednoosobowych i z tych nieśmiałych prób wykluł się najpierw wrocławski przegląd monodramów, a potem ten toruński.

Program festiwalu aż pękał od wydarzeń i może dlatego organizatorzy nie znaleźli czasu na rozmowę o tych 40 już spotkaniach w Toruniu, a byłoby o czym gadać. Nie starczyło też czasu na promocję książki, którą Baj Pomorski wydał na swoje 80-lecie. Ale najważniejsze i tak były spektakle (i rozmowy po nich), starannie dobrane, wyraźnie akcentujące osobiste historie bohaterek i bohaterów monodramów. Widać to było nawet w nieudanym spektaklu Julii Ankiersztajn, jeszcze licealistki, za wcześnie dopuszczonej do udziału w spotkaniach, która najwyraźniej rozminęła się ze swoją bohaterką.

Ale to wypadek przy pracy. Pozostałe dziewięć monodramów trzymało poziom, wzbudzając niekłamany aplauz widowni. Wspomniałem, że inspiracją scenariuszy większości monodramów były rzeczywiste, często zapomniane postacie i zdarzenia. Wprawdzie Ernest Hemingway utrzymywał, że fikcja bywa prawdziwsza niż życie, ale podczas spotkań w pełni sprawdziło się to tylko raz. Przemysław Bluszcz otwierający przegląd błyskotliwym „Belfrem” wywiódł wszystkich w pole, wiarygodnie ukazując nauczyciela,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura Wywiady

Żyję muzyką, myślę dźwiękami

Jerzy Maksymiuk: orkiestra w człowieku

90. urodziny i 70-lecie pracy obchodzi jeden z najwybitniejszych polskich dyrygentów. Jego wielkość wynika nie z samych dokonań artystycznych, ale też z formatu osobowości, doświadczenia, intelektu i poczucia humoru.

Jak ciekawie ukazać sylwetkę artysty? Poprzez jego własne wypowiedzi i słowami innych muzyków. O sprawach najróżniejszych: muzyce, karierze, ale także modzie, obyczajach, kobietach, sporcie itd. Dlatego sylwetkę Jerzego Maksymiuka przedstawiam jako mozaikę różnych elementów, a nie chronologicznie ułożony spis dokonań. Zwłaszcza że Maksymiuk to wielka tajemnica.

Architekt czy Bóg?

Dyrygent i pianista to twórca, ale i odtwórca muzyki, którą napisał ktoś inny. Kim mistrz czuje się najbardziej?
– Może architektem muzyki. Rozmawiałem z architektami i jeden z nich zwrócił mi uwagę, że jestem dobrym człowiekiem, niezłym dyrygentem, a jeszcze obcuję z bogami. Mogę się z tym zgodzić. To, co robię, nie jest zawodem. Człowiek może być niewolnikiem i robić to, co musi, co mu każą, pracować na zamówienie. Ja niczego nie muszę. Biorę partyturę, czytam, czasami przepisuję i wtedy rozmawiam z geniuszami, z bogami.

Z kim konkretnie pan rozmawia?
– Z największymi: Beethovenem, Mozartem, Webernem. Ostatnio jednak więcej komponuję niż dyryguję. I wtedy to ja staję się Bogiem, o wszystkim decyduję. Inni będą ze mną rozmawiać za pośrednictwem muzyki.

Jerzy Maksymiuk stworzył wiele różnego rodzaju utworów: symfoniczne, chóralne, jest i muzyka filmowa. Pracował też nad koncertem fortepianowym, ale jako osoba bardzo samokrytyczna przyznał, że zadanie jest poważne. Przy okazji mówił: „Po Beethovenie nie było lepszego symfonika niż Sibelius. Napisał osiem symfonii, znakomitych, ósma jednak mu się nie podobała i spalił ją w piecu. Niestety, ja nie mam odpowiedniego pieca”.

Światowa kariera

Przez dziesięć lat był szefem BBC Scottish Symphony Orchestra. Michał Dworzyński, młody dyrygent „na rozbiegu”, mówił: „Historia muzyki zna przypadki długotrwałej owocnej współpracy zespołu z kapelmistrzem. Jerzy Maksymiuk stworzoną przez siebie Polską Orkiestrę Kameralną prowadził przez 12 lat i doprowadził na europejskie szczyty. Jeszcze dłużej kierowali swoimi orkiestrami Karajan czy Mrawiński. Tylko sukcesy na Zachodzie przekładają się na wysoką pozycję w naszym kraju. Świadczy o tym uznanie,

b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Wtedy i na zawsze…

Znawca ludzkich losów, psychiki, pragnień i namiętności. Myśliciel. Humanista. Mędrzec

Wiesław Myśliwski (1932-2026)

Ponad 45 lat znajomości. Chciałbym móc nazywać to latami przyjaźni, ale mnie, młodszemu o dwie dekady, w obliczu śmierci nie wypada tak nazywać naszej znajomości, tak bliskiej niemal od jej początku, której nigdy nie nazywaliśmy. Nie było takiej potrzeby. To, co wiadome, nie musi być etykietowane.

Wiesław Myśliwski był wiceprzewodniczącym Narodowej Rady Kultury, więc poznaliśmy się jesienią 1983 r., gdy zacząłem pracować w biurze NRK. Znałem już Jego nazwisko z adaptacji prozy, w pamięć zapadł mi do dziś film „Klucznik”. Książkę „Kamień na kamieniu” przeczytałem zaraz po jej ukazaniu się w 1984 r. i już wiedziałem, że Myśliwski to nie tylko wielki pisarz, ale też znawca ludzkich losów, psychiki, pragnień i namiętności. Myśliciel. Humanista. Mędrzec.

Twórca osobny

Tym, co mnie urzekło w tej powieści, a później w kolejnych Jego książkach, jest odmienność od tego, co czytałem dotychczas. Myśliwski na nikim się nie wzorował, nie był niczyim kontynuatorem, nie wyszedł z niczyjej szkoły literackiej, nie przynależał do żadnej formacji twórczej. Był twórcą osobnym, w jakimś sensie samotnikiem tworzącym literaturę wedle własnych, oryginalnych recept. Stworzył własny język i styl narracji. Stworzył własną postać narratora, może nie tyle „czułego”, ile wrażliwego na te wartości i te prawdy, obok których tak często przechodzimy, nie zauważając ich. Myśliwski – narrator – każe nam nad nimi się zastanowić, odnieść do nich. Ocenić, w jakiej relacji z nimi jesteśmy.

Pisano i pewnie pisać się będzie, że Jego twórczość osadzona jest i wywodzi się z literatury wiejskiej, chłopskiej. Nie zgadzam się z tym. Osadzenie akcji w wiejskich realiach, obsadzenie w roli bohaterów mieszkańców wsi nie świadczy w przypadku Myśliwskiego o charakterze Jego prozy, nie daje podstawy do takiej kwalifikacji. Te wiejskie realia to świadomy zamysł, metoda, by człowieka i jego życie opisać wyraźniej, jaśniej, bardziej dla czytelnika zrozumiale. Zaliczanie Myśliwskiego do nurtu literatury chłopskiej to niedojrzałość i nietrafność w odczytywaniu Jego prozy.

Tematem każdej powieści jest przeszłość. Przeszłość świata i człowieka. Myśliwski uświadamia nam, że przeszłość można rozważać, analizować ją, wyciągać wnioski, uczyć się na błędach, tęsknić za nią, opowiadać, ale powrócić do niej już nie można. Minęła. Myśliwski nie dawał jednoznacznej odpowiedzi na pytania o wątki autobiograficzne w swej twórczości. Ale im nie zaprzeczał. Pisząc o nas, o Polsce i Polakach, pisał przecież o sobie, o swoich odczuciach, przemyśleniach, refleksjach. „Za dużo pamiętam (…). Nie powinno się tyle pamiętać…” („Traktat o łuskaniu fasoli”).

Na pewno byłem ciekaw tego pisarza jako człowieka. Wydawał mi się bardzo niedostępny. Zwracał uwagę Jego spokój, pewność wypowiedzi bez zawahań, świadcząca o poprzedzającej je analizie, przekonanie o zasadności osądu w tej czy innej sprawie, celność wygłaszanej racji. Może nawet wyczuwałem w Nim pewien chłód,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Nieprzeciętne poczucie humoru

Rola kaowca w „Rejsie” była dla Stanisława Tyma legitymacją do kręcenia kolejnych filmów

W filmie Marka Piwowskiego „Rejs” w kultowej scenie „Gra w salonowca” fałszywy kaowiec, czyli Stanisław, leje po dupie filozofa, czyli krytyka literackiego, felietonistę, aktora nieprofesjonalnego Andrzeja Dobosza, i prowadzą ze sobą następujący dialog:

Filozof: Malarze holenderscy malowali ludzi starych i pokurczonych. Nie ukrywali brzydoty swoich modeli, ale pokazywali ich piękno, bo mieli dystans do swego tworzywa. W naszej piramidzie jesteśmy zarazem tworzywem i twórcami. Otóż, gdyby ktoś był niedoskonały fizycznie, nie wiedziałby, gdzie kończy się i gdzie zaczyna się jego brzydota. I nie sposób, żeby miał właściwy dystans do samego siebie. To jest powód, dla którego sądzę, że osobiście nie mogę już dłużej brać udziału w tej gimnastyce. Nie umiem znaleźć dystansu.

Fałszywy kaowiec: Dlaczego?

Filozof: Nie mogę być równocześnie twórcą i tworzywem. Mam chyba prawo wyboru.

Fałszywy kaowiec: Oczywiście. Proszę”.

Po czym mężczyźni na górnym pokładzie statku wymierzają sobie na zmianę klapsy. Chodzi o to, aby ten, któremu są wymierzane klapsy, zorientował się, kto mu je wymierza. Gdy fałszywy kaowiec leje po tyłku filozofa, ten wskazuje na kaowca, który z pewnością w głosie odpowiada mu: „Nie ja”.

Kiedy kaowiec leje filozofa ponownie, ten zdezorientowany mówi: „To ja! Bo jeśli nie pan, to widocznie ja”.

Na co kaowiec odpowiada przecząco i w najlepsze nadal pierze po tyłku kompletnie już zbitego z tropu filozofa.

W scenariuszu filmu wątek ten osadza pisarz, Janusz Głowacki. Jednak błędnie przypisuje się mu wymyślenie zabawy. W dupnika lub salonowca bawią się już kilka lat wcześniej aktorzy Studenckiego Teatru Satyryków. Jak mówi Ryszard Pracz:

– Dzisiaj aktorzy uciekają po spektaklach z teatrów jak do pożaru. A myśmy się nie mogli rozstać, więc kombinowaliśmy, co by tu jeszcze wymyślić, żeby ze sobą spędzać czas. Gra w dupnika była świetna, ale do tego trzeba było dłoni jak bochen chleba, a taką

Fragmenty książki Katarzyny Stoparczyk Tym. Człowiek szczery na trzy litery, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2025

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Bielsko-Biała bez kompleksów

Trzy idee przyświecają miastu: kreatywność, natura, wspólnota

– Gdy wychodzę przed dom, jestem na spacerze. Jeśli chcę być na spacerze w mieście, to jestem w mieście z piękną architekturą, świetnymi muralami, w mieście, w którym dużo się dzieje. Jeśli chcę być na spacerze wśród natury, wsiadam w autobus i za chwilę wysiadam w górach albo w lesie – mówi Jakub Krajewski.

– Mnie też to miasto kojarzy się z naturą, zielenią, lasami i górami, ale również z bajkami – dodaje Katarzyna Wolny.

– A dla mnie Bielsko-Biała to również Miały Fiat i włókiennictwo. I miasto wygodne do życia – dorzuca Anna Zgierska, szefowa tamtej dwójki, zastępczyni naczelnika Wydziału Kultury i Promocji Urzędu Miasta w Bielsku-Białej.

Na moście między Bielskiem a Białą – bo Bielsko-Biała jest jednym miastem dopiero od 1951 r. – władze zamontowały instalację przedstawiającą dziesięć symboli miasta. To Mały Fiat, bo był tu produkowany do 2000 r.; snowboardzista i góry, bo miasto leży na Pogórzu Śląskim u stóp Beskidu Małego i Śląskiego; wagonik kolejki linowej na najwyższy okoliczny szczyt – Szyndzielnię; tramwaj, bo tramwaje jeżdżą po mieście już od 1895 r.; rower – to znany ośrodek kolarstwa górskiego; lalka teatralna, bo tu odbywa się Międzynarodowy Festiwal Sztuki Lalkarskiej i działa Teatr Lalek Banialuka; szybowiec, kamera i saksofon, o których później. Jest więc wszystko, co kojarzy się z miastem i składa na jego kulturę. A w tym roku kultura jest tu kluczowa, o czym informuje napis: „Polska Stolica Kultury”.

Siedzimy w ratuszu, neorenesansowym budynku z XIX w., przyozdobionym flagami i plakatami, również z napisem „Polska Stolica Kultury”, w gabinecie Anny Zgierskiej. Na oknie stoją kwiatki, na ścianie wisi kalendarz przedstawiający panoramę miasta i reprodukcja „Pani w czarnym krawacie” Amedea Modiglianiego.

Urzędnicy opowiadają o starcie Bielska-Białej na Europejską Stolicę Kultury 2029. Wśród 12 kandydatów w finale znalazły się cztery miasta. Wygrał Lublin. Z inicjatywy trzech pozostałych oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego powołano Polską Stolicę Kultury (PSK). W tym roku jest nią Bielsko-Biała, w 2027 będzie Kołobrzeg, a w 2028 Katowice.

– Nasze hasło to „Tkamy dobrostan”, ponieważ Bielsko-Biała była znanym w Europie ośrodkiem włókienniczym – podkreśla Jakub Krajewski. – Tkamy kulturę nie jako fanaberię czy dodatek, ale jako narzędzie do zmiany w dzisiejszym świecie. Kulturę opartą nie jedynie na dziedzictwie i historii, ale idącą do przodu, bo tkamy dobrostan na bieżąco. Tkamy miasto splotów ludzi, wydarzeń i natury.

– Trzy idee nam przyświecają: kreatywność, wspólnota, natura – mówi Katarzyna Wolny.

Wspólnota, ponieważ organizatorzy zachęcają mieszkańców i lokalnych artystów do bycia kreatywnymi właśnie. Program PSK został zbudowany w dużej mierze na ich pomysłach. I wciąż mogą zgłaszać kolejne, w ramach tegorocznej edycji budżetu obywatelskiego, która też podporządkowana jest kulturze. Kulturze, która w Bielsku-Białej ma być dostępna w każdym znaczeniu tego słowa, również w tym, by nie zamykać jej w przestrzeni budynków, ale wyjść z nią w plener – i tu mamy naturę. Iść z nią w miasto, nie tylko do centrum, ale też w dalsze rejony i dzielnice.

Co do programu, dużym wydarzeniem będą Aerosploty, majowe obchody 80-lecia Zakładów Szybowcowych i 90-lecia lotniska. Szybowiec na moście to jeden z symboli miasta. W Bielsku-Białej mieszka w końcu najbardziej utytułowany pilot szybowcowy w historii,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Turner & Constable

Widoki niewidocznego świata

W Londynie aktualnie toczy się szczególny mecz. Tym razem nie na stadionie, lecz w słynnej galerii malarstwa Tate Britain. Wystawione zostały tam prace dwóch najsłynniejszych brytyjskich malarzy z przełomu XVIII i XIX w. – Johna Constable’a i Williama Turnera. Pretekstem była 250. rocznica urodzin jednego i drugiego. Powszedniego marcowego dnia, wiele tygodni po otwarciu ekspozycji, wszystkie bilety były wyprzedane. Wśród zwiedzających dominowali Anglicy.

Nie tak dawno w tej samej galerii oglądałem stałą wystawę dzieł Turnera, na której nazwisko Constable’a pojawiało się tylko w tle, raczej jako punkt odniesienia dla uznanego mistrza. Turner bowiem przedstawiany jest jako geniusz, który przeobraził angielskie i światowe malarstwo, wybiegając nawet setki lat do przodu.

Rywale i wizjonerzy

W jego cieniu pozornie tradycyjne malarstwo Constable’a, kojarzone z sielskimi obrazkami, wydawać się może wytworem starej epoki – tym, od czego odbijał się i uciekał Turner. Lecąc do Londynu, byłem przekonany, że właśnie temu służy zestawianie na jednej wystawie obydwu twórców. Nurtowało mnie jednak pytanie, dlaczego obaj ukazywani są w takiej samej glorii, jako „Rivals and Originals”, rywale i wizjonerzy.

Obaj startowali w malarstwie w tym samym czasie. Z pierwszej części wystawy wynika, że próbowali malować podobnie, podróżowali nawet w te same miejsca, starając się uchwycić piękno natury. Nie było to oczywiste – przed nimi malarze nie zajmowali się specjalnie pejzażami. Nie zasługiwały na to. Występowały w ich pracach raczej jako swoista dokumentacja majątków ziemskich lub jako tło przy portretowaniu ich właścicieli. Uczynienie z przyrody głównego bohatera stawało się zatem specyficzną i śmiałą nowością. Nie tylko dlatego, że malowanie w plenerze okazywało się technicznie niezmiernie trudne – z powodu czy to nagłych powiewów wiatru, czy to osiadających na farbie pyłków lub owadów. Malarz musiał nanosić farbę ze sprawnością żonglera – szybko i zdecydowanie, inaczej niż w zacisznym atelier. Było to jednak śmiałe również ze względu na odwagę obrazowania zwykłego świata w kategoriach niezwykłości.

Wystawę w galerii Tate otwiera głęboki pejzaż Turnera, przedstawiający popularną w Anglii górską dolinę Coniston w Kumbrii (historycznie część hrabstwa Cumberland i Lancashire) jako scenerię współczesnego raju. Chwalono go potem bardzo za szczegółowość obrazu, nie uświadamiając sobie pewnie tego, że sedno objawienia tkwi w czymś innym. Dziś powielibyśmy, że polegało ono na inicjowaniu zmiany podejścia do otaczającego świata, na dostrzeganiu boskości w tym, co dotąd było zwyczajnością.

Geniusz i przebojowość Turnera pozwoliły mu biec do sławy na skróty. Na londyńskiej wystawie, już w pierwszej sali, tej z najwcześniejszymi pracami, zobaczyć można jego słynny obraz olejny „Rybacy na morzu” („Fishermen at Sea”), namalowany w 1796 r.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kultura

Jan Holoubek z Nagrodą Treugutta

Na Jana Holoubka spada ostatnio prawdziwy deszcz nagród, zwłaszcza po podziwianym serialu „Heweliusz”. Tym razem jednak reżyser odebrał nagrodę za oryginalny spektakl telewizyjny, „Biedermann i podpalacze” Maxa Frischa.

To był jego reżyserski debiut w Teatrze Telewizji i od razu tak wysoko oceniony przez kapitułę Nagrody im. Stefana Treugutta, przyznawanej już od 25 lat. Uroczyste wręczenie odbyło się w gościnnych progach Galerii van Golik na warszawskiej Saskiej Kępie (14 marca 2026 r.) – gospodarz przygotował z tej okazji autorskie wersje plakatów seriali Jana Holoubka, a także wyróżnionego spektaklu.

Wnikliwą laudację na część Laureata wygłosił Grzegorz Mrówczyński, a prezes Klubu Krytyki Teatralnej SDRP Tomasz Miłkowski wręczył nagrodzonemu pudełko zapałek ozdobione plakatem spektaklu „Biedermann i podpalacze”, wyprodukowane unikatowo przez Janusza Golika. Laureat zapewnił, że niczego nie będzie podpalał.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.