Obserwacje
Ballada o księżej gospodyni
Lepsza michałowa na plebanii niż duchowny skaczący z kwiatka na kwiatek
Często gospodyniami na plebaniach zostają wdowy. Oddają się po śmierci męża na służbę Kościołowi, jakby jego odejście kończyło czas radości, możliwości zmiany, normalnego życia. (…) Oczywiście dziś wdowy mogą ponownie przyjąć sakrament małżeństwa, ale Kościół woli inne formy celebracji wdowieństwa i pięknie mówi o jego celach. (…)
Duchowni, z którymi rozmawiam, nie mają wątpliwości, że zdane na warunki panujące na plebanii, samotne i wykorzenione z normalnego cywilnego życia, są poniekąd bliskie księżom. Przyjmują pewne ograniczenia, a ich wyrzeczenie obejmuje nie tylko życie seksualne, ale i doświadczenia dotyku, czułości, intymnej rozmowy. (…) Wdowy często nie mają nic. Śmierć męża oznacza dla nich odejście żywiciela. Cieszą się z tego, że mają darmowy wikt i ciepłe miejsce do życia. Odpłacają się lojalnością. No i pewnie widzą tę posługę nie jako pracę, ale służbę – czują się potrzebne. Sformatowane przez Kościół, który afirmuje cierpienie oraz posłuszeństwo, znoszą niedogodności. Nawet jeśli popłakują nieszczęśliwe po kątach, swój ból ofiarowują na wyższą chwałę.
Łukasz Modelski, autor książki „Kuchnia na plebanii”, poznał realia zatrudnienia takich gospodyń: „Wiem, że są trzy rodzaje zatrudnienia. Pierwszy rodzaj to zatrudnienie – przez księdza lub plebanię – na konkretny rodzaj umowy. Drugi rodzaj zatrudnienia jest na czarno, a trzeci to wolontariat. I muszę powiedzieć, że większość sytuacji, o których słyszałem, to woluntarystyczne zajęcie w ramach »co łaska«”. Swego czasu na łamach organu katolewicy, a więc „Kontaktu”, pisał o tym również Tomasz Pliszewski: „Kopalnią dziwnych i patologicznych sytuacji jest zatrudnianie gospodyń na plebaniach. Bardzo często dochodzi tu do wyzysku, wypłacania bardzo niskich wynagrodzeń – przekazywanych oczywiście pod stołem – oraz pracy w nienormowanym czasie. Relacje księży z gospodyniami przybierają też czasem inny, mniej formalny, za to quasi-rodzinny charakter, i nie chodzi tu tylko o pełnienie roli kochanki, ale również np. matki, która z poczucia obowiązku i czystej sympatii dla księdza powinna prać, gotować i zajmować się domem”. Kościół stosuje tu wyrachowane strategie. Pracę w niedzielę, po godzinach, brak zapewnienia elementarnych warunków zgodnych z zasadami BHP uzasadnia się tym, że to w zasadzie jest służba. Grażyna Cholewa, również zajmująca się tym tematem, usłyszała od jednego z księży, że gospodynie muszą mieć referencje – wystawia je organista, członkowie Rady Parafialnej, przewodniczący Akcji Katolickiej. „Gospodyni to osoba, do której trzeba mieć zaufanie”, uzasadnia duchowny. „Trudno wymagać od niej, żeby rozliczała się z każdego grosza wydanego na chleb czy jajka. Dlatego są to zwykle panie z polecenia”.
Kobieta jednak ma siedzieć cicho. Od podejmowania decyzji są mężczyźni. Przecież Jezus też nie podważał nierówności społecznych charakterystycznych dla jego czasów, o czym świadczy chociażby to, że nie powołał do grona apostołów żadnej kobiety. Michałowa na plebanii to skarb: zwróci księdzu uwagę na te sprawy, o których mówić wiernym nie wypada, dba o to, by ksiądz się mył, chodził do dentysty czy systematycznie odwiedzał lekarza. No i plebanię ogarnie – miło jest, gdy w gospodarstwie znać kobiecą rękę. Innymi słowy, gosposie dyskretnie prowadzą realizującego wielką misję kapłana, który musi stąpać po ziemi, choć głowę trzyma przecież gdzieś wysoko w chmurach.
No, ale ten model gospodyń zanika. Obecnie panie nie muszą mieć określonego wykształcenia, wdowi status nie jest wymagany, a i młody wiek nie jest przeszkodą w zatrudnieniu na plebanii. Biskupi wiedzą, że te wszystkie kuzynki, siostry i inne krewne to często partnerki proboszczów. Nie budzą zgorszenia, wręcz przeciwnie. Wszak właśnie one dbają o stateczność księdza. Lepsza michałowa na plebanii niż duchowny skaczący z kwiatka na kwiatek. Przywiązane
Globus Behaima
Średniowieczni ludzie wiedzieli, że Ziemia jest okrągła, ale nie znali sposobu, jak ją opłynąć
Żelazne pręty. Drewniane obręcze. Kubły pulpy papieru płótnowanego. Farby i tusz w wielu kolorach. Ręce i kunszt mistrzów rzemiosła – kowali, drukarzy i ludwisarza. Z tych materiałów wyłania się kula o średnicy ok. 60 cm. Jest rok 1491, w niemieckiej Norymberdze powstaje wspaniałe i niezwykłe dzieło.
Rzemieślnicy pracują w pocie czoła nad globusem – modelem znanego im świata. Posiłkują się przy tym mapą wydrukowaną specjalnie w tym celu. Pustą kulę pokrywają gipsowym bielidłem, kredą malarską. Na tę okrągłą skorupę naklejają paski pergaminu. Potem miejscowy ilustrator rysuje i maluje na niej przez 15 tygodni mapę świata wzorowaną na drukowanym wzorze. Za całe dzieło, w tym za wino i piwo spożywane przez majstrów podczas pracy, płaci skarbiec miejski. Po ukończeniu globus zostaje umieszczony w sali obrad norymberskiego ratusza, majestatycznej gotyckiej budowli w centrum miasta, gdzie ma cieszyć oczy rajców i służyć ich oświeceniu. Zapowiada przyszłe zyski, jako że pokazuje miejsca, gdzie znajdują się drogocenne kamienie, perły, egzotyczne drewno i najlepsze przyprawy – bogactwa, których eksploatacją mogą się zająć obywatele Norymbergi.
Pomysłodawcą tego żmudnego przedsięwzięcia jest Martin Behaim (1459-1507), kupiec, podróżnik i nawigator. Od końca lat 80. był on nadwornym geografem króla Portugalii Jana II (zm. 1495). Jan II chce rozszerzyć strefę portugalskiego handlu i swoje rodzące się imperium na Atlantyk, Afrykę i Wschód, a Behaim uważa siebie za kogoś, kto odgrywa w tych zabiegach kluczową rolę. Jakoż słynie on w Norymberdze z tego, że – wedle własnych chełpliwych słów – „opłynął jedną trzecią świata”.
Globus Behaima jest świadectwem jednej z najstarszych zachowanych europejskich prób przedstawienia całego świata w formie materialnej kuli. Pokazuje on jak grupa podróżników, rzemieślników, uczonych i kupców, wyobrażała sobie świat na początku lat 90. XV w., w przeddzień spotkania Europy z Amerykami.
Globus Behaima, który obecnie znajduje się w Germańskim Muzeum Narodowym w Norymberdze, wygląda jak współczesny. Jest wielobarwny, z wyraźnie zaznaczonymi krajami, rzekami, nazwami ludów i miejsc, górami, zwierzętami i misternie wykaligrafowanymi tekstami. Znajduje się na nim ok. 2 tys. nazw geograficznych, 100 ilustracji i ponad 50 długich opisów, a więc jest on zarazem przedstawieniem Ziemi i swoistą encyklopedią. Z czasem pociemniał i pokrył się pęknięciami (a także został kilka razy nieudolnie odrestaurowany). Początkowo trudno się zorientować, co się znajduje na jego powierzchni, ale gdy wzrok się dostosuje, wyłaniają się kontynenty, wyspy i morza oraz małe rysunki – świat pełen szczegółów.
Martin Behaim urodził się w Norymberdze, a jego globus jest wytworem tamtej epoki i miejsca. Gdy Behaim kierował pracami nad stworzeniem globusa, Norymberga była jednym z największych ośrodków handlowych w Europie, opływającym w bogactwa. Dochody rodziny Behaimów pochodziły z handlu luksusowymi tkaninami – bawełną, bławatami, złotogłowiem, adamaszkiem i dywanami z Bliskiego Wschodu, Persji, a nawet Chin – sprowadzanymi do Europy przez Wenecję, handlu na wskroś międzynarodowego. Norymberga, podobnie jak Augsburg, Brugia, Kolonia, Florencja, Frankfurt, Londyn, Lubeka i Paryż, była szybko rozwijającą się składnicą zamorskich towarów dla średniowiecznej Europy, otwartą i ustosunkowaną. Zamożny ojciec
Fragmenty książki Anthony’ego Bale’a Przewodnik średniowiecznego obieżyświata, przeł. Andrzej Jankowski, Rebis, Poznań 2024
Szalony świat japońskiego Tindera
System zwrotów grzecznościowych keigo to jeden z najtrudniejszych do opanowania aspektów języka. Przyznają to sami Japończycy
Po założeniu profilu w aplikacji randkowej zaczęłam swipe’ować (przesuwać zdjęcia w aplikacji na telefonie): w lewo na nie, a w prawo, sygnalizując zainteresowanie. Wzajemne polubienie oznacza dopasowanie. Ponieważ wciąż nie potrafiłam odszyfrować kanji (pismo japońskie składa się z trzech rodzajów znaków, w tym kanji, czyli pochodzących z Chin ideogramów o zmiennej wymowie), posługiwałam się translatorem i udzielałam odpowiedzi w podstawowym japońskim. Szybko zauważyłam totalny brak poczucia humoru i błyskotliwych ripost. Większość wiadomości niewiele się od siebie różniła, były formalne, uprzejme, szablonowe. Podobnie jak w przypadku innych aspektów japońskiego społeczeństwa, również podryw podlegał określonym zasadom.
Powoli zaznajamiałam się z systemem zwrotów grzecznościowych keigo. Jest to jeden z najtrudniejszych do opanowania aspektów języka. Przyznają to sami Japończycy i nawet dla nich keigo stanowi spore wyzwanie. Wyróżnia się trzy stopnie formalności: teineigo, czyli podstawowe formy grzecznościowe, sonkeigo do wyrażania szacunku i kenjōgo, którego używamy, by mówić o sobie w duchu pokory. Od najmłodszych lat Japończycy przyswajają koncepcję senpai, osoby starszej, która świeci przykładem, oraz kōhai, osoby młodszej, mniej doświadczonej, która podąża za mentorem. W zależności od relacji z rozmówcą i okoliczności żonglują odpowiednimi zwrotami.
Na Tinderze większość wiadomości jest pisana w keigo. Moja japońska przyjaciółka Seina zabroniła mi odpowiadać mężczyznom, którzy nie podjęli tego wysiłku. Czy użycie zwrotów grzecznościowych naprawdę było gwarancją poważnych zamiarów? Szczerze w to wątpiłam. Keigo, w porządku, ale do którego momentu? Zwykle szybko pytałam mężczyzn, czy możemy przyjąć bardziej nieformalny ton, który lepiej opanowałam. Keigo narzuca dystans, który wcale nie pomaga w budowaniu bliskiej relacji. Seina wyjaśniła, że często porzucano formalny język po pierwszych randkach, a dokładnie po kokuhaku, czyli deklaracji wyznaczającej oficjalny początek związku. Czasami pary tkwiły w fazie keigo przez długie miesiące. (…)
Na Tinderze obowiązuje żargon, którego nie znajdziesz w podręcznikach. Odkrywałam także złożoność międzyludzkich relacji, którymi w Japonii rządzi rygorystyczny system oparty na hierarchii. Poznawałam różne sposoby wyrażania miłości. Mężczyzn i złożone, zmienne postrzeganie męskości. Kobiety i oczekiwania, jakie stawia przed nimi społeczeństwo. (…)
Dzięki Tinderowi poznałam zaskakujące słownictwo. Wygląd fizyczny i cechy osobowości dzielą się na ściśle określone kategorie. Weźmy twarz. Do najbardziej popularnych należą „solne” i „cukrowe”. Szczęśliwcy, których oblicze spełnia wyśrubowane kryteria – w pierwszym przypadku są to delikatne rysy i blada cera, w drugim okrągła i dziecinna buzia – ochoczo to podkreślają. Niektórzy szukają kobiety o twarzy tanuki („słodkiej”, z małym noskiem i dużymi oczami), inni opisują siebie jako Shōwa, co znaczy, że mają charyzmę, a jednocześnie cenią prostotę i są serdeczni w kontaktach z ludźmi. Jeszcze inni mężczyźni porównują się do psów pod względem wyglądu: miła twarz, duże, tare – czyli „opadające” – oczy, albo zaznaczają, że przypominają czworonogi z charakteru: wierni, tryskający entuzjazmem, wymagający nieustanej uwagi – są jak szczenięta, które wszędzie podążają za swoim panem.
Jasno określa się własne potrzeby i wychwala atuty. Jedni zapewniają amaeru, co znaczy, że ich partner będzie zawsze mógł na nich liczyć, będzie rozpieszczany, nie będzie musiał się martwić, że czymkolwiek ich urazi. Inni określają siebie jako amaenbo,
Fragmenty książki Vanessy Montalbano Tokyo Crush. Jak szukałam miłości w Japonii, przeł. Adriana Celińska, Znak Literanova, Kraków 2025
W stolicy mody palenie niemodne
W Mediolanie nie można już palić na ulicy, chyba że 10 m od innych osób. Naruszającym przepisy grożą kary od 40 do 240 euro
Od 1 stycznia 2025 r. we wszystkich miejscach publicznych Mediolanu, nawet na ulicy, obowiązuje zakaz palenia. Nowy przepis ma na celu poprawę jakości powietrza i ochronę zdrowia mieszkańców. Pomysł budzi jednak sporo kontrowersji.
„Palaczu, wyjdź! I cofnij się o kolejne 10 m!” – to komunikat informujący, jak muszą się zachowywać palacze w Mediolanie. Z tarasów i barów w mieście, także w dzielnicy Navigli, gdzie kwitnie życie nocne, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły popielniczki. W ich miejsce pojawiły się tabliczki antypapierosowe. Mają przypominać, że w stolicy mody palenie już nie jest modne.
Lekcja nowego stylu życia
Od 1975 r. zakaz palenia obowiązuje we włoskich szpitalach i transporcie, a od 2005 r. we wszystkich zamkniętych miejscach publicznych. W stolicy Lombardii od 2021 r. dotyczy on też placów zabaw, parków, obiektów sportowych i przystanków komunikacji miejskiej. Nowością jest to, że obecne rozporządzenie objęło również tarasy, bary, restauracje i wszystkie otwarte przestrzenie publiczne, w tym ulice. W miejscach tych nie można już palić, chyba że odsuniesz się o 10 m od innych osób. Naruszającym przepisy grożą kary w wysokości od 40 do 240 euro.
„Wprowadzamy nawyk niepalenia w pobliżu ludzi. Nie pali się tam, gdzie można wyrządzić krzywdę innym”, skomentowała zakaz palenia na zewnątrz, który obejmuje np. stoliki ustawione przed barami, zastępczyni burmistrza Mediolanu Anna Scavuzzo. „Ten zakaz jest wskazówką, jaki nawyk należy sobie wyrobić. Uważam, że w ten sposób najlepiej chronimy zdrowie. Palenie jest złe”, zauważyła wiceburmistrzyni.
Mediolan, znany z długotrwałego związku z modą i stylem, jest pierwszym miastem we Włoszech, które wprowadziło tak daleko idące ograniczenia dotyczące palenia na zewnątrz. Zakaz nie obejmuje jedynie waporyzatorów i papierosów elektronicznych.
Jak podaje włoski dziennik „Il Sole 24 Ore”, po wprowadzeniu nowego przepisu władze miasta nie nałożyły jeszcze na nikogo kary pieniężnej – wolą raczej edukować obywateli na temat nowego stylu życia. Z praktycznego punktu widzenia jednak sprawdzanie, czy nie doszło do jakichkolwiek naruszeń zakazu, było dotychczas niewykonalne, ze względu zarówno na tłumy turystów, jak i na mniejszą liczbę policjantów na ulicach.
Z otoczenia rady miejskiej, na której czele stoi burmistrz Giuseppe Sala, dochodzą głosy, że „łatwiej i szybciej jest zachęcić kogoś do zgaszenia papierosa, niż nałożyć na niego karę”. Poza tym celem zakazu nie jest zarabianie pieniędzy
Dobrowolny rozbitek
50 lat temu Jacek Pałkiewicz wpisał się w annały dziejów żeglugi, po raz pierwszy pokonując ocean niepokaźną szalupą ratunkową, bez sekstantu i łączności ze światem
Nie ma wyczynu bez ryzyka. Nie ma osiągnięć bez poświęcenia. Nawet dzisiejsi niby-wyczynowcy, walczący z cyfrowymi przeciwnościami losu, muszą poświęcić siedzeniu nad klawiaturą tysiące godzin, by robić to lepiej od innych.
Moja survivalowa gra o przetrwanie zaczęła się na światową skalę dokładnie przed 50 laty. I nie było w niej nigdy dróg na skróty. A rezygnacja często oznaczałaby po prostu wieczny spoczynek. 6 stycznia 1975 r. odbiłem pięciometrową szalupą z żaglem od mola portu w afrykańskim Dakarze. Pozostawiałem za sobą całą cywilizację, zdobycze techniki, kulturę, spory i nadzieje ludzkości. Wydałem się na pastwę Posejdona, aby bez radiostacji, sekstantu, zapasów i zabezpieczeń przepłynąć Atlantyk w charakterze dobrowolnego rozbitka.
Jako oficer pokładowy, nie mając za sobą szkoły morskiej, przez dwa lata pływałem na statkach panamskich i liberyjskich, miałem wtedy możliwość wysłuchać w wielu językach mrożących krew w żyłach opowieści o katastrofach i ich ofiarach. Chciałem dowieść, że umiejętności poparte hartem ducha pozwalają zwielokrotnić szanse przetrwania nawet w najkoszmarniejszych warunkach.
Na co dobrowolnie się skazałem? Na 40 dni dzikich fal, wichrów, wilgoci i słonej skorupy zasychającej na całym ciele. Na rozmyślania o nadziei i sile, na modlitwę o kolejny sprzyjający dzień.
Ale los prócz osamotnienia i dyskomfortu szykował mi jeszcze odcinki specjalne, jak nazwaliby to ścigający się rajdowcy. Wielka, czarna chmura przesłoniła horyzont, dzień zamienił się w wietrzną noc. Zygzaki szklistych piorunów przecięły nieboskłon, a sztorm postawił kilkumetrowe fale i dał im zadanie zatopienia drewnianej łupiny, na której zuchwały żeglarz postanowił wygrać z żywiołem.
Dziś, kiedy wspominam tamte trzy dni i noce, jawią mi się trochę jak z opowieści o Robinsonie. Były jednak do bólu prawdziwe. Przez 70 godzin niemal bez przerwy, jak zapomniany robot przy taśmie fabrycznej, pochylałem się, nabierałem wody z dna łodzi, by zawartość wiadra wylać za burtę. I znów, i jeszcze raz. A wszystko ze świadomością, że za chwilę następna fala poczęstuje mnie setkami litrów słonej wody, zimnej jak pocałunek Królowej Śniegu.
Odpocząć? Zasnąć? Zamknąć piekące od soli oczy? Tak, organizm tego właśnie się domagał. Wiedziałem jednak, że chwila słabości będzie podpisaniem aktu kapitulacji. Wyrokiem do natychmiastowego wykonania. Nie spałem więc, nie jadłem, piłem wodę z niewielkiego baniaka i pracowałem, pracowałem…
Trzy dni mogą się wydać wiecznością. Ale wygrałem swoją batalię. Wyczerpany, lecz zwycięski, zobaczyłem na horyzoncie kubański statek badawczy. Hura! Wygodna koja, ciepłe jedzenie, gwarancja powrotu do domu. Bo i oni mnie dostrzegli. Ale zaraz, zaraz… Jak ja będę patrzył sobie w oczy przez resztę życia? Rano przy goleniu? Dzień dobry, Jacku, który stchórzyłeś wobec wyzwania? Zdziwionych marynarzy i badaczy poprosiłem jedynie o podanie szerokości i długości geograficznej – i popłynąłem dalej.
Tę decyzję dziś, z perspektywy półwiecza
Tańczyć jak na tureckim weselu
Turcja dostrzegła potencjał turystyki ślubnej, a rząd wspiera ten pomysł
Korespondencja z Turcji
Hotel Akra w tureckiej Antalyi. Okno mojego pokoju wychodzi na morze, od świtu podziwiam więc stateczki wożące turystów i amatorów nurkowania. W hotelowym ogrodzie od rana trwa ruch. Na idealnie przystrzyżonym trawniku pracownicy ustawiają wokół okrągłych stołów białe krzesła ozdobione zwojami tiulu. Montowana jest też scena z kwietnym podestem, ktoś właśnie maskuje eleganckimi listwami ciągnące się po ziemi okablowanie. Już teraz wszystko wygląda jak scenografia filmu, a za kilka godzin będzie jeszcze ciekawiej. Wtedy pojawią się goście. Jedni w kompletnych etnicznych strojach, drudzy tylko z ich elementami, wszyscy kolorowi i ociekający luksusem. Wylewnie witani przez gospodarzy – zamożnego biznesmena z Ghany oraz rodziców jego wybranki – prowadzeni przez obsługę w nienagannych uniformach, przejdą do stolików, przy których spędzą następne godziny. Poderwą się, bijąc gromkie brawa, gdy urzędnik udzieli młodej parze ślubu, ruszą do tańca, gdy niezły turecki zespół, z pewnością nienależący do tanich, zacznie grać światowe hity, z entuzjazmem zareagują, gdy usłyszą też rodzime kawałki. Potem ustawią się w kolejce, by pozować z młodą parą na tle słońca chowającego się za górami Taurus. Miny zdradzają, że do Afryki wrócą zadowoleni, a tureckie wesele będą długo wspominać.
Jeszcze więcej do wspominania będą mieli goście innego tureckiego weseliska również w Antalyi, które odbyło się w tutejszym pięciogwiazdkowym hotelu. Jeśli wierzyć lokalnym gazetom, przygotowania do ślubu pewnej hinduskiej pary, która także postanowiła powiedzieć sobie „tak” właśnie w Turcji, rozpoczęto z ośmiomiesięcznym wyprzedzeniem. Z Kapadocji dostarczono młodym balony, z Indii część dekoracji. Przewiezienie do hotelu w dzielnicy Aksu roślin, tkanin i kostiumów wymagało wynajęcia siedmiu ciężarówek i co najmniej jednego samolotu, skoro z Indii przylecieli nawet tancerze, kucharze i wizażystki, które nie tylko dbały o makijaże, ale też wymalowały tradycyjne indyjskie wzory z henny na dłoniach 700 gości.
Nasz klient, nasz pan młody
Wspomniana impreza trwała kilka dni i nie była jedyną. Tylko ten hotel gościł w ciągu roku jeszcze 10 wystawnych wesel cudzoziemskich par, które w ostatnich latach upodobały sobie Turcję. Niektóre nigdy wcześniej nie były nad Bosforem, a kraj znają jedynie z seriali telewizyjnych. Skusiła je jednak renoma, jakiej – nie bez przyczyny – dorobiła się tutejsza branża ślubna.
Turcy uwielbiają wesela, a te wiążą się zazwyczaj z prawdziwą celebrą. Jest Noc Henny – rodzaj wieczoru panieńskiego, w którym – w zależności od regionu (i chęci) może uczestniczyć również damat – pan młody. Podczas tego wydarzenia w dłonie gelin, panny młodej, wkłada się grudki henny i złote monety. Śpiewa się też ludowe pieśni, dopóki przyszła żona się nie rozpłacze.
Wesele urządzane jest przez zamożne rodziny w jednym z lśniących salonów ślubnych, w których znajdują się niekiedy takie atrakcje jak sztuczna rzeka i gondole. Ubożsi zadowalają się miejscem pod dachem bazaru lub miejskim parkiem, zawsze jednak z tłumem gości, na wesele bowiem zaprasza się nie tylko najbliższą rodzinę i znajomych, ale i sąsiadów, dalekich krewnych, nauczycieli czy współpracowników.
Gdy młoda para lub rodzice – bo to oni figurują na zaproszeniach jako gospodarze imprezy – wybiorą miejsce i zapłacą zadatek, nie muszą już o nic się martwić. Dügün Salonu – salon weselny – dysponuje zwykle katalogiem, z którego można wybrać interesujące nowożeńców pakiety jedzenia, picia, przekąsek. Zespół? Żaden problem, salon zwykle współpracuje z muzykami. Fotograf? Proszę bardzo, jest i on. Modyfikacje pakietu? Tu już bywa gorzej.
– Turecki ślub ma zazwyczaj określony, sztywny scenariusz – mówi Magdalena Karhan, która dwa lata temu organizowała w Izmirze polsko-tureckie wesele i miała spore problemy z nakłonieniem organizatorów imprezy do zmian, które chciała wprowadzić.
– Chciałam zacząć ślub za
Serce idzie pod nóż
Kardiochirurgia zaczęła się od bójek i przestępstw
Kardiochirurgia zaczęła się od bójek i przestępstw. Ktoś kogoś ugodził nożem, a potem to lekarz stawał przed problemem i próbował go rozwiązać. Zawód zobowiązuje: lekarz powinien działać w każdej sytuacji zagrożenia życia, tego oczekują od niego wszyscy.
Według literatury to Ludwig Rehn jako pierwszy, 9 września 1896 r., dokonał pomyślnego zszycia rany serca. Czy bał się wykonywać taką procedurę? Istnieje domniemanie, że mógł się obawiać o swoją reputację. Dlaczego? Przez lata serce uchodziło za narząd, którego pod żadnym pozorem nie należy dotykać. Dotknięcie zawsze kończyło się śmiercią. Jak to? Chirurdzy nie potrafili szyć? To nie do końca prawda. Samo techniczne zszycie serca nie było problemem dla sprawnego chirurga. Kłopoty zaczynały się po kilku dniach, gdy dawały o sobie znać bakterie i rozpoczynał się proces infekcyjny. Nie istniała bowiem profilaktyka antybiotykowa. Nikt jeszcze takich leków nie wymyślił. Pierwszy antybiotyk, czyli penicylina, został odkryty przez Alexandra Fleminga w 1928 r. w Londynie. (…) W 1945 r. otrzymał za swoje odkrycie Nagrodę Nobla. (…)
Czy wiesz, że pierwsi chirurdzy serca uczyli się szycia od koronkarek? Ciekawe, co przy okazji tej nauki produkowali. Serwetki, kołnierzyki? Przez wiele lat dobry chirurg musiał być przede wszystkim szybkim chirurgiem, bo nie istniały techniki znieczulenia. Jedynie knebel z alkoholem w ustach.
W Polsce pierwsze chirurgiczne zaopatrzenie rany kłutej serca odbyło się 6 grudnia 1898 r. Tak przynajmniej donoszą materiały źródłowe. Przeprowadził je Witold Horodyński, a wydarzyło się to w klinice chirurgicznej prof. Juliana Kosińskiego, w szpitalu Świętego Ducha w Warszawie. Pacjentka niestety zmarła w 22. dniu po zabiegu. Kolejnym śmiałkiem był Wacław Maliszewski, który operował dwóch mężczyzn z ranami kłutymi klatki piersiowej, również bez pomyślnego rezultatu. Nieco więcej szczęścia mieli Jan Borzymowski i Ignacy Watten, a właściwie operowani przez nich pacjenci, którzy przeżyli. Pacjent dr. Borzymowskiego po wyzdrowieniu ponownie wdał się w bójkę z użyciem noża i był odwiedzany w więzieniu przez młodszych lekarzy, zdziwionych faktem, że mężczyzna po operacji serca miewa się całkiem nieźle.
Prawdziwym przełomem w dziedzinie kardiochirurgii było skonstruowanie maszyny pozwalającej na pozaustrojowe natlenianie krwi. Maszyna nazywana jest popularnie sztucznym płucosercem, a fachowo – urządzeniem do krążenia pozaustrojowego. Dokonał tego chirurg John Heysham Gibbon z zespołem inżynierów z IBM w 1953 r. Od tego czasu kardiochirurdzy mogli spokojnie wszywać protezy zastawek serca czy bajpasy, ponieważ krew krążyła w organizmie i była natleniana dzięki urządzeniu, którego zasadniczymi elementami są pompa i oksygenator. W Polsce krążenie pozaustrojowe wprowadzone zostało w klinice prof. Leona Manteuffla w Warszawie w 1959 r.
Warto wspomnieć o początkach kardiochirurgii dziecięcej w Polsce. Przed jej erą dzieci z poważnymi wrodzonymi wadami serca umierały. Pionierem był prof. Jan Kossakowski, który w 1937 r. objął stanowisko kierownika Oddziału Chirurgicznego Kliniki Pediatrycznej przy ul. Litewskiej w Warszawie.
Fragmenty książki dr n. med. Anny Słowikowskiej i Tomasza Słowikowskiego Serce w dobrym stylu, Marginesy, Warszawa 2025
Tamtego roku zima znów była zimą
Wieś nie jest idealna, a raj na ziemi nie istnieje. Nie ma tu też żadnej magii. Jest zwyczajne życie
Nastał najbardziej ponury moment w roku. Zmierzch zapadał już około trzeciej po południu. Kiedy kończyłam pracę, było już zupełnie ciemno. Psa wyprowadzałam na drogę tylko do miejsca, do którego docierało wątłe światło trzech latarni stojących przy szosie wiodącej ze wsi do wsi. Poza kręgiem ich światła ciemność gęsta i zupełnie nieprzenikniona, chociaż przez śnieg raczej szara niż czarna, sprawiała, że nawet pies, który może zastąpić patrzenie węszeniem i słuchaniem, nie miał odwagi, by tę granicę światła i ciemności przekroczyć. Ciągnął do domu, jakby wyczuwał, że w tej welurowej szarości czai się coś niebezpiecznego. Wolałam zaufać jego instynktowi. Chowaliśmy się szybko w cieple, chronieni bezpiecznymi ścianami. Tymczasem na zewnątrz też toczyło się życie.
Obfity śnieg i mrozy to ciężki czas dla naszych sąsiadów. Ale to też moment, w którym te dwa światy bardzo się do siebie zbliżają. Codzienne karmienie przywiązuje ptaki do miejsca i zachęca do regularnych odwiedzin w naszym sadzie. W krótkim czasie doczekaliśmy się wiernego skrzydlatego stadka korzystającego z obfitej stołówki. Na orzechy przylatują dzięcioły i sójki. Kalinę i berberys podjadają kwiczoły. Do karmników sypiemy ziarno, którym zajadają się mazurki, zięby, jery, dzwońce, grubodzioby i cała masa innych skrzydlatych stworków, które z kolei stają się pożywieniem dla drapoli. Na sikorki wpada do nas para krogulców. Pod ręką zawsze trzymam lornetkę, żebym mogła przyjrzeć się z bliska np. takiej scenie: Stanisława siedzi pod świerkiem i oskubuje. Niestety nie widzę, co złapała. Jest za daleko, schowana pod świerkiem, a zapada już zmrok. Widoczność słabnie, zacierają się kontrasty. Ale najpewniej pożera mazurka albo sikorę.
Sypaliśmy słonecznik i kukurydzę, a ptaków przylatywało coraz więcej. I nagle poszczególne ptaszydła postanowiły mi się przedstawić. Myszołów, bujający się jak sierota na gałęzi zbyt wiotkiej jak na jego ciężar, okazał się Zbyniem. Dzięcioł – Janem, krogulec – Stanisławą. Oczywiście mogłam się mylić, może była Stanisławem, ale nie miałam porównania, bo wspólnie zajrzeli do nas chyba tylko raz. A i tak wiadomo, że nie usiądą spokojnie jedno koło drugiego, żeby dać się zmierzyć. Strasznie ruchliwe są te krogulce. Wpadają do sadu nagle, nie wiadomo skąd, i nurkują w żywopłot. Gęste gałęzie nie stanowią dla nich żadnego problemu. Śmigają tak, że wzrok nie nadąża z uchwyceniem ich błyskawicznych ruchów.
Pewnego dnia pod wieczór mokry i ciężki śnieg przykrył błocko, w które zdążył się właśnie zamienić śnieg sprzed kilku dni. Zrobiło się ładniej, jaśniej, ale ptakom jeszcze ciężej. Nie nadążaliśmy z sypaniem
Fragmenty książki Doroty Filipiak Bug z tobą. Historie o życiu i śmierci na wsi podbużańskiego Podlasia, Paśny Buriat, Suwałki 2024
W krainie kadzidła
W starożytności było ono towarem cenniejszym od złota. Dziś to skarb Omanu
Korespondencja z Omanu
Khor Rori to jedno z najważniejszych stanowisk archeologicznych w Omanie, położone 40 km od Salali, stolicy muhafazy (prowincji) Zufar. W 2000 r., wraz z czterema innymi miejscami, zostało wpisane na Listę światowego dziedzictwa UNESCO jako część szlaku kadzidlanego, odpowiadającego historycznej Krainie Kadzidła. Tu znajdują się ruiny ufortyfikowanego miasta Sumhuram, które zostało założone w III w. p.n.e., a słynęło z produkcji i eksportu jednego z najcenniejszych towarów starożytności – olibanum, czyli żywicy kadzidłowej pozyskiwanej z drzew Boswellia sacra. Był to także ważny węzeł handlowy, skąd produkowane w Zufarze kadzidło wysyłano drogą morską do Indii i na Daleki Wschód. Tu zaczynał się też antyczny szlak kadzidlany wiodący przez Półwysep Arabski. Karawany ruszały z Khor Rori do Shisr, a następnie wędrowały przez pustynię Ar-Rub al-Chali, zatrzymując się jedynie w oazach. Szlak wiódł w kierunku Petry (dzisiejsza Jordania), następnie towar trafiał do Gazy, skąd był eksportowany do Egiptu, Grecji i Rzymu.
Ze starożytnej fortecy zbudowanej na wzniesieniu pozostały tylko kamienne fundamenty. Obchodzimy ruiny miasta i naszym oczom ukazuje się niesamowity widok: zatoka wcinająca się w ląd. Od morza oddzielona jest piaszczystą łachą, zalewaną podczas przypływu. W ten sposób tworzy się estuarium, w którym woda słona miesza się ze słodką, spływającą z gór.
Zachód słońca oglądamy z nadmorskiego klifu znajdującego się na wschód od miasta Taqah i stanowiącego część płaskowyżu rozciągającego się nad Morzem Arabskim. Brzeg jest wysoki, urwisty, z licznymi jaskiniami. Przed nami rozpościera się w dole Taqah z długą, białą, pustą plażą. Dawna wioska rybacka rozrasta się w mgnieniu oka. W oddali, po prawej stronie widać jeden z trzech królewskich pałaców znajdujących się w Zufarze, rodzinnej ziemi zmarłego w 2020 r. sułtana Kabusa ibn Sa’ida. Wokół pałacu wyrastają wystawne domy poddanych.
Na płaskowyżu stoi kilkanaście samochodów terenowych. Omańskie rodziny przyjechały tu na piknik. Przy autach rozstawiono turystyczne stoliki i fotele lub rozłożono na ziemi dywany. Mężczyźni w białych strojach, kobiety w czarnych, dzieci ubrane na kolorowo; popijają herbatę lub kawę, zagryzają daktylami i chrupiącym omańskim chlebem na miodzie. Mężczyźni powoli przygotowują się do wieczornej modlitwy, układając dywaniki modlitewne tak, by były zwrócone w kierunku Mekki. Z oddali dobiega głos muezzina.
Wdaję się w rozmowę z jedną z omańskich kobiet. Jest ubrana na czarno, ale w przeciwieństwie do większość Omanek nie ma zakrytej twarzy. Mówi, że pracuje w recepcji międzynarodowego hotelu i lubi rozmawiać z obcokrajowcami. Z dumą pokazuje mi willę usytuowaną w okolicy pałacu Jego Wysokości. Mówi, że Omańczycy otrzymują za darmo ziemię od rządu, by wybudować na niej swój dom. – Dlaczego omańskie kobiety noszą abaję (czarny strój), hidżab (chustę) i nikab (welon) zakrywający twarz? – pytam. Tłumaczy, że to tradycja i że wcześniej noszono kolorowe stroje. Moda na czerń przyszła z Arabii Saudyjskiej. To bardzo elegancki kolor. Pasuje do białych tunik mężczyzn.
Salala
Drugie co do wielkości miasto Omanu jest zamieszkane przez ćwierć miliona ludzi. Przy szerokich, dwupasmowych ulicach stoją nowoczesne, wysokie budynki w stylu arabskim: apartamentowce, biurowce, banki. Uderza brak trawników, chodników, a przede wszystkim pasów dla pieszych. Samochody jeżdżą z dużą szybkością, a ludzie – głównie robotnicy zagraniczni – przebiegają przez dwupasmówki, narażając życie.
Oman to trzeci co do wielkości kraj na Półwyspie Arabskim i jeden z najmniej zaludnionych na świecie. Ma 4,5 mln mieszkańców, z czego 60% to Omańczycy, a pozostałe 40% obcokrajowcy – głównie pracownicy z Indii
Młyny sprawiedliwości stanęły
Półtora roku byli małżeństwem. Nie mają dzieci, a on na prawomocne orzeczenie o rozwodzie czeka już ponad osiem lat
Piotr jest Polakiem, Valentina* obywatelką jednego z państw Ameryki Łacińskiej. Poznali się, gdy on przebywał służbowo w jej ojczyźnie. Kiedy wrócił do Polski, utrzymywali kontakt głównie poprzez komunikatory, media społecznościowe oraz krótkie wizyty. Po półtora roku znajomości postanowili się pobrać. Tym bardziej że Piotrowi szykował się służbowy wyjazd na Bliski Wschód i chciał zabrać Valentinę, która wykonywała wolny zawód.
Skromny ślub cywilny wzięli w kraju pochodzenia panny młodej, a parę miesięcy później odbyło się nieco bardziej huczne wesele w rodzinnym mieście Piotra.
Tyle nieufności i pomówień
Rok po ślubie. Małżonkowie zajęci pracą zawodową nadal mieszkają osobno, każde w swoim kraju. Valentina przylatuje dopiero kilka miesięcy przed planowanym wyjazdem męża na Bliski Wschód. Piotr obwozi żonę po Polsce i krajach ościennych. Organizuje dodatkowe lekcje angielskiego, a także kurs dla nauczycieli hiszpańskiego. Może w nowym miejscu żona będzie mogła uczyć w lokalnej szkole?
Niestety, coraz częściej pojawiają się między nimi nieporozumienia i sprzeczki. Do tego stopnia, że na ostatniej prostej Valentina odmawia wspólnego wyjazdu i udaje się do koleżanki, która mieszka w zachodniej Europie. Do męża, który zdążył wyjechać na Bliski Wschód, dołącza po paru tygodniach. Pożycie się nie układa. Często nastają ciche dni. Kobieta zamyka się wtedy w drugim pokoju i godzinami rozmawia z koleżankami przez internet. Rozżalony Piotr szuka telefonicznej pociechy u teściowej, która prosi go o cierpliwość dla jej córki.
Po kolejnej kłótni Valentina wyprowadza się ze służbowego mieszkania męża. Szybko otacza się gronem nowych znajomych. Piotrowi nadal zależy na małżeństwie. Ponieważ trudny związek i wyzwania w miejscu pracy skutkują u niego problemami ze snem, zgadza się, gdy żona proponuje terapię. Małżonkowie uczestniczą w kilku spotkaniach z psychologiem, jednak bez rezultatów. Tyle że jakiś czas później znów mieszkają razem.
Pewnego dnia ku swemu zdumieniu Piotr słyszy od żony, żeby „przestał ją dręczyć słownie i psychicznie”. Zarzut jest tak absurdalny, że coś musi się kryć za tymi słowami. Mężczyźnie zapala się czerwona lampka. Zaczyna baczniej obserwować poczynania Valentiny i nabiera podejrzeń, że ta zamierza za jego plecami wnieść o rozwód w swoim kraju. Wychodząc do pracy, włącza w swoim tablecie funkcję nagrywania i umieszcza urządzenie w dyskretnym miejscu. Kiedy wraca, nie zastaje Valentiny. Nie ma jej rzeczy ani żadnej kartki z wiadomością, a jej telefon milczy. Piotr sięga po tablet i słyszy żonę rozmawiającą ze znajomymi. Kobieta opowiada im, że musi się ratować ucieczką, bo mąż jej wygrażał.
To nie koniec psucia mu opinii. Po kilku dniach na służbową skrzynkę w miejscu zatrudnienia Piotra przychodzi wiadomość, w której Valentina pisze o przemocy w małżeństwie i sugeruje, że mąż cierpi na chorobę psychiczną. Półtoraroczne małżeńskie piekło przestaje być sprawą prywatną. Mężczyzna z rozdartym sercem składa w polskim sądzie pozew o rozwód bez orzekania o winie.
*Imiona bohaterów zmienione.






