Obserwacje

Powrót na stronę główną
Obserwacje

Przyjaźń na Jelonkach

Osiedle drewnianych domków na warszawskich Jelonkach powstało w 1952 r. dla budowniczych Pałacu Kultury i Nauki. Na obszarze ponad 30 ha postawiono pawilony hotelowe dla robotników i domki jednorodzinne dla kadry technicznej. Wybudowano także stołówkę, kino, łaźnię i przychodnię lekarską oraz boiska sportowe. Wśród pomalowanych na niebiesko-biało i niebiesko-czerwono domków biegło 8 km wewnętrznych ulic. Posadzono prawie 4 tys. drzew i 40 tys. krzewów. W 1955 r. po zakończeniu budowy PKiN osiedle przekazano Ministerstwu Szkolnictwa Wyższego i przeznaczono na domy studenckie warszawskich uczelni. Osiedlu nadano nazwę Przyjaźń. Oprócz studentów znaleźli tam lokum również pracownicy naukowi. W latach 70. osiedle zamieszkiwało 1,2 tys. studentów oraz prawie taka sama liczba pracowników warszawskich uczelni wraz z rodzinami. W maju 2024 r., po wygaśnięciu dzierżawy, zarządzająca osiedlem przez ostatnie 12 lat Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej zwróciła teren miastu. Zmiana właściciela wzbudziła wśród mieszkańców zrozumiały niepokój o dalszy los osiedla. Ratusz zapewnia o chęci zachowania unikatowego charakteru osiedla Przyjaźń i udzieleniu wszystkim pomocy. Zobaczymy.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Szkolny problem komórkowy

Nie tylko Polska wciąż nie opowiedziała się jasno za zakazem korzystania ze smartfonów przez uczniów

Z początkiem roku szkolnego wrócił problem używania przez uczniów smartfonów i innych urządzeń elektronicznych. Kwestia ich posiadania, ograniczania dostępu do nich czy całkowitego ich zakazu od jakiegoś czasu spędza sen z powiek europejskim (ale nie tylko) decydentom odpowiedzialnym za edukację.

W polskich szkołach telefony komórkowe nie będą w najbliższym czasie zakazane. Rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak uważa, że podjęcie decyzji musi poprzedzić dyskusja z udziałem dzieci, rodziców, nauczycieli i polityków. W marcu br. Instytut Spraw Obywatelskich wystosował do ministerstwa apel o zakaz używania w szkołach telefonów komórkowych. Wskazał przy tym problem globalny: urządzenia te uzależniają młodych ludzi i powodują m.in. problemy z koncentracją.

Od kilku już lat coraz więcej krajów zakazuje używania telefonów komórkowych w szkołach. Nie można korzystać też z tabletów ani czytników elektronicznych. Ostatnio do coraz liczniejszego grona zakazowiczów dołączyły Wielka Brytania i Holandia. Zakaz używania telefonów obowiązuje już w Grecji, a za nagranie kogoś może tam grozić wydalenie ze szkoły. We Francji, gdzie uczniowie przed rozpoczęciem zajęć są zobligowani do pozostawienia komórek w szafkach, wdraża się tzw. przerwę cyfrową.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez UNESCO, usunięcie smartfonów ze szkół w Belgii, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii przyczyniło się do poprawy wyników nauczania. Zauważalna jest ona szczególnie wśród uczniów, którzy wcześniej mieli trudności z nadążaniem za rówieśnikami. Zakaz komórek wprowadzono także w Chinach. W szkołach podstawowych w Kantonie niedozwolone są nawet zegarki typu smartwatch!

Co ciekawe, w naszej części Europy rozwiązanie kwestii komórek wydaje się większym wyzwaniem niż w krajach starej Unii. Za utrzymaniem możliwości swobodnego korzystania ze smartfonów i innych technologicznych nowinek XXI w. opowiada się – co wielu zaskakuje – całkiem liczne grono.

Zobaczmy, jak z problemem radzą sobie nasi sąsiedzi oraz bratankowie, których poprzednia ekipa rządząca tak często stawiała nam za przykład.

 

CZECHY

Czeskie ministerstwo edukacji unika zajęcia konkretnego stanowiska. U naszych sąsiadów raz po raz rodzi się (przy czeskich standardach nie na miejscu byłoby mówić „wybucha”) komórkowa dyskusja edukacyjna. Ostatni spór dotyczy decyzji radnych gminy Vsetin na Morawach. Nakazali oni bowiem szkołom podstawowym podlegającym ich jurysdykcji wprowadzenie zakazu używania komórek przez uczniów, i to na wszystkich lekcjach. Czeski resort edukacji orzekł, że to decyzja nieważna, bo gminy nie mają prawa podejmować takich działań. „Możemy miesiącami prowadzić dyskusje na temat opinii prawnych, ale edukacja dzieci i ich zdrowie psychiczne nie mogą już dłużej czekać”, oświadczył natomiast Jiří Čunek

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Bezimienni z Puerto Berrío

To rzeką Magdaleną od początku konfliktu w Kolumbii spływają zwłoki zabitych partyzantów z FARC, ofiar karteli i innych „znikniętych”

Kolumbia w Polsce postrzegana jest jako kraj o dwóch obliczach. Z jednej strony, José Arcadio Buendía, założyciel magicznego Macondo… Z drugiej – narkotykowy boss Pablo Escobar, kartele, płatni zabójcy, porwania dla okupu, przemoc. Wojna domowa i konflikty zbrojne, które od połowy XX w. trawiły kraj spływający krwią. Początki i źródła kolumbijskiego konfliktu są trudne do ustalenia nawet dla badaczy. Niektórzy sądzą, że praprzyczyną wszelkich sporów jest powstanie pod koniec lat 40. XIX w. dwóch antagonistycznych partii politycznych – liberalnej i konserwatywnej – które od tamtej pory wielokrotnie toczyły ze sobą krwawe boje (…). Inni badacze uważają, że przemoc w Kolumbii tliła się nieprzerwanie przez cały wiek XX. Jeszcze inni, szukając zarzewia konfliktu, wskazują na lata 20. i 30., okres buntów przeciwko stosunkom własności panującym na wsi, kiedy chłopi stawali w szranki z właścicielami ziemskimi i z wojskiem, które często broniło zagranicznych interesów, choćby United Fruit Company. Są i tacy, którzy wskazują na rok 1964, kiedy powstały dwa największe ugrupowania partyzanckie: Rewolucyjne Siły Zbrojne Kolumbii (FARC) i Armia Wyzwolenia Narodowego (ELN), a w kraju wybuchła wojna domowa, trwająca ponad pół wieku, do chwili gdy rząd kolumbijski nie podpisał pokoju z partyzantami (guerrilleros) z FARC. Poza wojskiem z guerrillą walczyli też paramilitares, oddziały samoobrony utworzone przez właścicieli ziemskich. Od lat 70. rosnący w potęgę biznes narkotykowy bratał się z zajmującą trudno dostępne rejony partyzantką dopóty, dopóki spadek cen kokainy i ofensywa wojska przeciwko kartelom w latach 90. nie pociągnęły kolejnej fali przemocy.

Praktycznie od początku XX w. na istniejące konflikty w Kolumbii nakładały się kolejne. (…) U progu XXI w. Kolumbia często była nazywana imperium zła, republiką terroru, krainą kokainy, a nawet cywilizacją śmierci i przemocy.

A jednak poza narkoprzeszłością Kolumbia kojarzy się przecież z literaturą piękną, a jej przedstawicielki i przedstawiciele (…) złotymi i srebrnymi zgłoskami zapisali się też w pamięci polskich czytelników. Co ciekawe, część z nich łączyło lub łączy powieściopisarstwo z działalnością dziennikarską. I tak np. Gabriel García Márquez, laureat Literackiej Nagrody Nobla z 1982 r., był również korespondentem i reporterem, a założona przez niego fundacja (dawniej FNPI – Fundación para un Nuevo Periodismo Iberoamericano, dzisiaj Fundación Gabo) od dziesięcioleci wspiera reporterów i dziennikarzy z Ameryki Łacińskiej, organizuje warsztaty i przyznaje prestiżowe nagrody.

Jedną z wykładowczyń tej fundacji jest Patricia Nieto, reporterka, dokumentalistka i profesorka dziennikarstwa na Uniwersytecie w Antioquii, która od lat zajmuje się kolumbijskim konfliktem, zbiera głosy świadków i stara się ocalić od zapomnienia pamięć o „znikniętych”, którym ktoś wyraźnie i często dosłownie pomógł zapaść się pod ziemię. Opowiada o bólu tych, którzy utracili swoich najbliższych, i analizuje skutki, jakie dla społeczeństwa kolumbijskiego miało ponad pół wieku przemocy. (…) To rzeką Magdaleną od początku konfliktu zbrojnego w Kolumbii spływają zwłoki zabitych partyzantów z FARC, członków oddziałów paramilitarnych, ofiar narkotykowych karteli oraz innych „znikniętych”.

Ciała bezimiennych, N.N., nomina nescio, wplątują się w rybackie sieci, zahaczają o gałęzie, przybijają do plaż najdłuższej w Kolumbii rzeki. Następnie wyławiane przez mieszkańców spoczywają w ścianie na lokalnym cmentarzu w miasteczku Puerto Berrío.

Właśnie w ścianie, bo cmentarze w Ameryce Łacińskiej, zresztą tak jak w Hiszpanii, przypominają polskie kolumbaria (…). Część mieszkańców Puerto Berrío wierzy, że jeśli wybierze sobie któregoś N.N., przyozdobi jego płytę, nada mu imię i będzie modlić się o jego duszę, w zamian uzyska ochronę i wstawiennictwo. (…)

Aleksandra Wiktorowska, tłumaczka

„Na stole w prosektorium wszyscy jesteśmy równi”, mówi Jorge Pareja, lekarz medycyny sądowej, który przez dekadę badał wszystkich zmarłych w Puerto Berrío. Jednak bezimienne ciała są najcichsze i najbardziej ponure. Nikt o nich nie mówi ani nie pyta o nie. Tylko zmaltretowane zwłoki rozciągnięte na stole mogą pomóc ustalić, czy była to kobieta czy mężczyzna, osoba młoda czy stara, wysoka czy niska, korpulentna czy szczupła, czarnoskóry czy Indianin. Obliczyć, czy została pozbawiona życia wczoraj, sześć dni czy ponad miesiąc temu. (…) Zorientować się, czy po śmierci ją poćwiartowano, rozcięto jej brzuch, wyciągnięto trzewia, a do żeber przywiązano worek wypełniony kamieniami i wrzucono ją do wód rzeki Magdaleny. Kto wie, kim jest ten, którego myją silnym strumieniem wody ze szlaucha. Kim jest? – zastanawia się lekarz medycyny sądowej.

Jorge Pareja jak nikt inny zna meandry tego pytania. Pewnie istnieje sposób, by poznać tożsamość wyłowionego: imiona, nazwisko, wiek, miejsce urodzenia, zawód; a także, co jest nie mniej ryzykowne, jakie było to ciało za życia i jak zachowało się w momencie śmierci. „To zaskakujące, że zwłoki mogą przebyć 200 km i dotrzeć w stanie umożliwiającym autopsję”, mówi Pareja i stara się opisać zdarzenie, które nadal nim wstrząsa, choć jako lekarz patomorfolog codziennie mierzy się ze śmiercią z krwi i kości.

Kiedyś nie miał dyżurów w prosektorium i w niedzielne popołudnia łowił ryby w Magdalenie. Tak samo jak wtedy, gdy był małym chłopcem w Puerto Berrío, a wujowie zabierali go nad rzekę, tak samo jak wtedy, gdy był studentem medycyny i spędzał wakacje z tymi samymi wujami na tych samych brzegach, nad tą samą rzeką z dzieciństwa. Po prostu łowił. Podparty o kamień, trzymał wędkę i wpatrywał się w brązową wodę, cicho przepływającą obok. Nagle z głębi dał się słyszeć narastający szum, który zamienił się w huk, w momencie kiedy wody się rozstąpiły, uwalniając straszydło. Najstarsi nie odezwali się ani słowem, dlatego że scena była im dobrze znana, ale Jorge nie mógł oderwać oczu od humbaka, popychanego przez nurt, zmierzającego w ich kierunku. Dwie minuty później minął go zmaltretowany, połamany, rozkładający się martwy z wody, który wkrótce miał trafić na jego stół lekarza sądowego w szpitalu La Cruz albo w kostnicy miejscowego cmentarza.

Fragmenty książki Patricii Nieto Wybrani, przeł. Aleksandra Wiktorowska, Wydawnictwo ArtRage, Warszawa 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Wszystkie jesteśmy Hausfrau

Wmawianie nam, że powinnyśmy pracować jeszcze więcej dla dobra gospodarki, to bezczelność – mówią Szwajcarki

Cisza w Worblaufen na przedmieściach Berna wybrzmiewa razem z miarowym szumem pobliskiej autostrady. Jeśli skręcić za ostatnim niskim domem, można już zobaczyć zarys ośnieżonych szczytów Alp Berneńskiego Oberlandu. (…) Stojący tuż za pastwiskiem wiejski pałacyk zwraca uwagę czerwienią piętrzących się na parapetach geranii. W tym budynku na prowincji mieści się najważniejsze archiwum dokumentujące historię ruchu praw kobiet w Szwajcarii. Jego twórczyni, Marthe Gosteli, już w latach 80. wzięła na siebie rolę strażniczki pamięci i zaczęła systematyzować spuściznę emancypantek. Białe segregatory z korespondencją, dokumentami, wycinkami z gazet, petycjami zaczęły piąć się po regałach w jej rodzinnym domu. I tutaj zostały. Dzisiaj dzieło założycielki archiwum kontynuuje fundacja jej imienia.

Jedną z zarządzających archiwum jest Simona Isler, historyczka specjalizująca się w kwestii pracy kobiet. Żeby pomóc mi zrozumieć znaczenie roli kobiet w rozwoju gospodarczym jednego z najbogatszych krajów na świecie, Simona zabiera mnie do Szwajcarii sprzed rewolucji przemysłowej. Wówczas jeszcze nie istniał ścisły podział na pracę zarobkową i domową.

– W źródłach z tamtego czasu w ogóle nie znalazłam kategorii „prace domowe”. Mówiło się o gospodarowaniu, co jest znacznie szerszym określeniem zajęć, wykonywanych nie tylko we własnym domu, ale i odpłatnie w innych miejscach – mówi Simona. Gospodarstwa domowe były przedsiębiorstwami rodzinnymi, w których każda praca była tak samo ważna i każdy, bez względu na płeć, zajmował się tym, co akurat było do zrobienia, a dochody trafiały do wspólnej kasy. – Podział na pracę poza domem, tę płatną, i w domu, nieodpłatną, to wytwór wcale nie tak bardzo odległy historycznie, pojawił się wraz z industrializacją.

A ta do Szwajcarii w porównaniu z innymi krajami zachodnimi dotarła dość późno i stworzyła kategorię kobiety „aktywnej zawodowo”, czyli zatrudnionej poza domem, wtedy głównie w fabryce. Chętniej niż mężczyzn kobiety zatrudniano w będącym motorem industrializacji przemyśle tekstylnym – ponieważ uważano je za istoty bardziej uległe, łatwiej poddające się nowej dyscyplinie wymaganej przez masową produkcję. Pracodawcy korzystali też na tym, że mogli płacić kobietom mniej. Różnicę płac uzasadniano faktem, że kobiety mieszkały z mężami lub ojcami, którzy też zarabiali. Ponieważ rozwój przemysłu w Szwajcarii często dokonywał się rękami kobiet, do prawa pracy w przemyśle dość wcześnie na tle Europy, bo już w 1877 r., weszły przepisy chroniące pracownice, m.in. zabraniające pracy w niedziele i w nocy. Kobietom, które oprócz pracy w fabryce miały obowiązki domowe, przysługiwała dłuższa przerwa obiadowa, a od urodzenia dziecka musiało minąć co najmniej sześć tygodni, zanim pracodawca mógł wymagać obecności kobiety w pracy. W kompetencji rządu było wskazanie branż, w których kobietom w ciąży nie wolno było pracować wcale (…). Choć te przepisy miały być dla kobiet parasolem ochronnym, współczesne historyczki zwracają uwagę, że stały się „pierwszym krokiem w kierunku ograniczenia płatnej pracy kobiet”, ponieważ „umacniały podział na zawody »męskie« i »kobiece«, usprawiedliwiając tym samym lukę płacową między mężczyznami i kobietami”. (Prawne zrównanie warunków pracy kobiet i mężczyzn nastąpiło z wejściem w życie nowych przepisów w sektorze przemysłowym dopiero w 2000 r.).

Fragmenty książki Agnieszki Kamińskiej Złota klatka? O kobietach w Szwajcarii, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Teraźniejszość przeszłości

Przywrócić pamięć o zapomnianym, a młodym nie narzucać, co mają czuć. Polsko-niemiecko-czeskie debaty w Ravensbrück

Nie będę szukała lepszego tytułu, naukowe i nauczycielskie głowy polskie, czeskie i niemieckie wymyśliły go wcześniej i nie potrzebuje ulepszania. „Teraźniejszość przeszłości w muzeach i miejscach pamięci” – tak dokładnie brzmiał temat konferencji, która odbyła się w Berlinie, a w kolejnych dwóch dniach na terenie Muzeum i Miejsca Pamięci Ravensbrück.

Ten dzień dzisiejszy przeszłości to budulec dla jutra pamięci i tego, jak rozmowa o przeszłości, historii wygląda i jak może wyglądać – czego w niej brakuje, co w niej gubimy z różnych przyczyn. Pojęcie „edukacja” jest ostatnimi laty mocno nadużywane, ale to właśnie edukacja poprzez sposoby nauczania i traktowanie uczniów jako podmioty, a nie przedmioty bez prawa głosu, wiele wnosi do teraźniejszości przeszłości. Podobnie wiele mówią ekspozycje muzealne, ich charakter – i ich upolitycznianie. Nad tym wszystkim zastanawiano się w Ravensbrück, nad sielankowym jeziorem z uroczymi zabudowaniami widocznymi na drugim brzegu. Na tym dawnym obozowym brzegu stoi pełen bólu, oskarżenia pomnik więźniarek obozu – jedna z drugą w ramionach, pieta. To tu wsypywano do jeziora prochy z pobliskiego krematorium. Dziś na taflę rzucane są kwiaty. I jest to strefa tabu, gdzie nikt nie ośmieli się wejść do wody z szacunku dla prochów ofiar.

Gospodarzem konferencji była Polsko-Niemiecka Komisja Podręcznikowa, pracująca nad materiałami do nauki historii w duchu akceptowalnym dla Polski i Niemiec. Dużo młodszą siostrą jest podobna wspólna komisja czesko-niemiecka. To ciała naukowo-praktyczne, które próbują pogodzić różne spojrzenia na historię, tę samą, ale nie taką samą, bo z odmiennymi czułymi punktami, na które trzeba zwrócić uwagę.

Chwasty niepamięci

Organizator konferencji, Instytut Leibniza ds. Mediów Edukacyjnych | Instytut im. Georga Eckerta w Brunszwiku, wspólnie z obydwiema komisjami prowadzi innowacyjny, opierający się na współpracy projekt na rzecz rewizji podręczników europejskich. Celem jest otwarta, szczera dyskusja i wspólne tworzenie materiałów edukacyjnych zorientowanych na porozumienie.

Innym ważnym elementem spotkania były miejsca niepamięci – a takich jest wiele. Mógł nim się stać także teren obozu Ravensbrück, który przecież znajdował się na terenie wschodnich Niemiec, w pięknej Brandenburgii. Jego obecność nie pasowała do napisanej w NRD antyfaszystowskiej historii i wojny, która powinna była obciążać tylko RFN. Wieloletnia obecność wojsk radzieckich, zniszczenie materialnej tkanki obozu, formalnie miejsca pamięci od 1959 r., ale użytkowanego jako koszary aż do 1977 r.

Bardzo długo nie było możliwości stworzenia godnego miejsca pamięci osadzonych tam przez reżim III Rzeszy i zamordowanych kobiet, młodzieży i mężczyzn. Polki, największa grupa więźniarek w Ravensbrück, ofiary eksperymentów pseudomedycznych, dopiero w 1996 r. mogły  umieścić na murze swoją tablicę upamiętniającą tysiące zamordowanych kobiet, władze tego miejsca nie chciały się na to zgodzić rok wcześniej, w 50. rocznicę wyzwolenia obozu. Ofiary odzyskują nazwiska, narodowości, przynależność do grup mniejszościowych, ten obóz już nie jest miejscem niepamięci, raczej przypomina o każdym, o kogo można się upomnieć. Także w formie róż, specjalnie wyhodowanej we Francji odmiany Zmartwychwstanie, sadzonych tam na dawnym masowym grobie. Ta specjalna odmiana upamiętniająca więźniarki, „róża z Ravensbrück”, ma już 50 lat.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Tu jest najładniej

Ostatnie dni wakacji, droga ekspresowa nr 7, remonty, korki, wszyscy wracają, a my wyruszamy tam, gdzie Polska jest polska najbardziej.

Suwalszczyzna.

Weźmy takie Smolniki. Gmina Rutka-Tartak i piękne widoki. Kościół, cmentarz, a wokół jeziora. Dwa sklepy spożywcze, w tym jeden z sieci, która oplata wsie i miasteczka. Przy nim nieczynna w tym sezonie Gospoda Jaćwing, ławy i stoły.

– To ty od rana tu siedzisz? – pyta kolega kolegę i wkłada skrzynkę tatr do czerwonego, zdezelowanego audi, po czym wsiada i odjeżdża. Kolega zostaje przy ławie z butelką żubra, upija łyk i patrzy przed siebie. A na płocie powiewają płachty z reklamami agroturystyk i w ostrym różu plakat z napisem „Wycinka drzew trudnych”, który błyszczy jak reklama weekendowej dyskoteki. Ale dyskoteki nie ma, tak jak nie ma gospody. W Smolnikach dzień wcześnie się kończy, bo też wcześnie zaczyna.

– Pracuję na budowie, więc wstałem rano, by jechać kłaść fundamenty – mówi mi mężczyzna siedzący przy ławie. Ma jasne spojrzenie; wyciera rękawem usta po żubrze, wstaje od stołu i idziemy razem. – Ale zadzwonili, że mam być dopiero na jedenastą, więc poszedłem na piwo.

I opowiada mi, gdzie mieszka, co robi i że kiedyś była taka wichura, że dach z kościoła zerwało, ale już naprawili, sam pomagał, bo pracuje na budowie, ale nie na stałe, z doskoku, jak jest zlecenie. Ósma rano, rześko, są kozy, są krowy, są robotnicy na terenie cmentarza, zapach pobliskich jezior, a upał wolniej się rozkręca.

Co do Gospody Jaćwing, to Jaćwingowie przybyli z dorzeczy Dniepru na obecnie polskie ziemie jeszcze kawał czasu przed naszą erą. Całkiem długo radzili sobie między Niemnem, Narwią i Wielkimi Jeziorami Mazurskimi, bo aż do XIII w., kiedy ich wybili Krzyżacy. Jednak póki byli, mieszali się z Prusami i Litwinami, parali rolnictwem, hodowlą, rzemiosłem i wymyślali nazwy, takie jak Wigry, Hańcza czy Szurpiły. Budowali grodziska i osady, których rekonstrukcje możemy dziś oglądać po całej Suwalszczyźnie. Choćby we wsi Oszkinie, gdzie w lesie stoją domy z bali, drewniane wieże strażnicze, a między nimi są fosy i łażą turyści.

Osada jest prywatna, bo turystyka w Polsce w ogóle jest prywatna, działa popychana prywatną inicjatywą – gdyby ta upadła, to pewnie już nic by nie było. Odgórny, systemowy plan zarządzania polską turystyką najpewniej nie istnieje, a jeśli istnieje, to gdzieś schowany w szufladzie ministerialnego biurka zamkniętej na kluczyk. Może to i dobrze?

– Cieszę się, że u nas nie ma turystów i jest tak spokojnie – mówi Karol, który jedzie SUV-em z rolkami w bagażniku do Suwałk, by tam na tych rolkach pojeździć. Karol bierze nas na stopa. Mnie, moją towarzyszkę podróży i mojego psa. Nie tylko turystyka w Polsce nie działa, komunikacja publiczna też. Jednak nie dlatego jeździmy po okolicy stopem, po prostu tak jest fajnie.

Są takie miejsca, w których rytm życia wciąż wybijają kościelne dzwony, sklep obwoźny w busie i pogoda. Na budce z lodami tablica głosi: „PN i deszcz – zamknięte”. Wieś Jeleniewo. Żabka w domu z pustaków, stacja benzynowa, biblioteka, NZOZ. I restauracja Pod Jelonkiem, a przed nią żubr z jeleniem przypominają o przyrodzie. W środku zdjęcia oraz stare puszki i butelki przypominają o dawnych czasach. Ponoć mieszkańcy zbudowali ją w ramach czynu społecznego. Wcześniej należała do GS-u, dziś to must see w przewodnikach kulinarnych pod hasłem Podlasie.

Zatrzymuje się starszy pan w dwudrzwiowym starym coupé.

– W Krakowie i w Warszawie to mieszka dużo ludzi – mówi. – Tam tłumy. Tu nie, tutaj mało.

– Wyjeżdżają? – pytam.

– Tak. Mało ludzi tu zostaje. Nie tak jak w miastach, gdzie są tłumy. Może dlatego miastowi się tu przeprowadzają, bo jest cisza, spokój i mało ludzi. A w miastach tłumy.

Zatrzymuje się kobieta w kombi, z dzieckiem w foteliku na przednim siedzeniu i książkami o Róży Luksemburg na tylnym. Tłumaczy, że sama taką książkę napisała. Kiedyś kobiety omijały nas samochodami i wzrokiem tak bardzo, że prawie wypadały z drogi po jej drugiej stronie. Dziś stają, solidarność, czas kobiet, jak głoszą reklamy i hasła promujące festiwale teatralne. Tego lata jechałam stopem z większą liczbą kobiet niż przez całe życie.

Kolejny ranek. W radiu zapowiadają 33 st., temperatura chrystusowa, dobrze się składa, bo mieszkamy w pokojach przy parafii. Tak, wciąż tak można. Przed gospodą toczy się życie, jest pan, który popija tatrę, jest pan, co popala pall malla, inny pan przyjeżdża na rowerze. Koniec wakacji, wszyscy wracają, a my wyruszamy dalej.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Żeby po prostu żyć po swojemu

Historie o szczęściu, zmianie i wyborze.

Patrzyłam na ojca i brata i wiedziałam, że więcej ich nie zobaczę.

Ciężarówka zniknęła mi z pola widzenia po kilku chwilach. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co to oznacza, ale już potrafiłam poczuć stratę. Miałam cztery lata i mama tuliła mnie do piersi, aż mnie żebra bolały. Nas nie wywieziono do obozu, do dziś nie rozumiem dlaczego.

Wojna minęła. Poszłam do szkoły i każdego dnia, kiedy z niej wracałam, widziałam moją zapłakaną matkę. Nie takiego dzieciństwa chciałam. Tym bardziej że co noc słyszałam, jak wołała imię mojego brata: „Wojtuś! Wojtuś!”. W pewnym momencie wręcz go nienawidziłam, bo wydawało mi się, że mama kocha go bardziej ode mnie. A miałyśmy tylko siebie. Cała rodzina zginęła. Kiedy trochę podrosłam, zaczęłam rozumieć tęsknotę matki za mężem i synem. Mnie niespecjalnie brakowało ojca, bo prawie go nie pamiętałam. Poza jednym zdjęciem, na którym mam roczek, a on trzyma mnie pod pachami siedzącą na jego kolanach. Uśmiecha się szeroko. No i te plecy na pace ciężarówki. Zaczęłam pytać mamę o niego, potem o brata. Był starszy ode mnie o cztery lata. „Nie mógł przeżyć”, mówiła matka, ale ciągle wysyłała listy do Czerwonego Krzyża. Ciągle ich obu szukała.

Informacja o ojcu przyszła dwa dni po moich 18. urodzinach. Zamordowany w obozie w Buchenwaldzie w 1943 r. O Wojtku ani słowa. Jakby się rozpłynął w powietrzu gdzieś po drodze. Mama zamknęła twarz w dłoniach i widziałam tylko jej drgające ramiona. Przytuliłam i poczułam nagle, jak łzy toczą mi się po policzkach, a po nich ogarnął mnie taki gniew, wiedziałam, że muszę w coś go zamienić. Obiecałam sobie, że i ja nie spocznę, dopóki go nie odnajdę. Zajęło mi to 20 następnych lat. Traciłam już nadzieję. Wróciłam z pracy w archiwum i jak zwykle otworzyłam skrzynkę pocztową. Leżał tam list. „Panu Wojciechowi T. zmieniono nazwisko na A. Został adoptowany przez rodzinę kanadyjską, która zgodziła się z Panią skontaktować. Proszę o odpowiedź na adres…”.

Zastanawiałam się, dlaczego Wojtek sam nas nie szukał. Byłam nawet trochę na niego zła. Wyjaśnienie pojawiło się, kiedy wylądował w Warszawie. Podczas pobytu w obozie przeszedł ostre zapalenie opon mózgowych – cud, że przeżył, ale już do końca życia miał mieć problemy z pamięcią.

Mama stała w hali lotniska, wypatrując dziecka, które zniknęło na pace ciężarówki. Zza drzwi sali przylotów wyszedł bardzo wysoki mężczyzna, już lekko siwiejący, który – kiedy tylko ujrzał mamę – od razu do niej podbiegł. Ten moment, ta chwila ich mocnego uścisku już nigdy się nie powtórzyła. Jednorazowe odczucie pełni szczęścia.

Halina, 85 lat

 

 

„Przygoda”, myślałem sobie, kiedy kolega powiedział mi, że można się zaciągnąć do Legii Cudzoziemskiej. Miałem wtedy niecałe 18 lat, musiałem poczekać jeszcze dwa miesiące do pełnoletniości. Nie powiedziałem nic rodzicom. Zresztą nie wiem, czy i tak by coś zauważyli. Ciągle byli w procesie trzeźwienia. Były wakacje, więc tylko rzuciłem im na dzień przed wyjazdem do Francji, że jadę z kumplami i nie wiem, kiedy wrócę. Od ojca dostałem nawet 100 zł. To wtedy było dużo. W Aubagne nazajutrz po przyjeździe do Legii zaczęła się ostra harówka fizyczna. Niby wiedziałem, że przejdę szkolenie, ale nie sądziłem, że będzie aż tak ciężko. W moim rodzinnym mieście chadzałem na siłownię, więc byłem dość wytrzymały fizycznie. A tu po ośmiu godzinach różnorodnego treningu trzęsło mi się całe ciało. Myślałem, że nie wytrzymam. Ale kumpel się trzymał, więc i ja musiałem.

Po trzech miesiącach szkolenia przyjęto mnie do Legii. Z radości spiłem się do nieprzytomności i spałem na plaży w Marsylii. Port w Marsylii znany jest zresztą z podobnych widoków. Chłopaki z Legii i marynarze jakoś muszą odreagować albo misję, w której biorą udział, albo daleki rejs i mordęgę na statku. Wieczorem lepiej się tam nie zapuszczać, bo można stracić nie tylko zęby, ale nawet życie. Po każdym kontrakcie – a to w Gujanie Francuskiej, a to w Czadzie – wracałem i praktycznie nie trzeźwiałem. Zdarzały się też narkotyki – najlepszej jakości, przemycane przez marynarzy.

Wydawało mi się, że jestem nie do zdarcia. A potem przyszła wojna na Bałkanach. Wysłali nas do Sarajewa jako obserwatorów pokojowych, mieliśmy ewentualnie reagować, jeśli któraś ze stron naruszyłaby konwencję genewską. Wtedy nawet nie pomyślałem, że sama wojna to  już jest jej naruszenie, jeśli ktokolwiek – szczególnie kobiety, dzieci i starsi ludzie – w niej ginie, zostaje zamordowany czy zastrzelony przez snajperów. Jeździliśmy po mieście opancerzonymi wozami i wypatrywaliśmy luf w rozbitych oknach, bo co rusz ktoś padał na ulicy i nie mogliśmy dostrzec, w którym miejscu ukrywa się snajper.

Fragmenty książki Izy Klementowskiej, Szczęście i inne przypadki. Mikroreportaże, Marginesy, Warszawa 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Smak późnego lata

Wielbiciele burčáka twierdzą, że codziennie ma inny smak, inną moc, inną przejrzystość.

Polacy, którzy po raz pierwszy odwiedzają Czechy i Słowację, bywają zaskoczeni menu restauracyjnym, zwłaszcza w kwestii napojów. Zadziwia nas winne bogactwo i liczba winotek z lokalnym (lecz nie tylko) winem, ale dla większości turystów znad Wisły pod koniec lata prawdziwą zagadką może się okazać burčák.

Ten zarówno czeski, jak i słowacki rzeczownik oznacza napój z częściowo sfermentowanego moszczu z winogron. Trunek ów to półprodukt powstały podczas wyrobu wina; nadaje się do spożycia już kilka dni od rozpoczęcia fermentacji. Zawartość alkoholu w burčáku jest różna i waha się do 4% do 10%. Ale trafiają się białe kruki – burčáki o zawartości alkoholu dochodzącej do 13%. Na pierwszy rzut oka wartość 4% czy nawet 10% może nam się wydawać niewielka, jednak burčák szybko uderza do głowy.

Zazwyczaj im jest starszy, tym jego moc – nieznacznie – wzrasta. Wielbiciele tego napitku twierdzą, że codziennie ma inny smak, inną moc, inną przejrzystość. Jego fani, a z roku na rok takich przybywa, podkreślają, że burčák zawiera witaminy i naturalny cukier, wyrabiany jest z owoców – pachnie nimi i smakuje – oraz ma odpowiednią kwasowość.

Jako że zarówno czeskie (Morawy i południe kraju), jak i słowackie (też południe) obszary produkcji wina zdominowane są przez białe odmiany winogron, burčák także ma jasny, żółtobeżowy kolor. Czerwony zdarza się rzadziej, bo takich winogron w Europie Środkowej tradycyjnie uprawia się mniej.

Jeszcze 20-25 lat temu burčák u naszych sąsiadów pojawiał się w sierpniu, a nawet we wrześniu czy – w przypadku grymaśnej aury – w październiku. Teraz w związku ze zmianami klimatycznymi delektujemy się nim coraz wcześniej. Meteorolodzy sygnalizują, że ten rok może się okazać najcieplejszy w historii pomiarów. Wczesna i ciepła wiosna oraz upalne lato przyczyniły się do tego, że burčák 2024 na Morawach pojawił się o 10-20 dni szybciej niż kiedyś! Ale Morawianie mogą mówić o szczęściu, bo w wielu innych miejscach Czech kwietniowe przymrozki zniszczyły winogrona. A warto pamiętać, że w Czechach, nawet w okolicach Pragi, pojawia się coraz więcej winnic.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

U Madziarów na Żytniej Wyspie

W poszukiwaniu utraconej węgierskości.

Korespondencja ze Słowacji

Lato u Madziarów jest naprawdę ciepłe, a słoneczna i upalna pogoda czynią z węgierskich kurortów namiastkę krajów śródziemnomorskich. Ale część turystów, nie tylko znad Wisły, od jakiegoś czasu omija Węgry z powodów polityczno-finansowo-moralnych. Zdarza się, że kluczową rolę w wyborze „jechać czy nie jechać” odgrywa polityka i wizja świata Viktora Orbána, którą trudno zaakceptować. Mimo że Budapeszt kusi akcjami promocyjnymi, niechęć przed zostawianiem na Węgrzech pieniędzy okazuje się dla części z nas na tyle silna, by – przynajmniej na jakiś czas – bratanków nie odwiedzać.

Kierunek węgierski zastępujemy więc innymi, w stronę krajów o podobnym klimacie i zbliżonych walorach turystycznych. A te znajdziemy m.in. na Słowacji, konkretnie na Żytniej Wyspie. W rejonie, który wbrew pozorom nie jest miejscem styku kultury słowackiej i węgierskiej. To praktycznie węgierska wyspa, gdzie silne tradycje macierzy mogą zadziwiać.

Między Dunajami.

Słowacja jest bardzo urozmaicona krajobrazowo. Wysokie Tatry i górzysta północ kontrastują z południem i Niziną Naddunajską. Nad największą, międzynarodową rzeką Europy czekają na nas takie same widoki i klimat jak na Węgrzech czy na pograniczu rumuńsko-bułgarskim. Bezkresne pola słoneczników, przeplatane winnicami oraz coraz częstszymi figowcami każą sądzić, że Csallóköz, czyli Żytnia Wyspa, to niemal południe Europy.

Wyspa leży pomiędzy Małym (na północy) a Wielkim Dunajem, stanowiącym granicę z Węgrami. Ta największa rzeczna wyspa w Europie z północy na południe ma 15-30 km szerokości i ciągnie się przez 84 km. Nie brakuje tam kanałów, rzecznych odnóg i jezior przyciągających wiele gatunków ptaków.

Tessék albo prosím.

Całe niemal południe Słowacji, od Bratysławy po Koszyce, zamieszkiwane jest przez Węgrów – najliczniejszą tam mniejszość narodową. Według ostatniego spisu powszechnego (2021) język węgierski jako ojczysty zadeklarowało 456 154 obywateli Słowacji (7,75%). Nowość – 34 tys. mieszkańców stwierdziło, że „czują się mieszanką narodowości węgierskiej i innej”, czyli zapewne romskiej.

Na Żytniej Wyspie znacznie częściej słyszymy węgierski niż słowacki. Dotyczy to zarówno osób starszych, jak i młodych. Dziś ten obszar Słowacji może stanowić wzór, jak skutecznie i bezkonfliktowo realizować potrzeby dwujęzyczności. Tym bardziej że w niektórych miejscowościach na wyspie musimy mówić o potężnej węgierskiej… większości. W Gabcikowie (Bős) odsetek osób uznających się za Węgrów przekracza 90%. W Wielkim Mederze (Nagymegyer) – 85%, a w Dunajskiej Stredzie (Dunaszerdahely) – 80%. Choć wydawać by się mogło, że Bratysława realizuje potrzeby Węgrów, ci i tak od lat domagają się poprawy finansowania węgierskiego szkolnictwa (w regionie działają dziesiątki szkół z węgierskim językiem wykładowym), kultury, związków zawodowych i ugrupowań politycznych.

Od 2012 r. na Żytniej Wyspie i całym niemal południu Słowacji obowiązują dwujęzyczne tablice. Muszą się pojawić, gdy dana miejscowość zamieszkiwana jest przez ponad 20-procentową mniejszość. Gdy w 2012 r. podjęto decyzję o wprowadzeniu dwujęzycznych tablic drogowych, te w języku węgierskim miały mniejsze wymiary od słowackich. Protesty mniejszości węgierskiej uwzględniono w roku 2018, ujednolicając wielkość tablic.

Warto jednak pamiętać, że mniejszość węgierska bywała zarzewiem sporów między władzami Węgier i Słowacji. W roku 2006 dochodziło do utarczek słownych między politykami obu państw i do odwoływania wzajemnych wizyt. A w związku z obawami o węgierski separatyzm rząd Roberta Ficy postanowił nie uznawać Kosowa. Stałym problemem jest kwestia podręczników do geografii, które – wskazują Węgrzy – nie zawsze zawierają nazwy węgierskie.

Ale na Żytniej Wyspie z dwujęzycznością mamy do czynienia na każdym kroku. Gdy wchodzimy do sklepu czy pytamy o drogę, nasz rozmówca zagadnie nas po węgiersku, czyli tessék, albo słowacku – prosím. Dla większości miejscowych forma węgierska jest łatwiejsza. I bliższa ich sercu.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Obserwacje

Tygrysie wdowy

Tygrys potrzebuje terytorium. Człowiek potrzebuje ziemi. Tego konfliktu nie udaje się rozstrzygnąć od dziesięcioleci.

Sundarbans. Wypowiadam tę nazwę nie po raz pierwszy. Ale pierwszy raz zastanawiam się, do czego odsyła. Sundarbany – mówię głośno, nie mając pewności co do wymowy. Znam tylko pisownię i aurę dziwności oraz grozy, która spowija ten rejon w powieściach „Żarłoczny przypływ” Amitava Ghosha i „Dzieci północy” Salmana Rushdiego. W tej ostatniej dżungla jest niezależnym bytem, który odbiera bohaterom oddech, więzi ciała i zasnuwa umysły fantasmagoriami. Na miejscu usłyszę, że las jest pełen demonów i duchów, które potrafią wywołać nagłą burzę, trząść rybacką łodzią i zmieniać kierunki świata. A jednym z najpotężniejszych demonów jest tygrys. (…)

Największe na świecie lasy namorzynowe. Największa zatoka świata. Druga pod względem wielkości delta rzeczna na Ziemi. Najbiedniejszy i najgęściej zaludniony region Azji Południowej. Najszybciej postępujące zmiany klimatyczne. Największe zagęszczenie naturalnych katastrof, w tym najpotężniejszych cyklonów. Największe na Ziemi skupisko dzikich tygrysów. To ostatnie, choć nagminnie powtarzane nawet w prasie naukowej, nie okaże się prawdą.

Prawdę stanowi jednak fakt, że Sundarbany są ostatnim na świecie miejscem, w którym dominującym gatunkiem i drapieżnikiem szczytowym nie jest człowiek, tylko tygrys bengalski. (…)

Sundarbany to ostatnie na planecie tak rozległe lasy namorzynowe rozpościerające się przy ujściu trzech siostrzanych rzek: Gangi, Brahmaputry i Meghny, które tworzą tu drugą pod względem wielkości deltę na Ziemi. To one zbudowały tutejsze błotniste równiny, niosąc tysiące kilometrów osady ze swoich himalajskich dopływów. Stworzyły tereny zalewane i obnażane przez pływy, pajęczynę cieków, korzeniową plątaninę mangrowców, archipelag znikających i powracających wysp. Niby-ląd. Żywioł, którego nie udało się okiełznać brytyjskim kolonizatorom. Dziś to ginąca wyspa bioróżnorodności i dom endemicznych gatunków rozciągający się na przeszło 10 tys. km kw. Ta naturalna jednia została w 1971 r. podzielona przez ludzi polityczną granicą na część Indii i część Bangladeszu. Tej linii nie uznają jednak migrujące z wyspy na wyspę zwierzęta. (…)

Obecnie dziki tygrys to rzadkość. Na całej planecie zostało ich mniej niż 4 tys. (…)

Tygrys to już nie zwierzę, ale idea, pręgowany wzór sprzedający wszelkiej maści produkty. Im dłużej będę podróżować śladem tygrysa, tym częściej będzie się okazywać, że jego legendarna agresja, przebiegłość i krwiożerczość również są konstruktem kulturowym. (…)

Wpisuję w wyszukiwarkę słowa kojarzące się ze zdjęciem z indyjskiej gazety. Masks boat tiger. I oto moim oczom ukazują się kadry z postaciami w tajemniczych maskach oraz podpisy: „Maulies, biedni zbieracze miodu w krainie tygrysa ludojada, zostawiają po sobie »tygrysie wdowy«”. I kolejny: „Sundarbany: rybacy w maskach chroniących przed atakiem tygrysów. Tygrys zawsze atakuje od tyłu, maska z widocznymi oczami ma go zmylić”. I jeszcze to: „Sundarbany: w niektórych wioskach zostały już tylko kobiety, bo ich mężowie zostali zjedzeni przez tygrysa. Prawdopodobnie niektórzy z tych rybaków też już nie żyją”.

Fragmenty książki Marty Sawickiej-Danielak Oko tygrysa. O bestii, którą stworzył człowiek. Marginesy, Warszawa 2024

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.