Od czytelników

Powrót na stronę główną
Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 41/2025

Tajemniczy prezes ZUS

Jest oczywiste, że osoba kierująca Zakładem Ubezpieczeń Społecznych ma olbrzymi wpływ na funkcjonowanie tej instytucji. Ale w tym przypadku ważniejsze są zasady, na jakich owa instytucja funkcjonuje.

Po pierwsze, jest patologią, że ci, którzy płacą składki, nie mają żadnego realnego wpływu na kształtowanie władz ZUS. Moim zdaniem obecni i byli płatnicy składek powinni być równymi akcjonariuszami Funduszu Ubezpieczeń Społecznych SA, bo tam są zbierane pieniądze. A FUS powinien mieć ZUS jako spółkę córkę. Na zasadzie Kodeksu spółek handlowych akcjonariusze wybieraliby radę nadzorczą spośród kandydatów spełniających wysokie wymagania określone w regulaminie wyborów.

Po drugie, według GUS zobowiązania wobec systemu emerytalnego wynoszą 5 bln zł, a według byłej prezes ZUS „tylko” 3 bln zł. Na tym tle niezwykle denerwujące jest, że w kolejnych budżetach państwowych widnieje pozycja dotacja dla ZUS, a w rzeczywistości jest to spłata niewielkiej części zobowiązań lub części odsetek.

Po trzecie, z powyższego wynika, że premier, który odpowiada za budżet i powołuje prezesa instytucji, która ma największe należności od budżetu, ma największy w Polsce konflikt interesów.

Po czwarte, ZUS jest największą instytucją finansową w Polsce, a wszyscy ubezpieczeni mają indywidualne konta emerytalne. Powstaje więc pytanie, dlaczego pójście na emeryturę zależy od jakiegoś ustawowo określonego wieku emerytalnego, a nie od kwoty zgromadzonej na indywidualnym koncie emerytalnym i od decyzji zainteresowanego. Na przykład ktoś mógłby iść na emeryturę po przepracowaniu jednego miesiąca.

Z tych przykładowych powodów kluczowe znaczenie ma demokratyczny wybór władz FUS i ZUS.
Paweł Zieliński

 

Gdzie biją serca Polaków i Niemców?

Polaków – nadal w ukryciu i milczeniu, jak Rycerz Giewontu i krzak róży w chocholim przebraniu. Bo przecież nie we wsłuchanych w łatwą i płynącą potokiem ciągle tę samą, natrętną jak giez patriotyczną mantrę (narodowcy, może z drobnymi wyjątkami, wbijają się w dumę najmniejszym kosztem – werbalnym i sztandarowym, w czyny niebogatym). Nie w ludziach o chorobliwej ambicji władzy i małych charakterach, pełnych zawiści i przewrotności, psujących wszystko, do czego się wezmą. Już tylko w resztkach tragicznie dziesiątkowanej postszlacheckiej i chłopskiej inteligencji z jej ofiarnością, godnością i skromnością. Rzadko w mediach. Są dziś słyszalne w mieszkańcach prowincji wielkich i małych miast, pobudowanych wsi, w nosicielach żywej pamięci – i w tych ludziach u władzy, którzy nie zatracili zdolności słuchania ich pulsu. Widać ślady

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 40/2025

Zbigniew Derdziuk – tajemniczy prezes ZUS

W ZUS są od lat niedobory kadrowe. Zadań nieustannie przybywa, także tych niecovidowych. Ciągła biegunka legislacyjna. E-zwolnienia, e-składka, abolicje, miliardy zawiadomień do płatników, trzynastki dla emerytów, wyrównania dla kolejnych grup wymyślanych przez rząd, emerytury dla matek czworga dzieci. Myślicie, że to się samo robi?

Komputery są coraz starsze, systemy przeciążone na maksa. Patrzysz w kręcące się kółeczko i szlag cię trafia, bo robota się nie posuwa. A jeszcze słyszysz zachwyty, jak to automaty zasiłki wypłacają. Powiem krótko: automaty dodały pracownikom roboty w najgorszym okresie – można by powieść o tym napisać. A góra wierzy w takie historie i myśli, że ludzie już nie są potrzebni. Jednak jest też druga strona medalu: trzeba zauważyć, że całkiem sporo rzeczy robi się niepotrzebnie.

Na przykład dzwoni pani z ZUS, że trzeba napisać oświadczenie, że pracownik jest nadal zatrudniony. Pada odpowiedź, że przecież nie mają wyrejestrowania, więc chyba oczywiste, że jest zatrudniony. Ale ona potrzebuje mieć to na piśmie.

Albo urząd skarbowy: proszę napisać, czym się zajmuje firma. Wiadomo, że w CEIDG jest zgłoszenie PKD, ale oni potrzebują dokładniej i na piśmie. I tak w koło. Rozumiem, że nie zawsze to wina urzędników, ale faktem jest, że często płaci się ludziom za kompletnie zbędną biurokrację, a ktoś na tę budżetówkę musi się składać.
Michał Czarnowski

 

Od lat podejmowane są próby zlikwidowania ZUS, przecież dysponuje olbrzymimi pieniędzmi Polaków. Jak dotąd, mimo wielu prób, żadnemu rządowi to się nie udało, na szczęście. Oto mamy kolejną próbę, bo jak z jednej strony się nie udało, to z drugiej trzeba go kopnąć, prawda? Kolega ze Stanów chwalił mi się, że u nich pracuje się do śmierci. Powiedziałam: „Tak, do śmierci lub do czasu, kiedy zabraknie ci sił lub się rozchorujesz. I co wtedy?”. „Opowiadasz – rzekł. – Wszyscy tak pracujemy i jakoś mamy siłę”. I co? Niedługo po tej rozmowie wysiadł mu kręgosłup. Ot tak, z dnia na dzień, podobno bez wyraźnej przyczyny. Z trudem wstawał, ledwo chodził, w pełnym gorsecie i z wielkim bólem. Na wiele miesięcy został bez źródła dochodu, więc również bez pomocy lekarskiej. Co z nim teraz się dzieje? Nie wiem. Przestał się odzywać. Nie mam pojęcia, czy ma za co żyć, czy nie stracił domu.
Małgorzata Markiewicz

 

 

Do jakiego narodu Polacy są najbardziej podobni kulturowo?

Po pierwsze, naród – warto pamiętać, że możemy o nim mówić dopiero od XIX w. Wtedy powstaje idea, że każdy naród powinien tworzyć swoje państwo, chociaż Polacy różnią się, także kulturowo, między sobą, a w Polsce mieszkają przedstawiciele i przedstawicielki innych narodów i grup etnicznych. Po drugie, podobieństwo kulturowe. Współczesne teorie antropologiczne mówią jasno: nigdy nie byliśmy bardziej zunifikowani, a zarazem bardziej podzieleni kulturowo. Cały świat zna popularny napój gazowany, a w Polsce do dziś nie mamy zgody, czy sałatka jarzynowa ma być z jajkiem, czy bez. Choć zauważamy różnice, podobieństw szukamy dziś w poprzek tradycyjnych kategorii: mogą nas łączyć sposoby spędzania wolnego czasu, miłość do kiszonek, potrzeba bezpieczeństwa i sny o wolności.
Miranda Zarzycka, antropolożka, Warszawskie Obserwatorium Kultury

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 39/2025

Dlaczego Kościół zwalcza edukację zdrowotną?

Zdarza nam się zapominać, że Kościół (szczególnie w Polsce) jest siłą polityczną, która tak jak każda inna partia bądź lobby korporacyjne walczy o swój kawałek tortu. A im więcej da się wykroić, tym lepiej. W świecie chrześcijańskim szkoła i Kościół były ściśle ze sobą związane przez 1,3 tys. lat, co w pewnym sensie rozłączyły dopiero reformacja i oświecenie. Kościołowi jest jednak na rękę udawać, że takiej sytuacji nie było. Wtedy można tworzyć pozory, że ma on prawo decydowania w kwestii kształcenia młodych Polek i Polaków. Polska jest zaś podatnym gruntem dla takiego działania. Wystarczy wspomnieć, że w tym kraju nie ma wydarzenia, podczas którego ksiądz nie poświęciłby budynku czy wozu strażackiego. Od biedy pokropi nawet serwer czy światłowód. Biskupi wbrew twierdzeniom nie obawiają się treści przedmiotu edukacja zdrowotna. Nie obawiają się również deprawacji młodzieży. Obawiają się tylko i wyłącznie o możliwość indoktrynowania, która daje im władzę.
Ignacy Onton, filozof

 

Teoria wielkiej szachownicy

Zarówno w artykule prof. Kołodki, jak i w innych analizach wojny Rosji z Ukrainą (a tak naprawdę przecież z USA i NATO) zadziwia pomijanie teorii wielkiej szachownicy Zbigniewa Brzezińskiego, która moim skromnym zdaniem wydaje się bardzo dobrze tłumaczyć antecedencje, przyczyny i cele tego konfliktu. Według Brzezińskiego Ukraina jest geopolitycznym „sworzniem” mającym decydujące znaczenie dla mocarstwowej kontroli nad Eurazją. Innym takim „sworzniem” jest Iran, mający wedle teorii podobne znaczenie dla kontroli nad Zachodnią Azją vel Bliskim Wschodem, co może równie dobrze jak w przypadku Ukrainy tłumaczyć presję USA na ten niezależny od nich kraj. Jeśli wojna rosyjsko-ukraińska jest rzeczywiście elementem mocarstwowej gry na wielkiej szachownicy, jedynym wyjściem z sytuacji będzie nie jakiś kompromis, ale zdecydowana i nieodwracalna klęska jednej ze stron.
K. Wozniak

 

Grudziądz semper fidelis

Po lekturze felietonu Jana Widackiego „Grudziądz semper fidelis” zgadzam się z jego prawie całą treścią, a szczególnie ze zdaniem: „Pewnie nie mam znów racji, ale wydaje mi się, że mądry patriotyzm wymaga minimum znajomości historii”.

Tak, Panie Profesorze, minimum znajomości historii to również znajomość kontekstu faktu, dlaczego „ponad 80% mieszkańców miasta podpisało volkslistę”, co Pana zdaniem miałoby świadczyć o ich „niewierności”. Otóż może z Galicji nadal nie widać tego, że „podpisanie” DVL na terenach włączonych do Rzeszy było zupełnie czymś innym niż jej „podpisanie” w Generalnym Gubernatorstwie. Wszak mieszkańcy m.in. Grudziądza byli zmuszeni do znalezienia się na DVL na podstawie informacji udzielonych w obowiązkowym spisie policyjnym w listopadzie 1939 r. Potem dostawali pocztą decyzję administracyjną o zakwalifikowaniu do konkretnej grupy, głównie trzeciej, której członkowie nie byli uznawani za Niemców, co nie przeszkadzało powoływać ich do Wehrmachtu. Te niezakwalifikowane niespełna 20% zostało przeznaczone do wysiedlenia do GG. O ile zatem w Generalnym Gubernatorstwie trzeba było bardzo się postarać, aby się dostać na DVL, o tyle na terenach włączonych do Rzeszy trzeba było bardzo się postarać, aby się na nią nie dostać.
Piotr Kurzac

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 38/2025

Człowiek Trumpa w Unii
Komentarz redaktora naczelnego w części dotyczącej przymilania się Polski Amerykanom przypomniał mi pewną rzecz. Kilkanaście lat temu (strzelam, bo czas tak szybko leci) Polska w zamian za tzw. offset zobowiązała się kupić myśliwce. Wcale mnie nie zaskoczyło, że w ramach przymilania się do Amerykanów wybrała F-16, które okazały się nielotami, czyli dostaliśmy sprzęt do naprawy (!). Kolejna rzecz: ówczesna Polska dołączyła niedawno do Unii Europejskiej i uczciwie byłoby dać zarobić producentom samolotów ze Szwecji lub Francji (którzy, jeśli dobrze pamiętam, również stawali do przetargu). I ostatnia sprawa – aby zadowolić Amerykanów, do tego offsetu zaliczono ich poprzednie inwestycje w Polsce, np. fabrykę Opla w Gliwicach!

PS Pamiętam ministra Sikorskiego jako zawsze usłużnego wobec USA. A raz został potajemnie nagrany i mówił wtedy, że za bardzo „przymilamy się” do Amerykanów. Czy to nie jest obłuda?
Marek Kania

 

Diabelska alternatywa
Tusk i jego przyboczni zbyt dużo obiecali podczas kampanii wyborczej. Nie wiem, czy Koalicja Obywatelska tryskała optymizmem, czy kierowała się wyłącznie politycznym wyrachowaniem, ale źle na tym wyszła. Niezadowolonych jest coraz więcej, zapowiadane są protesty. Propozycja podniesienia o 3% nauczycielskich pensji rozzłościła – i słusznie – oświatowe i naukowe związki zawodowe. Czy rząd nie przesadza z poziomem pomocy dla Ukrainy? Co powie nauczycielom i pracownikom uczelni? Że tak wyszło, bo teraz priorytetem jest Ukraina?
Damian Paweł Strączyk

 

Dlaczego polska prawica tak kocha Trumpa?
Otoczenie prezydenta i pisowcy twierdzą, że polski rząd ma złe stosunki z USA, bo premier Tusk i minister Sikorski kilka lat temu wygłosili parę krytycznych uwag o prezydencie Trumpie, a on im to pamięta. Chcę przypomnieć, że obecny wiceprezydent J.D. Vance nazwał kiedyś Trumpa amerykańskim Hitlerem. Nie przeszkodziło mu to zostać wiceprezydentem.
Piotr Gordon

 

Nie tylko prawica uwierzyła w to, że polską racją stanu jest zadowalanie Jankesów. Pozwolę sobie przypomnieć rządy SLD i ich służalczość wobec USA w postaci uwikłania kraju w wojny na Bliskim Wschodzie, budowy tajnych więzień CIA na terenie Polski czy ustawianych przetargów na uzbrojenie polskiej armii. Niestety, taka postawa powoduje, że od przeszło 20 lat jesteśmy jankeskim koniem trojańskim w strukturach Unii Europejskiej. A co do Trumpa, to jego populistyczne hasełka w stylu „wywrócimy ten stolik” i otoczka warchoła nic sobie nierobiącego z norm współżycia społecznego są w prawicowej Polsce uznawane za coś, do czego należy aspirować.

Wydaje się więc, że u źródeł poparcia polskiej prawicy dla Donalda Trumpa nie leży ani bezpieczeństwo kraju, ani troska o rozwój gospodarczy, ani tym bardziej chęć odbudowania relacji euroatlantyckich. Nowego prezydenta warto popierać, bo w czasie jego urzędowania nie trzeba będzie walczyć z zagrożeniami dla liberalnej demokracji, rasizmem ani antysemityzmem, a osoby homoseksualne ze swoimi żądaniami równego traktowania w magiczny sposób znikną z Polski. Trump to po prostu uosobienie prawicowych fobii i marzeń o wielkim kraju dla jednej nacji, która ma być lepsza niż reszta świata.
Michał Czarnowski

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Ciężka choroba

Już nie tylko kraj, ale i świat widzi, że polski dwubiegunowy układ polityczny oznacza spychanie wiarygodności na płaszczyznę starcia ambicjonalnego – względy merytoryczne ustępują miejsca propagandowemu wmawianiu, że coś jest czyjąś zasługą. Celuje w tym zwłaszcza pałacowa świta. Jest tak dobrana, aby wielogłosowym chórem wynosić pod niebiosa osiągnięcia szefa, za każdym razem dyskwalifikując przy okazji rząd. To linia Kaczyńskiego, wymyślona nie pod kątem dbania o dobro Polski, z którejkolwiek strony by ono pochodziło, lecz jako element strategii odzyskania władzy. Polega ona na tym, aby bez ustanku sondować opinię w kręgach prawicowo-parafialno-narodowych i według bieżącej koniunktury nastawiać stery propagandowe. Już teraz widać wyraźnie, że spotkania międzynarodowe na wysokim szczeblu są tak wykorzystywane.

Z pozycji zewnętrznej musi to wyglądać tak: cokolwiek ci zrobię dobrego, wiem, że użyjesz tego do utwierdzenia swojej popularności. Nawet papież został postawiony w niezręcznej sytuacji, i chyba zdawał sobie z tego sprawę, bo o nic innego w tej audiencji ze strony wizytującego nie chodziło. Inni będą teraz ostrożniejsi. Jakąż ukrywaną pogardę musi budzić u Trumpa zachłystywanie się zauszników Nawrockiego, że to prezydent doznaje większych łask niż jakiś tam premier czy minister spraw zagranicznych! Widzę, że żonglują mną w rozgrywkach wewnętrznych! Tego nikt nie lubi. Tak samo za życia Stalina ubiegano się o pierwszeństwo we względach dyktatora, a on sam miarkował nadmierną, aż po utratę godności, czołobitność.

Idzie to w złą stronę. Głos Polski będzie brzmiał coraz słabiej na arenie międzynarodowej, oceniany nie ze względu na autentyczne walory, szczerość i wiarygodność, ale przez pryzmat roli w politycznej dwubiegunowości na szczytach władzy. Skoro sami politycy licytują się na zasługi i wpływy, tasując pustkę, to dlaczego mamy widzieć to inaczej? Traci się autorytet w Europie, a Trójmorzem pałac jak nie potrafił pokierować, tak tym bardziej nie potrafi teraz – brakuje wiedzy, doświadczenia i poczucia sensu, co partnerzy od razu wyczują.

Nie wystarczy obietnica amerykańskiego gazu ziemnego, ileż książek trzeba przeczytać, żeby zrozumieć Bałkany! A zarazem otwiera się pole dla zewnętrznej ingerencji: już my ich, nieświadomych swojej niepowagi, przechytrzymy, zawsze to się w historii udawało, więc czemu nie ma się udać teraz?

Nawrocki, politycy wszelkiej maści oraz wyborcy, opamiętajcie się!
Andrzej Lam

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

List od czytelnika

Szanowna Redakcjo!

Wielokrotnie na łamach „Przeglądu” utyskiwano nad stanem polskiej lewicy. Felieton pana Romana Kurkiewicza. pt.: „Chleba i … czego jeszcze”, skądinąd pełen trafnych obserwacji i tez, skusił mnie do polemiki. Pan felietonista opisał, jak to wsparł mężczyznę proszącego o bochenek chleba przed Żabką, rozwijając przy tym temat biedy w kapitalistycznej Polsce i tego, że niewiele się z tym robi. Zwrócimy jednak uwagę na dwie rzeczy. Będąc już w Żabce, warto popatrzeć jak elegancki i pełen potrzebnych, i wytwornie podanych towarów jest to sklepik. Wychodząc na ulicę, nie trudno dostrzec rzekę zagranicznych aut, którymi poruszają się rodacy. Czy robiąc zakupy w takich sklepach, a potem wsiadając do „wypasionego suwa”, ma się ochotę na roztrząsanie tematów społecznych, ustrojowych? W czasach gdy towary produkowane są przez maszyny sterowane komputerem, a myślenie powoli zastępuje AI, czy warto wykazywać się jakąś wrażliwością społeczną w szerszym ujęciu? Ideały lewicowe wykluwały się przez dziesięciolecia, a najtęższe umysły na tej planecie zmagały się z tematem jak zbudować sprawiedliwy społecznie system polityczny i ekonomiczny. Dziś nikt nie jest w stanie podjąć takiego wysiłku, stąd serwuje się idee liberalne, populistyczne, wszystko to, co można sprzedać łatwowiernym ludziom. Ogromny trud K. Marksa, W. Lenina i innych jest nie do osiągnięcia przez dobrze opłacanych posłów, euro posłów, deputowanych, ministrów. Stan umysłów jest inny, bo to „byt określa świadomość”. Nawet w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy byt był podły „Solidarność”, nie miała planu ustroju po socjalizmie. Kiedy rok 1989 powiedział, sprawdzam, jedyne co z siebie wybąkano to „kapitalizm społeczny”, i nigdy nie przedstawiono jak, to ma wyglądać. Gdy to nie wypaliło, prezydent L. Wałęsa, absolwent zawodówki poszedł na rym pał swoją „wojną na górze”, aby „spokój był na dole” i nastał dziki kapitalizm. Dziś mamy śmieszne idee: „ciepłej wody w kranie”, czy wyborcza kiełbasa tj. „500+” . Nie miejmy złudzeń, dla zbudowania nowego ładu społecznego, gdzie nikt, dosłownie nikt nie będzie głodny i nieszczęśliwy, nie porzuci się tego co jest dziś.

 

Z uszanowaniem
Jerzy Dryzek

 

Aktualne Od czytelników

Wszystko, co mam, zawdzięczam PRL

Przyszedłem na świat, nie prosząc się, wraz z PRL, choć zapewne poczęty w czasie wojny, której skutków, dobrych i złych, doświadczałem później.

Wszystko, co posiadam, zawdzięczam PRL, jako potomek „dworusów”, parobków, wyrobników Lubomirskich. W odradzającej się Polsce na wiele nie mogłem liczyć z żadnej ze stron społecznych. Ojciec zostawił mamę z pięciorgiem dzieci i walczył o ojczyznę w szeregach AK, za co dosłużył się skazania w marcu 1946 r. przez władzę ludową na karę śmierci, wykonaną 30 marca, i tytułu „żołnierza wyklętego”. Zostałem najmłodszym sierotą z niewiele starszym rodzeństwem w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Mimo trudności zdobyłem wyższe wykształcenie i założyłem rodzinę. Przez całe życie nic złego nie zrobiłem ojczyźnie. Przez 30 lat uczestniczyłem w szkoleniu wielu roczników żołnierzy Wojska Polskiego oraz przez wszystkie lata w pracy społecznej, za co zostałem haniebnie oceniony i pozbawiony patriotyzmu przez obecnie rządzących jako obcy, zły, skażony komunizmem, niepatriota.

Tym samym – jak setki innych – zostałem „żołnierzem przeklętym”. Nazywam więc siebie „sierotą po PRL” i „żołnierzem przeklętym, synem żołnierza wyklętego”. Wspomnienia te nachodzą mnie zawsze, gdy politycy zaczynają chocholi taniec nad niektórymi rocznicami wydarzeń, interpretowanych przez nich według swojego upodobania, bez znajomości faktów i wręcz z hipokryzją. Chociażby brak szacunku dla polskiego żołnierza, który szedł ze Wschodu, pomijanie jego wpływu na zwycięstwo. To jest zbrodnia na historii naszej ojczyzny. Jeszcze większą „zbrodnią lub szalbierstwem” jest to, gdy obecny premier niby wycofuje obniżenie uposażeń emerytom mundurowym – a pierwszy je obniżył, potem PiS obniżyło bardziej. Deklarując więc wycofanie, nie mówił, którą obniżkę wycofuje. Ponadto chwali się swoim mentorem, który niszczył dorobek i opluwał PRL, stwierdził nawet przed całym światem, że „45 lat komunizmu wyrządziło Polsce więcej szkód niż okupacja hitlerowska”! Ręce opadają. Nie mogę się z tym pogodzić.

Gdy patrzę na obecne działania polityków i rządzących oraz atmosferę polityczną, dziwnie się czuję, bo wszystko już było, wszystko widziałem i słyszałem, tylko twarze postarzałe. Pocieszam się, że dopadło mnie zjawisko déjà vu, ale jestem po udarze śródmózgowym, to może jest oczywista rzeczywistość.

Pozdrawiam i życzę „Przeglądowi” powodzenia

Zbigniew Olszewski

 

PS Do napisania zmobilizowała mnie prawnuczka (idzie do zerówki); w styczniu tego roku, gdy się ze mną przekomarzała, zapytała mnie: Dziadku, czy ty umiesz czytać?!

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 37/2025

 Bezkarni, bezczelni, bezmyślni

Lektura artykułu, a zwłaszcza fragmentu o trzech kierowcach, którzy mieli rekordowe 19 (!) zakazów prowadzenia pojazdów, nasunęła mi pewną refleksję. Czy sądy nie mogą, czy nie chcą nic robić z takimi kierowcami? Spójrzmy na tę sytuację z innej perspektywy: jesteście państwo sędzią orzekającym wobec kierowcy, który miał już 18 zakazów prowadzenia. Czy naprawdę tym 19. delikwent się przejmie? Taki człowiek już przy złamaniu pierwszego zakazu powinien dostać przynajmniej obowiązek prac społecznych, żeby było jasne, że instytucja państwa daje mu fory, nie zmieniając przymusowo ostatniego adresu zamieszkania przy  ul. 17 Stycznia 28 w Rawiczu. A jeśli znowu tak się zachowa na drodze, to żadnej taryfy ulgowej i trzeba go wysłać do tego Rawicza czy Białołęki. Orzekanie kilku czy kilkunastu zakazów nic nie da, skoro z jednego delikwent nic sobie nie robi. Nurtuje mnie tylko pytanie, czy sędziowie nie mogą, czy nie chcą iść w stronę, o której tu mówię.
Tomasz Wasiołka

 

To wierzchołek góry lodowej. Codziennie „siedzą mi na zderzaku” w obszarze zabudowanym całkiem trzeźwi, jak mniemam, kierowcy ciężarówek oraz mniejszych samochodów dostawczych. Z prozaicznego powodu – jadę przepisowo. Codziennie mój samochód jest wyprzedzany w miejscach niedozwolonych: na podwójnej ciągłej, na skrzyżowaniach, przejściach dla pieszych, przejazdach kolejowych itp. Bo panowie szlachta mają włączony tempomat albo tak bardzo się śpieszą, by nasza gospodarka nie upadła, że nie ma dla nich większej świętości, niż zarobić, nawet kosztem cudzego zdrowia i życia. O młodocianych kierowcach mocno przechodzonych bmw nie wspominając. Dla nich bezmyślność i brawura to sposób na dobre spędzenie czasu. Co gorsza, na wielu drogach policji nie widać miesiącami, jeśli nie latami. To nie wysokość kary odstrasza, ale jej nieuchronność.
Michał Błaszczak

 

 

Tatry moich czasów

W latach 60. wędrowałam po Tatrach. To był obóz szkolny organizowany przez opiekuna kółka turystycznego. Przed wyjazdem przygotowywaliśmy się do wędrówki. Odbywaliśmy wielokilometrowe piesze wycieczki, by mieć kondycję. Wiedzieliśmy, jak się zachować w górach i jak się ubrać (to w nawiązaniu do dzisiejszych zachowań osób wędrujących po górach). Pamiętam, jak wybieraliśmy się na Giewont. Było cicho i od czasu do czasu mijała nas niewielka grupa lub pojedyncze osoby. Zwyczaj przekazywania sobie pozdrowień był wtedy powszechny i bardzo sympatyczny. Dzisiaj przy tabunach pseudoturystów, zachowujących się głośno, rzucających śmieci, nie jest to możliwe. Od lat nie jeżdżę w góry, bo to nie wypoczynek, lecz mordęga. Żal tamtego czasu, kiedy można było napawać się ciszą i podziwiać widoki. Cóż, wspomnień czar.
Danuta Drelich-Pacanowska

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Dudozaraza 

Prof. Jan Widacki, jeden z moich bohaterów wolnej Polski, bohaterów bez cudzysłowu, a może i wielką literą, popełnił felieton o byłym prezydencie Andrzeju Dudzie („Przegląd” nr 33). Tu okazało się jednak, że wraz ze zmianą klimatu, geopolityki, społeczeństwa zmieniają się także bohaterowie. Profesor uznał bowiem w dużym skrócie, że dotknięcie czegokolwiek, czego dotykał prezydent Duda, skutkuje poważnym schorzeniem. Tu był łaskaw jako przykład podać przypadek prof. Jacka Majchrowskiego, który przyjął z rąk prezydenta Dudy Złotą Blachę Czegoś Tam Czegoś Tam. Ponure konsekwencje tego kroku są takie, że pomnik, który prof. W. chciał wystawić prof. M. w prestiżowym miejscu Krakowa, „po tym ostatnim wydarzeniu to chyba należy się trochę mniejszy i w jakiejś bocznej ulicy”.

Jeśli wszystko ma się zmniejszać po dotknięciu tego, czego dotykał były prezydent, to z obawy o własne członki włożę zaraz lateksowe rękawiczki i założę maskę.

Owszem, Andrzej Sebastian D. w klasyfikacji wszech czasów na najgorszego prezydenta zajmuje zasłużenie pierwsze miejsce. (Choć dolary przeciwko orzechom, że za chwilę koszulkę lidera straci). Więc tak, nawet w lateksie bym od Andrzeja Sebastiana D. nic nie przyjął. Ale też myślę, że jestem w pierwszej setce tych, którzy na nim psy wieszali, i to ja czułbym się niekomfortowo. Choć z drugiej strony pamiętam, gdy miał wręczyć mi jakieś pozłotko prezydent Komorowski w 2011 r., kancelaria uczciwie mnie uprzedziła, że do pozłotka wystawił mnie jeszcze prezydent Lech Kaczyński. Odpowiedziałem, że w obu wypadkach to dla mnie honor z racji urzędu.

Ale prezydent prof. Majchrowski, choć pełen jest dystansu wobec Dudy i PiS, nigdy w połajanki nie wchodził, mało tego – współpracował często z wymienionymi dla dobra Krakowa. Czemu więc miałby ulec zadżumieniu partyjnemu na emeryturze? Przecież on tylko odebrał medal przyznany przez urząd, który ma bodaj najmocniejszą legitymację w Polsce. Mało tego – odebrał order wtedy, gdy nikt nie może powiedzieć, że którakolwiek strona chce sobie coś załatwić.

Pisze prof. Widacki: „Największą pretensję do Andrzeja Dudy mam o to, że nie pozwolił mi na szacunek dla głowy państwa”. Profesor po drugiej linii zawodowej jest papugą i jako taki kocha bon moty doskonale brzmiące w mowie końcowej obrońcy.

Ja jestem prosty pismak i oprócz bon motów lubię iść pod prąd, nawet gdy za chwilę hejtem obleją mnie koledzy. I zapytam: a dlaczego mielibyśmy parszywieć tylko od dotknięcia ASD? Powiedzmy całą prawdę: dotknięcie rąk wyborców połowy + 1 prowadzi demokratów do sparszywienia. Więc może od razu wymienić naród na inny, czytający wyłącznie z zachwytem „Rozważania o prawie i sprawiedliwości” pióra Jana Widackiego (Kraków 2007)?

Witold Bereś

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 35/2025

Wielka masakra kotów

Politycy kłamią z różnych powodów. Najczęściej dlatego, że uważają, iż ludzie nie są w stanie znieść złej prawdy, nawet najbardziej oczywistej. Ci sami politycy kłamią lub przekręcają prawdę także w celu zdobycia lub zachowania władzy. Aby uzyskać poparcie wyborców, mogą obiecywać rzeczy, których nie są w stanie zrealizować. Kłamstwa mogą być stosowane w celu manipulowania opinią publiczną, kształtowania narracji lub dezinformowania. Politycy mogą wykorzystywać fałszywe informacje, aby wprowadzić ludzi w błąd w celu osiągnięcia własnych celów. Deklaracje, zapowiedzi i plany to słowa na wiatr, niemal zawsze są pozbawione znaczenia, opieranie się na nich i branie ich za dobrą monetę przez wyborców jest bezcelowe. Bo słowa polityków są zwykle zupełnie inne niż późniejsze działania. Czy kłamstwo w polityce można wyeliminować? Prawdopodobnie nie, bo wynika ono z samej natury gry o władzę. Ale można ograniczać jego skutki, wzmacniając kulturę odpowiedzialności i przejrzystości życia publicznego. Kiedy kłamstwo zaczyna mieć realną cenę – w postaci utraty poparcia czy stanowiska – pojawia się motywacja, by mówić prawdę. Do tego potrzebne jest jednak coś więcej niż dobre prawo. Potrzebne jest społeczeństwo, które potrafi słuchać prawdy, nawet jeśli jest ona mniej przyjemna niż wygodna iluzja.
Michał Czarnowski

 

Była prezydentowa mówi

Agata Kornhauser-Duda w ostatnim dniu urzędowania męża odezwała się (!). I co powiedziała? Że „to jest już koniec, nie ma już nic. Jesteśmy wolni, możemy iść”, zaznaczając, że to jak w piosence jej ulubionego zespołu Elektryczne Gitary. I zaśmiała się głośno, może nawet szczerze. Skoro to jej ulubiony zespół, to czy 10 lat temu podśpiewywała sobie pod nosem: „I co ja robię tu, mieć te przestrzenie na jedno skinienie, wiele wynagrodzi. Nie trzeba tęgich głów, takie okazje, bale i lokale chcą, bym się narodził”. To fragment piosenki Elektrycznych Gitar „Co ty tutaj robisz?”.
Anna Nalewajska

 

 

Uzależnieni gonią za mirażem

W przypadku alkoholu pierwszym krokiem do nałogu jest

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.