Od czytelników
List od czytelnika
Szanowna Redakcjo!
Wielokrotnie na łamach „Przeglądu” utyskiwano nad stanem polskiej lewicy. Felieton pana Romana Kurkiewicza. pt.: „Chleba i … czego jeszcze”, skądinąd pełen trafnych obserwacji i tez, skusił mnie do polemiki. Pan felietonista opisał, jak to wsparł mężczyznę proszącego o bochenek chleba przed Żabką, rozwijając przy tym temat biedy w kapitalistycznej Polsce i tego, że niewiele się z tym robi. Zwrócimy jednak uwagę na dwie rzeczy. Będąc już w Żabce, warto popatrzeć jak elegancki i pełen potrzebnych, i wytwornie podanych towarów jest to sklepik. Wychodząc na ulicę, nie trudno dostrzec rzekę zagranicznych aut, którymi poruszają się rodacy. Czy robiąc zakupy w takich sklepach, a potem wsiadając do „wypasionego suwa”, ma się ochotę na roztrząsanie tematów społecznych, ustrojowych? W czasach gdy towary produkowane są przez maszyny sterowane komputerem, a myślenie powoli zastępuje AI, czy warto wykazywać się jakąś wrażliwością społeczną w szerszym ujęciu? Ideały lewicowe wykluwały się przez dziesięciolecia, a najtęższe umysły na tej planecie zmagały się z tematem jak zbudować sprawiedliwy społecznie system polityczny i ekonomiczny. Dziś nikt nie jest w stanie podjąć takiego wysiłku, stąd serwuje się idee liberalne, populistyczne, wszystko to, co można sprzedać łatwowiernym ludziom. Ogromny trud K. Marksa, W. Lenina i innych jest nie do osiągnięcia przez dobrze opłacanych posłów, euro posłów, deputowanych, ministrów. Stan umysłów jest inny, bo to „byt określa świadomość”. Nawet w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy byt był podły „Solidarność”, nie miała planu ustroju po socjalizmie. Kiedy rok 1989 powiedział, sprawdzam, jedyne co z siebie wybąkano to „kapitalizm społeczny”, i nigdy nie przedstawiono jak, to ma wyglądać. Gdy to nie wypaliło, prezydent L. Wałęsa, absolwent zawodówki poszedł na rym pał swoją „wojną na górze”, aby „spokój był na dole” i nastał dziki kapitalizm. Dziś mamy śmieszne idee: „ciepłej wody w kranie”, czy wyborcza kiełbasa tj. „500+” . Nie miejmy złudzeń, dla zbudowania nowego ładu społecznego, gdzie nikt, dosłownie nikt nie będzie głodny i nieszczęśliwy, nie porzuci się tego co jest dziś.
Z uszanowaniem
Jerzy Dryzek
Wszystko, co mam, zawdzięczam PRL
Przyszedłem na świat, nie prosząc się, wraz z PRL, choć zapewne poczęty w czasie wojny, której skutków, dobrych i złych, doświadczałem później.
Wszystko, co posiadam, zawdzięczam PRL, jako potomek „dworusów”, parobków, wyrobników Lubomirskich. W odradzającej się Polsce na wiele nie mogłem liczyć z żadnej ze stron społecznych. Ojciec zostawił mamę z pięciorgiem dzieci i walczył o ojczyznę w szeregach AK, za co dosłużył się skazania w marcu 1946 r. przez władzę ludową na karę śmierci, wykonaną 30 marca, i tytułu „żołnierza wyklętego”. Zostałem najmłodszym sierotą z niewiele starszym rodzeństwem w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Mimo trudności zdobyłem wyższe wykształcenie i założyłem rodzinę. Przez całe życie nic złego nie zrobiłem ojczyźnie. Przez 30 lat uczestniczyłem w szkoleniu wielu roczników żołnierzy Wojska Polskiego oraz przez wszystkie lata w pracy społecznej, za co zostałem haniebnie oceniony i pozbawiony patriotyzmu przez obecnie rządzących jako obcy, zły, skażony komunizmem, niepatriota.
Tym samym – jak setki innych – zostałem „żołnierzem przeklętym”. Nazywam więc siebie „sierotą po PRL” i „żołnierzem przeklętym, synem żołnierza wyklętego”. Wspomnienia te nachodzą mnie zawsze, gdy politycy zaczynają chocholi taniec nad niektórymi rocznicami wydarzeń, interpretowanych przez nich według swojego upodobania, bez znajomości faktów i wręcz z hipokryzją. Chociażby brak szacunku dla polskiego żołnierza, który szedł ze Wschodu, pomijanie jego wpływu na zwycięstwo. To jest zbrodnia na historii naszej ojczyzny. Jeszcze większą „zbrodnią lub szalbierstwem” jest to, gdy obecny premier niby wycofuje obniżenie uposażeń emerytom mundurowym – a pierwszy je obniżył, potem PiS obniżyło bardziej. Deklarując więc wycofanie, nie mówił, którą obniżkę wycofuje. Ponadto chwali się swoim mentorem, który niszczył dorobek i opluwał PRL, stwierdził nawet przed całym światem, że „45 lat komunizmu wyrządziło Polsce więcej szkód niż okupacja hitlerowska”! Ręce opadają. Nie mogę się z tym pogodzić.
Gdy patrzę na obecne działania polityków i rządzących oraz atmosferę polityczną, dziwnie się czuję, bo wszystko już było, wszystko widziałem i słyszałem, tylko twarze postarzałe. Pocieszam się, że dopadło mnie zjawisko déjà vu, ale jestem po udarze śródmózgowym, to może jest oczywista rzeczywistość.
Pozdrawiam i życzę „Przeglądowi” powodzenia
Zbigniew Olszewski
PS Do napisania zmobilizowała mnie prawnuczka (idzie do zerówki); w styczniu tego roku, gdy się ze mną przekomarzała, zapytała mnie: Dziadku, czy ty umiesz czytać?!
Listy od czytelników nr 37/2025
Bezkarni, bezczelni, bezmyślni
Lektura artykułu, a zwłaszcza fragmentu o trzech kierowcach, którzy mieli rekordowe 19 (!) zakazów prowadzenia pojazdów, nasunęła mi pewną refleksję. Czy sądy nie mogą, czy nie chcą nic robić z takimi kierowcami? Spójrzmy na tę sytuację z innej perspektywy: jesteście państwo sędzią orzekającym wobec kierowcy, który miał już 18 zakazów prowadzenia. Czy naprawdę tym 19. delikwent się przejmie? Taki człowiek już przy złamaniu pierwszego zakazu powinien dostać przynajmniej obowiązek prac społecznych, żeby było jasne, że instytucja państwa daje mu fory, nie zmieniając przymusowo ostatniego adresu zamieszkania przy ul. 17 Stycznia 28 w Rawiczu. A jeśli znowu tak się zachowa na drodze, to żadnej taryfy ulgowej i trzeba go wysłać do tego Rawicza czy Białołęki. Orzekanie kilku czy kilkunastu zakazów nic nie da, skoro z jednego delikwent nic sobie nie robi. Nurtuje mnie tylko pytanie, czy sędziowie nie mogą, czy nie chcą iść w stronę, o której tu mówię.
Tomasz Wasiołka
To wierzchołek góry lodowej. Codziennie „siedzą mi na zderzaku” w obszarze zabudowanym całkiem trzeźwi, jak mniemam, kierowcy ciężarówek oraz mniejszych samochodów dostawczych. Z prozaicznego powodu – jadę przepisowo. Codziennie mój samochód jest wyprzedzany w miejscach niedozwolonych: na podwójnej ciągłej, na skrzyżowaniach, przejściach dla pieszych, przejazdach kolejowych itp. Bo panowie szlachta mają włączony tempomat albo tak bardzo się śpieszą, by nasza gospodarka nie upadła, że nie ma dla nich większej świętości, niż zarobić, nawet kosztem cudzego zdrowia i życia. O młodocianych kierowcach mocno przechodzonych bmw nie wspominając. Dla nich bezmyślność i brawura to sposób na dobre spędzenie czasu. Co gorsza, na wielu drogach policji nie widać miesiącami, jeśli nie latami. To nie wysokość kary odstrasza, ale jej nieuchronność.
Michał Błaszczak
Tatry moich czasów
W latach 60. wędrowałam po Tatrach. To był obóz szkolny organizowany przez opiekuna kółka turystycznego. Przed wyjazdem przygotowywaliśmy się do wędrówki. Odbywaliśmy wielokilometrowe piesze wycieczki, by mieć kondycję. Wiedzieliśmy, jak się zachować w górach i jak się ubrać (to w nawiązaniu do dzisiejszych zachowań osób wędrujących po górach). Pamiętam, jak wybieraliśmy się na Giewont. Było cicho i od czasu do czasu mijała nas niewielka grupa lub pojedyncze osoby. Zwyczaj przekazywania sobie pozdrowień był wtedy powszechny i bardzo sympatyczny. Dzisiaj przy tabunach pseudoturystów, zachowujących się głośno, rzucających śmieci, nie jest to możliwe. Od lat nie jeżdżę w góry, bo to nie wypoczynek, lecz mordęga. Żal tamtego czasu, kiedy można było napawać się ciszą i podziwiać widoki. Cóż, wspomnień czar.
Danuta Drelich-Pacanowska
Dudozaraza
Prof. Jan Widacki, jeden z moich bohaterów wolnej Polski, bohaterów bez cudzysłowu, a może i wielką literą, popełnił felieton o byłym prezydencie Andrzeju Dudzie („Przegląd” nr 33). Tu okazało się jednak, że wraz ze zmianą klimatu, geopolityki, społeczeństwa zmieniają się także bohaterowie. Profesor uznał bowiem w dużym skrócie, że dotknięcie czegokolwiek, czego dotykał prezydent Duda, skutkuje poważnym schorzeniem. Tu był łaskaw jako przykład podać przypadek prof. Jacka Majchrowskiego, który przyjął z rąk prezydenta Dudy Złotą Blachę Czegoś Tam Czegoś Tam. Ponure konsekwencje tego kroku są takie, że pomnik, który prof. W. chciał wystawić prof. M. w prestiżowym miejscu Krakowa, „po tym ostatnim wydarzeniu to chyba należy się trochę mniejszy i w jakiejś bocznej ulicy”.
Jeśli wszystko ma się zmniejszać po dotknięciu tego, czego dotykał były prezydent, to z obawy o własne członki włożę zaraz lateksowe rękawiczki i założę maskę.
Owszem, Andrzej Sebastian D. w klasyfikacji wszech czasów na najgorszego prezydenta zajmuje zasłużenie pierwsze miejsce. (Choć dolary przeciwko orzechom, że za chwilę koszulkę lidera straci). Więc tak, nawet w lateksie bym od Andrzeja Sebastiana D. nic nie przyjął. Ale też myślę, że jestem w pierwszej setce tych, którzy na nim psy wieszali, i to ja czułbym się niekomfortowo. Choć z drugiej strony pamiętam, gdy miał wręczyć mi jakieś pozłotko prezydent Komorowski w 2011 r., kancelaria uczciwie mnie uprzedziła, że do pozłotka wystawił mnie jeszcze prezydent Lech Kaczyński. Odpowiedziałem, że w obu wypadkach to dla mnie honor z racji urzędu.
Ale prezydent prof. Majchrowski, choć pełen jest dystansu wobec Dudy i PiS, nigdy w połajanki nie wchodził, mało tego – współpracował często z wymienionymi dla dobra Krakowa. Czemu więc miałby ulec zadżumieniu partyjnemu na emeryturze? Przecież on tylko odebrał medal przyznany przez urząd, który ma bodaj najmocniejszą legitymację w Polsce. Mało tego – odebrał order wtedy, gdy nikt nie może powiedzieć, że którakolwiek strona chce sobie coś załatwić.
Pisze prof. Widacki: „Największą pretensję do Andrzeja Dudy mam o to, że nie pozwolił mi na szacunek dla głowy państwa”. Profesor po drugiej linii zawodowej jest papugą i jako taki kocha bon moty doskonale brzmiące w mowie końcowej obrońcy.
Ja jestem prosty pismak i oprócz bon motów lubię iść pod prąd, nawet gdy za chwilę hejtem obleją mnie koledzy. I zapytam: a dlaczego mielibyśmy parszywieć tylko od dotknięcia ASD? Powiedzmy całą prawdę: dotknięcie rąk wyborców połowy + 1 prowadzi demokratów do sparszywienia. Więc może od razu wymienić naród na inny, czytający wyłącznie z zachwytem „Rozważania o prawie i sprawiedliwości” pióra Jana Widackiego (Kraków 2007)?
Witold Bereś
Listy od czytelników nr 35/2025
Wielka masakra kotów
Politycy kłamią z różnych powodów. Najczęściej dlatego, że uważają, iż ludzie nie są w stanie znieść złej prawdy, nawet najbardziej oczywistej. Ci sami politycy kłamią lub przekręcają prawdę także w celu zdobycia lub zachowania władzy. Aby uzyskać poparcie wyborców, mogą obiecywać rzeczy, których nie są w stanie zrealizować. Kłamstwa mogą być stosowane w celu manipulowania opinią publiczną, kształtowania narracji lub dezinformowania. Politycy mogą wykorzystywać fałszywe informacje, aby wprowadzić ludzi w błąd w celu osiągnięcia własnych celów. Deklaracje, zapowiedzi i plany to słowa na wiatr, niemal zawsze są pozbawione znaczenia, opieranie się na nich i branie ich za dobrą monetę przez wyborców jest bezcelowe. Bo słowa polityków są zwykle zupełnie inne niż późniejsze działania. Czy kłamstwo w polityce można wyeliminować? Prawdopodobnie nie, bo wynika ono z samej natury gry o władzę. Ale można ograniczać jego skutki, wzmacniając kulturę odpowiedzialności i przejrzystości życia publicznego. Kiedy kłamstwo zaczyna mieć realną cenę – w postaci utraty poparcia czy stanowiska – pojawia się motywacja, by mówić prawdę. Do tego potrzebne jest jednak coś więcej niż dobre prawo. Potrzebne jest społeczeństwo, które potrafi słuchać prawdy, nawet jeśli jest ona mniej przyjemna niż wygodna iluzja.
Michał Czarnowski
Była prezydentowa mówi
Agata Kornhauser-Duda w ostatnim dniu urzędowania męża odezwała się (!). I co powiedziała? Że „to jest już koniec, nie ma już nic. Jesteśmy wolni, możemy iść”, zaznaczając, że to jak w piosence jej ulubionego zespołu Elektryczne Gitary. I zaśmiała się głośno, może nawet szczerze. Skoro to jej ulubiony zespół, to czy 10 lat temu podśpiewywała sobie pod nosem: „I co ja robię tu, mieć te przestrzenie na jedno skinienie, wiele wynagrodzi. Nie trzeba tęgich głów, takie okazje, bale i lokale chcą, bym się narodził”. To fragment piosenki Elektrycznych Gitar „Co ty tutaj robisz?”.
Anna Nalewajska
Uzależnieni gonią za mirażem
W przypadku alkoholu pierwszym krokiem do nałogu jest
Mój głos do artykułu „Policzmy jeszcze raz”
Niestety, Pana artykuł „Policzmy jeszcze raz” – „Przegląd” nr 27 (1330), jest niepełny. Tak, Pana postulat jest bardzo słuszny i jak najbardziej przepisowy:
„Tych, co dopuścili się fałszerstw, a przecież już wiadomo, że tacy byli, trzeba pokazać. I ukarać”
Jednak ta propozycja niesie za sobą poważne konsekwencje, o których także głośno musimy mówić.
- Potrzeba rozpytać lub przesłuchać wszystkich członków obwodowych komisji wyborczych, w których to komisjach wykryto błędy. Na okoliczność ich udziału w popełnieniu przestępstwa. A tych osób już jest w Polsce kilka tysięcy i może będzie ich coraz więcej.
Uzasadnienie:
Wszyscy członkowie /czyli każda osoba/ obwodowych komisji wyborczych odpowiadają karnie za swoje błędy. Potencjalna grupa przestępcza. Wszystkie ich działania były kolegialne, między innymi liczenie głosów, plombowanie „worów” i inne. Ale najważniejsze jest to, że każdy członek komisji musiał podpisać, bez wyjątku, wszystkie strony wydrukowanych czterech protokołów z wynikami, gdzie jak byk w dwóch pozycjach były liczby z oddanymi głosami na Nawrockiego i Trzaskowskiego. Nie sposób się pomylić. Nie sposób nie widzieć i nie wiedzieć, co się podpisuje.
- Konsekwencją krucjaty przeciwko członkom komisji będzie niechęć Polaków do brania udziału w pracach komisji wyborczych w przyszłych wyborach. A już w ostatnich wyborach prezydenckich były trudności ze skompletowaniem pełnych składów osobowych komisji.
Ponadto nie zapominajmy, że obecne otwieranie „worów” z kartami do głosowania nie jest w obecności zainteresowanych, potencjalnych przestępców, członków nieuczciwych komisji. Jak to będzie w przyszłości się miało dowodowo w procesach przeciwko członkom komisji?
Tak więc powtórne przeliczenie głosów oddanych na Nawrockiego i Trzaskowskiego spowoduje nieunikniony paraliż działania organów
Piotr Przybecki
Afera KPO
Media prześcigają się w egzaltacjach nad nieprawidłowościami w wydawaniu środków z Krajowego Planu Odbudowy, będącego polską częścią największego programu gospodarczego Unii Europejskiej NextGeneration EU. Nie jestem zaskoczony. Wartość NG EU to około 800 mld, z czego około 60 mld EUR przypada Polsce. Kwoty wręcz kolosalne. Osobliwość NG EU polega nie tylko na wartości tego programu, ale również na źródłach pozyskiwania środków. Po praz pierwszy wprowadzono do obrotu środki pozyskane z pożyczek zaciągniętych solidarnie przez państwa członkowskie i to od razu w tak ogromnej skali.
Od samego początku dyskusji o NG EU było dla mnie jasne, że ten projekt wymaga „obudowania” go specjalnym systemem audytu. Niestety ani Unia Europejska ani Polska nie sprostały temu wyzwaniu.
Korzenie zła sięgają lat wcześniejszych, przedpisowskich, kiedy to Komisja Europejska – bardzo słusznie – zażądała, aby sprawozdaniom z wydatkowania środków unijnych przez kraje członkowskie towarzyszyła informacja o „Rocznym Podsumowaniu dostępnych audytów i deklaracji” czyli innymi słowy „poświadczenie wiarygodności” wydatkowania środków unijnych, przedstawione przez zewnętrznego, niezależnego audytora. I tutaj poważna wpadka, a może celowe działanie Unii Europejskiej, Mogła otóż Unia zażądać, aby owo „poświadczenie” wydawała Najwyższy Organ
dr inż. Jacek Uczkiewicz
Obława augustowska
Fakty i kontrowersje
Już pierwsze zdanie Stanisława Kulikowskiego w artykule „Tragedia niedokończona” (nr 29/2025) budzi sprzeciw. Nie wiem, jacy to „historycy” mogą pisać, że „obławę augustowską przeprowadziły oddziały NKWD wspomagane przez funkcjonariuszy UB”. Jak słusznie podkreśla historyk dr Tadeusz Radziwonowicz, długoletni dyrektor Archiwum Państwowego w Suwałkach, człowiek, który chyba najgłębiej wgryzł się w temat, jest to nieporozumienie. Była to bowiem operacja wojskowa, przeprowadzona przez oddziały 2. Frontu Białoruskiego (głównie 50. Armii), pilotowana przez kontrwywiad wojskowy, czyli Smiersz. NKWD z UB miały najwyżej funkcje pomocnicze.
Nie widziałem autora publikacji na debacie przeprowadzonej 13 lipca 2025 r. w Domu Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej Instytutu Pileckiego, a szkoda. Zasłużony publicysta, który pierwszy pod koniec lat 80. XX w. w „Krajobrazach”, czyli w oficjalnym piśmie PZPR, podjął sprawę wraz z Ireneuszem Sewastianowiczem, dużo by na tej obecności skorzystał. Co do liczby zamordowanych także są kontrowersje. Podaje się liczby od 600 do 2 tys. Nie ulega wątpliwości, że podana przez rosyjską prokuraturę liczba 592 (na podstawie szyfrogramu gen. Abakumowa) jest zaniżona, dotyczy tylko głównego etapu operacji, po którym nastąpiły jeszcze kolejne aresztowania i zabójstwa.
Mnie przekonują szacunki dr. Jerzego Milewskiego (autora określenia obława augustowska) z białostockiego IPN, oceniającego liczbę ofiar na 700-750. Z badań dr. Nikity Pietrowa wynika, że zachowało się 575 teczek osobowych, do których nie było ani nie ma teraz dostępu. W wyniku ustaleń Danuty i Zbigniewa Kaszlejów z nazwiska znanych jest i potwierdzonych 513 osób.
Na debacie podano również, że odsetek przypadkowo zabitych ludzi nie jest aż tak duży, jak pisze red. Kulikowski. Okazuje się, że z ustalonych nazwisk ok. 70% ofiar miało powiązania z Armią Krajową, przynajmniej z siatką terenową AKO. Rodziny po prostu jeszcze po 1990 r. bały się do tego przyznać. Nie tylko przed panem redaktorem.
Włączenie tematu obławy augustowskiej w bieżące rozgrywki polityczne spowodowało, że nie wyjaśniono wielu spraw, w tym nie ujawniono miejsca pochówku „zaginionych”. W dobie poprawnych stosunków polsko-białoruskich istniała szansa na jego odnalezienie. Czynniki państwowe wolały jednak głośno demonstrować i pokrzykiwać, a nie ułatwiać po cichu wyjaśnienie problemu.
Nie ma co ukrywać, już od 2015 r. wiadomo, gdzie prawdopodobnie znajdują się groby. Wpadł na to, przeglądając zdjęcia satelitarne, Tomasz Kiełczewski, obecny kierownik Muzeum Ziemi Augustowskiej, od razu poparty przez pracowników białostockiego oddziału IPN. Jest to miejsce w pobliżu dawnej leśniczówki Giedź przy drodze z Rygola do Kalet, tuż za obecną granicą państwową w białoruskiej zonie granicznej.
Pozwolę tu sobie na akcent osobisty: wiosną 1981 r. spotkaliśmy z obecną moją żoną na ulicy Młyńskiej (wtedy Związków Zawodowych) podpitego Jana Szostaka (rzadko chodził trzeźwy). Zapytałem go wprost, co się stało z ludźmi aresztowanymi podczas obławy w lipcu 1945 r. Reakcja była łatwa do przewidzenia: „A to była jakaś obława? Kto to mówi?”. Odpowiedziałem standardowo: „Wszyscy mówią”. Zaskoczony odrzekł: „Myśmy się dowiadywali, jest wielka mogiła pod Sopoćkiniami”.
Nie bardzo rozumiałem tę odpowiedź. Dopiero znacznie później zorientowałem się, że pod koniec 1945 r. albo już w 1946 r. UB otrzymał od władz wojewódzkich zadanie uzyskania wyjaśnień. Rodziny zgłaszały się po pomoc, zasiłki i wsparcie w innych sprawach bytowych, wszak utraciły żywicieli. Służby swoimi kanałami uzyskały tę odpowiedź strony radzieckiej i na tym poprzestano.
„Okolice” w tym przypadku rozumiane są szeroko. Istotnie Giedź znajduje
Wojciech Batura, emerytowany kustosz Muzeum Ziemi Augustowskiej
Listy od czytelników nr 33/2025
Bodnar zaczął, Żurek dokończy
Po przeczytaniu w sumie optymistycznego felietonu Jerzego Domańskiego raczej wątpię, czy „prezes Kaczyński będzie mógł poznać prawdziwy sens słów, które opisują jego partię. (…) Pora więc na rozliczenie sprawców”. Nie wiem, czy jest to PO-gadanie, czy faktyczna droga do państwa prawa. Na s. 5. pan Michał Czarnowski pisze: „Partia, która ma w nazwie obywatelskość, tak naprawdę jest antyspołeczna, antypracownicza i, jak pokazały ostatnie lata, przypomina sobie o najuboższych obywatelach tylko przed wyborami”.
Można dodać do tego, że partia Donalda Tuska przypomina sobie przed wyborami również o innych obietnicach przedwyborczych. Jak wyglądało rozliczanie PiS z IV RP? Po 2007 r. epatowano nas różnymi sensacjami, np. „Zbigniew Ziobro, zbrodniarz – morderca laptopa” i podobnymi. Robiono igrzyska dla ludu, kończąc je po ośmiu latach decyzją, że Zbigniew Ziobro nie stanie przed Trybunałem Stanu. Bo w Sejmie w tym ważnym głosowaniu zabrakło 35 osób, w tym Ewy Kopacz, Tomasza Siemoniaka, Waldemara Pawlaka, Janusza Piechocińskiego i Grzegorza Napieralskiego. Gdyby nie brak m.in. tych pięciu głosów, Ziobro nie mógłby stwierdzić: „Jestem trochę zaskoczony tą kolejną nieudolnością i nieudacznictwem PO i PSL. Przez osiem lat gardłowali, że trzeba mnie postawić przed TS, i mieli ku temu okazję”. Nie jestem prawnikiem, ale jeśli rząd Donalda Tuska nie rozliczy do końca kadencji choćby tych, którzy zostali wymienieni w „100 konkretach na pierwsze 100 dni rządów”, będzie dla mnie jasne, że nie chce stwarzać precedensu. Nie rozumiem obaw PO-PiS – przecież niewinny nie ma czego się bać!
Józef Brzozowski
Stracone 10 lat
Pan prezydent Andrzej Duda bezkrytycznie popierał Ukrainę, wiedząc, że nasza pomoc idzie zbyt daleko i jest krytykowana przez wielu Polaków. Co więcej, zabrakło wdzięczności z drugiej strony. Bajki w stylu „Jasionka jest nasza, autostrady są nasze” z wywiadu pod koniec prezydentury dodatkowo ośmieszyły
Przedwojenni polscy jezuici antysemici – ku refleksji i przestrodze.
W drugiej połowie 1938 roku na łamach ukazującego się wówczas w Warszawie i uchodzącego w środowisku katolickim za opiniotwórczy jezuickiego miesięcznika „Przegląd Powszechny” zamieszczone zostały dwie ściśle ze sobą powiązane tematycznie i nad wyraz interesujące pod względem treści publikacje. Pierwsza zamieszczona została w numerze lipcowo – sierpniowym, druga z kolei w numerze listopadowym.
Autorem pierwszej z nich był niejaki Konwertyta – rzekomo nawrócony na chrześcijaństwo Żyd. Jej tytuł brzmiał : Konwertyta w sprawie żydowskiej. Co ciekawe, nie wiadomo kim był z imienia i nazwiska ów Konwertyta. Czy „PP” dokonał swoistej mistyfikacji i stworzył na potrzebę chwili owego Konwertytę? Wydaje się, iż takie sądy byłyby nazbyt pochopne. Wątpliwości jednak mimo wszystko pozostają i to spore.
Autorem drugiej publikacji był wykładowca akademicki ks. prof. J. Kruszyński z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jej tytuł brzmiał z kolei: W sprawie żydowskiej.
Zaryzykować można w tym miejscu stwierdzenie, iż oba artykuły powstałe u schyłku idealizowanej dziś przez środowiska prawicowe Drugiej Rzeczypospolitej stanowią doskonałą i wartą przypomnienia próbkę ówczesnego katolickiego i zarazem niestety nacjonalistycznego światopoglądu, którego charakterystycznym, wyczuwalnym składnikiem był na ówczesnym polskim gruncie antysemityzm, okazywany w bardziej lub mniej subtelny sposób.
Z drugiej natomiast strony oba wspomniane artykuły oprócz tego, iż stanowią niewątpliwie cenne źródło historyczne dla badaczy skłaniać powinny także poprzez swoją wymowną i na swój sposób ostrzegawczą treść do ciągłej, pogłębionej i koniecznej refleksji nad tym jaki był prawie 90 lat temu na krótko przed tragicznym Wrześniem i jaki być nie powinien obecnie polski model katolicyzmu.
Przejdźmy zatem do zasadniczych wątków zaprezentowanych w pierwszej z wymienionych publikacji. Wspomniany Konwertyta, pisząc na wstępie o asymilacji narodowej Żydów i „sprawie żydowskiej” w ówczesnej Polsce, podkreślał: „Jeśli możliwości chrystianizacji Żydów są nikłe (…) to narodowa asymilacja Żydów jest sprawą o wiele jeszcze trudniejszą. Katolikiem może zostać każdy człowiek, niezależnie od przynależności narodowej, który uznaje i wypełnia prawdy i przykazania Boga i Kościoła. Natomiast stać się członkiem innego narodu to sprawa bardziej zawiła (…). Dziełu asymilacji sprzyja fakt bliskości rasowej, wspólnoty religijnej, przynależności do jednego typu kultury i wreszcie pomieszanie jednostek pośród danego narodu. Otóż Żydzi nie posiadają w Polsce żadnego
,Ryszard Rauba,
Zielona Góra






