Od czytelników

Powrót na stronę główną
Aktualne Od czytelników

Mój głos do artykułu „Policzmy jeszcze raz”

Niestety, Pana artykuł „Policzmy jeszcze raz” – „Przegląd” nr 27 (1330), jest niepełny. Tak, Pana postulat jest bardzo słuszny i jak najbardziej przepisowy:

„Tych, co dopuścili się fałszerstw, a przecież już wiadomo, że tacy byli, trzeba pokazać. I ukarać”

 

Jednak ta propozycja niesie za sobą poważne konsekwencje, o których także głośno musimy mówić.

 

  1. Potrzeba rozpytać lub przesłuchać wszystkich członków obwodowych komisji wyborczych, w których to komisjach wykryto błędy. Na okoliczność ich udziału w popełnieniu przestępstwa. A tych osób już jest w Polsce kilka tysięcy i może będzie ich coraz więcej.

Uzasadnienie:

Wszyscy członkowie /czyli każda osoba/ obwodowych komisji wyborczych odpowiadają karnie za swoje błędy. Potencjalna grupa przestępcza. Wszystkie ich działania były kolegialne, między innymi liczenie głosów, plombowanie „worów” i inne. Ale najważniejsze jest to, że każdy członek komisji musiał podpisać, bez wyjątku, wszystkie strony wydrukowanych czterech protokołów z wynikami, gdzie jak byk w dwóch pozycjach były liczby z oddanymi głosami na Nawrockiego i Trzaskowskiego. Nie sposób się pomylić. Nie sposób nie widzieć i nie wiedzieć, co się podpisuje.

 

  1. Konsekwencją krucjaty przeciwko członkom komisji będzie niechęć Polaków do brania udziału w pracach komisji wyborczych w przyszłych wyborach. A już w ostatnich wyborach prezydenckich były trudności ze skompletowaniem pełnych składów osobowych komisji.

 

Ponadto nie zapominajmy, że obecne otwieranie „worów” z kartami do głosowania nie jest w obecności zainteresowanych, potencjalnych przestępców, członków nieuczciwych komisji. Jak to będzie w przyszłości się miało dowodowo w procesach przeciwko członkom komisji?

 

Tak więc powtórne przeliczenie głosów oddanych na Nawrockiego i Trzaskowskiego spowoduje nieunikniony paraliż działania organów

Piotr Przybecki

Aktualne Od czytelników

Afera KPO

Media prześcigają się w egzaltacjach nad nieprawidłowościami w wydawaniu środków z Krajowego Planu Odbudowy, będącego polską częścią największego programu gospodarczego  Unii Europejskiej NextGeneration EU. Nie jestem zaskoczony. Wartość NG EU to około 800 mld, z czego około 60 mld EUR przypada Polsce. Kwoty wręcz kolosalne. Osobliwość NG EU polega  nie tylko na wartości tego programu, ale również na źródłach pozyskiwania środków. Po praz pierwszy wprowadzono do obrotu środki pozyskane z pożyczek zaciągniętych solidarnie przez państwa członkowskie i to od razu w tak ogromnej skali.

Od samego początku dyskusji o NG EU było dla mnie jasne, że ten projekt wymaga „obudowania” go specjalnym systemem audytu. Niestety ani Unia Europejska ani Polska nie sprostały temu wyzwaniu.

Korzenie zła sięgają lat wcześniejszych, przedpisowskich, kiedy to Komisja Europejska – bardzo słusznie – zażądała, aby sprawozdaniom z wydatkowania środków unijnych przez kraje członkowskie towarzyszyła informacja o „Rocznym Podsumowaniu dostępnych audytów i deklaracji” czyli innymi słowy „poświadczenie wiarygodności” wydatkowania środków unijnych, przedstawione przez zewnętrznego, niezależnego audytora. I tutaj poważna wpadka, a może celowe działanie Unii Europejskiej, Mogła otóż Unia zażądać, aby owo „poświadczenie” wydawała Najwyższy Organ

dr inż. Jacek Uczkiewicz

Od czytelników

Obława augustowska

Fakty i kontrowersje

Już pierwsze zdanie Stanisława Kulikowskiego w artykule „Tragedia niedokończona” (nr 29/2025) budzi sprzeciw. Nie wiem, jacy to „historycy” mogą pisać, że „obławę augustowską przeprowadziły oddziały NKWD wspomagane przez funkcjonariuszy UB”. Jak słusznie podkreśla historyk dr Tadeusz Radziwonowicz, długoletni dyrektor Archiwum Państwowego w Suwałkach, człowiek, który chyba najgłębiej wgryzł się w temat, jest to nieporozumienie. Była to bowiem operacja wojskowa, przeprowadzona przez oddziały 2. Frontu Białoruskiego (głównie 50. Armii), pilotowana przez kontrwywiad wojskowy, czyli Smiersz. NKWD z UB miały najwyżej funkcje pomocnicze.

Nie widziałem autora publikacji na debacie przeprowadzonej 13 lipca 2025 r. w Domu Pamięci Ofiar Obławy Augustowskiej Instytutu Pileckiego, a szkoda. Zasłużony publicysta, który pierwszy pod koniec lat 80. XX w. w „Krajobrazach”, czyli w oficjalnym piśmie PZPR, podjął sprawę wraz z Ireneuszem Sewastianowiczem, dużo by na tej obecności skorzystał. Co do liczby zamordowanych także są kontrowersje. Podaje się liczby od 600 do 2 tys. Nie ulega wątpliwości, że podana przez rosyjską prokuraturę liczba 592 (na podstawie szyfrogramu gen. Abakumowa) jest zaniżona, dotyczy tylko głównego etapu operacji, po którym nastąpiły jeszcze kolejne aresztowania i zabójstwa.

Mnie przekonują szacunki dr. Jerzego Milewskiego (autora określenia obława augustowska) z białostockiego IPN, oceniającego liczbę ofiar na 700-750. Z badań dr. Nikity Pietrowa wynika, że zachowało się 575 teczek osobowych, do których nie było ani nie ma teraz dostępu. W wyniku ustaleń Danuty i Zbigniewa Kaszlejów z nazwiska znanych jest i potwierdzonych 513 osób.

Na debacie podano również, że odsetek przypadkowo zabitych ludzi nie jest aż tak duży, jak pisze red. Kulikowski. Okazuje się, że z ustalonych nazwisk ok. 70% ofiar miało powiązania z Armią Krajową, przynajmniej z siatką terenową AKO. Rodziny po prostu jeszcze po 1990 r. bały się do tego przyznać. Nie tylko przed panem redaktorem.

Włączenie tematu obławy augustowskiej w bieżące rozgrywki polityczne spowodowało, że nie wyjaśniono wielu spraw, w tym nie ujawniono miejsca pochówku „zaginionych”. W dobie poprawnych stosunków polsko-białoruskich istniała szansa na jego odnalezienie. Czynniki państwowe wolały jednak głośno demonstrować i pokrzykiwać, a nie ułatwiać po cichu wyjaśnienie problemu.

Nie ma co ukrywać, już od 2015 r. wiadomo, gdzie prawdopodobnie znajdują się groby. Wpadł na to, przeglądając zdjęcia satelitarne, Tomasz Kiełczewski, obecny kierownik Muzeum Ziemi Augustowskiej, od razu poparty przez pracowników białostockiego oddziału IPN. Jest to miejsce w pobliżu dawnej leśniczówki Giedź przy drodze z Rygola do Kalet, tuż za obecną granicą państwową w białoruskiej zonie granicznej.

Pozwolę tu sobie na akcent osobisty: wiosną 1981 r. spotkaliśmy z obecną moją żoną na ulicy Młyńskiej (wtedy Związków Zawodowych) podpitego Jana Szostaka (rzadko chodził trzeźwy). Zapytałem go wprost, co się stało z ludźmi aresztowanymi podczas obławy w lipcu 1945 r. Reakcja była łatwa do przewidzenia: „A to była jakaś obława? Kto to mówi?”. Odpowiedziałem standardowo: „Wszyscy mówią”. Zaskoczony odrzekł: „Myśmy się dowiadywali, jest wielka mogiła pod Sopoćkiniami”.

Nie bardzo rozumiałem tę odpowiedź. Dopiero znacznie później zorientowałem się, że pod koniec 1945 r. albo już w 1946 r. UB otrzymał od władz wojewódzkich zadanie uzyskania wyjaśnień. Rodziny zgłaszały się po pomoc, zasiłki i wsparcie w innych sprawach bytowych, wszak utraciły żywicieli. Służby swoimi kanałami uzyskały tę odpowiedź strony radzieckiej i na tym poprzestano.

„Okolice” w tym przypadku rozumiane są szeroko. Istotnie Giedź znajduje

Wojciech Batura, emerytowany kustosz Muzeum Ziemi Augustowskiej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 33/2025

Bodnar zaczął, Żurek dokończy

Po przeczytaniu w sumie optymistycznego felietonu Jerzego Domańskiego raczej wątpię, czy „prezes Kaczyński będzie mógł poznać prawdziwy sens słów, które opisują jego partię. (…) Pora więc na rozliczenie sprawców”. Nie wiem, czy jest to PO-gadanie, czy faktyczna droga do państwa prawa. Na s. 5. pan Michał Czarnowski pisze: „Partia, która ma w nazwie obywatelskość, tak naprawdę jest antyspołeczna, antypracownicza i, jak pokazały ostatnie lata, przypomina sobie o najuboższych obywatelach tylko przed wyborami”.

Można dodać do tego, że partia Donalda Tuska przypomina sobie przed wyborami również o innych obietnicach przedwyborczych. Jak wyglądało rozliczanie PiS z IV RP? Po 2007 r. epatowano nas różnymi sensacjami, np. „Zbigniew Ziobro, zbrodniarz – morderca laptopa” i podobnymi. Robiono igrzyska dla ludu, kończąc je po ośmiu latach decyzją, że Zbigniew Ziobro nie stanie przed Trybunałem Stanu. Bo w Sejmie w tym ważnym głosowaniu zabrakło 35 osób, w tym Ewy Kopacz, Tomasza Siemoniaka, Waldemara Pawlaka, Janusza Piechocińskiego i Grzegorza Napieralskiego. Gdyby nie brak m.in. tych pięciu głosów, Ziobro nie mógłby stwierdzić: „Jestem trochę zaskoczony tą kolejną nieudolnością i nieudacznictwem PO i PSL. Przez osiem lat gardłowali, że trzeba mnie postawić przed TS, i mieli ku temu okazję”. Nie jestem prawnikiem, ale jeśli rząd Donalda Tuska nie rozliczy do końca kadencji choćby tych, którzy zostali wymienieni w „100 konkretach na pierwsze 100 dni rządów”, będzie dla mnie jasne, że nie chce stwarzać precedensu. Nie rozumiem obaw PO-PiS – przecież niewinny nie ma czego się bać!
Józef Brzozowski

 

Stracone 10 lat

Pan prezydent Andrzej Duda bezkrytycznie popierał Ukrainę, wiedząc, że nasza pomoc idzie zbyt daleko i jest krytykowana przez wielu Polaków. Co więcej, zabrakło wdzięczności z drugiej strony. Bajki w stylu „Jasionka jest nasza, autostrady są nasze” z wywiadu pod koniec prezydentury dodatkowo ośmieszyły

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Przedwojenni polscy jezuici antysemici – ku refleksji i przestrodze.

W drugiej połowie 1938 roku  na łamach ukazującego się wówczas w Warszawie i uchodzącego w środowisku katolickim za opiniotwórczy jezuickiego miesięcznika  „Przegląd Powszechny” zamieszczone zostały dwie ściśle ze sobą powiązane tematycznie i nad wyraz interesujące pod względem treści publikacje. Pierwsza zamieszczona została w numerze lipcowo – sierpniowym, druga z kolei w numerze listopadowym.

Autorem pierwszej z nich był niejaki Konwertyta – rzekomo nawrócony na chrześcijaństwo Żyd. Jej tytuł brzmiał : Konwertyta w sprawie żydowskiej. Co ciekawe, nie wiadomo  kim był z imienia i nazwiska ów Konwertyta. Czy „PP” dokonał swoistej mistyfikacji i stworzył na potrzebę chwili owego Konwertytę? Wydaje się, iż takie sądy byłyby nazbyt pochopne.  Wątpliwości jednak mimo wszystko pozostają i to spore.

Autorem drugiej publikacji był wykładowca akademicki ks. prof. J. Kruszyński z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Jej tytuł brzmiał z kolei: W sprawie żydowskiej.

Zaryzykować można w tym miejscu stwierdzenie, iż oba artykuły powstałe u schyłku idealizowanej dziś przez środowiska prawicowe Drugiej Rzeczypospolitej stanowią doskonałą i wartą przypomnienia próbkę ówczesnego katolickiego i zarazem niestety nacjonalistycznego światopoglądu, którego charakterystycznym, wyczuwalnym składnikiem był na ówczesnym polskim gruncie antysemityzm, okazywany w bardziej lub mniej subtelny sposób.

Z drugiej natomiast strony oba wspomniane artykuły oprócz tego, iż stanowią niewątpliwie  cenne źródło historyczne dla badaczy skłaniać powinny także poprzez swoją wymowną  i na swój sposób ostrzegawczą treść do ciągłej, pogłębionej i koniecznej refleksji nad tym jaki był prawie 90 lat temu na krótko przed tragicznym Wrześniem i jaki być nie powinien obecnie  polski model katolicyzmu.

Przejdźmy zatem do zasadniczych wątków zaprezentowanych w pierwszej z wymienionych publikacji.  Wspomniany  Konwertyta, pisząc na wstępie o asymilacji narodowej Żydów i „sprawie żydowskiej” w ówczesnej  Polsce, podkreślał: „Jeśli możliwości chrystianizacji Żydów są nikłe (…) to narodowa asymilacja Żydów jest sprawą o wiele jeszcze trudniejszą. Katolikiem może zostać każdy człowiek, niezależnie od przynależności narodowej, który uznaje i wypełnia prawdy i przykazania Boga i Kościoła. Natomiast stać się członkiem innego narodu to sprawa bardziej zawiła (…). Dziełu asymilacji sprzyja fakt bliskości rasowej, wspólnoty religijnej, przynależności do jednego typu kultury i wreszcie pomieszanie jednostek pośród danego narodu. Otóż Żydzi nie posiadają w Polsce żadnego

,Ryszard  Rauba,
Zielona  Góra

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 32/2025

Jak zadziwiliśmy inne nacje
W numerze 29. „Przeglądu”, który kupiłem, nie mogąc doczekać się zaprenumerowanego egzemplarza, znalazłem artykuł „1955 – dwa tygodnie radości. V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów”. Festiwal odbył się w Warszawie 10 lat po wyzwoleniu miasta, które po lewej stronie Wisły prawie w całości zostało zrujnowane.

„Cały naród buduje swoją stolicę” to nie tylko hasło, to ówczesny stan działania Polski i Polaków, który zadziwiał inne nacje. Podczas tej dekady odbudowano wiele zabytkowych części miasta – to te widoczne na zdjęciach w artykule. Wzniesiono wiele nowych domów, głównie na obszarach o niskiej przedwojennej zabudowie. Jednak zasadnicze spotkania, występy i odczyty odbywały się w Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina i na placu Defilad.

Obszar pomiędzy Al. Jerozolimskimi oraz ulicami Marszałkowską, Świętokrzyską i Emilii Plater był prawie w całości zrujnowany i wypalony przez stacjonujące tam po powstaniu warszawskim wojsko niemieckie. Zaprzyjaźniony wówczas z nami Związek Radziecki jako swój wkład w odbudowę Warszawy zaproponował zbudowanie na jej obszarze kompleksu mieszkań dla 20 tys. osób lub właśnie takiego obiektu, który miał zapewniać najpotrzebniejsze w tym czasie pomieszczenia dla nauki, kultury i wypoczynku. Decyzję o przyjęciu drugiej opcji podjęła Rada Warszawy w 1952 r. Budowę rozpoczęto niezwłocznie i w ciągu trzech lat ją ukończono wraz zagospodarowaniem okolicznego placu. Pałac oddano warszawiakom 21 lipca 1955 r., a więc tydzień przed zaplanowanym festiwalem. W tym czasie zakończono też budowę i oddano do użytku usytuowany obok dworzec kolejowy Warszawa Śródmieście.

W pałacu, zgodnie z założeniem, znalazły dla siebie miejsce: Polska Akademia Nauk wraz z towarzyszącymi jej instytucjami, Sala Kongresowa na 3 tys. miejsc, trzy teatry, w tym jeden dla dzieci w części młodzieżowej, trzy kina, część sportowa z pełnym wyposażeniem, w tym 50-metrowy basen z wieżą o wysokości 10 m, ponadto Muzeum Techniki, sale restauracyjne i wystawiennicze oraz wiele innych placówek.

Byłem w tym czasie studentem drugiego roku politechniki. Na Warszawę i na to, co się w niej działo, patrzyłem z Pragi, bo nasze mieszkanie na ul. Pańskiej zniknęło pod pl. Defilad, jak i część ulicy.

A V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów to nie tylko dwa tygodnie radości, lecz kolejne tygodnie, miesiące i lata, gdy Warszawa piękniała z dnia na dzień, a my, jej mieszkańcy, cieszyliśmy się z widocznego postępu i coraz lepszego życia kulturalnego, jak i osobistego. (…)
Edward Ipnarski

 

Proszę się cofnąć do przodu
Problem z Platformą Obywatelską i jej opracowywaniem oraz wdrażaniem programów socjalnych jest taki, że w programach socjalnych jest wiarygodna mniej więcej tak jak Mateusz Morawiecki obiecujący milion elektrycznych samochodów na polskich drogach w 2025 r. Wyborcy, którzy chcą państwa opiekuńczego, pamiętają bowiem dobrze, że lata rządów PO i PSL to był czas zaciskania pasa i odsyłania głodnych ludzi po szczaw i mirabelki oraz stosowania zmiany pracy i zaciągania kolejnych kredytów jako remedium na wszystkie bolączki obywateli. Z drugiej strony trzonem wyborczym są ludzie, którzy państwa aż tak bardzo opiekuńczego nie chcą. A każdy taki pomysł wprowadzenia tego (tfu!) socjalu powoduje palpitacje serca oraz nerwowe rozglądanie się po scenie politycznej, czy jest jeszcze ktokolwiek, kto będzie tu reprezentował ich interesy, czyli ultraliberalne podejście do gospodarki. Partia, która ma w nazwie obywatelskość, tak naprawdę jest antyspołeczna, antypracownicza i, jak pokazały ostatnie lata, przypomina sobie o najuboższych obywatelach tylko przed wyborami. A po wyborach wymyśla się ustawy o wydłużaniu wieku emerytalnego do 67. roku życia albo wprowadza lub podnosi podatki.
Michał Czarnowski

 

Roman Kurkiewicz pisze: „Wszyscy wiemy, że wydarzenie »rekonstrukcja« jest reakcją na nienajlepsze notowania rządu i krążącą nad nim czarną frazą: nic nie robią”. Czy ta rekonstrukcja nie jest czasem spektaklem dla widzów, którzy mogą tylko bić brawo (bo jajkami rzucać nie wolno)?
Józef Brzozowski

 

Jak prawica fałszuje historię PRL  

45 lat. Dwa pokolenia ludzi pracujących na rzecz poprawy jakości życia milionów Polek i Polaków. Czas likwidacji analfabetyzmu, mechanizacji rolnictwa, elektryfikacji (w tym kolei), skutecznego zagospodarowania Ziem Odzyskanych. Czas rozwoju przemysłu. Budowa nowych osiedli mieszkaniowych. Okres renesansu polskiego sportu. Czas pierwszego udanego przeszczepu serca i lotu pierwszego Polaka w kosmos. Budowa pięknych ośrodków wypoczynkowych, z których korzystały całe rodziny – w tym piszący te słowa.
Damian Paweł Strączyk

 

Cieszę się, że moje dzieciństwo i młodość przypadły na czas PRL. Współczuję współczesnym dzieciom, które mają smutne i nudne dzieciństwo, i młodym ludziom niemającym (poza tymi z bogatych i ustawionych partyjnie rodzin) szansy na dobre wykształcenie, rozwój kariery zawodowej, a nawet na własne mieszkanie.
Elżbieta Wypych

 

Pułapki nacjonalizmu

Znakomity wywiad z posłem Tadeuszem Samborskim. Nie ma miejsca na rozważania odbrązawiające bandziorów z UPA.
Łukasz Jastrzębski

 

 

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Świat skutków bez przyczyn

Radosław S. Czarnecki, Wrocław

Dura lex, sed lex (łac. Twarde prawo, ale prawo) to rzymska zasada prawnicza wyrażająca absolutną nadrzędność norm prawa, zgodnie z którą należy bezwzględnie stosować niezależnie od uciążliwości, okoliczności oraz konsekwencji. Słowa te  wypowiedział Gnaeus Domitius Annius Ulpianus – czyli Ulpian (przełom II i III n.e.). Zalicza się go do jednego z pięciu wielkich rzymskich autorytetów prawniczych,  główny doradca cesarza Aleksandra Sewera. Stanowi uosobienie starorzymskiej cnoty i surowości obyczajów, przeciwstawnych swawoli polityków, senatorów, cesarzy (m.in. w takim charakterze prezentowany jest w twórczości Zygmunta Krasińskiego czy Aleksandra Krawczuka). To prymat stanowionych zasad nad chimerą różnorakich poglądów, emocji, afektów itd. trapiących wszelkie zbiorowości wobec których państwo musi zachować asertywność, indyferentność i bez emocjonalność. 

 Ten którego myśl nie wybiega daleko, zobaczy udrękę z bliska.

KONFUCJUSZ

 

Mleko się rozlało (już dawno) i się rozlewa coraz szerzej niczym powódź. Tak czy siak bez względu na dalszy rozwój sytuacji, jako społeczeństwo (a tym samym państwo) jesteśmy pogrążeni w dramatycznym kryzysie. Powszechny krzyk, często histeryczny i emocjonalny, rozlegający się ze strony środowisk demo-liberalnych nad nieprawidłowościami mającymi miejsce w II turze wyborów prezydenckich budzić może nie tyle zaskoczenie – bo zagrożenia wynikające ewentualnie z tych nieprawidłowości niosą dalekosiężne efekty – co może być potwierdzeniem uniwersalności niesionej przez zacytowaną sentencję Konfucjusza sprzed ponad 2400 lat. Przymykanie bowiem oczu na drobne, ale permanentne postępujące przez 30 lat demokracji w RP naruszenia prawa (i nie rozliczone zgodnie z procedurami i literą) siłą rzeczy muszą powracać wzmożonym bumerangiem w życiu publicznym z coraz większą siłą i skalą. I te same środowiska kreujące się dziś na ośrodki demokracji, liberalnych i cywilizowanych obyczajów, postępu i nowoczesności gdy w dziejach III RP zachodziły grube naruszenia zasad państwa prawa milczały bądź bagatelizowały te przypadki. Bezkarność i tuszowanie takich przypadków, raz – dawało przyzwolenie na dalsze, za każdym razem poważniejsze, naruszenia tych zasad, dwa – tworzyło w społecznej świadomości obraz wybiórczego traktowania prawa, jako rękojmi dla pomiatania nim i stanowionym porządkiem. Jako czegoś co służyć ma wyłącznie plemiennym interesom polityków zgodnym z ich nadziejami, sentymentami i emocjami.

Od choćby stosunek do tzw. “falandyzacji prawa”, które to pojęcie oznaczać miało selektywne, zależne od interesów środowisk skupionych wokół Lecha Wałęsy podczas jego prezydentury spojrzenie i podejście do jurysprudensji. Dziś oburzone Autorytety Prawne, wtedy prezentowały wybitnie labilne poparte przymrużeniem oczu, stanowiska. No bo tamte łamanie czy deptanie jurydycznego porządku było dokonywane i legitymizowane przez mit, legendę, symbol przemian demo-liberalnych po 1980 r. “Falandyzacja prawa” jako materializacji tego procesu towarzyszyły podczas

Aktualne Od czytelników

„Teoria względności” w polityce

Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP, nasuwa szereg refleksji nad „pamięcią narodową” kształtowaną przez polityków a nie osoby mające wiedzę w danym obszarze.  Przez ok 70  lat „publicznego” milczenia nt  Wołynia ze względów

Aktualne Od czytelników

List od czytelnika

WARTO PAMIĘTAĆ  Z REFLEKSJĄ!

24 lata temu na łamach lokalnej prasy, Gazety Myślenickie /23.08.2001.r./j pożegnałem Posła na Sejm z SdRP Andrzeja Urbańczyka słowami cyt. „Żegnaj mistrzu i Kolego”. Niezapomniany Poseł Andrzej rzecznik prasowy klubu parlamentarnego SLD będąc na urlopie zmarł tragicznie ginąc w wodach morza Jońskiego 7 sierpnia 2001 roku. Byłem Jego społecznym asystentem. Wraz z grupą członków myślenickiej SdRP zorganizowaliśmy pierwszą terenową filię Jego  biura parlamentarnego w Myślenicach, którą Andrzej osobiście otworzył 1 marca 1994 roku w towarzystwie Przewodniczącego Rady Wojewódzkiej SdRP w Krakowie dr Januszem Gąciarzem. Od tego momentu Poseł Urbańczyk był częstym gościem w naszym mieście. Spotkania z Andrzejem które miałem przyjemność współorganizować i zaszczyt prowadzić były zawsze miłą koleżeńską rozmową o sprawach ważnych dla kraju, dla ludzi lewicy, dla myśleniczan. Nigdy nie zapomnimy Jego mądrych wyważonych słów, nie rzadko krytycznych  pod adresem naszej partii ale mówionych z wielką kulturą polityczną i taktem. Zapraszał do nas wielu wybitnych ówczesnych polityków jak np. Marszałka Sejmu Józefa Oleksego, szefową biura Prezydenta RP Danutę Waniek i wielu Posłów by porozmawiać o stosunkach politycznych w naszym kraju. Wiele ważnych spraw dla myśleniczan i samego miasta Andrzej pomagał rozwiązywać. Wyróżniała GO w polskim parlamencie przykładna kultura polityczna którą doceniali również przeciwnicy polityczni.   Wielką sztuką jest umieć rozmawiać z często  ortodoksyjnym przeciwnikiem z szacunkiem ,bez kłótni w czym  Andrzej był mistrzem. Tej umiejętności brakuje aktualnie wszędzie i na każdym szczeblu władzy państwowej i samorządowej w naszym kraju. W pierwszą rocznicę Jego śmierci zorganizowaliśmy w Myślenicach Dzień Kultury Politycznej zwracając uwagę na jej brak w naszym kraju.

W tym dniu odsłoniliśmy tablicę pamiątkową Posła Andrzeja Urbańczyka z odlewem Jego głowy autorstwa prof. Bronisława Chromego .Tablicę zamontowaliśmy na elewacji jednego z budynków na myślenickim rynku gdzie mieściła się właśnie filja Jego biura poselskiego i siedziba władz powiatowych SdRP a potem SLD. Na tablicy zamieściliśmy powiedzenie Andrzeja cyt.: „STARAM SIĘ ZROZUMIEĆ ŚWIAT I ZWYKŁYCH LUDZI”. Takiej refleksji brakuje dzisiejszej klasie politycznej. Powinni przychodzić pod tą tablicę w ubraniach pokutnych by przypomnieć sobie o kulturze politycznej.

Niestety nawet lewica o swoim koledze zapomniała. Jej rachityczny chór sejmowy trochę słychać. Szczególnie alty i soprany bo basy robią za dyrygentów. Obok nich jak zwykle na obrotowej scenie fałszuje ludowa kapela z solistom Sawickim i kierownikiem festiwalu Hołownią. Ale co można się spodziewać po kościelnych muzykach? Chór lewicy moim zdaniem powinien mieć jednego dyrygenta a najlepiej dyrygentkę. Szanowni Państwo przypomnijcie sobie Waszego kolegę i zgłoście propozycję do Pana Marszałka  Sejm RP by polski Sejm  ustanowił dzień 7 sierpnia/śmierć Andrzeja/ Dniem Kultury Politycznej w naszym kraju. Kulturę polityczną trzeba promować skoro nie wystarcza zwykła etyka. Powinniśmy wyróżniać i nagradzać za kulturę polityczną wybitnych w tej dziedzinie ludzi. Może ktoś z Was podejmie tą propozycje bo kiedyś niestety została zlekceważona.
Jerzy Krygier, Myślenice

 

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 28/2025

Choć sprawa słuszna, czas najbardziej nieodpowiedni

Halo, to ja! Człowiek – według prof. Jana Widackiego – nie tylko „nieprzyzwoity”, ale i „politycznie głupi” i „dalece niemoralny”. Wiem, że jako „słudzy Ukrainy” nie powinniśmy nawet prosić ani tym bardziej żądać ekshumacji pomordowanych Polaków, bo byłby to zdradziecki cios w Ukrainę i sprawiłoby to wielką radość Putinowi, a my do tego nigdy nie możemy dopuścić. Pewnie nawet współfinansujemy (od)budowę na Ukrainie pomników Bandery, Szuchewycza i innych „przyjaciół Polski”. Nie jestem nastawiony antyukraińsko, jak sugeruje pan Widacki, tylko nie zgadzam się na służalstwo polskich władz wobec Ukrainy.
Jerzy Cichot

 

Półtora roku ministry Nowackiej

Ja, wasz wierny czytelnik, muszę tym razem krytycznie zareagować na artykuł, który jest napastliwy i niesprawiedliwy. Choćby fragment traktujący o religii w szkole. Piszecie, że to nie był dobry czas, bo wybory. A kiedy był dobry czas? Żaden z rządów, czy to lewicy, czy PO-PSL, nie zajął się tym tematem. Pani Nowacka pierwsza pochyliła się nad tym problemem, mimo że Kosiniak-Kamysz i Sawicki sypali piach w tryby.

Według mnie Barbara Nowacka całkiem dobrze sobie radzi. Inną kwestią jest dobór współpracowników. Pytanie: czy gdyby tych reform zaniechała, to uzyskałaby poparcie biskupów? Odpowiedź: zdecydowanie nie. Już to przerabiał w wyborach Bronisław Komorowski.
Jan Jakubowski

 

Cuda nad urnami 

Cuda cudami, a kwik niektórych rozczarowanych wynikiem wyborów polityków Koalicji 15 Października, skutkujący składaniem giertychowych protestów, ośmieszył obecną większość parlamentarną. Można odnieść wrażenie, że wicepremier Kosiniak-Kamysz i marszałek Hołownia mają tego pełną świadomość. Jedno jest pewne – rumacze wyskoki mecenasa z niegdysiejszej LPR mają szansę podtopić rządzących. Warto monitorować sondaże.
Damian Paweł Strączyk

 

Towarzystwo wzajemnej adoracji

Smutne to, ale w pełni się zgadzam. U Rafała Trzaskowskiego zabrakło profesjonalnych doradców, speców od wizerunku itp. Co gorsza, sztab konkurenta (plus zawodowi doradcy z najwyższej półki) potrafił wyciągnąć Karola Nawrockiego z najgorszych tarapatów i skutecznie neutralizować kolejne poważne zarzuty. ONI wygrywają kolejne już wybory, bo (po pierwsze, drugie i trzecie) nie żałują grosza na wybitnych – sprawdzonych również za granicą – fachowców. Powiem więcej: gdyby ludzie (sztabowcy, doradcy) stojący za Trzaskowskim robili kampanię nie jemu, ale właśnie konkurentowi, ten miałby zapewne olbrzymi problem z wejściem do drugiej tury, założywszy oczywiście, że ludzie ci działaliby w jak najlepszej wierze, bez chęci zaszkodzenia kandydatowi. Czy więc można się dziwić, że tacy zadufani w sobie amatorzy (do spółki z półamatorami) utopili najpierw w 2015 r. Bronisława Komorowskiego, a potem dwukrotnie (znacznie lepszego od Komorowskiego, Dudy i Nawrockiego razem wziętych) Rafała Trzaskowskiego?
Tadeusz T. Nowacki

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.