Od czytelników
Listy od czytelników nr 27/2025
Kościół sklejony z PiS
Dlaczego tak jest? Od polskiej chadecji, nie mówiąc już o lewicy, rzadko słyszy choć jedno dobre słowo. A przecież, niezależnie od stopnia pobożności, nie sposób nie widzieć, że w wielu ośrodkach Kościół jest ostoją patriotyzmu, stróżem lokalnych tradycji i kustoszem pamięci – wszystkiego, dzięki czemu niedziela staje się dniem świątecznym: ludzie ubierają się uroczyście, regionalne zespoły w stroje historyczne, śpiewają miejscowe chóry i grają muzycy, twarze przybierają wyraz skupienia i życzliwości. Tysiące utrzymanych w blasku budowli sakralnych są dobrem ogólnonarodowym, również muzealnym, i nieodłączną częścią polskiego krajobrazu. Zasługują na coś więcej niż na zaciętą twarz pani minister edukacji.
Andrzej Lam
Państwo marginalizuje kolej
Koleś najpierw przyklaskiwał, kiedy PiS przez osiem lat rujnowało spółkę, w której pracuje, i rozdawało pieniądze, aby idioci na nich głosowali, a kiedy firma zbankrutowała, to wielkie zdziwienie, że ludzie tracą robotę. Tracą właśnie przez takich związkowców, którzy wspólnie z zarządem sprzedawali lokomotywy w leasing zwrotny, aby wypłacić ludziom podwyżki. Tak się kończy debilizm ekonomiczny w każdej państwowej spółce, która powinna wypracowywać zysk dla podatników do budżetu państwa, a nie być dotowana przez podatników.
Darek Skiba
W niektórych miejscach pracy (nie tylko w PKP Cargo) zostaną zatrudnieni tylko związkowcy. Obecna archaiczna ustawa o związkach zawodowych to umożliwia. Niestety, nikt nie podnosi w Polsce tego tematu. Popatrzmy, jak górniczy lub rolniczy związkowcy walczą o swoje synekury, a nie o restrukturyzację, która zapewni miejsca pracy. Plus brak wysokich wymagań w trakcie konkursów na stanowiska kierownicze, a później brak odpowiedzialności karnej za niewłaściwe decyzje. Dużo rzeczy do zmiany.
Jolanta Holko
Inaczej o ludobójstwie w Gazie
Skoro Izrael jest największym przyjacielem Jankesów, to znaczy, że według dzisiejszej propagandy jest tym dobrym, a jego działania są słuszne. Czyli biedny Izrael walczy z roszczeniowymi i wiecznie niezadowolonymi terrorystami palestyńskimi. Tak samo sytuacja była przedstawiana w jedynie słusznej propagandzie, gdy Jankesi bombardowali Irak, a potem Serbów, ponownie Irak, a na końcu Afganistan. Totalna znieczulica co do ofiar i zniszczeń, a nawet otwarte kibicowanie Jankesom zabijającym „tych złych”. Podejrzewam, że gdyby Stany Zjednoczone zaatakowały Ukrainę, polskie media przedstawiałyby herosów amerykańskich walczących ze skorumpowanym rządem banderowców i ich nazistowskimi siepaczami z Prawego Sektora. Tak samo będzie z obecnym konfliktem Izraela z Iranem. Wszystko zależy od tego, w którą stronę jest zwrócona propagandowa tuba, jasno określająca, kto jest dobry, a kto zły. Niezależnie od prawdziwej sytuacji geopolitycznej, ideologicznej czy ekonomicznej uczestniczących w konflikcie stron.
Michał Czarnowski
Listy od czytelników nr 26/2025
Darwinizm edukacyjny
Trochę niepoważne są oczekiwania wprowadzenia w Polsce czy choćby zainspirowania polskiego modelu edukacji modelem fińskim. Model fiński funkcjonuje bardzo dobrze, dlatego że jest modelem dla Finów. A Finowie tak mniej więcej się mają do Polaków jak modlitewnik do powieści sensacyjnej. Edukacja nie jest czymś odrębnym, całkowicie niezależnym od systemu społecznego i klimatu kulturowego. Wręcz przeciwnie.
System fiński opiera się na równości w edukacji – każde dziecko ma zapewnione takie same warunki do nauki, niezależnie od miejsca zamieszkania czy socjoekonomicznego statusu rodziców. Nie da się zastosować tego rodzaju zasady w kraju tak całkowicie antyegalitarnym.
W systemie fińskim stawia się na dostępność i jakość edukacji w szkołach, niezależnie od ich lokalizacji, czego nie da się dopasować do Polski, gdzie rozpowszechnione jest przekonanie, że liczą się uprzywilejowane metropolie, a gardzi się „prowincją”, „wiochą”, „Polską B” itp.
Fińska szkoła promuje umiejętności współpracy, a nie rywalizacji. Polacy to egoiści, ceniący umiejętności rozpychania się łokciami i uwielbiający wywyższać się nad bliźnich. Słowo „współpraca” większość z ich musiałaby sobie wyguglować, bo nie wiedzą, co to znaczy.
W Finlandii nauczyciel to fach ceniony, prestiżowy. Wcale nie, jak się niektórym wydaje, z racji wysokich zarobków. Po prostu rozpowszechniona jest świadomość, że są to ludzie w ogromnym stopniu kształtujący przyszłe pokolenia, a tym samym losy kraju. W Polsce poważa się ludzi z kasą, odpowiednimi znajomościami, cwanych i zaradnych, a nie jakichś nauczycieli, o których dość powszechnie się sądzi, że zostali nimi dlatego, że nie nadawali się do lepszej roboty albo nie znali kogo trzeba, by się umościć na poważnej posadzie.
Zatem coś podobnego do modelu fińskiego, owszem, miałoby szansę zaistnieć w Polsce, ale pod warunkiem, że Polacy zamieniliby się z Finami na kraje.
Ewa Golos
Po co nam czołgi?
Lektura artykułu o inwestycjach w uzbrojenie polskiej armii skłoniła mnie do zasygnalizowania kilku kwestii dotyczących naszej Marynarki Wojennej.
Po pierwsze, w wyniku reformy struktury dowodzenia z roku 2014, likwidującej Dowództwo Marynarki Wojennej i stanowisko jej dowódcy, w praktyce nie wiadomo, kto dowodzi Marynarką Wojenną. Czy jest to inspektor Marynarki Wojennej czy też dowódca Centrum Operacji Morskich? Naczelna zasada jednoosobowego dowodzenia w wojsku przestała obowiązywać.
Po drugie, niezrozumiałe są wydatki na wyprowadzenie Marynarki Wojennej ze stanu całkowitego zaniedbania i porzucenia. W 2001 r., po zakupie za ok. 60 mln zł zagranicznej licencji, rozpoczęto w Stoczni Marynarki Wojennej w Gdyni realizację programu „Gawron” – budowę siedmiu korwet wielozadaniowych według niemieckiej koncepcji MEKO A-100. Pominę zawiłości tej budowy od początkowego entuzjazmu do pomysłów MON sprzedaży niedokończonego kadłuba lub dalszej realizacji budowy w sposób bezkosztowy (?). W grudniu 2019 r. przekazano pierwszą, prototypową jednostkę Marynarce Wojennej – ORP „Ślązak”. Ze względu na brak planowanego uzbrojenia rakietowego jednostka została zaklasyfikowana jako korweta patrolowa.
Dalszą realizację projektu „Gawron” porzucono, za to z entuzjazmem przystąpiono do realizacji programu „Miecznik”, to jest budowy trzech okrętów obrony wybrzeża w postaci wielozadaniowych fregat rakietowych. Do realizacji tego projektu w PGZ Stoczni Wojennej, dawnej Stoczni Marynarki Wojennej, zbudowano – jak wieść niesie – największą w stoczniach europejskich halę kadłubową i halę produkcyjną o wartości ponad 300 mln zł. W nich realizowana jest budowa „mieczników”, wspólnie z brytyjską firmą Babcock International, na bazie kupionego od niej projektu fregaty Arrowhead 140, z planowanymi terminami wejścia fregat do służby w latach 2028, 2033 i 2034. Koszt projektu – ok. 15 mld zł.
Zamiast dozbroić „Ślązaka” i zbudować dalszych sześć korwet wielozadaniowych tego typu, zupełnie wystarczających do obrony polskiego wybrzeża Bałtyku, lekką ręką porzucono doświadczenia z budowy jednostki prototypowej, budowanej w istniejącej od lat hali kadłubowo-produkcyjnej oraz doświadczenia z pięciu już lat eksploatacji prototypu. Platforma MEKO pozwala na wszelkiego rodzaju modyfikacje montowanych na niej środków walki. ORP „Ślązak” opuścił halę produkcyjną w 2015 r., umożliwiając budowę kolejnej jednostki. Wniosek – 10 lat już stracono.
Teraz, ogarnięci manią wielkości, będziemy budować trzy fregaty, jednostki do walki – jak się planuje –nawet na Morzu Północnym.
Różnorodność sprzętu i uzbrojenia jest w naszej Marynarce Wojennej przeogromna. Na jej stanie są pojedyncze typy okrętów o różnym uzbrojeniu, różnych środkach walki i różnych, a nawet jeszcze poradzieckich układach napędowych.
Trzeci problem to niekończący się od lat program „Orka”, czyli zakup okrętów podwodnych dla polskiej Marynarki Wojennej. Od trzech lat o śmieszność ociera się dywizjon okrętów podwodnych, mający w swoim składzie jeden okręt podwodny, prawie 40-letni poradziecki ORP „Orzeł”. Żal dywizjonu mającego bogatą i długą, bo aż przedwojenną tradycję, a stojącego obecnie na granicy likwidacji.
We wrześniu 1939 r. najsilniejsze polskie okręty, niszczyciele ORP „Błyskawica”, „Burza” i „Grom”, nie broniły polskiego wybrzeża, a teraz wybrzeża mamy więcej.
Teodor Makowski
Gorycz po wyborach
Mam 92 lata, ale mimo upływu czasu mój umysł sprawuje się jeszcze dobrze. I nic nie zakłóca mojej pamięci i świadomości. Może dlatego właśnie wyniki wyborów prezydenckich tak bardzo mnie przygnębiły. Bo wszystko mnie jeszcze obchodzi. Bo tak wielu moich rodaków przy decyzji wyborczej zignorowało tak ważne cechy charakteru człowieka ubiegającego się o najwyższy urząd państwa, jakimi są prawda i uczciwość, poszanowanie innych i zdolność rozumienia inaczej myślących, no i niewątpliwie – wiedza, doświadczenie i kompetencja.
Śledziłam w telewizji przebieg wszystkich debat wyborczych i wielu spotkań kandydatów z wyborcami. Odniosłam wrażenie, że wielu z nich bez wiary w wygraną chciało tylko wypromować siebie i wejść do polityki nawet bez wiedzy na temat powinności głowy państwa. Sądzę, że nie jestem w tej opinii odosobniona. Ale miałam nadzieję, zbliżoną do pewności, że większość narodu będzie umiała wybrać. Stało się niestety inaczej.
Już samo nazwanie Karola Nawrockiego kandydatem obywatelskim było oszustwem. Był on przecież wymysłem Jarosława Kaczyńskiego, któremu podporządkowane jest PiS. I wszyscy o tym wiedzieli. Nigdy jeszcze nie wypowiadałam się z taką dokuczliwą goryczą po wyborach, a brałam udział we wszystkich. Nawet wystawienie do wyborów Andrzeja Dudy (na którego oczywiście nigdy nie głosowałam) nie było tak dotkliwe.
W istniejącej sytuacji wkrada się lęk. Nie o moje odchodzące pokolenie, ale o przyszłość moich wnuków i prawnuków. Ubolewam, że tak wielu wyborców nie przyswoiło sobie słów wypowiedzianych przed laty przez Władysława Bartoszewskiego, że przede wszystkim trzeba być przyzwoitym. Nie wpłynęły też na decyzję wielu wyborców ostrzeżenia Mariana Turskiego i uczestniczek powstania warszawskiego przed faszyzmem.
Nie należę do weteranów ostatniej wojny, ale doznałam boleśnie mroku hitlerowskiej okupacji, lęku przed bombami. A co najbardziej tragiczne, w wieku 11 lat utraciłam rodziców, zamordowanych przez hitlerowców. Urodzona w Warszawie, po sześciu latach nieobecności w 1945 r. wróciłam do zrujnowanego miasta. Cieszyłam się wolnością. Zawsze, od wczesnej młodości, oprócz domu i rodziny, zajmowały mnie sprawy społeczne i stan mojego kraju. I tak starałam się wychować młodszych.
Próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego prezydent elekt nazywa swój pisowski obóz patriotycznym, a wyborców Rafała Trzaskowskiego, do których należę ja i moi bliscy – nie. Pewnie dlatego, że dla nas patriotyzm to nie nacjonalizm. Bo od nacjonalizmu do faszyzmu jeden krok. Czy wszyscy o tym wiedzą?
J.M., czytelniczka z Warszawy
PS Jestem z Wami od 15 lat i będę, dopóki będę mogła czytać.
Świat stanął na głowie
Czytałam ostatnio o procesie „Piątki z Hajnówki”, tj. o dzielnych ludziach, którzy ratowali rodzinę uchodźców z siedmiorgiem dzieci, a teraz odpowiadają za to przed sądem. Dzieci nie były młodymi mężczyznami, którzy przyszli gwałcić polskie kobiety, ponieważ najstarsza córka ma w tej chwili 20 lat. Jak zmienił się nasz system wartości i jak działa nasza sprawiedliwość, skoro osoby zachowujące się zgodnie z ogólnie przyjętymi europejskimi, a przede wszystkim chrześcijańskimi normami są karane, za to człowiek wykorzystujący słabość niepełnosprawnego, lichwiarz, bijący się w ustawkach, może sutener, z kawalerki ląduje w Pałacu Prezydenckim? Czy to naprawdę jest bohater, wzorzec dla naszych dzieci? Jestem seniorką i osobą niepełnosprawną i obawiam się takich opiekunów. Społeczeństwo cywilizowane powinno chronić słabszych, a nie wspierać brutalną przemoc. Czytałam, że w którymś kraju skandynawskim pani minister musiała się podać do dymisji, bo kupiła chustkę za służbowe pieniądze.
Jest mi ogromnie przykro, że premiuje się przestępstwa, a osoby wykazujące się prawdziwym człowieczeństwem stają przed sądem w charakterze oskarżonych. Nie rozumiem tej połowy społeczeństwa, która obdarza zaufaniem człowieka z tyloma zarzutami. Dobro powinno się wynagradzać, a zło karać.
Teresa Dederko
Codziennie Polityczne Kłamstwa
Jedni i drudzy (PO i PiS) w swojej arogancji nie zwracają uwagi na zwykłych ludzi. Mają eleganckie limuzyny, więc nie rozumieją problemu, a wykluczenie komunikacyjne to problem nie tylko mieszkańców wsi. Zamiast dążyć do stworzenia siatki połączeń, tak by z każdej wsi był co godzinę bus do gminy, z każdej gminy do powiatu i z każdego powiatu autobus lub pociąg co godzinę do województwa, a te województwa połączone między sobą i Warszawą, to oni ubzdurali sobie megalomański CPK. CPK jest potrzebny, ale w drugiej kolejności.
Józef Brzozowski
Seniorzy usychają z pragnienia
Bez przerwy słyszymy, że należy odpowiednio nawadniać organizm. Dotyczy to zwłaszcza seniorów, którzy z reguły za mało piją. Kiedy jednak senior kupi sobie np. wodę Żywiec Zdrój Minerals+ z magnezem i cynkiem, nie da rady odkręcić zakrętki, nawet za pomocą jakiegoś narzędzia. Jeśli nie pomoże silny wnuczek albo sąsiad, senior może uschnąć z pragnienia. Problem dotyczy oczywiście nie tylko tej wody, ale też wielu innych napojów. Może czasem, zamiast wydawać pieniądze na coraz bardziej efektowne etykiety, warto pomyśleć nad uczynieniem swojego produktu przyjaznym dla seniorów?
Katarzyna Leśniewska
Jak się odnaleźć w portalu ZUS?
ZUS zachęca, aby do kontaktów z tą instytucją wykorzystywać portal eZUS. Słusznie, ale konia z rzędem temu, kto bez problemu odnajdzie tam poszukiwane informacje. Co więcej, emeryt, który zgodnie z zachętami państwa nadal pracuje, by podwyższyć swoją emeryturę, będzie miał duży problem ze złożeniem wniosku o jej przeliczenie. Na portalu takiego wniosku nie znajdzie. Dopiero dzwoniąc na infolinię, dowie się, że musi wypełnić tzw. wniosek ogólny POG. Nie wyśle go jednak od razu. Podczas kolejnej rozmowy na infolinii zostanie poinstruowany, że musi zapisać wniosek w dokumentach roboczych, ponownie go otworzyć i dopiero wtedy będzie mógł go wysłać. Niby prosta sprawa, a straci się wiele czasu, bo dodzwonić się na infolinię ZUS nie jest łatwo.
Agata Czermańska
List do redakcji
W nawiązaniu do przegranych przez polską demokrację wyborów z 01.06.2025 r. w świetle dyskusji na temat przyczyn klęski.
Fakt przegrania wyborów przez kandydata tzw. „Koalicji 15.10.2023” i (całej demokratycznie myślącej Polski), a w szczególności dyskusja wewnątrz tzw. koalicji, na temat przyczyn i na temat „co dalej”, skłoniło mnie do przekazania już dawno trapiących mnie – moich subiektywnych uwag (mam nadzieję, że nie tylko moich)
Uważam, że:
- Uważam, że
- Pan Rafał Trzaskowski był optymalnym, a na pewno jedynym liczącym się kandydatem mogącym wygrać z „pisowsko-obywatelskim” kandydatem p. Nawrockim – nadzieją PIS na powrót do władzy i uniknięcie odpowiedzialności, głównie za „zdemolowanie Polski, skłócenie społeczeństwa i jawne przekręty finansowe na niespotykaną skalę. Poza nim w ramach tzw. koalicji 15.10 występował moim zdaniem jedynie „plankton!” niemający żadnego pozytywnego znaczenia!
- Rząd koalicji 15.10 nie spełnił niestety po 1,5 roku działania wielu wyborczych obietnic (mniej lub bardziej realnych) – tzw. „100 konkretów”, na które głosowali wyborcy. Należy podkreślić, że główną „lokomotywą” tych wygranych wyborów był jeden i tylko jeden człowiek, który porwał całą (lub prawie całą) demokratycznie myślącą część społeczeństwa. To oczywiście Donald Tusk, a nie żaden p. Hołownia, p. Zandberg, p. Kosiniak Kamysz itd. Należy przyznać, że w p. Czarzastym Donald Tusk miał od początku kampanii lojalnego partnera, czego nie można jednoznacznie powiedzieć o pozostałych.
- Przyczyny tego „niespełnienia obietnic” były różne, w tym oczywiście trudności obiektywne w „sprzątaniu po 10 latach sobiepaństwa PIS, ale niestety także od początku tzn. prawie od 16.10.2023 r. rażące niesnaski w koalicji, która „zapomniała”, że naczelnym jej zadaniem jest odebranie władzy faszyzującej, o wyraźnie nazistowskim zabarwieniu partii p. Kaczyńskiego, a także zatrzymaniu jej powrotu do władzy. „Zapomnieli” i w imię własnych małych interesów zaczęli nasilające się swary i wojenki, co uniemożliwiło sprawne rządzenie i niestety zniechęciło część Wyborców.
- Olbrzymim minusem tej władzy był też brak inteligentnego i szerokiego kontaktu ze społeczeństwem, brak rzetelnej informacji co rząd robi i co planuje, jakie napotyka trudności i ograniczenia, a nawet jakie popełnia błędy. Zamiast tego mieliśmy solowe występy różnych osób z koalicji (ministrów, działaczy itp.) często sprzeczne, często bezsensowne. Głównie w mediach społecznościowych – „każdy sobie rzepkę skrobie”. To mądre stare przysłowie świetnie oddaje chaos i bezsens tych działań.
Uwaga:
Brak jednoznacznej, inteligentnej i błyskotliwie podanej informacji osłabia kontakt rządu ze społeczeństwem. Niestety również częste, mało przemyślane i nierozważne utarczki tweetowe premiera, tylko zniechęcają część odbiorców i obniżają jego popularność.
To również odbiło się na wyborach, szczególnie zniechęcając ludzi bardzo młodych.
TO SIĘ MUSI ZMIENIĆ!
Koniecznie należy powołać Biuro Informacyjne Rządu złożone z najlepszych ludzi (a nie tylko kolegów), może również dziennikarzy, którzy powinni przypomnieć sobie m.in. p. Jerzego Urbana, na którego cotygodniowe konferencje prasowe przychodził kwiat międzynarodowego i polskiego dziennikarstwa.
To ludzie Biura Informacyjnego Rządu powinni na bieżąco informować o działaniach rządu (a nie premier, ministrowie itd.-każdy sobie wedle własnego widzi mi się), a także prostować zarzuty i kłamstwa PIS-u
Przykłady:
Zarzut PIS – „Tusk ściskał się z Putinem” – „jest ruskim agentem”
Odp. Biura – a Kaczyński po katastrofie smoleńskiej ogłosił tzw. „list do przyjaciół-moskali – dobrych komunistów”, a pani Fotyga ściskała się z Ławrowem
Czy to oznacza, że są agentami Putina?
Filmy z tych zdarzeń warto przypominać PiS-owi przy każdym kolejnym tego typu oszczerstwie w telewizjach i koniecznie w Internecie.
Uwaga:
Biuro powinno nawiązać ścisły kontakt ze znaczącymi youtuberami itp., jeśli chcemy dotrzeć do młodzieży!!!
Zarzut PIS – „Tusk jest agentem Niemiec”
Odp. Biura-proszę o dowody-jeśli nie to pozew do sądu
Biuro na konferencjach musi odpowiadać natychmiast na pytania z Sali lub przygotować i przekazać odpowiedź później.
Konferencje takie powinny być transmitowane na żywo we wszystkich środkach masowego przekazu a także koniecznie w mediach społecznościowych.
Należy również zapraszać na konferencje telewizje PiS-owskie, czołowych działaczy Konfederacji oraz rzeczników PIS, a w razie potrzeby karać np. sądownie w przypadku przeinaczania treści przekazywanych przez Biuro.
Biuro powinno śledzić i reagować na wszystkie sprawdzone, a głównie nieprawdziwe kłamstwa i zarzuty.
Oczywiście-aby takie Biuro mogło działać skutecznie trzeba więcej rozmawiać w koalicji a nie między sobą na forach internetowych – tego chyba nie ma z winy Premiera a także pozostałych koalicjantów (bo nie mogą się ze sobą dogadać).
Biuro powinno od czasu do czasu dopraszać na konferencję np. ministrów itp., ale tylko w ważnych sprawach, nie za często, a od „wielkiego dzwona” premiera.
Udział premiera w konferencjach Biura powinien być „wielkim świętem – wydarzeniem” a nie „codzienną sieczką” zgodnie z powiedzeniem, że „strach otworzyć lodówkę, żeby nie pokazał się Tusk”
Niestety również środki masowego przekazu i dziennikarze nieskutecznie propagowali działania rządu i komentowali kłamstwa PiS-u. Dziennikarz na pewni nie musi być całkowicie obojętnym i ukrywać skrzętnie swoje własne przekonania. Musi natomiast być obiektywny. Dziennikarze również powinni stosować zasadę Kobuszewskiego „chamstwu należy przeciwstawiać siłom i godnościom osobistom” (pisownia oryginalna)
- Niestety kampania Trzaskowskiego była nieporadna bez błyskotliwych i inteligentnych ripost na działania PiS-u – np. nikt nie zauważył i nie wykorzystał ogłoszonego 08.05.2025 r. stanowiska Rady Konferencji Episkopatu Polski do spraw migrantów i uchodźców. Stanowisko to było całkowicie sprzeczne z narracją PiS-u oraz Konfederacji i Brauna w tej sprawie, którzy mienią się chrześcijanami. Wiadomość o tym przeczytałem w czasopiśmie „przegląd” o zabarwieniu lewicowym, a nie znalazłem go w innych środkach przekazu-szkoda.
- Uważam również, że:
- To nie powyższe zjawiska były przyczyną przegranej w wyborach – oczywiście nie pomogły
- Pan Trzaskowski mimo powyższych zjawisk przy pełnej mobilizacji Wyborców PIS, Konfederacji i Brauna w II turze wyborów, uzyskał tylko ok. 350 tys. głosów mniej niż p. Nawrocki. Do zwycięstwa wystarczyłoby ok. 2% głosów więcej!!!
Do zwycięstwa zabrakło głosów, które „ukradli” Trzaskowskiemu „przyjaciele” z koalicji.
Stare przysłowie” panie Boże strzeż mnie przed fałszywymi przyjaciółmi, bo z wrogami poradzę sobie sam” pokazuje rzeczywistą przyczynę przegranej polskiej demokracji.
- „Pierwszy przyjaciel” p. Hołownia karmiąc własne rozbujane ponad miarę ego toczył w I turze batalie z Trzaskowskim dyskredytując go jako „sługę Tuska” a przedstawiając siebie jako jedynego niezależnego od nikogo (czytaj Tuska) kandydata.
Szczytem było rozbicie debaty w Końskich i zbiorowy atak na Trzaskowskiego.
Temu też i tylko temu służyła cała teoria Hołowni i Kosiniaka na temat tzw. III drogi. PRZECIEŻ DLA DOBRA POLSKI ISTNIEJĄ TYLKO DWIE DROGI
- DROGA PIS-w kierunku państwa o zabarwieniu faszystowskim, państwa PIS i tzw. ludu PiS, a nie państwa całego narodu Polskiego, państwa „suwerennego” tzn. w języku PiS bez kontroli władzy, w tym ze strony Sejmu, Sądów i RPO, ale także z PiS -owskimi bojówkami zamiast policji. Najbardziej znienawidzona przez PIS jest kontrola ze strony UE, dlatego trzeba się Unii pozbyć. Najlepiej, aby władza PIS o światopoglądzie z XVIII i XIX wieku była dozgonna do końca świata i o jeden dzień dłużej.
Uwaga
Hołownia już drugi raz udaremnił zwycięstwo Trzaskowskiemu zabierając głosy w I turze poprzednich wyborów prezydenckich, których nie oddał w II turze, bo nie poparł jednoznacznie Trzaskowskiego w II turze.
Efektem tych działań Hołowni, była II kadencja Andrzeja Dudy niszcząca Polskę
- DRUGĄ DROGĄ I JEDYNĄ jest trudna wyboista droga praworządnej demokracji wraz z całą Europą, która gwarantuje nam wszystkim miejsce w świecie. Wymaga ona jedności wszystkich członków UE, czasem trudnych kompromisów, a nie fałszywie pojętej PiS-owskiej tzw. suwerenności.
TZW. TRZECIA DROGA TO wymysł niezaspokojonych ambicji pojedynczych osób j/w
- Następny w kolejce „przyjaciel” to p. Zandberg, który już drugi raz wspomaga PIS w dojściu do władzy (Pierwszy raz w trakcie wyborów parlamentarnych w 2015 r. zapewnił PiS-owi większość w Sejmie dzieląc lewicę- dzieląc ją na 2 części, które nie weszły do parlamentu, a ich głosy skonsumował PIS uzyskując większość w Sejmie.
Pan Zandberg kocha tylko siebie, lubuje się tylko w swoich krytykach, a nie jest zdolny do żadnych kompromisów, aby osiągnąć wyznaczone cele. Dodatkowo jest leniem, który jeszcze nigdy nic pożytecznego nie zrobił a tylko psuł to co robili inni. Zamiast krytykować mógłby się po prostu wziąć do roboty, ale to nie jest jego pasją
- I kolejna „przyjaciółka” pani Magdalena Biejat, bezmyślnie i z uśmiechem krytykująca Trzaskowskiego i rząd swojej koalicji w kampanii wyborczej – nawet wzywająca do pomocy pana Dudę-co w kampanii wyborczej jest tyle śmieszne co i straszne.
Szczytem była idiotyczna scena w Końskich z tęczową flagą Nawrockiego.
Wniosek:
Wyborcy, którzy głosowali w roku 2023 i odebrali władzę PIS zostali „skołowani” przez członków koalicji (Zandberg też był w tej koalicji), stracili w dużej mierze zaufanie do głównego kandydata i zostali w domu lub o zgrozo zagłosowali na „świeżą” Konfederację, Brauna lub na Nawrockiego w II turze, dając zwycięstwo PiS-owi
Uwaga:
Nie jest to tylko moje zdanie
- Te fakty należy upublicznić, gdyż jeśli tak dalej będzie to rząd upadnie a my wszyscy wylądujemy na koniec (bez UE i NATO) w objęciach Rosji-straszna to wizja
- Dzisiaj już widać nowy pomysły Hołowni a przecież miarą jego „wielkości” jest żenujący wynik I tury wyborów- marne 4 %!!! – to obrazuje poparcie wyborców dla PSL i Polski 2050.
Panie Hołownia- czas na reset! A także panie Kosiniak -te wasze wspólne 4 % to klęska „nie idźcie tą drogą” jak mawiał klasyk
- Niestety dzisiaj widać, że „ogon” zaczyna machać psem, a nie pies ogonem-Hołownia znowu zaczyna naprawiać koalicję.
Na koniec przekorna, ale optymistyczna myśl- może to jednak dobrze, że wygrał Nawrocki, bo gdyby wygrał Trzaskowski to naszej pożal się Boże Koalicji na pewno by się przewróciło całkowicie w głowie, a w tej sytuacji muszą zewrzeć szeregi, jeśli nie chcą zginąć wraz z nami wszystkimi – trochę to przypomina przebudzenie Europy przez Donalda Trumpa.
- PiS-u nie poprawimy, dopóki dowodzi nim Kaczyński, a my możemy a nawet musimy się poprawić (patrz uwagi i błędy powyżej).
Uwaga:
Przede wszystkim gospodarka i np. nie można potarzać po PiS-ie kumoterstwa w zarządach spółek Skarbu Państwa (to niestety znów się dzieje).
Z poważaniem
Wojciech Piecha
Listy od czytelników nr 25/2025
Czarne jest zawsze czarne
Nie wiem, kto obejmie funkcję prezesa IPN po wygranej Karola Nawrockiego w wyścigu o urząd prezydenta RP, ale wiem, że kult „żołnierzy wyklętych” musi zostać ukrócony. Tym bardziej że domagamy się od naszych wschodnich sąsiadów rozliczenia ze zbrodniczym nacjonalizmem, który uśmiercił ponad 100 tys. obywateli II RP.
Damian Paweł Strączyk
Polskie wojny plemion
Plemienne wojny? Litości. Przecież zarówno PiS, jak i PO to dwie połówki tego samego postsolidarnościowego tworu powstałego na zgliszczach AWS, PC, ZChN i UW. Te dwie partie różnią się tylko tym, że w PiS jest więcej autentycznych świrów i radykałów. Przedstawię to prościej. Koalicja Obywatelska to rodzice zaniedbujący dzieci, ciężko pracujący, niedający kieszonkowego, bo dzieci same powinny zarobić i jeszcze im trochę oddać. PiS to rodzice pracujący trochę mniej ciężko, udający, że nie zaniedbują, którzy kieszonkowe dają, ale jak im zabraknie, to wyciągają dziecku ze skarbonki. Tu patologia i tam patologia. Politycy wszystkich formacji są na tyle sprytni, że napuszczają Polaków na siebie, a Polacy są na tyle głupi, że dają się na to nabierać. Politycy są jedynymi wygranymi tej sytuacji, bazując na łatwowierności obywateli i pobożnych życzeniach, że będzie lepiej. A tak naprawdę to nic się nie zmienia.
Michał Czarnowski
Należałoby się zastanowić, skąd się biorą te wojny plemion. Otóż w miastach lemingi pedałują ścieżkami rowerowymi, wożą się metrem, tramwajem, autobusem elektrycznym, hulajnogą itp. Cała ta pogardzana prowincja jest wykluczona komunikacyjnie, trzeba mieć passata po Niemcu, aby dojechać na pocztę, o ile nie jest już zlikwidowana, do przychodni, apteki, która połowy leków nie ma, a drugą trzeba zamawiać, drogi są zniszczone, PKS-y zlikwidowane, linie kolejowe zawieszone lub zlikwidowane, zamienione na ścieżki rowerowe, zlikwidowane centra przesiadkowe, czyli dawne dworce. Elity III RP mają perspektywę komunikacyjną Polski jak z Żoliborza do Wilanowa. Ludzie zaczynają się buntować przeciw temu. Kolejna sprawa to likwidacja miejsc pracy na prowincji, gdzie do innej pracy trzeba pokonać 60 km. Wszystkie te partyjki liberalne, centrowe i kanapowo-lewicowe mają warszawską perspektywę, co nie przyciąga wyborców. PiS sprytnie wyczuło ten klimat. Zobaczcie, co się stało z lewicą na Śląsku, w Łodzi, w Wałbrzychu… Kolejni przywódcy niby-lewicowi pozwolili obumrzeć tym ruchom lewicy lokalnej, prowincjonalnej, skupiając się na warszawce.
Grzesiek Witek
Nie zgodzę się, że prowincja, wieś nie zyskały na transformacji gospodarczej. Po wejściu do Unii to rolnicy stali się największymi beneficjentami dopłat. Wystarczyło przyjrzeć się traktorom, na których przyjechali na protest do Warszawy, toż to były maszyny ogromnej wartości. Ale rolnikom zawsze mało… Jak żyć, panie premierze, jak żyć?
Aśka Olszówka
Z Polski do Polski
Z satysfakcją przeczytałem felieton Wojciecha Kuczoka. Ale muszę tu wnieść moje osobiste uwagi, niespełnione pomysły i zalecenia. Otóż ja już w 2016 r. zacząłem lansować tezę, że powinny być dwie Polski. Jedna na wschód od Wisły, druga na zachód od tej rzeki, pomniejszona może o Świętokrzyskie, ale żeby była równowaga powierzchniowa, powiększona np. o Warmię i Mazury. Jak cudownie by było, gdyby we wschodniej Polsce Jarosław Kaczyński mógł panować jako prawdziwy i umiłowany król Jar Wielki, oczywiście dożywotnio, a pan Karol Nawrocki był premierem Rządu Jedności Narodowej w Lublinie. Byłaby to kraina prawdziwej szczęśliwości. A my mieszkalibyśmy w Polsce Zachodniej, w zwykłej demokracji. Ale na linii Wisły powinny być pobudowane zasieki, aby „nielegalni migranci” z Królestwa Polski Wschodniej nie starali się o azyl w tej demokratycznej Polsce.
Marek Dankowski
Listy od czytelników nr 24/2025
Jeszcze zatęsknimy?
Żenujący festiwal urągania Nawrockiemu i jego elektoratowi, jaki miał i – jak widzimy – nadal ma miejsce, więcej mówi o uśmiechniętej Polsce, eliciakach, progresyjniakach czy jak tam ich jeszcze zwać, niż o Nawrockim i jego wyborcach. Demoliberalny mainstream robi to już kolejny raz, kolejny raz przeciwskutecznie i – to już jest naprawdę niesamowite – po raz kolejny nie wyciąga z klęski żadnych, ale to żadnych rozsądnych wniosków. Naprawdę, chyba już szympans po tylu wtopach by się połapał, że robi coś źle, a uśmiechlako-eliciaki nie są w stanie tego ogarnąć. Do tej pory walenie z barana w ścianę nie przynosiło efektu, więc walcie dalej. Tylko mocniej. Wówczas wasi przeciwnicy się zawstydzą i przy następnych wyborach na pewno zagłosują, jak należy, a niesłuszni, niegodni demokracji kandydaci w ogóle nie ośmielą się stanąć do wyborczej rywalizacji.
Roland Wagner
Róbmy swoje
Skaldowie śpiewali ponad 50 lat temu: „Nie zawsze twój bas dociera do mas, czasami trzeba piano”. Nie stanęli na wysokości zadania żołnierze frontu ideologicznego, inżynierowie dusz. Na laurach spoczęli, zaniedbali pracę ideowo-polityczno-wychowawczą. Nie potrafili dotrzeć do mas z przekazem, strasząc mieszkaniem, snusami, ustawkami. A jak widać, demokracja nie jest dana raz na zawsze. Nadzieja trwała trzy godziny. A teraz czas chorał żałobny ponuro śpiewać, jakoby dusze owe potępione, co się nocami po Polach Dzikich snują…
Grzegorz Kotyński
„Tragiczne okoliczności” zamiast mordu
Problem w pracach ekshumacyjnych polega na tym, że w 2015 r. parlament Ukrainy przyjął ustawę, wedle której za bojowników walk o niezawisłość Ukrainy uznani są wszyscy ci, którzy uczestniczyli w różnorodnych formach walki o niezależność kraju w XX w. Czyli zbrodniarze z OUN/UPA, którzy wymordowali w latach 1943–1947 prawie 130 tys. Polaków, są wedle tej ustawy bohaterami Ukrainy. Co najważniejsze, wedle ustawy karze podlegają wszyscy, którzy okazywaliby lekceważenie dla weteranów, negowali celowość ich walki – każdy, kto powie, że Bandera, Szuchewycz i cała ich banda z OUN/UPA to mordercy Polaków, zostanie przestępcą na Ukrainie. I teraz, wracając do ekshumacji toczących się pod nadzorem ukraińskich służb i ludzi z tamtejszego IPN, można stwierdzić, że to po prostu farsa. Już samo wykluczenie dzieci jako ofiar banderyzmu to splunięcie w twarz żyjącym jeszcze krewnym tych ofiar. Te ekshumacje to po prostu marne przedstawienie dla naiwniaków, którzy sądzą, że to poprawi stosunki między narodami. Dlaczego Niemcy mogli przełknąć swoją nazistowską historię, przepraszać i zapewniać, że to nigdy się nie powtórzy? Jak to jest, że Ukraina za pieniądze otrzymywane od innych krajów stawia zbrodniarzom muzea?
Michał Czarnowski
Listy od czytelników nr 23/2025
„Sztandar Młodych”: historia pierwszej publikacji postulatów gdańskich
Z opóźnieniem przeczytałem artykuł red. Pawła Dybicza o „Sztandarze Młodych” – gazecie, która odegrała wielką rolę w historii polskiego dziennikarstwa, polityki i społeczeństwa w okresie Polski Ludowej („Sztandar Młodych” – więcej niż kuźnia talentów”, „Przegląd” nr 19/2025). Znalazłem w nim przypomnienie wydarzenia, jakim było opublikowanie przez ten dziennik 21 postulatów gdańskich. Fakt, że „SM” jako pierwszy opublikował te postulaty, jest częścią jego dziejów i powodem do satysfakcji dla ówczesnego zespołu i jego naczelnego, Jacka Nachyły.
Paweł Dybicz wątpi jednak, by „była to samodzielna decyzja kierownictwa redakcji”, ponieważ „trudno uwierzyć, że ogłoszenie drukiem tych postulatów nie odbyło się za zgodą czynników wyższych niż redaktor naczelny”. I w zasadzie ma rację. W zasadzie, do pamiętnej publikacji bowiem doszło nie za zgodą „czynników wyższych”, lecz z ich inspiracji. „Był to – pisze dalej Dybicz – z pewnością wynik walki kadrowej toczonej już na szczytach partyjnej władzy”. I tu już racji nie ma. Nie był, a i szczyty władzy to nie były. Co najwyżej jej średni szczebel.
Być może trudno dziś w to uwierzyć, ale rzecz cała zaczęła się w gmachu przy Nowym Świecie 6, czyli w tzw. Białym Domu. Pracowałem wówczas w Wydziale Prasy, Radia i Telewizji KC PZPR, a moim bezpośrednim przełożonym był nieżyjący już niestety dr Mieczysław Krajewski. Nie tylko zwierzchnik, ale też przyjaciel i mentor. W dniu poprzedzającym pamiętne wydanie „SM” w trakcie codziennej porannej odprawy poinformowano nas, że na kierownictwie partii, obradującym w tamtych dniach permanentnie, pojawił się pomysł ewentualnego desantu na Stocznię Gdańską w celu spacyfikowania strajku. Brzmiało to strasznie. Po odprawie Mietek zaciągnął mnie do swojego pokoju, zamknął drzwi na klucz i poruszony powiedział coś, co brzmiało mniej więcej tak: „Wiesz, możesz ciężko przepracować całe życie i nie zrobić nic ważnego. Ale czasem się zdarzy inaczej. I jeśli tej okoliczności nie dostrzeżesz, to nigdy już sobie tego nie wybaczysz. To jest właśnie taka sytuacja. Coś musimy zrobić, bo jeśli dojdzie do przerwania strajku siłą i kolejnych ofiar, jak przed dekadą, to konsekwencje będą nie do wytrzymania”.
Mieczysław Krajewski używał słów dużo bardziej emocjonalnych, już ich dokładnie odtworzyć nie potrafię, pamiętam tylko klimat tej rozmowy, właściwie jego monologu, i kolejne kroki, jakie wykonaliśmy. Gorączkowo, bo nie mieliśmy czasu, szukaliśmy rozwiązania będącego na nasze możliwości, aż Mietek wpadł na pomysł, że trzeba upublicznić postulaty gdańskie, od kilku dni już znane, choć wciąż niepublikowane, w których nie ma nic (poza naiwnością, by nie rzec głupotą w niektórych przypadkach), co uzasadniałoby rozwiązania siłowe. Mieliśmy nadzieję, że to wykluczy czarny scenariusz. Jawność jest bronią.
Zaczęliśmy rozważać, w której gazecie można by to zrobić, by rzecz nie wydała się przed czasem, bo wtedy z pomysłu nici. Padło na „Sztandar Młodych”, z którym byliśmy zaprzyjaźnieni i który nam partyjnie podlegał. Istniała jednak cenzura, która bez zgody kierownictwa partii nie dopuściłaby do takiej publikacji. Najpierw zatem poszukaliśmy tam sojusznika. Osobą, której mogliśmy zaufać, była Irena Karska, szefowa Departamentu Prasy Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Zaryzykowała bez wahania, a ryzykowała wszystko (ona też odczuła to potem najdotkliwiej). Gdy gazeta szła do druku, odwołała cenzora z planowego dyżuru w drukarni (bodaj DSP) i sama wzięła ten dyżur. Żaden cenzor nie zwolniłby takiej gazety do druku bez politycznej zgody.
Potem spotkaliśmy się w redakcji „SM” u naczelnego Jacka Nachyły, który też nie miał wątpliwości. I tylko on oraz jeden z jego zastępców, Waldemar Mickiewicz, znali od początku wszystkie okoliczności sprawy. Wiedzieliśmy, że im więcej osób wtajemniczonych, tym większe ryzyko niepowodzenia. Kierownictwo redakcji zaplanowało czołówkę gazety (byliśmy przy tym), mieszcząc w niej dla równowagi, oprócz postulatów z wybitym hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie!”, reportaż z posiedzenia Centralnej Rady Związków Zawodowych w charakterze politycznego alibi. Wydawało nam się to wtedy niebywale mądre i przebiegłe, choć było dość naiwne i czytelne jak książeczka dla dzieci. W tej fazie tajemnicy już być nie mogło. Aby wyciszyć pojawiające się w redakcji obawy o konsekwencje, Mieczysław Krajewski dokonał też w sumie naiwnej mistyfikacji: wykonał udawany telefon do cenzury. Kontakty z cenzurą nie odbywały się w taki sposób, a już na pewno nie w sprawach ważnych. Sam urząd był trzymany żelazną ręką przez Stanisława Kosickiego, prezesa GUKPPiW, a taki telefon oznaczałby oczywistą „dekonspirację”. Rzecz się udała, chociaż część nakładu została wycofana z kiosków.
Czy miało to wpływ na bieg sierpniowych spraw? Wątpię. Postulaty gdańskie i tak zostałyby w końcu opublikowane, a w kierownictwie PZPR obok radykałów byli ludzie z wyobraźnią, którzy zdawali sobie sprawę z konsekwencji, jakie przyniosłyby próby stosowania skrajnych rozwiązań. Nie było już wtedy innej drogi niż polityczne rozwiązanie konfliktu, którego zakres i charakter bardzo się różniły od wydarzeń z Grudnia 1970. Z socjalizmem też nie miało to wiele wspólnego, bo myśleliśmy przede wszystkim o tym, aby nie doszło do kolejnego politycznego kataklizmu i narodowego nieszczęścia.
Miało to natomiast wpływ na nasze życie. Wiele wtedy o ludziach się dowiedzieliśmy. Następnego dnia już nie pracowaliśmy (Mietek, Irena, ja) i czekaliśmy na Centralną Komisję Kontroli Partyjnej, a podległe nam redakcje zostały przed nami ostrzeżone. I tak, czekając „na topór”, doczekaliśmy się zmiany władzy i wszystko wróciło do „normy”. Ale to już na inną opowieść. Przypomnę tylko anegdotę z Jackiem Nachyłą w roli głównej. Kilka dni po zmianie ekipy zostaliśmy w trójkę wezwani do Jerzego Waszczuka, sekretarza KC i zastępcy członka Biura Politycznego. I to wtedy Nachyła uczył go, jak się czyta gazetę: nie złożoną wpół, kiedy widać tylko bijące po oczach postulaty, ale rozłożoną, bo wtedy widać też CRZZ. W konsekwencji kazano nam iść precz, czyli wracać do roboty.
Przypominam tę sprawę w dużym skrócie i tylko dlatego, żeby podkreślić, że autorskie prawo do tego epizodu mają w pierwszym rzędzie Mieczysław Krajewski, pomysłodawca i motor całego przedsięwzięcia, oraz Irena Karska i Jacek Nachyła, który podejmował ostateczną decyzję, z pełną świadomością ryzyka i odpowiedzialności. Bez tej trójki rzecz by się nie wydarzyła. Nie pozycja „Sztandaru Młodych” na rynku medialnym – jak chce Paweł Dybicz – lecz odwaga, wyobraźnia i rozum polityczny redaktora naczelnego zadecydowały o powodzeniu całej akcji. Niczego to nie ujmuje „Sztandarowi Młodych”. Odwrotnie, pokazuje, jak świetnych szefów miewała ta gazeta.
I jeszcze jedna uwaga: druk postulatów gdańskich nie miał związku z odwołaniem Jacka Nachyły z funkcji naczelnego. Powodem bezpośrednim było – i tu zgoda – zamieszczenie wywiadu z Jackiem Kuroniem. Trzeba przy tym pamiętać, że jesień 1981 r. to był już zupełnie inny czas. Konflikt polityczny narastał dramatycznie, towarzyszyły mu niebywałe emocje społeczne, a i stawka tego konfliktu była inna. Tu chodziło już nie o korektę polityki społecznej czy socjalnego ustroju państwa, lecz wprost o jego byt i nasze wspólne bezpieczeństwo.
Historię pierwszej publikacji postulatów sierpniowych opisałem skrótowo kilka lat temu (2017) w „Dzienniku Trybuna” w odpowiedzi na próbę pisania jej na nowo i nie całkiem zgodnie z rzeczywistością oraz na wystawianie piersi do nie swoich orderów (autora tamtej próby pominę). Teraz ten przyczynek do dziejów „Sztandaru Młodych” podrzucam „Przeglądowi” z nadzieją, że może przyda się badaczom, zainteresuje niektórych przynajmniej czytelników, no i dlatego, że historia „Przeglądu” zazębia się w jakiś sposób z historią „Sztandaru Młodych”.
Jerzy Słabicki
Listy od czytelników nr 22/2025
Biedni czy bogaci? Politycy lubią wskaźnik PKB, czyli produkt krajowy brutto, zwłaszcza gdy rośnie. Bo gdy rośnie, ich zdaniem rośnie wszystko – od słupków poparcia w sondażach po dobrobyt. Ale sprawa jest bardziej złożona, bo PKB to w uproszczeniu suma wszystkich faktur wystawionych w gospodarce. Czyli pomiar strumienia gospodarczego, który nic nie mówi ani o jego strukturze, ani o jego wielkości. Na PKB składa się produkcja fabryki trującej pobliską rzekę i praca firm tę rzekę oczyszczających. Wzrost PKB nie jest
Listy od czytelników nr 20/2025
Nigdy nie mówię „Ziemie Odzyskane” Prof. Andrzej Romanowski w swoim felietonie napisał, że „Ziemie Zachodnie i Północne to łup wojenny, zdobyty 80 lat temu na państwie niemieckim przez Armię Czerwoną”. Zdania tego nie można pozostawić bez komentarza. Pierwszym biskupem misyjnym z siedzibą w Poznaniu był Jordan, który prawdopodobnie nie był Niemcem. Bolesław Krzywousty toczył z cesarzem Henrykiem V walki, m.in. pod Wrocławiem. Psie Pole nie jest więc kompletnie zmyślone. Aleksander Dziurzyński Opisując dzieje zachodnich i północnych ziem polskich, Andrzej Romanowski
Listy od czytelników nr 19/2025
Dla kogo wybory za granicą W felietonie „Wybory za granicą” („Przegląd” nr 17) Attaché podaje, że w drugiej turze wyborów prezydenckich w 2020 r. wzięło udział 516 tys. Polaków za granicą, a o zwycięstwie jednego z kandydatów zadecydowało 421 tys. głosów. Są to zatem głosy istotne. I tu nasuwa mi się refleksja, dlaczego o tym, kto będzie prezydentem mojego kraju, ma decydować ktoś, kto wyjechał z niego ponad 40 lat temu i przyjeżdża raz lub dwa razy w roku, by wyleczyć zęby albo skorzystać z innych







