Wywiady
Jak myśli Rosja?
Cztery lata wojny. Wszyscy się przeliczyli.
I Rosja, i Ukraina, i Zachód
Prof. Andrzej Wierzbicki – profesor nauk społecznych, kierownik Katedry Studiów Wschodnich na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego
Panie profesorze, kiedy ta wojna, rosyjsko-ukraińska, się skończy?
– Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. To pytanie z zakresu prognozowania, a prognozowanie w naukach społecznych, prognozowanie rzeczywistości społeczno-politycznej, w tym międzynarodowej, to karkołomne przedsięwzięcie.
Minister Ławrow powtarza, że muszą zniknąć pierwotne przyczyny konfliktu. Pan rozumie, co on ma na myśli?
– Rozumiem. Oni to powtarzają od kilku lat – denazyfikacja, debanderyzacja, uczynienie z Ukrainy kraju może nie tyle przyjaznego Rosji, ile przynajmniej neutralnego. Przekształcenie Ukrainy z anty-Rosji, tak jak ją budowano, w kraj, który nie stanowi platformy dla rywalizacji geopolitycznej, przyczółka dla sił, które Rosja uznaje przez siebie za wrogie, tj. z perspektywy rosyjskiej – usunięcie źródeł konfliktu.
Czyli?
– Czyli sił Zachodu, NATO, Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, kto w tych Stanach Zjednoczonych rządzi, ponieważ niezależnie od władzy, republikańskiej czy demokratycznej, pomoc amerykańska dla Ukrainy jest dostarczana.
Doktryna Monroego po rosyjsku
Przyczyną była więc nie tyle sprawa terytoriów, ile to, kto w Kijowie rządzi.
– Nie uważam, że Rosja w tej wojnie chciała zająć całe terytorium Ukrainy. Choć pewnie ma ograniczone cele terytorialne. Ale one się zmieniają. Być może było to opanowanie Kijowa. Opanowanie Charkowa. Celem rosyjskim może też być odcięcie Ukrainy od Morza Czarnego. Chersoń, Nikołajew, Odessa… Czyli lądowe połączenie z Naddniestrzem. Dojście do linii Dniepru, całkowite zajęcie terytoriów, które proklamowano jako należące do Rosji po referendum w 2022 r. Być może to jest ten ostateczny cel.
A może mniej chodzi o ziemię, a bardziej o to, żeby zwasalizować Ukrainę?
– Możliwe, że w jakiś sposób tak. Przy czym my jako wasalizację będziemy zapewne traktowali neutralny status Ukrainy, czyli równy dystans do Rosji i do Zachodu. Ta wojna jest, o czym zapominamy, praktycznym przełożeniem rosyjskiej wersji doktryny Monroego. W 1993 r., jeszcze za Jelcyna, rosyjskie siły polityczne, od prawa do lewa, od liberałów do brunatno-czerwonych, uzgodniły, że obszar poradziecki to jest strefa wyłącznych wpływów i wyłącznych, przy tym żywotnych, interesów Federacji Rosyjskiej. I każdy, kto się pojawi na tym terenie jako rywal, jako ktoś, kto będzie chciał tam swoje interesy realizować, będzie traktowany jako intruz, jako najeźdźca, jako wróg. Z tym właśnie mamy do czynienia.
Te pomarańczowe rewolucje zostały w Moskwie uznane za wrogie działanie?
– Tak. One zostały w Moskwie przyjęte nie jako dążenie do demokracji, ale jako wejście na terytorium jej wyłącznych wpływów. Doskonale wiemy, że przecież nie o demokrację jako taką w nich chodziło.
To jest kluczowe – my mówimy o prawach narodu do wolności, do demokracji, a Moskwa o tym, kto co kontroluje.
– Tu chodzi o geopolitykę, o kontrolę nad przestrzenią, a nie o opowieść, że Ukraina broni wartości europejskich czy demokratycznych. Zresztą gdzie są te wartości? Zorganizowana przestępczość, oligarchia, wszechogarniająca korupcja, zabójstwa na tle politycznym – to jest Ukraina. Czy to są wartości europejskie? W latach 90. przyjeżdżał do nas na wydział, w ramach różnych konferencji, Andrij Doroszenko, jako przedstawiciel prezydenta Kuczmy w Radzie Najwyższej Ukrainy. Był rosyjskojęzycznym Ukraińcem i wielkim patriotą swego
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl
Beskid Żywiecki oczami drapieżników
Wilcze rodziny są jak mafie – w grupie wszyscy się wspierają, ale między rodzinami toczy się walka na śmierć i życie
Michał Figura – członek zarządu Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”, lider Wildlife Seminars, warsztatów poświęconych edukacji przyrodniczej. Zajmuje się monitoringiem wilków, rysi i niedźwiedzi. Autor artykułów naukowych i ekspertyz z zakresu teriologii i ornitologii.
Spotkaliśmy się w Ciścu w Beskidzie Żywieckim. Nie będziemy jednak dyskutować o ludziach i turystach na szlaku, ale o mieszkańcach gór, których na co dzień trudno dostrzec. Mam na myśli dzikie i duże drapieżniki, szczególnie wilki, rysie oraz niedźwiedzie. Turyści obawiają się spotkań z tymi zwierzętami. Czy w Beskidzie Żywieckim można stanąć oko w oko z wilkiem.
– Oczywiście, że tak. Skoro dany osobnik występuje na omawianym obszarze, to taka możliwość istnieje. Są to jednak bardzo wyjątkowe spotkania. Moje tête-à-tête z wilkiem w ciągu roku mogę policzyć na palcach jednej ręki, chociaż poświęcam tym drapieżnikom czas każdego dnia. Dużo łatwiej zobaczyć ślady ich występowania na tym obszarze niż same zwierzęta.
To ile tych spotkań było w całej twojej wilczej karierze w samym Beskidzie Żywieckim?
– Przez 25 lat pracy poświęconej wilkom w Beskidzie Żywieckim tych spotkań mogło być ok. 10. Trzeba zaznaczyć, że badacz dużych drapieżników ma inną perspektywę niż reszta obserwatorów. Mnie nie zależy na podglądaniu i obserwowaniu zwierząt. Nie siedzę w kryjówce i nie czekam na spotkanie z wilkiem, choć to najprostsza metoda. Bardzo dużo się poruszam po wilczych szlakach, przez co wilk zazwyczaj wyczuwa mnie pierwszy i ucieka. Dlatego tych spotkań jest tak mało.
(…) Czy wiemy, ile mniej więcej żyje tu wilków?
– W Beskidzie Żywieckim dokładnie to policzyliśmy. Są tu trzy wilcze rodziny, ale przy założeniu, że nie wliczamy okolic Babiej Góry. Mówimy zatem o obszarze między Sołą, stanowiącą granicę z Beskidem Śląskim, a Pilskiem i jego najbliższym otoczeniem. Cały ten teren wraz z niewielkim fragmentem Beskidu po stronie słowackiej podzielony jest pomiędzy trzy wilcze rodziny.
Ile osobników liczy jedna rodzina?
– Szacuje się, ze w rodzinie jest średnio sześć wilków, niezależnie, czy chodzi o Beskidy, czy o tereny nizinne. Ta liczba w ciągu roku się zmienia. Gdy młode dorastają, liczebność rodziny może być większa. Później część wilków opuszcza grupę lub z różnych powodów ginie. Śmiertelność młodych osobników tego gatunku jest bardzo duża. Szacuje się, że między listopadem a lutym liczebność wilczej rodziny może się zmniejszyć nawet o połowę.
Czyli możemy zakładać, że w zachodniej części Beskidu Żywieckiego żyje ok. 20 wilków podzielonych na trzy rodziny. Co dokładnie kryje się pod pojęciem „wilcza rodzina”?
– Bardzo często słyszymy o wilczych watahach. Dzięki kilkuletnim badaniom nad wilkami doszliśmy do wniosku, że sposób życia tych drapieżników w ogóle nie pasuje do definicji słowa „wataha”. Wataha to zbiór niespokrewnionych ze sobą osobników. Tak żyją np. dziki,
Fragmenty książki Tomasza Habdasa Górskie rozmowy. Ludzie, miejsca i historie z polskich gór, Znak Koncept, Kraków 2026
STOP DLA POLEXITU
O wyjściu Polski z Unii Europejskiej mogą zdecydować tylko Polki i Polacy. W referendum
Czas wyjść ze strefy komfortu. Od lat realizowana jest w Polsce kampania przeciwko Unii Europejskiej. Przeprowadza się ją na różne sposoby. Zobaczmy, jak to się sączy.
Unia raz jest przedstawiana jako twór zupełnie bezsilny, spróchniały, który za chwilę się zawali. „Czas wyjść z walącej się rudery! – wołają więc na prawicy. – To tonie. Czy mamy tonąć razem z nimi?”. Innym razem o Unii mówi się jak o żarłocznym Lewiatanie, który narzuca mniejszym swoją wolę. „Czy mamy temu ulec? – wołają, dodając: – Zachowajmy niezależność. Nie dajmy się pożreć! Nie dajmy się biurokratom z Brukseli”.
Jest też grupa, która twierdzi, że Unia to Niemcy i realizuje niemieckie interesy. „Czy Niemiec ma nam pluć w twarz? Czy chcemy superpaństwa zarządzanego z Berlina?”, pytają, odświeżając polskie fobie.
Tym, którzy czują się związani z Kościołem, sączy się, że Unia jest świecka, coraz mniej katolicka. No i staje się gej-Europą. Ten strach chwyta. Tym z kolei, którzy ulegli propagandzie antyimigranckiej, sufluje się, że coraz większą grupę w Europie stanowią przybysze z państw afrykańskich, wołając: „To kalifat!”.
A gdy ktoś powie: „Zobaczcie, ile przez te lata zyskaliśmy finansowo”, antyeuropejczycy odkrzykną: „A moglibyśmy zyskać więcej!”. Wszystko jest więc na „nie”. I ta kampania przynosi rezultaty.
Parę tygodni temu głośno było o sondażu pracowni OGB. Pytanie brzmiało: „Gdyby w
Po ludzku trzeba żyć
Wielokulturowość Podlasia to slogan. Tu wszędzie rozmawiało się po swojemu
Marek Chmielewski – sołtys podlaskiej wsi Orla, działacz samorządowy i aktywista w Sieci Forum Dialogu. W 2025 r. za działalność na rzecz przywracania pamięci o lokalnej społeczności żydowskiej został laureatem Nagrody POLIN przyznawanej przez Muzeum Historii Żydów Polskich od 2015 r. Nagroda POLIN „to wyróżnienie dla osób i organizacji, które często po cichu, z dala od świateł reflektorów, ocalają od zapomnienia historie, miejsca i ludzi. Przywracają pamięć, edukują, budują mosty między przeszłością a teraźniejszością, między społecznościami, między ludźmi”.
Mówisz o sobie „jestem Europejczykiem”. Co to znaczy?
– Jestem Polakiem, z pochodzenia Rusinem, ale jestem też Europejczykiem, a to znaczy, że jestem otwarty i wyzwoliłem się z tych wszystkich nacjonalizmów, ksenofobii, rasizmów.
Jak to zrobiłeś?
– Pod koniec lat 80. jeździliśmy na Białoruś spekulować, a jak się spekulowało, to poznawało się ludzi i nawiązywało przyjaźnie. Zaprzyjaźniłem się z parą równolatków, Żanną i Tonikiem. Jak spekulujesz, to zajedziesz, sprzedasz spodnie i tydzień po knajpach chodzisz. Chodziliśmy więc po knajpach. Tu walił mi się świat, trudno było w tym wszystkim się odnaleźć i nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale za wszystko winiłem Żydów, jak u Brauna. Pojechałem do Żanny i Tonika ponownie po jakichś dwóch latach. Gdy Żanna mnie zobaczyła, wybiegła przed dom i krzyczy: „Marek, nie mów nic o Żydach, bo mój papa z mamą przyjechali!”. „Ona to Żydówka”, pomyślałem. Nie wiem, gdzie tym nasiąknąłem, ale okazałem się wielkim idiotą.
Dziś ze swoją otwartością idziesz mocno pod prąd. Czy wielokulturowość Podlasia wpłynęła na twoją postawę?
– Wielokulturowość Podlasia to slogan. Miałem szczęście lub nieszczęście urodzić się tutaj i do końca podstawówki nie wiedziałem nawet, kim są katolicy, bo moi rodzice byli prawosławni. Tu wszędzie rozmawiało się po swojemu. Mój dziadek był pisarzem i chłopi przyjeżdżali do niego furmankami. Petent szedł po ćwiartkę, pili ćwiartkę, petent opowiadał, a dziadek podanie pisał, tyle że już po polsku „zgodnie z powyższym, jak i poniższym”. Produkował te podania masowo. Później ojciec to samo robił.
A ty?
– A dla mnie to był parterowy świat i marzyłem, by w piętrowym budynku zjechać na poręczy. Gdy byłem mały, mama powiedziała: „Na kolonię cię zapisałam”. Nie wiedziałem, co to kolonia, ale powiedziałem: „Dobrze, pojadę na tę kolonię, ale czy ona będzie piętrowa? Ma być piętrowa i ma być poręcz, bym mógł zjechać”. Mimo że byłem w przedszkolu i w szkole, nie umiałem mówić dobrze po polsku. Raz zima była, to słomę omłóconą wynosili, dzieci się pałętały i kumpel mówi: „Będzie ognisko”. Ognisko? Nowe słowo. Podpalili słomę, ale dorośli szybko zareagowali, ugasili, oczywiście dostaliśmy łupcowanie konkretne. Jakiś czas później pani z wiejskiej szkoły wysłała uczennice popytać po wsi, czy ktoś chce chodzić do ogniska. Gdy to usłyszałem, wbiłem się ze strachu pod łóżko. Nie wiedziałem, że chodzi o ognisko szkolne. Tak rozumiałem polski. Innym razem pani powiedziała do koleżanki: „Jakie ty masz ładne warkocze”. Wszyscy się śmiali. Kosy to tak, ale warkocze to jak coś warczy. Wyobraź sobie, w jakiej my tu enklawie żyliśmy!
Jak się z niej wyrwałeś?
– Chciałem iść do technikum w Białymstoku, ale posłali mnie do rolniczówki w Rudce koło Brańska, gdzie już są lewosławni, bo my tak mówimy, że S19 dzieli Podlasie na prawosławnych i lewosławnych. Potem trafiłem do wojska, do Hajnówki, co było dziwne, bo wszyscy gdzieś daleko, a ja do Hajnówki. Okazało się, że mnie namierzyli, bo szukali muzykantów. Grałem wtedy na basie i słuchałem rocka. Najbardziej lubiłem Dżem, ale słuchałem też TSA, Martyny Jakubowicz i Oddziału Zamkniętego. To były moje klimaty. Jak wszyscy słuchałem również Maanamu czy Perfectu,
Aktorski kameleon
Twoja pasja ma cię napełniać, a nie zżerać od środka
Małgorzata Gorol – aktorka filmowa, teatralna i telewizyjna. Na koncie ma m.in. role w filmach „Twarz”, „Plan B” oraz „Śubuk”, za który otrzymała nominację do Orłów w kategorii Najlepsza główna rola kobieca. Grała również w serialach „Odwilż”, „The Office PL” i „Klangor”.
Co wyróżnia świat przedstawiony w serialu „Klangor” na tle innych polskich produkcji kryminalnych?
– Przede wszystkim surowość opowieści, trudna do rozwiązania intryga i wyjątkowa obsada.
Potrafisz sobie wyobrazić, że otrzymujesz informację o zaginięciu najbliższej ci osoby? W drugim sezonie twoja bohaterka Hela przeżywa taki dramat.
– Skoro to gram, to znaczy, że na dobrą sprawę wyobrażam to sobie. Ale jest to jednak wycieczka wyłącznie na poziomie imaginacji. Odkąd jestem mamą, bardzo uważam na to, aby nie zapraszać tej fikcji do mojego własnego życia. Nieraz grałam już matki, które przeżywają prywatne dramaty, i staram się nie identyfikować z tymi historiami. Nigdy nie używam własnej rodziny, by poczuć emocje wymagane od roli. Przeciwnie – pragnę, by nie dotykało to mojego osobistego pola. Zatem inspiracji szukam w wyobraźni, a nie w rzeczywistości.
To pomaga?
– W aktorstwie mamy przeróżne techniki uruchamiania emocji. Niektóre metody polegają na tym, by wyobrazić sobie coś innego ze swojego życia, niekoniecznie związanego z tematyką serialowej fabuły. Sama nie musiałam się do tego uciekać. Mnie moja bohaterka dotykała już na poziomie czytania scenariusza. To mnie uruchamiało i nie potrzebowałam dodatkowych bodźców.
I wystarczyło?
– Ten proces przygotowawczy zawsze jest inny. W tym wypadku scenariusz faktycznie wystarczył. Często na różne sposoby jako aktorzy dochodzimy do finalnej wersji naszych postaci. Ale tutaj naprawdę nie potrzebowałam wiele. Bywa tak, że gram role, z którymi się zmagam jeszcze na planie i w trakcie realizacji danego projektu. Po prostu coś nie gra, a ja nie potrafię zrozumieć do końca, czemu tak topornie idzie mi wcielanie się w postać mojej bohaterki. W tym przypadku w ogóle z niczym się nie zmagałam. Na pewno bardzo pomógł sam kostium. Jako aktorka zwracam szczególną uwagę na wizerunek mojej postaci i to także mnie naprowadziło. Czasami kostium może mi też przeszkadzać – zdarzają się momenty, kiedy kompletnie go nie czuję i bardzo mnie to wytrąca. Ale tu nawet sam makijaż wiele mówi o Heli. Niektóre aktorki mają bardzo wyraziste rysy twarzy (np. Tilda Swinton). Ja nie jestem aż tak charakterystyczna. Moją ekranową personę często definiuje kostium lub to, czy w danym filmie się pomaluję, czy nie skorzystam z tej opcji. Charakteryzatorki często chwalą plastyczność mojej urody. Dzięki temu mogę grać szerokie spektrum postaci.
Określiłabyś się mianem aktorskiego kameleona?
– Bardzo możliwe. Dążę właśnie do tego, aby za każdym razem na ekranie zaprezentować coś innego, nowego. Mam nadzieję (albo i życzenie właśnie), że nadal będę mogła rozwijać się w tym kierunku.
Czy wraz z reżyserem Łukaszem Kośmickim rozmawialiście o tzw. prawdzie pozaekranowej? Czy są sekrety lub zdarzenia, których nie będzie nam dane zobaczyć, a które konstytuują bohaterkę i wpływają na jej decyzje?
– Tego typu sekrety mojej postaci pozostawiam dla siebie. Nie byłoby frajdy dla widzów,
Geografii nie zmienimy
Albo jakoś się dogadamy z Rosją, albo będziemy wzajemnie się niszczyć
Dr Jarosław Suchoples – pracownik naukowy Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, były ambasador RP w Finlandii.
Trump dostanie w końcu Grenlandię?
– Gdyby bardzo chciał ją dostać, jeśli postawiłby wszystko na jedną kartę, to by dostał. Militarnie by ją zajął, to znaczy zlikwidował tam lokalną administrację i wywiesił amerykańską flagę. Natomiast w tej chwili się cofnął.
Rozsądnie.
– Obawiam się, że rozsądne elementy w działaniach Trumpa pojawiają się przypadkowo. A list do premiera Norwegii? Co pan pomyślał, jak go przeczytał?
Że Trump ma problemy psychiczne.
– I tu pojawia się następny problem – bo nawet gdyby doszło, załóżmy teoretycznie, do jego impeachmentu, to kto przyjdzie po nim? Zapewne J.D. Vance, który ma równie fatalną albo jeszcze gorszą opinię.
Wynika z tego, że Trump to nie jest błąd w systemie, tylko efekt systemu. Że taka jest dziś Ameryka.
– Załóżmy, że w Ameryce dojdzie do głosu partia rozsądku, odrzucająca politykę Trumpa. Czy to może doprowadzić do odwrócenia pewnych sytuacji? Otóż do odwrócenia sytuacji w stosunkach międzynarodowych na pewno nie. My już żyjemy w nowej rzeczywistości.
W jakiej?
– W świecie, który staje się wielobiegunowy i w którym Amerykanie sami się izolują.
Co więc nam zostaje?
– Możemy doprowadzić do porozumienia z Chinami i Indiami. Te kraje mogą być przeciwwagą dla Stanów Zjednoczonych i Rosji. Pozostaje tylko problem psychologiczny, czy wypada nam współpracować np. z Chinami, mocarstwem, które notorycznie łamie prawa człowieka i nie uznaje zasad demokracji. Uważam, że nie możemy w Europie powiedzieć z góry „nie”. Bo sprawa naszego bezpieczeństwa, zasad przestrzeganych na naszym terenie i sprawa naszej wolności są ważniejsze. I to nie tylko w kontekście militarnym, ale i każdym innym.
Druga rzecz. Stoimy wciąż przed dylematem z poprzedniej epoki – i to nas hamuje – czy Europa federalna, czy Europa narodów itd. Musimy więc zrobić porządek na własnym podwórku. Doprowadzić do tego, żeby Europa mówiła jednym głosem. Bo albo chcemy być mocarstwem, albo nas rozegrają, jak chcą. Inna sprawa, czy to w tej chwili jest możliwe. Wydaje się, że w przewidywalnej przyszłości będzie to bardzo trudne.
Ale w sprawie Grenlandii nas nie rozegrali.
– Nie rozegrali przede wszystkim dlatego, że Grenlandia jest sprawą stricte europejską. To jednak terytorium zależne od Danii, to bezpośrednio dotyczy NATO, więc nie podlega negocjacji z jeszcze innymi aktorami stosunków międzynarodowych. Sprawa rozgrywa się na linii Europa-Waszyngton. Kwestia grenlandzka ma wiele implikacji dla samej Europy: dla Polski, rejonu Morza Bałtyckiego, również dla Rosji. Bo ta sprawa pokazała, że gwarant NATO jest przeciwko NATO. Przeciwko Kanadzie i krajom europejskim. No i w Moskwie radość…
Dlaczego car stworzył Sankt Petersburg?
Czego dzisiejsza Rosja chce od Europy? Skąd ta wrogość?
– Jeżeli pan spojrzy na Rosję, to co jakiś czas pojawiał tam się władca, który próbował dokonać modernizacji. A to Piotr Wielki, później Aleksander II, a nawet Mikołaj II – jak przegrał z Japonią w 1905 r., doszedł do wniosku, że trzeba coś zmienić. Falą modernizacji był również okres komunistyczny, industrializacja. Próbował też Gorbaczow, próbowano w czasach Jelcyna. Myślano o jakichś związkach z Zachodem.
A teraz?
– Obecnie tego nie ma. Natomiast wróciło przekonanie, że na pytanie, z kim graniczy Rosja, odpowiedź brzmi: graniczy, z kim chce. Jeżeli nie ma modernizacji, trzeba wykazać się w inny sposób, najłatwiej poprzez „zbieranie ziem ruskich”, które odpadły od „macierzy” (takich jak Ukraina, pewnie też państwa bałtyckie), by przywrócić status rzeczywiście wielkiego mocarstwa i przygotować grunt pod dalszą ekspansję. Kreowanie wrogów. Rosjanie uwierzyli przy tym w swoje opowieści, że są tak potężni, że Ukrainę przyłączą w ciągu trzech dni. A okazało się to niemożliwe, ich armia, struktury państwa, politycy nie spełniają standardów i są nieefektywni.
Dlatego ta wojna trwa, już dłużej niż wojna z Hitlerem z lat 1941-1945.
– Tak i Putin nie może z tego zrezygnować! Wszedł w uliczkę, z której nie ma innego wyjścia niż po trupie Ukrainy. Bo jak ma się wycofać? Jaki to byłby sygnał dla przeciętnych Rosjan? Że przegraliśmy wszystko. Dlatego tam pokoju nie będzie, o ile Ukraina nie skapituluje. Bo czy zginie milion Rosjan, czy 5 mln, dla niego nie ma znaczenia. On walczy o to, żeby, po pierwsze, pozostać u władzy, po drugie – w ogóle przeżyć, no i po trzecie – każdy taki władca ma obsesję, żeby przejść do historii. A jak on by przeszedł do historii, gdyby się wycofał z Ukrainy? Z jakim ogromem problemów społecznych i gospodarczych musiałby się zmierzyć, nie dając nic w zamian?
Oni tłumaczą, że Ukraina im zagraża, bo chce się związać z Zachodem…
– Rosja ma pewne stałe paradygmaty myślenia, jeżeli chodzi o jej politykę bezpieczeństwa. Spójrzmy na północ. Im zawsze chodziło o to, by wyjść na Bałtyk, na świat. Dlatego car zbudował Sankt Petersburg, żeby stworzyć pewien fakt geopolityczny: tu jesteśmy i tu będziemy. Bo Sankt Petersburg nie był zwykłym miastem, ale stolicą imperium. W związku z trzeba było zapewnić jej bezpieczeństwo i sprawić, by inne mocarstwa uznały tę potrzebę Rosji za coś naturalnego.
Czyli istnienie Petersburga wyznaczyło priorytety rosyjskiej polityki w regionie bałtyckim.
– Tak: musimy panować nad północnymi i południowymi brzegami Zatoki Fińskiej. Bez tego zawsze będziemy odcinani od Bałtyku, no i stolica naszego imperium będzie zagrożona. Dlatego Rosja toczyła wojny ze Szwecją. Dlatego podporządkowała sobie Finlandię. Dlatego pakt Ribbentrop-Mołotow przewidywał w tej części Europy oddanie Związkowi Radzieckiemu wszystkich terytoriów, które Rosja straciła w wyniku I wojny światowej. Bo idealna sytuacja dla Rosji i Niemiec,
Między przypadkiem a przeznaczeniem
Kiedy aktorzy buzują, mogę być dla nich wiadrem z zimną wodą
Jan Komasa – reżyser i scenarzysta. Zadebiutował filmem „Sala samobójców” w 2011 r. W dorobku ma m.in. „Boże ciało” (2019), nominowane do Oscara w kategorii Najlepszy film międzynarodowy. Laureat czterech Orłów oraz nagrody specjalnej na festiwalu w Wenecji. „Rocznica” to jego debiut anglojęzyczny (dostępny na VOD).
Pamiętasz swoją ostatnią imprezę rocznicową? Albo taką, na której byłeś gościem?
– To była impreza moich teściów, 50. rocznica ślubu. Ta akurat była wzruszająca, co nas zresztą zdziwiło, bo zazwyczaj nie towarzyszyły nam tak silne emocje. Teraz było inaczej. Spojrzeliśmy sobie w oczy jako jedna wielka orkiestra grająca różne rzeczy, w zróżnicowanych tonacjach, ale zawsze razem. Tego wcześniej u nas nie było, nagle weszliśmy na zupełnie nowy poziom delikatności. Może nasze zbliżenie wynikało z wieku? Zapewne było to też wywołane sytuacją chorobową członka rodziny, co stało się pretekstem do zrzucenia dotychczas zakładanych przez nas masek. Stanęliśmy wszyscy twarzą w twarz i doceniliśmy, że mamy siebie nawzajem. Na szczęście w naszym przypadku nie poszło to w tak skrajną stronę jak w „Rocznicy”, czyli w moim najnowszym filmie.
Możemy szukać punktów wspólnych między „Rocznicą” a życiem prywatnym Jana Komasy? Na końcu twoi bohaterowie mimo przeciwieństw losu w jakiś sposób się odnajdują. Miłość triumfuje.
– My wręcz mamy przełożenie 1:1, więc jak najbardziej. Sam koncept rocznicy jest dla mnie ciekawy. Do stołu zasiadają ci, którzy chcą celebrować spotkanie dwójki ludzi. Czyjeś przypadkowe zetknięcie się zaowocowało rodziną, która następnie zaczyna się zjeżdżać, aby uczcić to, że gospodarze dali nam życie. To jakbyś składał owoce pod świętym drzewem. I robisz to tylko dlatego, bo ono odpowiada za twoje „narodzenie”. Mamy dziwną potrzebę dziękować ludziom za to, że niegdyś wydali nas na świat. A wszystko za sprawą tego jednego spotkania z przeszłości, np. przy obrazie René Magritte’a, jak w „Rocznicy”.
Przy okazjach rocznicowych często mówimy o przeznaczeniu, choć inni mogą uznać, że takie spotkania to efekt przypadku. W co bardziej wierzysz?
– Dla mnie natura tego zdarzenia jest kwantowa, bo będzie zarówno falą, jak i punktem. Na pierwszy rzut oka to przypadek. Ale później percepcja się zmienia. Steve Jobs mówił, że kiedy spojrzysz do tyłu i te punkty zaczynają układać się w pewnego rodzaju melodię, okaże się, że koniec końców mamy do czynienia z przeznaczeniem. Istnieje jakaś moc przyciągania: spójrzmy na fakt, że łączymy się z osobami, które stają się dla nas pewną inspiracją. Wtedy nie patrzymy np. na czyjś status materialny. W takich przypadkach osoba nieuprzywilejowana może nadrabiać swoje luki finansowe tzw. żywotnością.
W sytuacjach kompletnego zakochania odrzucamy pragmatyczne myślenie.
– I o tym też będzie poniekąd „Lalka” (nowa adaptacja flimowa – przyp. red.)!
To znaczy?
– Żywotność panny Łęckiej jest niska, bo ona nic z siebie nie wytwarza. Natomiast Wokulski wytwarza i zmienia życie, więc jest jej przeciwieństwem. Taki motyw staram się zaznaczyć w „Rocznicy”, ale on też pojawia się w moich innych filmach. W „Hejterze” główny bohater działa i jest żywotny, bo nie ma kapitału społecznego. Z kolei dziewczyna – grana przez Vanessę Aleksander – skarży się, że nic jej w życiu nie wychodzi, choć wszystko ma podane na tacy.
Impreza twoich teściów odbyła się przed nakręceniem „Rocznicy”?
– Jakiś czas później.
A więc poniekąd sprawdziło się to, co wcześniej ukazałeś w filmie. Tylko w nieco inny sposób.
– Tak. Czyli jednak moment, który powoduje, że chcesz być z drugą osobą, ma w sobie ten pierwiastek kosmiczny. Czasem, kiedy spotykają się dwie osoby, pojawia się iskra, „kliknięcie”, tzw. chemia, zmieniająca życie na zawsze. W „Rocznicy” idę dalej i
Moje pokolenie wybiera skrajności
Każdy reżyser po cichu marzy, że będzie miał protesty przed spektaklem
Kamil Białaszek – znany także jako raper Koza, reżyser głośnych spektakli „Nowy PAN TADEUSZ, tylko że rapowy” (Teatr Polski w Poznaniu), „Skowyt” na podstawie poematu Allena Ginsberga oraz „Zdziczenie obyczajów pośmiertnych” na podstawie niedokończonego dramatu Bolesława Leśmiana (Teatr Żydowski w Warszawie). W grudniu 2025 r. w Teatrze Narodowym odbyła się premiera jego najnowszego spektaklu „Niewyczerpany żart” według powieści Davida Fostera Wallace’a. Student V roku reżyserii na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie
Kim był Koza?
– W Raszynie wszyscy żyliśmy polskim rapem, ponieważ opisywał problemy i doświadczenia ludzi z naszej warstwy społecznej. Z kulturą hip-hopową utożsamiam się od dzieciństwa, więc robienie tej muzyki było naturalną konsekwencją. Dochodziła do tego chęć zaimponowania środowisku, którego szacunek budziło jedynie popełnianie przestępstw, pieniądze i właśnie muzyka. Robienie rapu jest też łatwe, bo nie potrzeba wielkich nakładów finansowych. Wystarczy w swoim pokoju postawić na stosie książek laptop i mikrofon. Tak nagrywałem pierwsze kawałki. Oczywiście wpływało to na jakość, ale wtedy w rapie chodziło o autentyczność przekazu. Teraz już o to nie chodzi.
A o co chodzi? Już kilka lat temu mówiłeś: „Całe środowisko (hip-hopowe – przyp. AW) przespało informację, że ludzie są równi” („Gazeta Wyborcza”, 7 lutego 2020 r.), a do tego, że chcesz to środowisko „skonsternować” i „zdenerwować”.
– W środowisku hip-hopowym uderzało mnie zamknięcie głów, czyli awersja do wszystkiego, co nowe i różne, do idei, które większość społeczeństwa już wtedy przyjęła, jak tę, że kobiety mają takie samo prawo do życia seksualnego jak mężczyźni i nie trzeba ich za to przezywać. Transformacja w polskim hip-hopie nastąpiła w ostatnich latach, bo kiedy tylko środowisko zostało posypane pieniędzmi przez wytwórnie, raperzy chętnie zaczęli reprezentować bardziej liberalne wartości i mówić: „OK, super, tak, ja mega szanuję gejów” albo: „Ty, kobieto, teraz masz prawo wyrażać siebie i w ogóle jestem raperem feministą”. Wcześniej za takie poglądy byłem atakowany. Lubiłem i umiałem robić tę muzykę, ale denerwowała mnie cała otoczka i dlatego raper Koza stał się swego rodzaju komentarzem polskiego hip-hopu, próbującym zmienić tę kulturę od środka. To samo chcę robić w teatrze.
Jak chcesz zmieniać teatr od środka?
– Uważam, że musimy odejść od prymatu teatru pomnikowego, żeby z teatru nie zrobiła nam się opera, czyli relikt, którego ludzie doświadczają tylko dla samego faktu, że jest reliktem. W erze netfliksowej istnieje duże niebezpieczeństwo, że ludzie przestaną chodzić do teatru albo że będą chodzić tylko na komedie, dla rozluźnienia atmosferki w domu, lub właśnie na archaiczne sztuki, by skonfrontować się z tym pomnikiem.
Naprawdę uważasz, że w Polsce, ojczyźnie jednego z najlepszych i najciekawszych teatrów europejskich, istnieje niebezpieczeństwo, że ludzie będą chodzić tylko na komedie?
– Zgadzam się z tym, że mamy jedną z bogatszych kultur teatralnych w Europie. Myślę jednak, że z perspektywy konsumpcyjnej widza istnieje niebezpieczeństwo, że teatr zostanie sprowadzony do dwóch kategorii – komedii oraz archaicznego przedstawiania dramatów. Ja chcę być alternatywną propozycją, która będzie łączyć elementy współczesne i elementy komedii, by pozwolić widzom się zluzować i pośmiać, z elementami teatru tzw. namysłu, i dać im szansę na analizę literatury.
Czy to z chęci bycia „alternatywną propozycją” narodził się pomysł zrobienia rapowo epopei narodowej?
– W każdym spektaklu staram się wychodzić od tekstu. Zadaję sobie pytanie, co ten tekst we mnie wywołuje, do jakich myśli mnie prowadzi, po co w ogóle jest i dlaczego ktoś inny miałby go doświadczyć. „Pan Tadeusz” to matryca patriotyzmu, więc reżyserując spektakl, myślałem o patriotyzmie, o tym, jak go czuję, czy jestem patriotą.
Twój „Nowy PAN TADEUSZ, tylko że rapowy” dzieje się na blokowisku, jest w nim dużo wulgaryzmów, jest beka z „Ojcze nasz”, a symbole narodowe ukazane są w sposób daleki od reguł szkolnych apeli z okazji 11 Listopada. Nie baliście się w Poznaniu protestów kółek różańcowych pod teatrem?
– Proszę cię… Całe środowisko chce mieć kółka różańcowe i protesty. Każdy reżyser po cichu marzy o tym, że będzie miał jakieś protesty przed spektaklem, bo jeśli sztuka jest opresjonowana i cenzurowana, to znaczy, że jest dobra i powiedziała coś, czego mówić nie wolno.
Zatem głównym motywem „Nowego PANA TADEUSZA…” był patriotyzm. A skąd pomysł na formę?
– Forma poukładała się sama. W Akademii Teatralnej nauczyli mnie, że na scenie może wydarzyć się wszystko, nawet rzeczy najbardziej szalone i odjechane, jeżeli tylko mają silne uzasadnienie w literaturze. Wziąłem więc literaturę, a potem podstawiłem pod nią swoje pomysły. To, że forma „Nowego PANA TADEUSZA…” jest tak patologiczna, przykra i absurdalna, wynika z mojego doświadczenia. Nie zmyślałem.
Polska, którą pokazałeś, jest daleka od wizji kraju z klubu G20. To Polska, w której na leżaku przed namiotem na blokowisku siedzi się i pije wódkę w dresie. Są bluzgi, burdy, ksenofobia, rasizm, a silniejszy wykorzystuje słabszego. Czy taka jest Polska w trzeciej dekadzie XXI w.?
– Są różne Polski. Z perspektywy Warszawy wszystko wygląda inaczej, ale
Wybierałam wolność
Moja droga była skomplikowana. Może przez wielką samotność na starcie życia
Maria Pakulnis – aktorka filmowa, teatralna i radiowa, laureatka Nagrody im. Stefana Treugutta za wybitną kreację aktorską w Teatrze Telewizji.
Po latach nieobecności wróciłaś do Teatru Telewizji poruszającą rolą pani Alving w „Upiorach” Ibsena w reżyserii Anny Augustynowicz. Twój powrót przyniósł ci nagrodę – wyróżnienie specjalne za wybitne osiągnięcie aktorskie. Jak to przyjęłaś?
– Nie spodziewałam się jakiegokolwiek wyróżnienia. Zresztą rzadko w życiu otrzymywałam takie nagrody. I nigdy nie miałam rozbuchanego ego, żeby oczekiwać czegokolwiek w długiej i skomplikowanej pracy pod każdym względem. Pod względem drogi, którą często podążałam nie z własnego wyboru. A czasami musiałam sama podjąć decyzję, żeby zrezygnować z różnych rzeczy.
Zachowywałaś się jak pani Alving z „Upiorów”?
– Wybierałam wolność i szacunek. Wybierałam szacunek do siebie. Kierowałam się prawdą, cokolwiek robiłam. Najgłębszą prawdą i rzeczowym podejściem, na tyle, na ile potrafiłam podejść do każdej roli. Miałam szczęście, ale człowiek obiera jakąś drogę. Ktoś rzuca do ciebie tę nitkę i albo ją złapiesz, albo nie, albo ją odrzucisz. Albo wybierzesz drogę łatwą, bo jesteś pokorny, albo hamujesz w sobie to, żeby nie pokazać, że myślisz inaczej, czego innego oczekujesz.
Nawiązujesz do książki „Moja nitka”, wydanej parę lat temu opowieści o drodze, którą przeszłaś.
– Moja droga była bardzo skomplikowana. Może przez wielką samotność na samym starcie życia. Ale nie mam pretensji do niczego, do losu, do tego, co przeżyłam, co musiałam przeżyć, i nie ubrałam tego w rolę ofiary. Nie. Po prostu jestem w pełni świadoma mojej drogi, błędów i innych rzeczy, które stały się w moim życiu. Tak musiało być, żeby odnaleźć siebie w świecie dorosłych, potem w świecie pracy, w świecie teatru, w świecie filmu i w świecie tej magii, w której nigdy nie zamierzałam być, bo nie śmiałam w ten sposób myśleć o mojej przyszłości.
Drogę aktorską zaczynałaś w Słupsku.
– Jestem szczęśliwa, że właściwie los skierował mnie tam na początek drogi. Epizod Słupska wydarzył się na chwilę przed wybuchem stanu wojennego. Pamiętamy, jak wtedy to wyglądało, w jakim momencie naszego życia byliśmy. W wielkiej niewiadomej. W momencie, kiedy młody człowiek kończy studia, jeszcze takie jak ja, jest pełen wiary, pasji i nadziei, że stanie się coś ważnego. My, świeżo po warszawskiej szkole teatralnej, chcieliśmy po prostu pracować. Marek Grzesiński całej naszej grupie kończącej studia zaproponował wtedy wyjazd, bo Maciej Prus przekazywał mu teatr w Słupsku.
Pracowaliście razem zaledwie rok.
– W takim krótkim czasie, zaledwie jednego sezonu, powstało dużo wspaniałych rzeczy. Ale już po paru miesiącach wiedziałam, że trzeba będzie szybko wracać do Warszawy. Na szczęście miałam możliwość powrotu.
Zaraz po studiach dostałaś propozycję angażu w Teatrze Współczesnym, ale nie skorzystałaś.
– Głupot w moim życiu narobiłam strasznie dużo, ale odrzucenie tej propozycji było jedną z największych.
Dlaczego wtedy zrezygnowałaś?
– Dlatego że jeszcze w szkole z całą grupą umówiłam się, że wyjeżdżamy i robimy teatr z Grzesińskim. Po dyplomie ze „Snu nocy letniej” złożyliśmy sobie przysięgę, że tak się stanie. W tym momencie przyszła propozycja z Teatru Współczesnego. I ja, nieświadoma tego, co robię, powiedziałam, że nie mogę jej przyjąć, bo nie złamię danego słowa. Szaleństwo, które chyba tylko ja mogłam popełnić. Od razu miała czekać mnie premiera z Zosią Mrozowską, przed oczyma pojawiły mi się spektakle, które proponowali mi Maciej Englert i Maciej Prus, który widział mnie w dyplomach w szkole teatralnej, a ja zrobiłam coś najgorszego, co można zrobić. Wybrałam teatr w jakimś sensie studencki. Potem zrozumiałam w pełni, co znaczy dla młodego aktora praca z mistrzami, od których można się sto razy więcej nauczyć. Ale wtedy wybrałam Słupsk.
Tymczasem czekał na ciebie etat we Współczesnym.
– Nie wiem, co kierowało Maciejem Englertem, ale dał mi znać, że mogę wrócić po jednym sezonie, że mam miejsce w tym teatrze i on mnie rozumie, bo kiedyś postąpił podobnie. Więc wróciłam. Axer akurat odchodził. A odchodził „Upiorami” Ibsena. Odchodziła też Joasia Szczepkowska, która miała grać Reginę, nieślubną córkę kapitana Alvinga. Dostałam propozycję od Axera, żeby wziąć za nią zastępstwo. To była jedna z najlepszych lekcji analizy materiału do grania. Axer zrobił mi szkolenie totalne. Poprowadził mnie tak, że dałam radę.
Taka krótka przygoda wejścia w trudny spektakl spowodowała, że szybko zostałam zaakceptowana w zespole. To było dla mnie bardzo ważne, bo do końca nie zdawałam sobie sprawy, ile mogę mieć siły w przekazie. Co mogę zrobić, jakie rzeczy mogę zrobić, jak różnorodne rzeczy mogę zrobić. Ostatnio powiedział mi wybitny aktor mojego pokolenia, że właściwie to żal, że nie studiowałam w Filmówce.
Wkrótce grałaś w filmach rolę za rolą.
– I zaniepokoiłam tym samego Zygmunta Kałużyńskiego. Kiedy mnie zobaczył w Gdańsku, bo mi kazano przyjechać na festiwal, spojrzał na mnie swoim groźnym okiem, a myśmy wszyscy się go bali potwornie, i powiedział: „No i co ja mam teraz z panią zrobić?”. Myślałam, że zemdleję. Nogi się pode mną ugięły: „Chryste Panie, po co ja tutaj przyjechałam?”. A przyjechałam jak stałam, w tym, co miałam. Wtedy nie było tam blichtru festiwalu filmowego. Było skromnie i normalnie, biednie, ale wspaniale, bo wspaniałe rzeczy w tym czasie wybitni reżyserzy robili, mając na karku cenzurę, ale wszyscy chcieli pracować i tworzyć.
Na tym festiwalu (1986) pokazano kilka filmów, w których zagrałam, i dzięki temu zostałam laureatką nagrody za rolę drugoplanową, bo się okazało, że liczy się nie tylko król, ale i dwór, czasami nawet bardziej. Ale wracając do „Upiorów”: to było duże przeżycie, tym bardziej że znalazłam się w jednej garderobie z Haliną Mikołajską, która wtedy wróciła do teatru po kilku latach nękania przez służbę bezpieczeństwa. Teatr był dla nas punktem wolności, jedynym miejscem, gdzie się nie bałam, gdzie wierzyłam, że jeżeli jestem w grupie tak wspaniałych ludzi, to doczekam dnia, kiedy wszystko zacznie wyglądać inaczej. Na każdym przedstawieniu pojawiał się Erwin Axer, siadał w fotelu, a ja przysłuchiwałam się ich rozmowom. Nie śmiałam jeszcze tak bezpośrednio się odnosić do tego, o czym mówili, ale ocierałam się o wspaniałych ludzi i to było cudowne.
Po czterdziestu paru latach wróciłaś do „Upiorów”.
– Okazało się, że będę pracować z człowiekiem, z którym debiutowaliśmy razem w Teatrze Telewizji. I tym razem Zbyszek Dzięgiel stał się moim dobrym duchem. Pierwszy raz zetknęłam się ze sposobem pracy Anny Augustynowicz – dla mnie to była nowość. Szalenie mi się spodobała jej asceza i dążenie do zupełnie innego grania niż u Axera. Wymagało to ode mnie ogromnego skupienia, trzymania na wodzy emocji, które eksplodowały w mojej głowie. Ważny był tylko problem, który noszę w środku. Liczył się tekst i tylko na tym można było się oprzeć.
Okazało się, że spektakl musimy zrobić bardzo szybko. Trzeba było opanować ogromny tekst i jeszcze na tyle,
Media publiczne, czyli jak nas ograli politycy
Prof. Stanisław Jędrzejewski – socjolog, medioznawca, profesor nauk społecznych, dyrektor Programu I Polskiego Radia (2003-2005), członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2005), przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiego Radia (2011-2016). Zastępca przewodniczącego Komitetu Nauk o Komunikacji Społecznej i Mediach PAN. Rozmawia Robert Walenciak
Media publiczne są w poważnym kryzysie – to pańskie słowa. Co to znaczy „poważny kryzys”?
– To znaczy, że ten kryzys jest wielostronny. Obejmuje nie tylko finansowanie, bo zwykle na tym obserwatorzy się skupiają.
Szefowie mediów publicznych zawsze mówią, że brakuje pieniędzy. No, może z wyjątkiem Jacka Kurskiego…
– Za czasów PiS i Jacka Kurskiego media publiczne były finansowane poprzez budżet państwa i państwowe spółki, a nie ze środków publicznych. A dziś dotacje są uznaniowe. Jeszcze do tego transze abonamentu są wstrzymywane przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. Jest to więc kryzys bardzo dokuczliwy i bardzo poważny. Ale są i inne – kryzys programowy, technologiczny, kryzys zaufania…
Kto płaci, ten zamawia muzykę
A jeśli chodzi o dzisiejszą Polskę – mamy media publiczne czy są to media partyjne?
– To są, myślę, media państwowe. Nie partyjne, nie publiczne, tylko państwowe.
Dlaczego?
– Są kraje, takie jak Wielka Brytania czy Niemcy, gdzie widzowie są karni i płacą abonament. W związku z tym i BBC, i ZDF funkcjonują rzeczywiście jako media publiczne, finansowane ze środków publicznych. Ale w wielu krajach ludzie nie chcą płacić abonamentu, jest więc tendencja, żeby to były opłaty poprzez budżet. A jeżeli poprzez budżet, to media muszą zabiegać o pieniądze, o dotacje. Wtedy stają się bezbronnym podmiotem wobec partii rządzącej, bo to ona podejmuje decyzje finansowe.
Politycy ograli więc dziennikarzy?
– Myślę, że tak.
Czyli Platforma z PiS walczą na śmierć i życie, ale w jednej sprawie są zgodne: przyjęły, że kto rządzi, ten ma media.
– Dokładnie tak jest. Kto płaci, ten wymaga, prawda? Albo – gra się taką muzykę, jaką zamawia płacący. Są różne powiedzenia, bardzo bliskie… To nie jest uwikłanie partyjne, tylko uwikłanie państwowe. Odróżnijmy to – media publiczne nie są definiowane wyłącznie przez źródło finansowania,
r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl






