Chińska wojna z zanieczyszczeniem

Chińska wojna z zanieczyszczeniem

Cztery lata po tym, jak premier Li wypowiedział wojnę smogowi, jego poziom w chińskich miastach spadł prawie o jedną trzecią Beth Gardiner

Zanieczyszczenie powietrza było tematem wrażliwym do momentu, gdy nie stało się tak duże, że negowanie go stało się niemożliwe i rząd w końcu postanowił coś z nim zrobić. Dzisiaj media otwarcie donoszą o osadzie, który wisi nad miastami, przedsiębiorstwa kuszą pracowników drogimi systemami filtrującymi powietrze w biurach, a zwyczajni chińscy obywatele mogą bez przeszkód skarżyć się na skażenie w mediach społecznościowych. Jednak ci, którzy mają na tę kwestię nieco zbyt wyraźne zdanie, ale wypowiadają się ciut za głośno, mogą się zorientować, że stąpają po lodzie cieńszym, niż im się wydawało.

Dokładnie to przydarzyło się Chai Jing. Nawet bez napisów ani znajomości chińskiego od razu widać, co sprawiło, że stała się gwiazdą telewizji. Młoda, inteligentna, atrakcyjna, ale nie onieśmielająca, była wręcz podręcznikowym przykładem osoby telegenicznej – poważnej reporterki, która zarazem sprawia wrażenie zwykłej osoby. Jej ambicja i spryt pozwalające na zrobienie kariery dziennikarskiej w kraju, gdzie wolność prasy jest mrzonką, a tylko niektóre tematy można otwarcie omawiać, umożliwiły jej awans społeczny: z dzieciństwa spędzonego w górniczym miasteczku na północy na pozycję nagradzanej reporterki śledczej i prezenterki w China Central Television, największym kanale telewizyjnym w kraju. Zbudowała swoją markę, robiąc reportaże o epidemii SARS, a potem – gdy stała się jedną z najbardziej popularnych osobowości małego ekranu w Chinach – napisała wspomnienia, które szybko stały się bestsellerem. (…) Choć krytyka wymierzona bezpośrednio w rząd jest niebezpieczną praktyką, Jing zajmowała się tematami tak różnorodnymi i prowokacyjnymi jak etyka kary śmierci czy postawy wobec homoseksualizmu. W ten sposób wyrosła na swego rodzaju bohaterkę postępowych Chińczyków, nieustannie głodnych niezależnego głosu.

W 2014 r. Chai Jing odeszła z CCTV i wtedy – gdy nie hamowały jej już ograniczenia związane z uprzywilejowaną pozycją – zaczęła realizować projekt, którego wydźwięk miał się okazać większy niż wszystko, co do tej pory robiła (…). Mowa o filmie dokumentalnym, w produkcję którego zainwestowała 160 tys. dol. z zysków ze sprzedaży swojej książki. Dokument zatytułowany „Under the Dome” (Pod kopułą) wciąga i przeraża od pierwszej minuty i jest bez wątpienia najmocniejszym filmem o zanieczyszczeniu powietrza, jaki widziałam. Jing, ubrana w wypłowiałe dżinsy i biały top, chodzi po scenie i opowiada zasłuchanej publiczności, jak odkryła tuż po „powietrznej apokalipsie” w styczniu 2013 r., że jest w ciąży. (…) Radość Jing zamieniła się w przerażenie, gdy dowiedziała się, że dziecko ma łagodnego guza, którego trzeba będzie usunąć zaraz po jego przyjściu na świat. (…)

Chinka nie za bardzo martwiła się poziomem zanieczyszczenia, ale gdy została matką, jej perspektywa się zmieniła. „Wtedy dopiero zaczynasz rozumieć zagrożenie”, mówi w dokumencie. (…) W trakcie 104-minutowego filmu, który łączy jasną i bezpośrednią narrację z materiałami z reportaży, autorka pokazuje niebezpieczeństwo, jakie stwarzają cząstki PM2,5 będące plagą w Chinach. Tłumaczy, skąd pochodzą, pokazuje nieudolność rządu w kwestii radzenia sobie z tym problemem i prezentuje, jak inne kraje spisują się w tej kwestii dużo lepiej. Pokazuje również filtr, który zrobił się czarny jak noc po tym, jak przez 24 godz. nosiła go w próbce przy plecaku, i opowiada, jak zaszokowana była razem z naukowcem, z którym zbadali potem zebraną sadzę. Okazało się bowiem, że zawierała 15 różnych czynników rakotwórczych, w tym wysoce toksyczny benzo[a]piren w stężeniu 14 razy przewyższającym dozwolony w Chinach poziom. (…)

Reakcja opinii publicznej na „Under the Dome” była niesamowita. W ciągu kilku dni od wypuszczenia filmu do sieci w lutym 2015 r., obejrzało go ponad 200 mln Chińczyków – trzy razy więcej osób, niż wynosi liczba ludności Wielkiej Brytanii czy Francji. „Film zdobył zasięg, którego naprawdę nikt się nie spodziewał”, powiedział mi Ma Jun, jeden z bardziej znanych chińskich obrońców środowiska. Rząd też wydawał się przychylny i rzeczywiście Jing udało się – przynajmniej nieformalnie – uzyskać oficjalną aprobatę krajowej administracji. Jak powiedziała w wywiadzie dla „People’s Daily”, gazety codziennej partii komunistycznej, pokazała scenariusz przedstawicielom dwóch różnych organów rządowych i dostała od nich informacje zwrotne oraz sugestie. (…) Wyglądało więc na to, że chińscy przywódcy planują okiełznać oburzenie wywołane przez „Under the Dome” i wykorzystać impuls polityczny do stworzenia nowych, ostrzejszych zasad mających obowiązywać trucicieli.

Naraz jednak coś się zmieniło. Zaledwie tydzień po opublikowaniu filmu w internecie, zniknął on z chińskich stron na żądanie cenzora. Nie sposób dowiedzieć się, co spowodowało ten zwrot o 180 stopni. (…)

Jak na film wycofany przez cenzora, obejrzeć „Under the Dome” jest zaskakująco łatwo. Jeden z moich rozmówców w Pekinie pokazuje mi go na telefonie; jedna z kawiarni puszcza go na ekranie widocznym dla przechodniów. Podczas gdy Chiny blokują strony takie jak YouTube i wyszukiwarkę Google, stosując system cenzury online, znany pod nazwą „Wielki firewall”, wiele osób ściąga na urządzenia oprogramowanie pozwalające łączyć się z serwerami za granicą i ogląda, co chce. Nawet ja – jako że w domu nie miałam czasu na obejrzenie dokumentu Jing – wykorzystałam prywatną wirtualną sieć, tzw. VPN, i obejrzałam go pierwszego wieczoru w Pekinie. (…) Tak jak w przypadku wielu sfer życia w Chinach, tak i tutaj to, co sankcjonowane publiczne, i to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, to dwie różne rzeczy. (…)

Wkrótce łapię się na tym, że sprawdzam wskaźnik jakości powietrza kilka razy dziennie. Przygnębia mnie fakt, że najwyraźniej zaciął się na czerwonym polu z napisem „niezdrowy”. Z bardziej pozytywnych rzeczy trzeba przyznać, że Pekin to jedyne z odwiedzonych przeze mnie miast, w którym noszenie masek antysmogowych jest przyjęte społecznie. (…) Tak właśnie przedstawiają się sprawy, gdy podążam ulicą za Xiao Jin, stylową dwudziestokilkulatką, której tłumaczenia i research są dla mnie niezbędną pomocą w pracy (nie ujawniam jej pełnego imienia i nazwiska, żeby nie przysporzyć jej kłopotów; „Xiao” to często stosowany w Chinach zwrot do młodych ludzi). Wyłoniłyśmy się właśnie z metra prosto w niespodziewaną burzę śnieżną (…). Nieco później widzę, że jeden z reporterów, którego śledzę na Twitterze, nazwał tę pogodę „toksycznym śniegiem”. Biuro Meteorologiczne Pekinu ostrzega czasem mieszkańców, żeby nie dotykali śniegu, który może być tutaj niebezpiecznie zanieczyszczony. (…)

Pomimo nadal fatalnej jakości powietrza w tym kraju Ma Jun wypowiada się o poziomie zanieczyszczenia w Chinach z widoczną nadzieją. Jest jednym z czołowych chińskich ekologów, a przy tym skromnie wyglądającym, łysiejącym mężczyzną, w granatowym swetrze w serek i białej koszuli. Ma jest przekonany, że w Chinach dzieje się coś niesamowitego i dla niego sprowadza się to do jednego słowa: transparentność. Chai Jing trafiła na kraniec rządowej tolerancji dla otwartości, ale nawet biorąc to pod uwagę, zanieczyszczenie powietrza pozostaje kwestią, o której państwowi przywódcy są skorzy rozmawiać wyjątkowo swobodnie.

Według Ma zmiany w tym obszarze następują szybciej, niż można by się spodziewać. Gdy w 2008 r. Pekin był gospodarzem igrzysk olimpijskich, wielu Chińczyków, pozostających w błogiej nieświadomości rozwijającej się wokół nich dramatycznej sytuacji dla zdrowia, drwiło z zagranicznych sportowców noszących maski antysmogowe. Nawet Chai Jing mówiła w swoim dokumencie, że sama była ślepa na kryzys jeszcze w roku 2013 – do tego momentu bowiem w doniesieniach na temat smogu pojawiało się raczej słowo „mgła” albo „zła pogoda”, co powodowało, że zanieczyszczone powietrze zbierało swoje żniwo niezauważenie. (…)

A potem wszystko się zmieniło. Wspominając ten czas, Ma Jun twierdzi, że swoiste powstanie w mediach społecznościowych w 2011 r. było momentem przełomowym. Wyglądało na to, że rząd usłyszał wreszcie głosy społecznego oburzenia i lata zamiatania tej kwestii pod dywan definitywnie się skończą. Przywódcy ogłosili, że będą także robić pomiary cząstek PM2,5 w wielu miastach w kraju i ujawniać ich wyniki. Wkrótce w Pekinie zainstalowano pierwszą oficjalną stację pomiarową, a niedługo potem pojawiło się ich więcej. Do roku 2013 odczyty w czasie rzeczywistym były już dostępne w 74 dużych miastach. „Rok później było ich już 190, a w kolejnym roku liczba zwiększyła się do 380”, mówi Ma. W trakcie naszej rozmowy kilka razy klika myszką i na dużym ekranie sali konferencyjnej, w której siedzimy, pojawia się mapa z podawanymi na żywo danymi dotyczącymi smogu z ponad 2 tys. stacji pomiarowych znajdujących się w prawie 400 miastach.

Według Ma to właśnie bezpośrednio spowodowało kolejne wydarzenia i było nieuniknionym wyrazem potęgi informacji. „Ludziom nie wystarczają już komunikaty o tym, kiedy mają założyć maski antysmogowe. Oni chcą rozwiązać problem”, mówi. „W momencie, gdy decydujesz się powiedzieć ludziom prawdę, nie ma już odwrotu. Pozostaje tylko jedna droga: do przodu”. W ten sposób, przynajmniej w opinii Ma, Chiny zaczęły walczyć z zanieczyszczonym powietrzem. (…)

Podczas gdy rząd centralny podjął decyzję o wdrożeniu swojego programu przeciwdziałania zanieczyszczeniom, niektóre prowincje były ostrożne, wręcz niechętne zmianom. Dlatego Ma bardzo się stresował, gdy został zaproszony na spotkanie z czołowym przedstawicielem lokalnych władz ds. ochrony środowiska w silnie zindustrializowanej prowincji Shandong. Ku jego zaskoczeniu urzędnik zaczął od wyrażenia słów poparcia dla nowego pomysłu transparentności. „Powiedział mi: »Moim obowiązkiem jest kontrolowanie poziomu zanieczyszczeń, ale nie jest to łatwe zadanie i potrzebujemy, by inni nam w tym pomogli«”, wspomina Ma.

Biuro ds. ochrony środowiska w Shandong otworzyło konto na Weibo, podobnie jak 17 leżących w regionie miast i ponad sto okręgów. Dzięki aplikacji stworzonej przez Ma oraz udostępnianym przez nią oficjalnym danym mieszkańcy mogli wkrótce wrzucać publiczne posty z informacją, gdy jakaś fabryka przekraczała limity emisji, a także oznaczać odpowiednie organy ścigania. W ten sposób dzięki smartfonom i mediom społecznościowym „lokalne władze po raz pierwszy wchodzą w prawdziwe, codzienne interakcje z lokalnymi mieszkańcami” dotyczące tego palącego tematu, mówi Ma. „To naprawdę niezwykła szansa”, dodaje. Przyznam, że nigdy nie słyszałam o tak zaawansowanym systemie zgłaszania naruszeń ani w USA, ani w Europie. Istnienie tego systemu w Chinach też jest całkowicie zdumiewające, a jednocześnie jest kolejnym przykładem złożoności i wewnętrznych sprzeczności w państwie, które zarazem jest jednym z najbardziej opresyjnych na świecie, a przy tym jest w czołówce krajów posiadających najnowsze technologie.

Nawet osoba odwiedzająca Chiny szybko się zorientuje, że media społecznościowe odgrywają w życiu Chińczyków ważną rolę. Twitter i Facebook są zablokowane, ponieważ nieskrępowany przepływ informacji jest tutaj niedopuszczalny, ale w kraju funkcjonują ich odpowiedniki, czyli Weibo i WeChat. (…) Ma Jun opowiada mi, że media społecznościowe przyniosły też głęboką zmianę w charakterze relacji pomiędzy przywódcami chińskimi a mieszkańcami tego kraju. Doszło do tego w obszarze zanieczyszczenia powietrza, bo to temat, w którym praktycznie wszyscy się zgadzają (co jest sytuacją niespotykaną). Wszyscy wiedzą, że zła jakość powietrza to coś, z czym trzeba się skonfrontować, i to zaowocowało niezwykłą otwartością urzędników. „Pojawiła się szansa na wypróbowanie innej drogi, niemal innego sposobu rządzenia”, mówi Ma. „Obserwujemy coś naprawdę wyjątkowego”.

Wu Bai jest dużo mniejszym optymistą. Nie podaję jego prawdziwego imienia, ponieważ jest dziennikarzem, który dobrze wie, co można, a czego nie można powiedzieć publicznie, i zgodził się na rozmowę ze mną pod warunkiem anonimowości. Chiński rząd nie ma obowiązku odpowiadać na żądania obywateli, mówi. Jedynym sposobem na zmuszenie przywódców politycznych, aby zwracali uwagę na opinię publiczną, są wybory, a jeśli ich nie ma, opinia publiczna „nie liczy się, więc nie ma znaczenia”. Dlatego wszystko, co chińscy przywódcy robią w kwestii zmniejszenia zanieczyszczenia, robią wyłącznie dlatego, że chcą, ze swoich nieprzeniknionych powodów – a nie dlatego, że ktoś tego zażądał. Wśród powodów może, rzecz jasna, znaleźć się też taki, że zauważyli realny problem, który, co więcej, dotyka ich samych bezpośrednio, bo Pekin jest – jakby nie patrzeć – jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast w Chinach. „Może coś na ten temat przeczytali, może naprawdę zdają sobie sprawę, że jest źle”, mówi. „Możemy tylko zgadywać, bo nikt tego naprawdę nie wie”. Poza osobami w strukturach politycznych.

W rozmowach zasłyszanych tu i tam przewija się pogląd, zazwyczaj wypowiadany w tonie półżartobliwym, że rozwiązywanie problemów może iść szybciej w kraju niezwiązanym kłopotliwymi ograniczeniami demokracji; że Chiny, jak już jakaś decyzja zostaje podjęta, mogą wdrożyć ją szybciej niż kraje, w których trzeba wsłuchiwać się w – czasem sprzeczne – życzenia wyborców. Wu zupełnie z tym się nie zgadza. „To jak gra w ruletkę”, twierdzi. „Tylko siedzisz i czekasz, że mądry autorytarny rząd podejmie dobrą decyzję”. Dodaje, że koła demokracji może i toczą się powoli, ale kiedy zmiana następuje w wolnym kraju, jest dobrze ugruntowana. A poza tym te relatywnie prędkie chińskie ruchy w kierunku ograniczenia zanieczyszczenia nadeszły po wielu latach nędznego oczekiwania. (…)

Owoce postępu nie zawsze łatwo jest dostrzec. Jednym z pól bitewnych, na których Chiny toczą swoją wojnę z zanieczyszczeniem, jest Tangshan. Miasto oddalone od Pekinu o półtorej godziny jazdy szybkim pociągiem jest ośrodkiem przemysłu ciężkiego – hut, cementowni oraz elektrowni węglowych. Krajobraz jest dystopijny: rdzewiejące, ciężkie maszyny są oplecione przez rurociągi, duże zbiorniki i kominy ciągną się jak okiem sięgnąć. Nigdy nie widziałam tylu fabryk tak blisko siebie i wyrzucających takie chmury dymu. To zupełnie inny świat niż Pekin z nowoczesnymi centrami handlowymi i lśniącym metrem. Ale to właśnie takie Chiny pozwoliły tym drugim zaistnieć i dostarczyły beton, stal i siłę gospodarczą do ich zbudowania.

Pośród fabryk w Tangshan dostrzegam rząd wysokich, jednolitych wieżowców mieszkalnych, wysokich na 15-20 pięter, ustawionych ściśle w identyczny sposób – jedno osiedle jest beżowe, drugie białe, trzecie czerwone, a czwarte żółte. To oznacza, że jest tu naprawdę sporo ludzi, którzy oddychają tym świństwem, jakim jest tutejsze powietrze. W granicach prowincji Hebei, w której leży Tangshan, znajduje się sześć najbardziej zanieczyszczonych miast w Chinach. Lokalny smog frunie również dalej – przemysł z regionu w znaczny sposób przyczynia się do poziomu zanieczyszczenia w Pekinie. (…)

Widać jasno, że przecinające się prądy polityczne i gospodarcze są częścią chińskiej wojny z zanieczyszczeniem. Tak czy inaczej, jej dotychczasowy bilans jest imponujący. W prawie 200 chińskich miastach, w tym w Pekinie, poziom zanieczyszczenia cząstkami spadł o więcej niż 16% w ciągu roku od deklaracji premiera Li. Potem ponownie wzrósł, gdy zwiększyła się produkcja stali, a konsekwencje tej zmiany były widoczne na niebie, gdy przyjechałam do Chin. Jednak pomimo tego chwilowego powrotu na złą drogę korzyści płynące ze zmiany są widoczne w błyskawicznym tempie. Do 2018 r., cztery lata po tym, jak premier Li wypowiedział wojnę zanieczyszczeniu, poziom stężenia cząstek w chińskich miastach spadł prawie o jedną trzecią. Jeśli ten stan się utrzyma, da każdemu mieszkańcowi Pekinu dodatkowe trzy lata życia. W Shijiazhuang szacuje się, że poprawa będzie jeszcze większa i zaowocuje wydłużeniem życia mieszkańców o ponad pięć lat. Te liczby dobrze pokazują, jakie korzyści przynosi decyzja przywódców państwowych o poważnym zajęciu się kwestią zanieczyszczenia. (…)

Przed Chinami jeszcze długa droga, zanim kraj ten osiągnie sukces w oczyszczaniu powietrza (…), a podróż ta będzie potencjalnie najeżona wieloma trudnościami. Ale to nie Indie, które w obliczu kryzysu pozostają nieudolne. Chińscy przywódcy, chciałoby się rzec nareszcie, robią coś z zagrożeniem, które zabija tak wielu Chińczyków – i zdecydowali się obrać w miarę stabilny kurs, pokazujący cel ich drogi pomimo wielu czekających zakrętów. Zmiana nadchodzi może w nierównym tempie, ale jest wyraźnie widoczna na horyzoncie. (…)

Fragmenty książki Beth Gardiner Uduszeni. Toksyczna prawda o powietrzu, którym oddychamy, przeł. Anna Rogozińska i in., Wydawnictwo Relacja, Warszawa 2019

Fot. ImageChina, AFP

Wydanie: 3/2022

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy