Co drugi Polak łamie prawo

W zeszłym roku policja ujawniła 17 mln 240 tys. wykroczeń

Polaka obowiązuje kilkaset tysięcy najróżniejszych przepisów. Ich największy zbiór zawiera kodeks wykroczeń, tysiące podwieszone są pod ustawy, są też ustaleniami wewnętrznymi pewnych grup, np. myśliwych. Na osiedlu, w pracy, na ulicy jesteśmy osaczeni przepisami. Łamiemy je nagminnie. Często bezkarnie. Jeszcze częściej nieświadomie. – Zabójstwo jest złem samym w sobie, nie trzeba człowiekowi tłumaczyć, dlaczego jest zakazane – mówi prof. Eleonora Zielińska z Wydziału Prawa UW. – Z wykroczeniami jest inaczej. Często dopiero z przepisu obywatel dowiaduje się, że coś jest zabronione.
I trudno mieć do niego pretensję, bo nawet studenci prawa nie orientują się zbyt dobrze w gąszczu przepisów. Kodeks wykroczeń jest dla nich lekturą nadobowiązkową. Wielu zostaje prawnikami, nigdy się z nim nie zapoznawszy.
Tymczasem, zdaniem prof. Zielińskiej, obserwujemy „inflację przepisów”. Przez władze najróżniejszych szczebli zostały one rozmnożone i uznane za lek na całe zło. – Nic bardziej mylącego – obrusza się Dagmara Woźniakowska, prawniczka z Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej. – Bez zastrzeżeń akceptujemy te normy prawne, które zazębiają się z normami moralnymi. Pozostałe, jak wykroczenia podatkowe czy przechodzenie na czerwonym świetle – podaję te często łamane – traktujemy jak przeszkody, które trzeba obejść.

Apele o uczciwość

– Nieznajomość, lekceważenie i kłopoty z egzekucją przepisów – to trzy zmory polskiego prawa – wylicza mecenas Maciej Dubois. Dr Monika Płatek, przewodnicząca Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej, twierdzi, że kodeks karny nie jest siatką do łowienia przestępcy. Podobnie jest z kodeksem wykroczeń. Jej zdaniem, przestrzeganie prawa jest niemożliwe, gdy mnoży się zakazy. A tak dzieje się w Polsce. Z kodeksu czyni się coraz szczelniejszą siatkę.
Odwoływanie się do solidaryzmu społecznego także okazuje się bezskuteczne. Taką klęską kończą się wszelkie apele, by płacić abonament radiowo-telewizyjny. Opowieści o misji nadawcy publicznego nie trafiają do świadomości Polaków.
W powodzi zakazów warto zastanowić się, jakie przepisy Polacy łamią najczęściej. Co zrobić, by uwolnić się od głupich i egzekwować te niezbędne? I dlaczego Polacy nagminnie je łamią?
Dwugodzinny rajd z policjantami kontrolującymi południowopraskie osiedle. Najbardziej przejęty jest towarzyszący nam kundel. Kontrolowani pozostają obojętni. Policjanci pouczyli pięciu meneli, można to nazwać pouczeniem zbiorowym, bo siedzieli na jednym murku przy piaskownicy i popijali z jednej butelki. Poza tym zatrzymano dwóch kierowców jadących pod prąd jednokierunkową osiedlową uliczką. Zareagowano także na alarm starszej pani, która boi się wielkiego dobermana stojącego pod spożywczym.
Policjanci pouczali i wypisywali mandaty. Po ich przejściu życie wraca do normy. To znaczy do łamania przepisów.
Pies na spacerze, picie alkoholu, przekraczanie prędkości, obowiązek jazdy z biletem – przepisy regulujące te sprawy Polacy łamią najczęściej i ostentacyjnie. Te dotyczące życia osiedlowego (cisza nocna, zakaz gry w piłkę) zwyczajnie śmieszą i kojarzone są komediami Barei. Inne, jeśli chce się uchodzić za osobę dynamiczną, też trzeba łamać. Obowiązuje brak szacunku dla prawa. – Nie potępiamy kogoś, kto nie płaci podatków, uważamy go za człowieka przedsiębiorczego – ocenia prof. Zielińska.
Dr Janusz Kochanowski, wykładowca Wydziału Prawa UW, w wielu komentarzach zaznacza, że łamanie przepisów określa nasz stosunek do norm społecznych. Nie uznajemy ich za wiążące. W dużej mierze dlatego, że nie przestrzegają ich ci, którzy je ustanawiają. Czym jest jazda na gapę w porównaniu z korupcją polityków? – pyta obywatel i nie kupuje biletu. Każde swoje działanie obok prawa uważa za usprawiedliwione. Podział na „onych”, którzy wszystko sobie załatwią, i „szarych obywateli” jest wytłumaczeniem. Najłatwiej przychodzi nam usprawiedliwienie nieuiszczania opłat telewizyjnych, jeżdżenia na gapę i parkowania w miejscach niedozwolonych.

Prawo pod psem

Szczegółowo uregulowane jest nasze życie z psem. Nie ma powszechnego obowiązku wyprowadzania psów tylko na smyczy i w kagańcu. Te sprawy w każdej gminie regulują uchwały miejscowych władz samorządowych, wydane na podstawie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach.
Są gminy, gdzie na smyczy trzeba wyprowadzać tylko psy niebezpieczne. Niestety, przeważnie nie precyzuje się jakie. Są też gminy, które uchwaliły, że wszystkie psy muszą być na uwięzi. – Jeśli pies nie atakuje, udaję, że tego nie widzę – to opinia warszawskiego strażnika. – Przecież w lesie też psa nie można puścić luzem. Zakazuje tego jakaś inna ustawa (ustawa o lasach – przyp. red.). No to co ci właściciele mają robić?
Oto typowa osiedlowa scena: pies przywiązany przed sklepem, ale bez kagańca. Rzuca się na wchodzących. Inny sklep: mały kundelek biega wokół wejścia, wczepia się w czyjeś spodnie. Jeśli poszkodowany złoży doniesienie, właściciel zostanie ukarany na podstawie art.77 kodeksu wykroczeń. – Poza tym każdego posiadacza psa obowiązuje zasada zachowania odpowiednich środków ostrożności – tłumaczy prokurator Marcin Zalewski z Prokuratury Rejonowej Warszawa Śródmieście. – To jak z kierowcą, który powinien jechać z bezpieczną prędkością. Nie zawsze jest ona określona przepisami. Na osiedlowej uliczce, po której biegają dzieci, 20 km/godz. będzie prędkością niebezpieczną.
Martwy przepis to obowiązujący gdzieniegdzie nakaz sprzątania psich odchodów. We Wrocławiu obowiązuje od czterech lat. I nic.

Nie pij na ławce

Z piciem alkoholu w miejscach publicznych jest jak z psami – o zakazach decyduje gmina. Zezwala na to ustawa o wychowaniu w trzeźwości. Renata Durda, wicedyrektorka w Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, uważa, że sama idea zakazu jest słuszna. Szkoły, tramwaje, place zabaw – to na pewno nie są miejsca na wysokoprocentowe napoje.
– Jednak gminy bywają zbyt gorliwe – tłumaczy Renata Durda. – Tworzą długą listę miejsc „zakazanych”. Wtedy człowiek, który chce usiąść gdzieś w głębi parku z puszką piwa, ma poczucie ograniczenia wolności, a zakaz i tak jest nie do wyegzekwowania. Szczególnie że często nie wiadomo, kto ma się zająć egzekucją – policja czy straż miejska.
Łatwo naocznie się przekonać (w minione upalne lato szczególnie), że zakaz jest nagminnie łamany.- A może gdyby nie przepis, byłoby jeszcze gorzej? – pyta Renata Durda. – Dostrzegamy problem, gdy w miejscu publicznym pojawi się ktoś z butelką.
Nieegzekwowanie tego przepisu jest chętnie ośmieszane. W Częstochowie dziennikarze paradowali z „supermocnym piwem” pod drzwiami posterunku policji. Nikt nie zwrócił im nawet uwagi. W Szczecinie trzech studentów urządziło balangę pod oknami policji. Nikt nie reagował. W Gnieźnie zatrzymano dwie eleganckie panie pijące alkohol. Pozwoliły się wylegitymować. Potem spokojnie dokończyły wiśniówkę.
Dość często łamiemy przepisy dotyczące, mówiąc najogólniej, przyzwoitego zachowania. W zeszłym roku w Olsztynie ukarano 500 osób za wykroczenia przeciwko obyczajności. Najwięcej dotyczyło siusiania, przekleństw, niewiele było publicznej namiętności.

Spryciarz bez biletu

Piwo, psy, prędkość – łamanie przepisów związanych z tymi hasłami jest widoczne. Niewidoczna (do czasu kontroli) jest jazda na gapę. Przyznaje się do niej co czwarty Polak. Dla jednych jest to przymus, takim przykładem jest bezrobotny szukający pracy, dla innych – hazard.
Bardzo chętnie obywatel nie dostosowuje się do przepisów obowiązujących w specyficznych placówkach, na przykład szpitalach. – Większość ludzi uważa, że szpitalne zakazy są bez sensu. I okazują nam to – wzdycha Grażyna Świtałowska, kierowniczka działu organizacji Szpitala Czerniakowskiego, która na co dzień musi wysłuchiwać komentarzy o szpitalnych zakazach. – Odwiedzający nie wiedzą, co znaczy rozmowa przez komórkę obok osoby podłączonej do respiratora. Nie rozumieją, że stanowi to zagrożenie. Ciągle przynoszą kwiaty doniczkowe i zapominają o tężcu, którego laseczki są w ziemi. Nie chcą zakładać ochraniaczy na obuwie, omijają szatnie.
W każdym szpitalu wisi regulamin – jego treści nie znają sami pracownicy. Podobnie jest z Kartą Praw Pacjenta. – Bo w Polsce prawo tworzy się „na oko” – komentują lekarze. – Zdrowy rozsądek podpowiada, że nie należy wchodzić w butach na salę operacyjną, ale już inne, bardziej skomplikowane przepisy są nam nieznane.

Wielkanocne polewanie

Są wykroczenia mniej lub bardziej popularne. Są też wykroczenia sezonowe. Problem agresywnego polewania narasta w Polsce przed Wielkanocą. A rozwiązywany jest zgodnie z jakąś przedziwną, świecką tradycją. – Jeśli podczas śmigusa-dyngusa nikt nie odniósł obrażeń, traktujemy takie zdarzenie jako związane z Wielkanocą – tłumaczy inspektor Wacław Orlicki z Komendy Miejskiej w Krakowie. – Postępowanie wszczynamy, tylko gdy zgłosi się poszkodowany.
Za wylewanie wody przez okno można zostać ukaranym grzywną nawet w wysokości 5 tys. zł, ale policjanci nie pamiętają takich przypadków. Równocześnie wielkanocni poszkodowani uważani są za najbardziej zajadłych. Pewna pani z Elbląga nie doszła na ślub córki, bo kubły wody zniszczyły fryzurę i strój. Jej mąż był tak zacięty, że chuligani zapłacili grzywnę wielokrotnie przekraczającą koszt pralni i fryzjera.
Wyroki w sprawach o wykroczenia rządzą się swoimi, czasem zaskakującymi zasadami. Są uważane za nieprzewidywalne. Niekiedy zdumiewająco niskie, innym razem absurdalnie wysokie. Oto staruszka, której wyrwano torebkę, w niej 200 zł. Czyn zakwalifikowano jako wykroczenie, nie przestępstwo. Złodziej posiedział miesiąc. Ale staruszka zmarła na zawał dwa dni po zdarzeniu. Przypadek?
Drugi biegun, czyli zaskakująca surowość. Pewien mieszkaniec Poznania został skazany na grzywnę 350 zł za zbicie plastikowej szybki w budce MPK. Jej prawdziwy koszt to kilka złotych.

Od śmiechu do śmierci

Polacy poznają przepisy na wyczucie, kierują się zdrowym rozsądkiem lub opinią: „Jeżeli inni to robią, na pewno nie ma zakazu”. O nowym przepisie wiedzą tylko wtedy, gdy sprawę rozdmuchają media. Tak było z ograniczeniem prędkości do 50 km/godz. Rozpętała się ogólnonarodowa dyskusja. Jako pierwsza ograniczenie prędkości wprowadziła Warszawa. Argumenty były poważne. Według wyliczeń, jeśli kierowca zmniejszy prędkość z 60 km/godz. do 50 km/godz., szanse pieszego w zderzeniu rosną o 50%. Najpierw oburzano się, roztaczano wizje zakorkowanej stolicy, potem zapadła cisza. Warszawiacy dostosowali się, to znaczy po kilku próbach zorientowali się, że policja nie jest w stanie egzekwować przestrzegania „pięćdziesiątki”. Nadal jeździmy, tak jak chcemy.
– Oczywiście, są przepisy mało znane, ale o większości świetnie wiemy. Na przykład kierowcy – uważam, że oni znają i rozumieją dotyczące ich przepisy. Jednak łamią je, bo sądzą, że unikną odpowiedzialności. Jeżdżą za szybko, niebezpiecznie i po pijanemu – wylicza mec. Maciej Dubois.
I w tym momencie kończy się kpina z łamania przepisów. Komiczny wydaje się zakaz zbierania szyszek w lesie, ale już przekraczanie szybkości ociera się o śmierć. – I dlatego totalną kpinę z przepisów uważam za coś niestosownego – dodaje mec. Dubois.

Prawo to puchar lodów

Prawnicy przyznają, że prawo o wykroczeniach nie jest spopularyzowane. Tymczasem kodeks wykroczeń powinniśmy znać dla swojego bezpieczeństwa. Polskie Stowarzyszenie Edukacji Prawnej uczy studentów prawa przystępnego mówienia o przepisach. Organizuje też wykłady dla nauczycieli.
Ale nie przestrzegamy przepisów nie tylko dlatego, że ich nie znamy lub lekceważymy. – Polak w sposób specyficzny rozumie pojęcie państwa prawa. Uważa, że jest to „państwo mojego prawa”. Nikt mu nie może podskoczyć. To widać na ulicach. Gdy ktoś nas wyprzedza, grozimy pięścią, trąbimy, obrzucamy epitetami. Ale sami zachowujemy się nie lepiej – komentuje prof. Marian Filar z Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika i dodaje, że „dla Polaka prawo to puchar lodów, którymi zajada się tylko wtedy, kiedy ma ochotę”.
Jest jeszcze jeden, wspomniany już, powód nieprzestrzegania przepisów – są one bez sensu i niebotycznie rozmnożone. – Ludzkość startowała z dziesięcioma przykazaniami i było dobrze – śmieje się prof. Marian Filar. – Ale dziś ci, którzy są odpowiedzialni za prawo, nie mogą zrozumieć, że tworzenie kolejnych przepisów nie ma sensu. Chorobą współczesnego prawodawstwa jest przekonanie, że ustawa bez przepisów nie ma znaczenia. Jestem profesorem prawa, ale nie znam połowy tego, czego nam nie wolno.
Nie można wszystkich dziedzin życia regulować prawem. Czasem wystarczy „dobry obyczaj”, zwany w PRL „zasadami współżycia społecznego”.
Dr Janusz Kochanowski z Instytutu Prawa Karnego UW tak określa sytuację: – Współczesny ustawodawca, podobnie jak producenci przedmiotów codziennego użytku, uważa, że powinniśmy mieć instrukcję obsługi każdej dziedziny życia. Ich rezultatem jest zanik szacunku dla prawa, bo jak pisał Winston Churchill, dziesięć tysięcy regulacji jest w stanie zniszczyć wszelki respekt dla niego.
Wielość uregulowań prawnych prowadzi także do sytuacji, gdy przepis zwalcza się przepisem. – Przepis, który nakazuje prowadzenie psów wyłącznie na smyczy, można potraktować jako niehumanitarne traktowanie zwierzęcia, a więc sprzeczne z ustawą o ochronie zwierząt – tłumaczy Jadwiga Osuchowa, sędzia i działaczka krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.
Marszałek Sejmu, Marek Borowski, przed kilkoma miesiącami przedstawił zastanawiający raport: 21% propozycji zmian prawa nie uwzględniało istniejących przepisów, 16% niczym się nie różniło od poprzednich uregulowań, 36% nie uwzględniało skutków społecznych.

Akcja „Trzeźwość”

Najłatwiej wyegzekwować kary pieniężne. Wie to każdy, kto zadarł z parkometrem. Ale tak naprawdę sami policjanci kpią z wielu przepisów. Często spotykam się z określeniem, że są „śmiechu warte”. Jednak kary wcale nie są śmieszne. Za szczucie psem można zapłacić nawet tysiąc złotych, niezgłoszenie urodzin lub zgonu kosztuje 250 zł, nieprzyzwoite rysunki – nawet 1,5 tys. zł.
Polakom nie podoba się, że teraz za wykroczenia odpowiadają przed sądem. – Kolegium to kolegium, a sąd pewnie z grubej rury przyłoży za błahostkę – tak komentował sytuację Stanisław M., który ponad rok temu jako pierwszy szczecinianin stanął przed sądem, nie przed kolegium.
Jeśli sądy miały przestraszyć obywateli, to cel osiągnięto, ale na krótko. W związku z tym próbuje się innych sposobów.
Przestrzeganiu przepisów, szczególnie tych drogowych, towarzyszą najróżniejsze akcje. – Co drugi kierowca łamie przepisy już po przejechaniu pierwszych dziesięciu kilometrów – oceniają policjanci z drogówki. – I dlatego ciągle urządzamy jakieś akcje związane z intensywnym sprawdzaniem. Wyniki bywają przerażające. W marcu 2002 r. policjanci w Elblągu skupili się na prędkości. Skontrolowali 177 kierowców. 164 przekroczyło prędkość.
Jednak ściągalność mandatów jest w Polsce dramatyczna. W woj. mazowieckim udaje się wyegzekwować co piątą karę, w prawie przodującym woj. śląskim – co trzecią.

Syndrom okupacyjny

Polak przyłapany na łamaniu przepisów zachowuje się jak prześladowany chrześcijanin. Licytujemy się dotkliwością kar niczym największym powodem do chwały.
– Samo lekceważenie przepisów ma korzenie w przeszłości. Kiedyś było buntem przeciwko PRL, w latach 80. przeciwko stanowi wojennemu – komentuje Dagmara Woźniakowska ze Stowarzyszenia Edukacji Prawnej. Z opinią tą zgadza się prof. Eleonora Zielińska: – Dzisiejsze lekceważenie prawa to spuścizna po obcej władzy, z którą Polak się nie identyfikował – ocenia. – Przez lata nie szanowaliśmy władzy ustawodawczej, trudno, żeby to się szybko zmieniło. Właściwie każde łamanie prawa uznawano za przejaw buntu. W czasach PRL nawet jazda bez biletu była uznawana za czyn antypaństwowy. I stąd bierze dzisiejsza tolerancja dla naruszeń prawa.
– Obciążenia historyczne nie mają żadnego związku z oporem Polaków w nieprzestrzeganiu prawa. Owszem, wojny i zmiany ustrojów nie sprzyjają popularyzacji prawa. A już szczególnie jego stabilizacji. Jednak nie jest to decydujący czynnik – oponuje mec. Maciej Dubois.
Prawnicy są podzieleni. Wielu nie uważa, by Polacy nieprzestrzeganie prawa mieli we krwi. Właściwie niemożliwe jest udowodnienie, że Polacy bardziej lekceważą przepisy niż inne narody. – Na przykład we Francji istnieje podział na zbrodnie, występki i wykroczenia, w Polsce na przestępstwa i wykroczenia. To powoduje, że nie można robić żadnych porównań – tłumaczy prof. Zielińska. – Jednak na podstawie zwykłych obserwacji można przypuszczać, że Niemcy są bardziej praworządni od nas. W krajach zachodnich niemożliwe jest na przykład niepłacenie podatków.

Bez kary

Policjanci wyjeżdżają codziennie do kilku tysięcy interwencji. Większość to właśnie wykroczenia. Najczęściej dotyczą zachowania na drogach, kradzieży i, o dziwo, zakłócania ciszy nocnej – dane sprawdza Paweł Chojecki z biura prasowego Komendy Głównej Policji. – Nie lekceważymy wykroczeń, choć ciągle nam się wmawia taką postawę. Po prostu uważamy, że w większości przypadków nie warto angażować machiny prawa.
Jednak prywatnie policjanci przyznają, że większość wezwań w sprawie wykroczeń doprowadza ich do furii. Ten, kto dzwonił, często się wycofuje. Nic się nie stało.
Zdarzają się przypadki, gdy policjanci sami odradzają poszkodowanemu składanie skargi. Dotyczy to szczególnie życia osiedlowego. – Do domu trzeba wrócić. Wybite szyby, przebite opony, po co ci taka zemsta chuliganów? – retorycznie pyta dzielnicowy. Świadom swej słabości.
– Z egzekwowaniem prawa jest u nas dramatycznie – komentuje Jacek Bartoszek, radca prawny. – Poza tym jestem wrogiem tak popularnych pouczeń, bo obywatel uważa wtedy, że jak zwykle się wymigał.
Ale wymigać się można nawet w majestacie prawa. Około tysiąca spraw o wykroczenia, które z kolegiów trafiło do warszawskich sądów, przedawniło się. Przyczyna? Lekceważenie sądów przez obwinionych i świadków. A odraczanych spraw nie ma kto rozpatrywać. Do zielonogórskiego sądu trafia rocznie ok. 10 tys. spraw o wykroczenia. Bez dodatkowych czterech etatów będą się piętrzyć, aż wreszcie ulegną przedawnieniu.

Słaba władza mnoży kary

Polacy chronicznie nie lubią zakazów. – Jednak polubiliby, gdyby je znali – ocenia Jacek Bartoszek. – I gdyby prawo było bardziej dostosowane do życia. Zaostrzenie nic nie da. Najlepszym przykładem są przepisy podatkowe. Nawet drobne wykroczenie obciążone jest poważną karą. Ludzie boją się i grzeszą.
Pomóc może tylko edukacja prawna. W zreformowanej szkole prawie nieistniejąca. Elementy prawa znajdują się tylko w programach klas autorskich, przygotowujących przyszłych studentów prawa. – W tej sytuacji młody człowiek jest przekonany, że znać przepisy powinien tylko specjalista – oceniają nauczyciele. – Już w szkole uczeń dochodzi do wniosku, że nie musi znać prawa.
A student prawa? Jeżeli powinien znać prawo, to tylko pod kątem, jak je obejść. Coś złego dzieje się z samym nauczaniem. Ukończenie studiów prawniczych daje rozległą wiedzę na temat nadużywania czy obchodzenia prawa, zaś żadnej o istocie i przyczynie tych zjawisk. Tak oceniają sytuację sami wykładowcy.
Dr Monika Płatek, przewodnicząca Polskiego Stowarzyszenia Edukacji Prawnej, stan polskiej polityki prawnej określa jako „pozawałowy”. To dotyczy także wykroczeń. Zdaniem dr Płatek, słaba władza mnoży kary, mówi obywatelom: „Nie umiemy rządzić, tak byście czuli się bezpieczni. Możemy tylko, gdy przestępca pozwoli się złapać, nastraszyć go surową karą”.
W rezultacie kodeks wykroczeń pełen jest martwych artykułów. Oto niektóre:
Art. 58:”Kto, mając środki egzystencji lub będąc zdolnym do pracy, żebrze w miejscu publicznym, podlega grzywnie do 1500 zł”. Komentarz: nikt z żebrzących nie ma „środków egzystencji”.
Art. 104: „Kto skłania małoletniego do żebrania, podlega karze grzywny”. Komentarz: skłaniający jest nie do odnalezienia.
Art.145: „Kto zanieczyszcza miejsca publiczne, podlega karze grzywny do 500 zł”. Komentarz: prawie niemożliwe jest złapanie na gorącym uczynku.
Policzyłam. W dniu, w którym kończyłam ten tekst, złamałam trzy przepisy. Jeden związany był z chęcią jak najszybszego dostarczenia tekstu do redakcji. – Typowa postawa – komentuje prof. Marian Filar. – Polak zawsze znajdzie usprawiedliwienie.

Współpraca Paulina Nowosielska


Abecadło wykroczeń
* Wykroczenie to drobne naruszenie prawa ujęte w kodeksie wykroczeń i ponad stu innych ustawach. Katalog tych przestępstw mniejszego kalibru zawiera ustawa „Kodeks wykroczeń” z 20 maja 1971 r. W ciągu minionych 30 lat ustawa była kilkadziesiąt razy nowelizowana.
* Wykroczenie to m.in. zakłócanie ciszy nocnej, natarczywe żebranie, nielegalna wycinka lasu, handel bez zezwolenia, niszczenie napisów ulicznych, obrzucanie kamieniami samochodów w ruchu, złośliwe dokuczanie sąsiadowi czy lekceważenie symboli narodowych.
* Wykroczeniem jest kradzież cudzej własności, jeżeli jej wartość nie przekracza 250 zł.
* Kary za wykroczenia:
– areszt od pięciu dni do 30.
– ograniczenie wolności na miesiąc, możliwa jest zamiana na naprawienie szkody i przeproszenie poszkodowanego.
– grzywna od 20 zł do 5 tys. zł. Można zamienić na prace społecznie użyteczne lub zastępczą karę aresztu – jeden dzień równoważny jest grzywnie od 20 zł do 150 zł.
* Wniosek o ukaranie wnosi policja, inne organy administracji, np. straż miejska, lub pokrzywdzony. Sprawy rozpatrują sądy grodzkie.
* Przedawnienie następuje po dwóch latach.

Za co mandat i jaki?
* przebieganie przez jezdnię – 20 zł
* nieuzasadnione zatrzymywanie się na przejściu – 50 zł
* palenie papierosów lub jedzenie, gdy się jest kierowcą – 30 zł
* zaśmiecanie drogi – 100 zł
* wyprzedzanie na pasach – 400 zł
* niezapięte pasy bezpieczeństwa – 70 zł
* rozmowa przez telefon komórkowy – 100 zł
* przekraczanie dopuszczalnej prędkości poza terenem zabudowanym – od 30 zł do 500 zł
* jazda rowerem po deptaku – 500 zł
Tylko 30% ukaranych płaci w terminie.
Co roku policjanci wręczają 2 mln mandatów. W 200 tys. wypadków skierowano wnioski do kolegiów, 2,5 mln kierowców pouczono. By ocenić skalę zjawiska, trzeba wiedzieć, że zarejestrowano 15 mln kierowców, w tym aktywnych jest około 10 mln.

Miliony wykroczeń, czyli jako pierwsi publikujemy zeszłoroczne dane zebrane przez policję
17 mln 240 tys. wykroczeń – tyle ujawniła policja w ubiegłym roku. W 14 mln 247 tys. przypadków skończyło się na pouczeniu. Kary wymierzono w 2 mln 484 tys. spraw, do sądów grodzkich wpłynęło 509 tys. oskarżeń.
Dane policyjne to tylko część statystyki. W Polsce jest 20 instytucji uprawnionych do wymierzania „mniejszych kar”. M.in. straż miejska, straż graniczna i służby leśne.
Nikt nie prowadzi całościowej statystyki. W Komendzie Głównej Policji udało się tylko ustalić, że w ciągu minionych dwóch lat liczba wykrytych wykroczeń nieznacznie rośnie.

Dyrekcja Lasów Państwowych zanotowała w 2001 r. 978.396 wykroczeń. Wszystkie określane są jako szkodnictwo leśne, a najczęstsze to:
* wjazd do lasu w miejscu niedozwolonym,
* nieostrożne obchodzenie się z ogniem,
* puszczanie psów,
* drobne kradzieże ze szkółek leśnych.
Strażnik leśny może ukarać mandatem, ale najczęściej tylko poucza.

Straż miejska ujawniła w zeszłym roku 484.700 wykroczeń. Najczęstsze to:
* nieprawidłowe parkowanie,
* zakłócanie porządku publicznego,
* handel bez zezwolenia,
* niszczenie zieleni.
Kary to mandaty, kolegia, założenie blokady. Poważniejsze sprawy przekazano policji.
W 2002 r. straż wydaje się bardziej surowa niż w zeszłym. Tylko w pierwszym półroczu przekazano policji tyle samo spraw, ile w ciągu całego ubiegłego roku – 3,5 tys. Równie gwałtownie rośnie liczba osób odesłanych do izby wytrzeźwień: 2001 r. – 16.200 osób, pierwsza połowa 2002 r.- już 9170.

77% Polaków (Demoskop, 2000 r.) akceptuje ograniczenie prędkości do 50 km/godz., ale przestrzeganie tego przepisu nie jest już tak powszechne.

 

Wydanie: 39/2002

Kategorie: Społeczeństwo