Co z tym Lisem?

Co z tym Lisem?

Od dziennikarza do polityka: jak popularny prezenter wykreował swoją osobę

Bomba wybuchła, Tomasz Lis coraz bliżej polityki. Jak wynika z sondażu „Newsweeka” i PBS, popularny prezenter i wydawca „Faktów” TVN mógłby w wyborach prezydenckich zagrozić Jolancie Kwaśniewskiej. Wszyscy wyglądali na zaskoczonych. Wyglądali, bo polityczne ambicje Lisa były od kilku miesięcy tajemnicą poliszynela.
Wystarczy uważnie prześledzić jego wywiady z ostatnich lat, by przekonać się, jak krok po kroku

skrupulatnie budował swój wizerunek,

kierując się w stronę polityki.
„Pamiętam październik 1991 r. i pierwsze posiedzenie Sejmu po raz pierwszy od 50 lat wybranego w wolnych wyborach. Jak wszyscy wstali i zaśpiewali „Jeszcze Polska…”, miałem poczucie, że to jest coś nadzwyczajnego. I że ja, chłopak z Zielonej Góry, patrzę na kawałek historii dziejącej się przed moimi oczami”, wspominał po latach w wywiadzie udzielonym „Gali”. Przyznawał też, że dobrze czuje się w towarzystwie przedstawicieli klasy politycznej. „Dzielę z nimi tę samą pasję”, mówił.
Gdy dziennikarze pytali go wprost, czy nie chciałby spróbować sił w polityce, wykręcał się od szczerej odpowiedzi, ale jednocześnie zostawiał sobie otwartą furtkę: „Mam pasję i energię, obciążeń nie widzę. Lubię walczyć i chętnie wezmę udział w każdym wyścigu, w którym o wyniku ma decydować profesjonalizm. Całe życie powtarzałem sobie, że telewizja to przygoda, która kiedyś się skończy, że to nie jest sposób na życie. Jestem psychicznie przygotowany na to, że może trzeba będzie przeskoczyć na inny rower i robić coś innego, może zupełnie innego”.
Niejednokrotnie dawał wyraz rozczarowaniu, iż jako czołowy przedstawiciel czwartej władzy nie ma wpływu na bieg wydarzeń. Takiego wpływu, o jakim by marzył. „Jako czwarta władza jesteśmy bezradni. Mamy wpływ głównie na drobiazgi, a nie na istotę funkcjonowania systemu”, ubolewał.
Negocjując nowy kontrakt z TVN, utracił co prawda stanowisko szefa „Faktów”, ale w zamian za to wywalczył sobie niebotyczną gażę i prawo do własnego programu publicystycznego. Ten jednak nigdy nie pojawił się na antenie. Nieoficjalnie mówi się, że to właśnie wokół koncepcji programu toczył się cichy konflikt Lisa z władzami stacji: „Jeśli już publicystyka, to chętnie taka, w której bym nie tylko pytał, ale i odpowiadał. Tylko że w Polsce media nie są jeszcze w tym punkcie”.
A w wywiadzie dla „Przekroju” wyjaśnił: „Nigdy nie byłem i nie jestem gwiazdą, więc nie ma mowy o fanaberiach. Idzie o prawo do samodzielności, skoro się coś osiągnęło”.
Jednak

decydującym krokiem

było wydanie książki „Co z tą Polską?”. Krążyły o niej legendy, zanim jeszcze powstała. Miał nie zostawić suchej nitki na żadnym polityku. Tymczasem czytelnicy dostali w zasadzie polityczny program Lisa i recepty wskazujące, co robić, żeby obywatelom żyło się lepiej. Tym bardziej że już wcześniej dawał do zrozumienia, co sądzi o kondycji ojczyzny: „Jako obywatel widzę, że jest coraz gorzej, że kraj toczy ciężka choroba. Nasze państwo gnije, a przynajmniej jego struktury polityczne”.
W książce powtórzył, że chciałby zrobić dla Polski coś więcej niż dotychczas. Z publikacji wynika również, że Lis jest zwolennikiem konserwatyzmu w sferze społecznej i liberalizmu na niwie gospodarki.
Musiał wszystko dokładnie przemyśleć, bo jako dziennikarz wiedział, że książka sprowokuje. I rzeczywiście, wywołała liczne pytania, także od czytelników podczas spotkań promocyjnych: czy zdecyduje się na wejście do polityki?
Szybko też pojawiły się spekulacje, że Lis wystartuje w wyborach do Parlamentu Europejskiego z list PO. Liderzy tego ugrupowania nie ukrywali, że chętnie widzieliby go u siebie. „W PO jest miejsce dla Tomasza Lisa”, powiedział miesiąc temu „Newsweekowi” Jan Rokita.
Sondaż przeprowadzony na zlecenie tego tytułu był zresztą swoistym

uwieńczeniem zapędów Lisa.

Nie tylko o nim wiedział, ale także wyraził zgodę na udział. Władze TVN zareagowały natychmiast. „Nie mamy już do czynienia ze spekulacjami prasowymi, tylko z poważną publikacją sondażu przeprowadzonego przez poważną firmę. Przecież gdyby Tomasz Lis pojawił się w „Faktach”, byłby już innym Lisem niż dzień czy dwa wcześniej. Pojawiłyby się od razu oceny polityczne programu, który prowadzi. A to nie jest program kulinarny, tylko poważny program traktujący o polityce. Ktoś, kto sam jest zanurzony w politykę, nie może pojawiać się jako osoba bezstronna”, tłumaczy rzecznik TVN, Andrzej Sołtysik.
Lis wie o tym dobrze, tym bardziej że niejednokrotnie zapewniał o swojej bezstronności: „Jestem dziennikarzem niezależnym. Może jestem naiwny, ale wierzę, że codziennie o 19.00 dajemy dowód na istnienie niezależnego dziennikarstwa”.
Nie wszystkich przekonywały słowa prezentera. Fakty zdawały się mówić co innego. „To stronnicze, złośliwe agitacje. Czasami nie ukrywają nawet swych intencji”, denerwuje się prof. Mirosław Karwat.
Niezależność to także obiektywizm w przedstawianiu wiadomości. O ile publicysta ma prawo oddziaływać na opinię publiczną, o tyle dziennikarzowi informacyjnemu to nie uchodzi. Wystarczy wyobrazić sobie sytuację, kiedy włączamy telewizor i słyszymy: „Tomasz Lis, kandydat na prezydenta, witam państwa w dzisiejszym wydaniu „Faktów””. Ironia?
„Cała sytuacja mnie rozśmieszyła. Nie chcę mówić brzydko o Tomaszu Lisie, bo jest na pewno człowiekiem utalentowanym, ale nie mogę pozostać bezkrytyczny wobec tego, co robi. Najpierw mieszał fakty z komentarzem i mówił narodowi, co ma myśleć. To nie jest zdrowe. Jestem człowiekiem wychowanym w przekonaniu, że oddzielenie faktu od komentarza jest sprawą świętą. To zostało pogrzebane”, ubolewa Bolesław Sulik, b. przewodniczący KRRiTV. „Przez sposób prezentowania informacji Lis tworzył swój autorytet. Z człowieka, który czyta informacje, stawał się prorokiem. Przez to małymi krokami doprowadził do sytuacji, która ma teraz miejsce”.
Sprawy potoczyły się błyskawicznie. Może nawet z punktu widzenia Lisa zbyt szybko? „Nie będę niczego wykluczać, bo dlaczego miałbym to robić? Wszystko jest możliwe, ale nie mam jakiś takich bezpośrednich planów: teraz, już, dzisiaj, za pół roku”, mówił w grudniowym wywiadzie dla „Gazety Współczesnej”. W „ELLE” zwrócił uwagę na swoich promotorów: „Nie wiem, czy kiedykolwiek wejdę do tej wody. Są ludzie, którzy uważają, że powinienem”.
Prasa szybko podchwyciła ten ton: „Polacy są zmęczeni, oczekują nowych twarzy. Stąd tak dobry wynik Jolanty Kwaśniewskiej. Prawica również powinna rozważyć poparcie w wyborach niepolityka”.
Prof. Karwat uważa jednak, że Tomasz Lis powinien być sceptyczny wobec swoich wysokich notowań: „Może to jest taki

chwyt marketingowy.

Wytworzyła się wokół Lisa aura prześladowania, a to może być taki balon próbny, prowokacja rozpoznawcza. Fakt, że Lis ma pewne ambicje polityczne, był znany już przedtem. Opublikowanie takiej książki jest typowe dla pretendenta. Jeżeli jest książka, są pewne chęci. Jednak rozumując regułami normalnego systemu politycznego, może być jak w przypadku Jacka Kuronia. Po pierwsze, głosy na człowieka niekoniecznie przekładają się na formację polityczną. Po drugie, jeżeli ktoś jest znany, nie oznacza to, że ludzie na niego zagłosują”.

 

 

Wydanie: 6/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy