Co zrobić z invocatio Dei

Co zrobić z invocatio Dei

W konstytucji Watykanu odwołania do Boga nie ma. Dlaczego ma być  Europie?

„Jakość Europejczyka jest główną wartością, która ma wpływ na rozwój Europy” – tak organizatorzy panelu „Wartości judeochrześcijańskie w preambule Traktatu Konstytucyjnego Unii Europejskiej”, który odbył się na Uniwersytecie Jagielloński, uzasadniali potrzebę refleksji nad UE wykraczającej poza sferę gospodarki. Nie była to jeszcze jedna zaciekła polska debata o Bogu w przyszłej konstytucji unijnej. Chociaż i tym razem dochodziły do głosu emocje. W odpowiedzi na uwagę uczestnika panelu, że być może Valéry Giscard d’Estaign ma słuszność, twierdząc, iż słowo „chrześcijaństwo” wcale nie musi figurować w preambule, ks. Marek Pieńkowski zareplikował bez pardonu: „Usuwając z konstytucji Boga, otwiera się drogę do Europy i byłemu esesmanowi, i enkawudziście, i wreszcie satanistom , którzy odrzucają chrześcijańskie wartości”.
W swych obawach był dość osamotniony. „Na miłość Boską, nie ideologizujmy!”, apelował prowincjał zakonu dominikanów, o. Maciej Zięba.
Redaktor naczelny kwartalnika „Krytyka Polityczna”, Sławomir Sierakowski, zaskoczył zebranych sprytnym argumentem przeciwko powoływaniu się na spuściznę chrześcijańską w konstytucji europejskiej: „Przecież konstytucja państwa miasta Watykan nie zawiera invocatio Dei”.
Warto przypomnieć, że gdy przed rokiem główny autor projektu konstytucji UE, b. prezydent Francji, Giscard d’Estaing, kwestionując potrzebę odwołania się w tej lub jakiejkolwiek innej formie do Boga w konstytucji unijnej, wyjaśnił, że Europejczycy żyją w świeckim systemie politycznym, z ust niektórych przedstawicieli polskiego Episkopatu padł zarzut „nieposzanowania praw ludzi wierzących”. Oczywiście, oskarżenie padło pod wpływem emocji i niewiele w nim było sensu. Do Unii można mieć najrozmaitsze zastrzeżenia, ale nie to, że mimo najnowszej kontrowersyjnej ustawy wskazującej na francuską fobię wobec muzułmańskich chust i – dla równowagi – wobec zbyt ostentacyjnie noszonych krzyżyków panuje tam dyskryminacja wyznawców jakiegoś Kościoła. Albo że np. muzułmanin lub żyd mają w UE zamknięty dostęp do stanowisk.
Uczestnicy debaty dystansowali się wyraźnie od tych już nieco przebrzmiałych polemik. Prawie wszyscy zgadzali się co do jednego – gdy tylko zaczyna się spór o symbole religijne, natychmiast jest konflikt.

Ideologiczne okulary!

– Widzieliśmy już, jak milion osób w jednej dzielnicy Paryża demonstruje w obronie francuskiej tradycji świeckości szkoły, a w drugiej milion osób robi to samo na rzecz szkoły katolickiej – mówił Seweryn Blumsztajn. – W latach 30. ub. stulecia podczas wojny domowej w Hiszpanii najpierw republikanie wyżynali księży, a potem księża wspierali dyktaturę Franco. To europejskie doświadczenia pokazujące, jak bardzo religia może podzielić. Może więc odwoływać się tylko do tego, co łączy, bez religijnej symboliki? – zastanawiał się publicysta.
Na krakowski panel przyszli działacze i duchowni katoliccy, przedstawiciele gminy żydowskiej, niewierzący, ale nie pojawili się reprezentanci polskich muzułmanów i prawosławny kapłan, którzy mieli współprzewodniczyć spotkaniu. Niełatwo zebrać wszystkich przy wspólnym stole, a co dopiero znaleźć formułę dotyczącą „europejskich korzeni”, która by wszystkim odpowiadała.
Np. do dziś niektórzy hierarchowie Kościoła w Polsce obciążają spuściznę „bezbożnej rewolucji francuskiej” winą za wszystkie nieszczęścia Europy. Również za odrzucenie przez Francuzów propozycji odwołania się bezpośrednio do Boga w preambule konstytucji europejskiej. O. Zięba ostrzegał w toku debaty przed ahistorycznym, uproszczonym patrzeniem na rewolucję francuską „przez ideologiczne okulary”.
– Koncepcje mające podstawowe znaczenie dla naszej europejskiej tożsamości, takie jak braterstwo i sprawiedliwość, wolność sumienia, równość wobec prawa, rozdział Kościoła i państwa – przypominał duchowny – powstawały w polemice z chrześcijanami, w polemice z Kościołem. Z tej prostej przyczyny są nadal niezrozumiałe, tam gdzie chrześcijaństwo nie odgrywało większej roli: w Chinach, na Bliskim Wschodzie.

Bez hipokryzji

O chrześcijańskich korzeniach Europy „trzeba koniecznie mówić tak, aby nikt nie czuł się zagrożony lub pominięty”, podsumowywał dotychczasowe doświadczenia sporu o invocatio Dei publicysta i wydawca katolicki, Stefan Wilkanowicz, autor przedstawionego na krakowskim panelu projektu „Deklaracji Europejskiej”.
Moja propozycja deklaracji – mówi Wilkanowicz – zrodziła się z poczucia impasu w sprawie preambuły. Powstały po tylu debatach projekt tylko jednym słowem nawiązuje do religijnych korzeni Europy. Ten fragment brzmi: „Inspirując się spuścizną kulturalną, religijną i humanistyczną Europy…”.
Drogę wyjścia z impasu, według Wilkanowicza, najlepiej wskazuje inicjatywa Jana Pawła II, który dokonał „zasadniczej rewolucji”, organizując w Asyżu spotkania przedstawicieli wszystkich religii świata. Zamiast konfliktów, dyskryminacji, konkurencji i wojen między wyznawcami różnych religii zaproponował dialog i współpracę dla ratowania człowieka.
W pierwszym zdaniu deklaracji jej autor daje wyraz ekumenicznemu pluralizmowi, jak go nazywa: „My, Europejczycy, świadomi bogactwa naszego dziedzictwa, czerpiąc z dorobku judaizmu, chrześcijaństwa, islamu, greckiej filozofii, rzymskiego prawa oraz humanizmu mającego religijne i niereligijne źródła…”. W następnym paragrafie mowa jest o „wartościach cywilizacji chrześcijańskiej, podstawowym źródle naszej tożsamości”. Deklaracja, którą jako pierwsi podpisali Tadeusz Mazowiecki, Władysław Bartoszewski i Jan Kułakowski, mogłaby być po prostu dołączona do konstytucji unijnej – mówi Wilkanowicz.
To katolicka propozycja wysunięta z pozycji większej pokory – zgadzali się uczestnicy krakowskiego panelu.
Judeochrześcijańska Europa, która czerpała ze spuścizny kultury greckiej poprzez Arabów, Europa, która kolonizowała inne narody i zapoczątkowała w jednym stuleciu dwie wojny światowe, starzejąca się Europa, której rynek pracy ratuje masowy napływ wyznawców islamu, nie jest wyłącznie chrześcijańska, ani aż taka piękna i niewinna. Nie powinna mówić jedynie o swych chrześcijańskich przewagach. Dlatego warto zgodzić się z Wilkanowiczem, że „inaczej wszystko będzie oparte na hipokryzji”.

 

Wydanie: 10/2004

Kategorie: Kościół

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy