Coraz dalej od bliźniego

Coraz dalej od bliźniego

Miłość bliźniego, jakiej doświadcza Alicja Tysiąc od hierarchów Kościoła i prawicowych mediów, zdaje się nie mieć końca. Kościół i ludzie wypowiadający się na jej temat pokazują, jak daleko mogą się posunąć, by ochronić człowieka przed nim samym. Przed jego grzechami, poglądami i decyzjami. Alicja Tysiąc bardzo sobie zapracowała na tę specjalną troskę. Bo jak można traktować bliźniego, który po sprawiedliwość idzie do Strasburga, a nie do konfesjonału? I wygrywa w sporze z obowiązującą i narzucaną, nie tylko katolikom, doktryną. Decydując się na proces z „Gościem Niedzielnym”, po raz kolejny stanęła naprzeciw przepotężnej struktury. Na takie starcie, mimo oczywistych powodów, nigdy nie zdecydowało się wielu polityków i wybitnych uczonych, wiele autorytetów, a nawet partii i ruchów społecznych. Mieli rację, ale nie mieli odwagi, by o nią z takim przeciwnikiem walczyć. Mało tego. Zawierali z Kościołem porozumienia, które jak ustawa antyaborcyjna, choć nazywane były historycznymi kompromisami, to w istocie były dyktatem jednej strony. To właśnie ten fałszywy kompromis doprowadził Alicję Tysiąc do Strasburga, bo tam było najbliższe miejsce, gdzie można było serio mówić o jej problemach i prawach człowieka. Ten ówczesny niby-kompromis wpędził całe społeczeństwo w totalną hipokryzję aborcyjną. Od tego czasu co roku ogłaszane są oficjalne statystyki legalnych, czyli zgodnych z obecnym, niezwykle restrykcyjnym prawem aborcji. Liczby, które są totalnie załgane i niewiarygodne. Różniące się od realiów o trzy zera. Wiedzą o tym lekarze, policjanci i sami księża. I co? Nic. Prawie wszyscy spuścili na tę fikcję zasłonę milczenia. Ze strachu. Z wyrachowania. Z poczucia bezsilności. Prawicy udało się spacyfikować oponentów, a nielicznych przeciwników wpędzić w getto lewackich oszołomów.
Na fali tego sukcesu rozpoczęto na wielką skalę nową kampanię. Tym razem przeciwko cywilizacji śmierci i mordercom zarodków. Przeciwko metodzie in vitro. I do tej wojny wprost modelowo pasowała pani Tysiąc. Jako żywy przykład kogoś, kto w przekazach religijnych występuje pod postacią diabła. Alicja Tysiąc dla Kościoła i prawicy jest bowiem bardzo niebezpiecznym precedensem. Kimś, kto poprzez brak oczekiwanej od niej pokory ośmiela ludzi do wyrażania własnych poglądów. Stąd tak zaciekła i bezwzględna walka z nią i każdym, kto staje po jej stronie. Częścią tego wymuszania posłuchu jest lżenie sędzi Soleckiej z Katowic, która wydała sensowny wyrok w sprawie „Gościa Niedzielnego”.
Po tym, co środowiska kościelne powiedziały o pani Tysiąc, po tych wszystkich inwektywach i obelgach, jakimi jest ciągle obrzucana, każdy, kto uważa, że nic się nie stało, nie powinien mieć w domu lustra. Bo i po co ma się w nim przeglądać?
Czy wolność prasy po wyroku sądowym w sprawie „Gościa Niedzielnego” jest zagrożona? Nie, bo nie jest ona wartością samoistną. Niczym nieograniczoną. Granicą, której szanujący się dziennikarz nie może przekroczyć, są normy prawne i moralne. A przede wszystkim dobro jednostki. I gdyby głosiciele, słusznych przecież, haseł o miłości bliźniego chcieli je praktykować, pani Alicja Tysiąc wiodłaby spokojne życie, bez sądów i procesów.

Wydanie: 40/2009

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy