Czas próby Trumpa

Czas próby Trumpa

Po dwóch latach sprawowania urzędu prezydent USA stracił przychylność Kongresu

Niebieska fala uderzyła w ubiegły wtorek w Waszyngton, choć z siłą mniejszą, niż się spodziewano. Demokraci, tradycyjnie utożsamiający się z tym kolorem, odbili wprawdzie Izbę Reprezentantów z rąk Partii Republikańskiej i odnieśli kilka spektakularnych, ważnych głównie z symbolicznego punktu widzenia zwycięstw. Mimo to ubiegłotygodniowych wyborów śródkadencyjnych nie mogą zaliczyć do w pełni udanych. Powiększenie stanu posiadania w niższej izbie Kongresu do 222 deputowanych (o 27 więcej niż w poprzedniej kadencji) nie rekompensuje straty w Senacie. W nowym rozdaniu demokratów będzie w nim 47, o dwóch mniej niż dotychczas.

Niemal identycznie ułożyła się sytuacja na poziomie wyborów stanowych. Demokratycznych gubernatorów będzie o siedmioro więcej, ale niewiele z tych wygranych przełoży się bezpośrednio na ogólnokrajową politykę. Nie udały się bowiem przede wszystkim ambitne ofensywy wyborcze w kilku tradycyjnie republikańskich stanach, w tym na Florydzie, bodaj najważniejszym regionie w perspektywie wyborów prezydenckich. Oczywiście bardzo duże znaczenie ma wprowadzenie do Kongresu pierwszych muzułmanek i pierwszych przedstawicielek rdzennych plemion Ameryki Północnej czy pierwszy otwarcie identyfikujący się jako homoseksualista gubernator. O tych zwycięstwach warto mówić, choć, niestety, układu sił w Waszyngtonie one nie naruszają.

Nie znaczy to jednak, że powyborcze zmiany na Kapitolu będą kosmetyczne. Wręcz przeciwnie – z powodu utraty kontroli nad Izbą Reprezentantów Donald Trump zapewne wielokrotnie obleje się zimnym potem. Mający większość demokraci będą mogli teraz nie tylko skutecznie blokować lub opóźniać inicjatywy legislacyjne prezydenta. Przede wszystkim zyskali całkiem poważne narzędzia do prześwietlenia jego osobistych finansów i niezbadanych dotychczas działań z kampanii prezydenckiej.

Pierwsze nowe nazwisko na liście wrogów urzędującego prezydenta to Jerrold Nadler. 71-letni demokrata z Nowego Jorku po wyborach przejmie rolę szefa komisji sprawiedliwości w Izbie Reprezentantów i można się spodziewać, że niemal od razu przystąpi do ofensywy przeciwko Trumpowi. Jest jednym z najbardziej doświadczonych kongresmenów w obecnej kadencji, zwłaszcza jeśli chodzi o podejrzenia złamania prawa przez głowę państwa. Nadlera uznaje się za wybitnego konstytucjonalistę i eksperta od procedury impeachmentu. W tej dziedzinie ma doświadczenie nie tylko teoretyczne – w 1998 r. zajmował się wnioskiem o odwołanie z urzędu Billa Clintona po słynnym skandalu seksualnym z Monicą Lewinsky. Sam opis kariery zamienia więc Nadlera w najgorszy koszmar Donalda Trumpa. Jak pisze Byron Tau z „New York Timesa”, pod przewodnictwem nowego szefa komisja sprawiedliwości będzie dużo dokładniej przyglądać się relacjom prezydenta z innymi ciałami administracyjnymi, w tym z FBI i CIA. Nad Trumpem od ponad roku wisi bowiem niewypowiedziany zarzut obstrukcji w śledztwie prowadzonym przez tę pierwszą agencję. Ówczesny szef FBI James Comey poinformował reporterów „New York Timesa”, że prezydent namawiał go do porzucenia dochodzenia w sprawie kontaktów między rosyjskimi biznesmenami a Michaelem Flynnem, pierwszym doradcą Trumpa do spraw bezpieczeństwa. Bob Woodward, legenda amerykańskiego dziennikarstwa śledczego, jest z kolei zdania, że pod wodzą demokratów komisja może wziąć pod lupę nie tylko prezydenta, ale i jego zięcia Jareda Kushnera.

Jako szara eminencja Białego Domu, człowiek bez oficjalnej nominacji i stanowiska, a więc bez realnej odpowiedzialności, jednocześnie ekspert od wszystkiego i klucz do kalendarza i umysłu Trumpa, Kushner wzbudza ciekawość mediów i komentatorów politycznych w USA od początku kadencji prezydenta. Jak się jednak okazało, lepiej poznać go chcą również federalne organy ścigania, które podejrzewają męża Ivanki o malwersacje związane z inwestycjami imperium Trumpa w krajach o wątpliwej reputacji, takich jak Azerbejdżan. FBI pukało do drzwi Kushnera jeszcze za rządów Comeya. Bob Woodward pisze nawet w głośnej książce „Strach. Trump w Białym Domu”, że właśnie z powodu natarczywości federalnych agentów Ivanka Trump miała się poskarżyć ojcu, co bezpośrednio doprowadziło do usunięcia Comeya ze stanowiska. Jerrolda Nadlera nie będą jednak w stanie pozbawić mandatu i chociażby z tego powodu szykuje się gorący okres dla całej prezydenckiej rodziny.

Innym wrogiem rządzącej administracji zostanie z pewnością Maxine Waters, nowa szefowa komisji usług finansowych. Podlegać jej będzie m.in. kontrola wydatków publicznych oraz parlamentarny nadzór nad sektorem bankowym. Waters, demokratka z Kalifornii i pierwsza Afroamerykanka na tym stanowisku, już zapowiedziała, że jej priorytetem będzie znalezienie w federalnym budżecie pieniędzy na szeroko zakrojony plan budowy mieszkań komunalnych. Nie zamierza też odpuszczać bankom i wielkim korporacjom, co znów nie spodoba się Trumpowi. Otoczony bankierami inwestycyjnymi, wśród których są związani dawniej z Goldman Sachs Gary Cohn i Steven Mnuchin, urzędujący prezydent pobłażliwie patrzył na działania gigantów z Wall Street. Waters nie będzie w stanie zmienić całego obrazu sytuacji, ale może pogrozić palcem chociażby przy kolejnej próbie obniżenia podatków dla sektora finansowego.
Wreszcie twardym przeciwnikiem może się okazać dla Trumpa i jego ministrów John Yarmuth, demokrata z Kentucky i faworyt do objęcia stanowiska szefa komisji budżetowej. Wprawdzie w dotychczasowej karierze kongresmena znany był z ugodowej natury i zdolności współpracy z przedstawicielami obu partii, ale tym razem może stanąć w opozycji do republikanów. Kością niezgody będzie w tym przypadku publiczna opieka zdrowotna – punkt honoru Yarmutha i temat, na który Trump ma alergię. Cofnięcie Obamacare kosztowało republikanów ogromnie dużo wysiłku w poprzedniej kadencji i teraz za wszelką cenę będą dążyć do zablokowania wszelkich pomysłów demokratów. Ci z kolei zapewne nie stworzą planu tak ambitnego jak ustawa poprzedniego prezydenta, ale będą chcieli stopniowo poszerzać zasięg darmowych programów medycznych. Łatwo przewidzieć, że spory dotyczące opieki zdrowotnej – najpierw w komisji, a potem w całej Izbie Reprezentantów – będą należały do najgorętszych w najbliższych miesiącach.

Co na to wszystko Donald Trump? Jak zwykle jego odpowiedź na wyniki wyborów była pełna sprzeczności. Najpierw ogłosił zwycięstwo republikanów, gratulując bardziej znanym kongresmenom (w tym reelekcji do Senatu Tedowi Cruzowi w Teksasie) i dziękując Amerykanom za tłumne przybycie do lokali wyborczych (głos oddało aż 31 mln obywateli więcej niż w poprzednich wyborach). W wypowiedzi dla telewizji CNN stwierdził też, że jest gotów do współpracy z demokratami w obu izbach Kongresu, mówiąc przychylnie o dotychczasowych liderach opozycji, Chucku Schumerze i Nancy Pelosi. Szybko jednak pochwały przeszły w groźby. Trump niemal natychmiast poinformował, że każda próba grzebania w jego politycznej i finansowej przeszłości będzie skutkować przyjęciem przez niego „postawy wojennej”. Prezydent nie życzy sobie żadnych śledztw dotyczących jego i jego rodziny, a ktokolwiek złamie tę zasadę, może się spodziewać zemsty.

Potwierdzeniem tych słów niech będzie pierwsza decyzja Trumpa po ubiegłotygodniowych wyborach. Gdy tylko emocje opadły, prezydent de facto zmusił do odejścia ze stanowiska Jeffa Sessionsa, urzędującego prokuratora generalnego. Sessions nadepnął prezydentowi na odcisk, gdy publicznie zadeklarował, że dystansuje się od wszelkich śledztw w sprawie rosyjskiego zaangażowania w kampanię z 2016 r. Nie zapobiegł też powołaniu specjalnego prokuratora Roberta Muellera, co Trump uznał za zdradę. Los Sessionsa był przesądzony od dawna, jednak dymisja przed wyborami mogłaby poważnie zaszkodzić republikanom. Tymczasowo jego obowiązki przejął Matthew Whitaker, lojalny wobec prezydenta i krytyk Muellera. W prawicowych mediach wielokrotnie podważał zasadność śledztwa prokuratorskiego i ganił niemal nieograniczoną jurysdykcję, jaką miał Robert Mueller. Zdaniem wielu liberalnych komentatorów zmiana na tym stanowisku może zahamować, jeśli nie wstrzymać, proces odkrywania sekretów kampanii z 2016 r.

Demokraci wyszli z tegorocznych wyborów silniejsi, choć wciąż niespełnieni. Ich paliwem przed wypadającym za dwa lata starciem o Biały Dom mogą być jednak mniej nagłośnione sukcesy z ubiegłego tygodnia. Zdecydowane zwycięstwo wśród młodych wyborców, rekordowa frekwencja w tej samej grupie wiekowej, mobilizacja niezdecydowanych i przejęcie stanowisk gubernatorskich w pro-Trumpowskich ostatnio Kansas, Illinois i Michigan – to wszystko daje nadzieję na otwartą walkę o prezydenturę. Ta kampania właśnie się zaczęła.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 46/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy