Stare kraje UE u progu kryzysu nie mogą utrzymać tylu imigrantów, ale żyć bez nich nie potrafią Mohamed S. ma 22 lata i pracuje na czarno jako pomocnik murarski przy budowie nadmorskiego hotelu niedaleko Malagi. W obawie przed obozem dla nielegalnych imigrantów i deportacją do kraju pochodzenia, Maroka, nie chce podawać dziennikarzom swego nazwiska. Zgodnie z nowymi przepisami Unii Europejskiej dotyczącymi imigrantów zarobkowych, które Hiszpanie zaczną prawdopodobnie stosować już we wrześniu, jeśli znajdzie się na czarnej liście, będzie mógł powrócić tu legalnie dopiero za pięć lat. Jednak jego szanse są marne. Rodzice, którzy są czymś w rodzaju pańszczyźnianych chłopów u bogatego właściciela ziemskiego i pracują za jedną trzecią zbiorów z przydzielonej im do uprawy ziemi, sprzedali swój domek z małą działką w wiosce pod Fezem. Nie chcieli, aby ich pierworodny miał takie samo beznadziejne życie jak oni. Wystarczyło akurat na zapłacenie 12 tys. euro „firmie”, która nielegalnie przerzuca ludzi z Maroka i Mauretanii na wybrzeże hiszpańskie. Sami, na wzór Berberów spod niedalekich gór Atlas, zamieszkali na razie w namiocie, ale zimy bywają tam bardzo chłodne. W zeszłym roku w drodze do Hiszpanii zmarło na morzu co najmniej 925 nielegalnych imigrantów z Afryki. Mohamed miał szczęście, ponieważ ojciec, który w młodości wyprawiał się za pracą do Hiszpanii, wynegocjował dodatkowo z „firmą” kamizelkę ratunkową dla chłopca. Ośmiu mężczyzn z jego patery, wielkiego pontonu z silnikiem, utonęło przy wysokiej fali, gdy „kapitan” kazał im wyskakiwać nocą 100 m od brzegu. Dopłynęli tylko ci, którzy mieli kamizelki. Gdyby hiszpański przedsiębiorca dotrzymał słowa i po pół roku pracy, tak jak mu obiecał, zalegalizował Mohameda, jego sytuacja nie byłaby taka beznadziejna. Stają nawet rozpoczęte budowy, kryzys w budownictwie trwa już od sześciu miesięcy, a pracę tracą w pierwszej kolejności imigranci. Mohamed jako bezrobotny musiałby wprawdzie, zgodnie z przygotowywaną ustawą, opuścić Hiszpanię, jednak legalny, zarejestrowany bezrobotny mógłby liczyć na wypłatę zasiłku. Dowiedział się od hiszpańskich kolegów, że zgodnie z hiszpańską ustawą o dobrowolnym powrocie imigrantów przygotowywaną przez rząd otrzymałby przed opuszczeniem Hiszpanii zasiłek w wysokości od 8 do 10 tys. euro. Na nowy początek. Od chwili, gdy w Hiszpanii gazety zaczęły pisać o nieuchronnej zmianie przepisów dotyczących imigrantów, zaczęły się ucieczki z obozów dla nielegalnych imigrantów. Hiszpańskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ocenia, że w kraju przebywa 700 tys. imigrantów nieposiadających legalnego statusu, tj. karty imigranta. Jednak tylko 100 tys. spośród nich nie ma w tej chwili żadnej pracy. Nowe prawo europejskie, na którego projekt zgodzili się w tych dniach podczas spotkania w Cannes przedstawiciele wszystkich 27 państw Unii Europejskiej, przewiduje karę sześciu miesięcy aresztu, z możliwością przedłużenia do 18 miesięcy, dla każdego nielegalnego imigranta spoza obszaru UE. Prasa hiszpańska opisuje ostatnio sugestywnie losy grupy kilkudziesięciu uciekinierów, obywateli Bangladeszu, którzy schronili się przed deportacją gdzieś w górach Sierra Nevada. Koczującym pomagają trochę mieszkańcy pobliskich wiosek, dostarczając im żywność i wodę. Niewinni, ale zapłacą W Hiszpanii, inaczej niż to się dzieje we Włoszech pod rządami koalicji prawicowej partii Silvia Berlusconiego Lud Wolności i ksenofobicznej Ligi Północnej, nie uprawia się propagandy polegającej na wskazywaniu „obcych” jako sprawców wszystkich nieszczęść. Celestino Corbacho, nowy hiszpański minister ds. pracy i imigracji w rządzie socjalistów, którzy po raz drugi z rzędu wygrali w tym roku wybory, jest zdecydowany: „Nielegalni wcześniej czy później będą musieli wrócić do swych krajów”, zapowiedział. – Gdy zaczyna się bezrobocie, imigranci pierwsi padają jego ofiarą”. Zapytany, co sądzi o włoskim podejściu do sprawy imigrantów zarobkowych, zdecydowanie odrzuca metody polegające na kryminalizacji obcych. „To nie imigranci ponoszą winę za obecne spowolnienie gospodarki, którego źródłem nie są stosunki pracy, ani rynek pracy”, powiedział Corbacho. Owo spowolnienie gospodarki socjalistyczny premier Jose Luis Rodriguez Zapatero otwarcie nazwał kryzysem. Skrajnie przeciwstawne poglądy na imigrantów głosi główny sojusznik premiera Berlusconiego, od którego poparcia zależy trwałość prawicowego rządu, Umberto Bossi. Ten minister ds. reform w prawicowym gabinecie i przywódca Ligi Północnej bardzo się ucieszył, gdy „lud” spalił slamsy wzniesione w Neapolu przez legalnych i nielegalnych imigrantów z środkowowschodniej Europy.
Tagi:
Mirosław Ikonowicz







