Czy leci z nami… stewardesa?

Czy leci z nami… stewardesa?

Są wśród nich aktorki, dentystki, socjolodzy. Bo ciągle jeszcze bardziej się opłaca być stewardesą

Bagaż nie może leżeć na siedzeniu – Agnieszka Maj grzecznie poprosiła pana, który postawił skrzyneczkę na fotelu obok, żeby ją przestawił. – Ale to jest mój brat!! – zaprotestował. – Za chwilę znajdę odpowiednie miejsce dla pana i pańskiego brata – wystrzeliła wyuczoną formułką z podręcznika dla stewardes. – Sekundę później zdałam sobie sprawę, że w skrzyneczce były prochy zmarłego – opowiada.
Agnieszka lubi turbulencje. Ma za sobą czteroletni staż i tyleż farsowych, co traumatycznych przeżyć w powietrzu. Ale świadomość zawieszenia na wysokości ponad 10 km zagłusza rutyna. Jest fatalistką. Jeśli coś ma się zdarzyć, zdarzy się mimo awaryjnych wyjść. Na wszelki wypadek podróżuje ze skarabeuszem. Zresztą, statystycznie, większe ryzyko jest wtedy, gdy jedzie z domu na lotnisko.
Była mgła, kiedy Jolanta Jarosz-Hryniewicz, kierownik działu starszych stewardes i szefowa pokładu PLL LOT, prowadziła auto. Na jej oczach autobus spadł ze skarpy. Pokierowała akcją ratunkową z zimną krwią. Odruch zawodowy. Zostaje po takich lotach jak ten do Splitu. Rozdawała cukierki z regulaminowym uśmiechem, gdy poleciała pod sufit. Nagle piorun przeleciał przez kabinę. Z okienka do okienka. Jedna z dziewczyn ten lot zapamiętała na zawsze. Kręgosłup nie wytrzymał.
Maria Smoła, stewardesa Air Polonii, czasem żegna się ukradkiem. Ściska ją w żołądku tylko podczas lądowań. Odkąd zginął jeden z kolegów ojca, pilota migów, instynktownie nasłuchuje pracy silników. Ale nie powinna o tym mówić. Każda ma nawyk wyrzucania z pamięci złych dat. Zimna krew też jest regulaminowa.

Tajemnicza księga LOT-u

Budzik Weroniki Dziekan dzwoni o różnych porach. Nastawiony tak, by zameldowała się u szefowej na godzinę przed startem. Rano najbardziej pilnuje, by dobrze nawilżyć cerę – w górze jest tak sucho, że na kosmetykach się nie oszczędza. Jedyna pewna data w harmonogramie Weroniki (studentka zaocznego prawa) to dwa dni wolnego weekendu w miesiącu, więc nawet kurs tańca jest wykluczony, nie mówiąc o planowaniu życia w ogóle.
Jedna z najmłodszych w załodze LOT-u. Ale trzyletni staż wystarczył, by przywyknąć, że tydzień nie ma niedziel. Dziedzicznie obciążona, jak wiele córek pilotów, znała wcześniej Wigilie bez ojca, ale znała też dewizowy dostatek. Dziś to już trochę legenda, skoro zlikwidowali nawet dodatek kaloryczny, który jeszcze parę lat temu przysługiwał za pracę w ciężkich warunkach. Ale jest z czego spłacać mieszkanie w Warszawie, bo trudno było dojeżdżać z Nieporętu. Za niepunktualność można się pożegnać z pracą.
„Co pani zrobi, gdy rozleje pasażerowi wino na koszulę?”, zapytała Weronikę komisja na pierwszej rozmowie. Odparła, że przeprosi, zaproponuje pranie na koszt firmy albo zwrot za garderobę. Zdała. Tak powinna zareagować. Na pewno zapunktowały trochę blond loki. Wiadomo. Jeśli ładna panna wyleje człowiekowi wino na koszulę, łatwiej go rozbroi.
Nad kamizelką bordo grzecznie zawiązana apaszka. Ponad godzinę przed lotem Weronika jest już na Okęciu. Zaczyna się briefing stewardes.
– Jestem druga – melduje jedna z czwórki w załodze.
– Za które wyjście ewakuacyjne odpowiadasz? – losowe pytanie z listy.
– Tylne, przez drzwi.
– Lecę na pozycji trzeciej.
– Gdyby…
– Oceniam sytuację. Gaśnice przy toaletach.
– Sprawdzam sprzęt ratunkowy i apteczkę.
– Czwórka. Twoje otoczenie awaryjne?
– Butle tlenowe, kaptur przeciwdymny…
Jak postępować z zawałem? Astma? Które drzwi otwierasz podczas wodowania? „Pozycja jeden”, szefowa, czyli najbardziej oblatana dziewczyna w załodze, przeprowadza szybki test. Zawsze. Tu nie ma złych dni ani marginesu na dowolność. Jeśli nie odpowiesz na jedno pytanie, nie lecisz i zastępuje cię jedna z dyżurnych. Na kąśliwe uwagi typu zaciągnięte rajstopy też trzeba kiwnąć głową. Bo tu jest poczucie miejsca w szeregu…
Formułki zawarte w tajemniczej 600-stronicowej „Cabin crew manual”, biblii stewardes, recytują nawet obudzone w nocy. To wewnętrzny druk, strzeżony, bo tych sytuacji lepiej nie przywoływać w świadomości pasażerów. I komendy. Też znają na pamięć. „Skacz”, „Dwoje naraz”, „Suń się po trapie”.

Proszę zapiąć pasy

Pół godziny przed startem już są w samolocie. Podstawki, szklaneczki. Gdzie te serwetki?! Catering przyjęty. Jeszcze cabin sweep – kontrola bezpieczeństwa. Rzut oka na trap. Data ostatniej kontroli? W porządku. Butle tlenowe OK. Latarki. Megafony. Koce. Poduszki. Aha, czy jest mydło w toalecie?
Jeszcze tylko 30 przepisowych sekund. Pół minuty skupienia. To psychologia powietrza. – W razie nieszczęścia – tłumaczy Weronika Dziekan – człowiek działa dokładnie według scenariusza, o którym myślał przed chwilą. To są odruchy. Dlatego w niebo nie zabiera się problemów. Na przykład z narzeczonym, który nie był szczęśliwy, gdy Weronika przeprosiła, że kino muszą przełożyć, bo wypadł niespodziewany rejs. 30 sekund na oderwanie się od ziemi…
Jeszcze uśmiech. „Witamy państwa…”. Gdy lękliwi pasażerowie zaciskają spocone dłonie na poręczy fotela, twarz stewardesy musi mówić, że lecimy idealnie. Uśmiech, o jakim na szkoleniach przypominają dziesiątki razy, jest elementem poczucia bezpieczeństwa wliczonym w cenę biletu. Choć zdarza się, że człowiek wykrzywia wargi i… liczy sekundy.
Elżbieta Szeratisc, kierowniczka działu stewardes LOT-u, miała taką podróż. – Po starcie z Toronto dostaliśmy telefon, że mamy bombę. Ustalono miejsce: torba starszej pani, która wracała do Polski od przyjaciela. Zgodnie z instrukcją odniosłam torbę w przewidziane miejsce na pokładzie (tajemnica!). Samolot zawrócił, a ja konwersowałam z pewnym Amerykaninem o urokach polskiego pejzażu. Nie zapomnę, jak plotłam do samego Toronto, gdzie okazało się, że bomby nie ma. Przyjaciel pasażerki po prostu chciał, żeby wróciła.

Jeszcze jedno piweńko

Sygnalizacja „zapiąć pasy” zapalona. To znak, że już nie można się rozmyślić. Dla niektórych psychicznie nie do zniesienia. W wakacje ludzie raczej nie zamykają oczu, licząc paciorki w różańcu. Latem klient jest bardziej rozluźniony i częściej znieczula się szklaneczką niż modlitwą. Sezonowy pasażer to specyficzny klient. Bardziej uciążliwy. – Zwłaszcza czarterowy, któremu się wydaje, że już się zaczęła dobra zabawa, bo rozpoczął urlop – Agnieszka Maj nie przepada zwłaszcza za lotami grupowymi, gdzie wszyscy się znają i zakrapiają wspólnie aż do rozchodniaka. Wtedy jej rolą jest opanowanie rozgardiaszu.
Pierwszy serwis zaczyna się niemal od razu. Też psychologia powietrza. Kanapeczki, pudełeczka, masełka, czekoladki… Odrywają pasażerów od niepokojów typu: a co ten silnik tak warczy? Dla kobiety pchającej 120-kilogramowy wózek już się zaczyna harówa.
„Księżniczki przestworzy”? Dziewczyny nie lubią tych gazetowych tytułów. Dorabiają się przecież żylaków, płaskostopia i problemów z kręgosłupem. Czasem organizm protestuje zaburzeniami miesiączki. Najgorzej po trasach, gdy trzeba siedzieć na swojej pozycji między silnikami. Przez dwa dni mówią w domu głośno.
„Jeszcze jedno piweńko”, słychać często z kabiny. Bo piwo latem idzie o wiele lepiej niż whisky. Maria Smoła nie lubi braku rozsądku: – Ludzie nie zdają sobie sprawy, jakie są konsekwencje ostrego picia przy zmianie ciśnienia. Maria woli, jeśli pasażer upija się na misia. Można go wtedy pogłaskać po głowie i poprosić, żeby już schował z powrotem do torby tę „podręczną” butelkę. Ale nie z każdym da się w ten sposób, bo nie wszystkim można podstawić rozcieńczonego drinka. A już nigdy nie wolno powiedzieć: „Pan jest pijany”. Żartować ze zdenerwowanym też nie można. Żeby się nie skończyło, jak dwa lata temu, gdy w locie do Anglii podpity pasażer pobił stewardesę. Dostał pół roku bez zawieszenia. W Londynie nie ma zmiłuj się. To efekt przepisów zaostrzonych po 11 września.
Jolanta Jarosz-Hryniewicz – kilkanaście milionów kilometrów w powietrzu i wyjątkowy dar konwersacji – nabrała już takiej wprawy, że w sekundę oceni człowieka. – Jeszcze wtedy, gdy się paliło w samolotach – opowiada – spojrzałam na pana w klasie biznes. Pewny siebie, elegancko ubrany, ale tknęło mnie, że będą z nim kłopoty. Poprosił o kieliszek czerwonego wina i spokojnie wylał je na głowę sąsiadowi, który cały czas dmuchał mu dymem prosto w plecy. Zrozumiałam. To była reakcja na dym. W końcu słono zapłacił za bilet.
Popielniczki w boeingach są już tylko pamiątką po przeszłości.

Moja córka jest stewardesą

Wioleta Skobieńska (3,5 mln wylatanych kilometrów) właściwie nawet nie pamięta jutrzejszej trasy. Od tego jest grafik. Wie natomiast zawsze, o której wraca. To ważne ze względu na dziecko. W domu na Wiolę ciągle się czeka. Dobrze, że teściowa, która pracowała w Warsie, nie przyzwyczaiła syna do regularnych domowych obiadów. Tak, to zawód z wysokim ryzykiem rozwodów. Gdyby mąż Wioli nie zrezygnował z pracy, po urodzeniu dziecka nie mogłaby wrócić do swojej. Trzeba szczególnego faceta. Niektóre opowiadają, jak po nagle odwołanym locie, zamawiały taksówkę dla kochanki.
Rzut oka na grafik. Jutro Malta. Wylot o 4, więc budzik nastawiony na 2.30. Mundur już wisi. Rano makijaż i włosy. Wygląd stewardesy ma uprzyjemnić pasażerom lot, za który płacą. Rajstopy tylko ciemne. I czarne szpilki. Bezwzględnie bez odkrytych pięt. Professional look jest spisany w specjalnym podręczniku. Choć trochę się zdewaluował, bo zalecane fryzury są już nieco retro. Jeśli pójdzie sprawnie, Wiola dziś wyląduje w Polsce około 13, czyli prosto z Malty zdąży po syna do szkoły.
Telefon. Zamiast Malty ma Sztokholm. Powrót pół godziny później. Jednak nie zdąży.
Najdłuższy lot, w bloku atlantyckim, wypada raz w miesiącu, w sezonie letnim dwa razy. Poniedziałek – wylot, po dziewięciu godzinach lądowanie w Nowym Jorku, noc w hotelu. Powrót do Warszawy z wtorku na środę. Czwartek i piątek wolne. Sobota następny rejs.
Już dziewięć lat w zawodzie, z dwuletnią przerwą na dziecko. Latanie do piątego miesiąca, gdy znalazła się w szpitalu z silną anemią, dziś Wioleta nazywa brakiem odpowiedzialności. Ale wtedy dziewczyna z Wyszkowa, która spełniła wielkie marzenia rodziców, szczególnie ojcu nie miała śmiałości powiedzieć, że schodzi z pokładu kilka miesięcy po rozpoczęciu pracy.
Po dziecku jest już trudniej latać. Dopada strach przed ryzykiem. I to odliczanie godzin w samolocie, czy dziś człowiek zdąży na czas do przedszkola. Zdarza się, że przed wyjściem z domu, dziecko na widok munduru dostaje histerii: mama nie! Niebieski kolor zawsze kojarzy się dziecku z nieobecnością. Ale to wszystko trzeba zostawić. Zamknąć drzwi i na pokład wejść bez tego bagażu.
Po katastrofie też lata się inaczej. Jeśli zdarza się gdzieś na świecie, długo jest napięcie. Jak po 11 września. Właściwie od tamtej pory nic nie jest tak samo.
W Nowym Jorku Wiola wylądowała w przeddzień tragedii. – Akurat zeszliśmy na śniadanie przed powrotnym wylotem – opowiada. – Ktoś ściszył telewizor, żeby nie zagłuszał rozmowy. O, robią symulacje, spojrzeliśmy na pierwszą dymiącą wieżę WTC. Nagle stało się jasne. Zadzwoniłam do domu. Nie zapomnę płaczu dziecka w słuchawce.
Wtedy miała ciężkie loty. Ale nie aż tak, by korzystać z pomocy psychologa. Rzadko tą drogą szukają pomocy. Zwykle wymyśla się filozofie na własny użytek. Na przykład o przeznaczeniu. Uodpornia. Dlatego największy lęk, jaki odczuwa Wioleta Skobieńska, przychodzi nie wtedy, gdy myśli o katastrofie. Najbardziej boi się duszności alergicznych, krwotoku i zawału serca, który raz zdarzył się na pokładzie podczas jej lotu. Nie lubi tych sytuacji, gdy widzi, że pasażer stojący w kolejce do toalety przewraca się i przestaje oddychać. Od zimnej krwi Wioli zależy, czy utrzyma go przy życiu, zanim dolecą do pierwszego portu. Ta świadomość obciąża.

Pieniądze, prestiż i legendy

Dziewczyny z amerykańskich linii uwielbiają zakupy na Via Veneto. Podczas dnia odpoczynku w wiecznym mieście dziewczyny z United i American Airlines biegają od butiku do butiku i wracają do hotelu przy tej reprezentacyjnej ulicy, zwanej rzymską Champs-Elysee, z dziesiątkami torebek od Gucciego, Versace, Luisy Spagnoli. Zakupy w dobrych miejscach to dla stewardesy premia za ciężką pracę. Czasami robi się też niezłe interesy. Przez lata wojny domowej w Angoli i Mozambiku załogi kręciły podwójny biznes. Inkasowały wysoką premię za każdą godzinę lotu nad terytorium objętym wojną, choć nikt do nich nie strzelał. A za kość słoniową i diamenty przemycone z Afryki powstała pod Lizboną niejedna nadmorska willa.
W polskich liniach kokosów raczej nie było i nie ma. Ale diety w dewizach i służbowe bilety lotnicze w ludowej ojczyźnie czyniły z zawodu jedno z atrakcyjniejszych zajęć. Czasy drobnych „wielkich interesów” polskich załóg na rynkowym przeliczniku dolara minęły, ale zawód wciąż należy do dobrze opłacanych, choć to tylko 50% tego, co zarabiają dziewczyny na zachodnich liniach. Doświadczona stewardesa latająca jako „pierwsza” lub „druga”, wyciąga lekko 5 do 6 tys. miesięcznie. Początkująca na ogół nie przekracza 2,5 tys.
– Oczywiście, są loty i loty – mówi szefowa pokładu, Barbara, która pracuje w Locie od połowy lat 80. Każda początkująca marzy o atlantyckich trasach, bo jak lata się do Nowego Jorku, Chicago i Toronto, nasze „maksibieżące minikonto”, na które przelewane są diety w dewizach, od razu nabiera powagi. Dlatego zawsze trwa cicha walka o dobre trasy. Najlepiej żyć zgodnie z panią planistką, bo to ona układa miesięczny harmonogram lotów – przyznaje.
Gdy linie lotnicze ogłaszają nabór, przychodzą setki osób. Nawet dentystki, socjolodzy, prawniczki. Ludzi przyciągają pieniądze, prestiż i… legendy (chociażby ta o wielkich romansach na polskich liniach, był czas, że żony pilotów wystosowały list otwarty do stewardes, by nie rozbijały im małżeństw).
Po naborze zostaje kilkanaście kandydatek. Ale nie same piękności. – Dziś zmienił się pogląd na wizerunek stewardesy – uważa Elżbieta Szeratics. – Na pewno na egzaminach wstępnych odpadają cukierkowate lalki, nieprezentujące niczego więcej oprócz słodkiej buzi. Wygrywają inteligentne, interesujące twarze.
Zniesiono też górną granicę wieku. Wywalczyły to kilka lat temu panie po czterdziestce. I mitem jest, że zwalnia się za lekką nadwagę. Gdy Monika Krasnodembska, instruktorka LOT-u i egzaminatorka, ocenia kandydatki, bardziej niż na twarz (nie może mieć fizycznych defektów) stawia na ogładę. Dopiero potem rzuca okiem na sylwetkę. Powinna być proporcjonalna, bo szczupła znaczy zwinna. Ale bez przesady.
Nikt też nie zawraca już sobie głowy chytrymi testami na zweryfikowanie poglądów. Testuje się natomiast nastawienie do klienta. „Jesteś urzędnikiem. Za chwilę kończysz pracę, a tu przychodzi petent. Co powiesz?”, to jedno z sytuacyjnych pytań. – Zdarza się – opowiada Krasnodembska – że ktoś ma zbyt duże poczucie indywidualizmu. Tak jest czasem z aktorami, którzy szukają u nas pracy i na pokładzie mają zbytnią tendencję do skupiania na sobie uwagi. A tu najważniejszy jest pasażer.

Jak Polak nabierał klasy

O świecie wiedzą dużo. Na przykład, w jakich godzinach modlą się ortodoksyjni Żydzi. To konieczne, żeby nie stwarzać egzotycznych kłopotów. Nie noszą też feministycznych urazów, gdy koszerna grupa zamówi charter do Tel Avivu z męską obsługą, bo nie przyjmie posiłków od kobiet.
Dobrze znają VIP-ów. Ludzi najlepiej poznaje się w niecodziennych sytuacjach. Ponoć najbezpieczniej jest latać z Danielem Olbrychskim. Prawdziwy pokładowy macho. Raz podczas alkoholowej awarii związał paskiem wstawionego awanturnika. Kardynał Józef Glemp w czasie lotu do Rzymu dużo czyta i lubi podrzemać. Wyjątkowo mało kłopotliwy. Żadnych specjalnych życzeń. Najwyżej herbatka. I wielka równowaga. Gdy pewnego razu w samolot uderzył z hukiem piorun kulisty, kardynał po prostu wyciągnął brewiarz i zaczął się modlić. Lech Wałęsa rozwiązuje krzyżówki, a prałat Jankowski spowiada. Za to Jan Tomaszewski raz się zbuntował ze strachu i nie chciał opuścić korytarzyka dla obsługi. Na ewentualną katastrofę imponująco odporny jest Henryk Goryszewski, były wicepremier z ramienia ZChN. Kiedyś, podczas turbulencji, miał ponoć powiedzieć, że nawet jeśli spadniemy, będziemy bliżej Boga. Za to Michał Wiśniewski, znany miłośnik samolotów, siedzi w oknie jak dziecko. I ciągle zmienia miejsca, jeśli nie ma kompletu na pokładzie.
Najweselsze loty to te z góralami, którzy albo lecą po dolary, albo z nimi wracają. Chyba dosyć często, skoro w oficjalnym spisie, który wylicza, czego do samolotu wziąć nie wolno, jest wymieniona nawet ciupaga.
Ale to już nie tamci górale… Ewa Prądzyńska-Wróblewska (w 1958 r. wygrała teleturniej „Dookoła Świata” „Szukamy stewardesy”) opowiada o kobiecinach z tobołkami pod pachą, które trzeba było prowadzić za rękę. „Ej, panienko, ceguś kwaśno ta oranżada”, krzywiły się góralki w zapaskach, gdy nad Bałtykiem, na pożegnanie z Polską, wnosiła lampki z wykwintnym francuskim szampanem. Choć znawców wtedy nie było, bo trzy czwarte pasażerów jechało do Ameryki za chlebem, na opłaconym przez rodzinę dewizowym bilecie, panny z LOT-u przebierały się w czerwone sukienki z Mody Polskiej, żeby podać obiad. Już nie ma też tej przedwojennej emigracji, która szarpała stewardesę za gabardynowy rękaw mundurka, pytając o wychodek, bo dla mówiących mieszaniną gwary i angielskiego napis toaleta był jakiś nietutejszy.
O tym, że w Polsce trudno było żyć, świadczyły samoloty nad Morze Czarne, wypełnione bagażami po ostatnie miejsce. Mało kto latał wtedy turystycznie. Merkantylizm był uzasadniony. – Za chwilę będzie turbulencja, wezwałyśmy do zapięcia pasów – opowiadają dziewczyny. – Po kilku minutach minęliśmy rejon burzy i ustąpiła. Ale starszej pani skończyła się cierpliwość od czekania. Zdenerwowana wezwała stewardesę: „Miały być rozdawane turbulencje. A ja nie dostałam! Pewnie były wliczone w cenę biletu”.
Potem lata stanu wojennego. W antonowach najbardziej nudziła się policja. Znak rozpoznawczy – mundur, kask i… krzyżówka. – Też kilka par z tego powstało – mówią. – I jedno małżeństwo.
Ale to już historia. Klient już nie tamten. Już w samolocie nie czuć potem.

Pokolenie fast servis

7.30. Lot do Brukseli. Zwykły poniedziałkowy kurs. Niecałe dwie godziny. Prawie komplet. Żadnych pytań, żadnych wpadek, żadnych pretensji. Najwięcej młodzieży, która nie boi się dziś świata, coraz częściej jadąc za pracą. Ktoś otwiera laptop, inny teczkę z papierami. Dla niektórych to rutynowa podróż. Rano w samolot, pozałatwiać sprawy i z powrotem do Polski. Samolot to dla nich dwugodzinna taksówka. Gdzieniegdzie, oparte o fotel, rzucają się w oczy spracowane męskie ręce. Zwykle lecą na pewne budowy i zbiory owoców. Ale są zbyt mało warci we własnych oczach, by czegoś od stewardes się domagać…
Justyna Walczak z Air Polonii rozdaje serwis. Płatny, bo na tanich liniach tnie się koszty. Justyna, po licencjacie z turystyki i hotelarstwa, lubi latać z pasażerem lowcostowym. Obyty, oblatany, nie wymaga specjalnej uwagi ani nie stroi fochów, jak za czasów służbowych urzędowych delegacji (choć catering jest raczej symboliczny). Bo do Brukseli leci pasażer, który sam za siebie płaci i wie, ile wymagać w tych granicach. – Co innego polski turysta czarterowy – mówi Justyna. – Narzeka na ciasnotę, na kolejkę przy odprawie, na śródlądowania. Bywa przestraszony. Po 11 września media wytworzyły taką psychozę, że ludzie boją się latać.
Czasem, z pozycji pasażera, Maria Szargot obserwuje obsługę. Szefowa stewardes w latach 70., która w białych rękawiczkach serwowała na porcelanie main dishes i rozliczała się ze srebrnych sztućców po każdym locie. – Czy będzie pan teraz jadł? Co podać? – pytała. Potem zaglądała przez kotarę, czy już zabrać talerzyk. Dziś? Krzywi się na zafoliowane kanapki z ciepłym, majonezem i alkohol w plastiku. – Czy pan się napije kawki?! Jak to KAWKI? Nas uczono: „Czy pan życzy sobie KAWY?”.
Maria (trzy serwisowe bilety w roku) lata i patrzy na te zaganiane dziewczyny i tych biznesmenów, co nie mają czasu żyć: – Niech pani zapyta, ile jest z tego szybkich ślubów? Bo kiedy oni mają czas na flirt? – zastanawia się. – Nie robimy takiej statystyki – śmieją się panny z air servisu. Ale nie zaprzeczą…

Bo życie nabrało prędkości boeinga

Wysokość konserwuje. Ewa Prądzyńska (17 przelatanych lat) musiała spaść z obłoków już w 1976 r. Można było wtedy latać do 36 lat, bo uroda miała być równie mocną wizytówką LOT-u, jak kotlet schabowy a la Giewont i zraz Sobieski w cateringu. – To były tłuste lata – ożywia się na wspomnienia. – Lata 60… Ił-14 leciał 200 km na godzinę. 24 miejsca na pokładzie i jedna osoba do obsługi. Gdy wysiadałam w Atenach, znałam wszystkie życiorysy. A potem czekanie na wymianę załogi. Z trzydniową dietą w dewizach latało się po sklepach. To było przecież 15 dol.! W Atenach i Rzymie mieli najlepsze buty, w Paryżu ortalionowe płaszcze i farby blond, w Londynie rozjaśniające krople do oczu… Potem już byliśmy coraz bliżej Ameryki.
Pierwsze szkolenie w Cansas City było dla dziewczyn z socjalizmu szokiem. One, z kraju, gdzie praca jest sprawą honoru, zakochane w tych rozmowach z Polonią, dewizach i zagranicznych rajstopach, a Amerykanki uczą: „Your passenger paid for your company 6 hundred dolars. So you ought to give a servis for 6 hundred…”. Instruowały: żadnej improwizacji! Gdy pasażer zaczyna się dusić w samolocie, trzeba podać notes i poprosić o telefon krewnych!
Tak naprawdę już wtedy zaczynał się kapitalizm. I ten zimny pragmatyzm na pokładzie.
Potem miejsc w samolocie było coraz więcej. Przyspieszyły silniki, przyśpieszył świat.

Dziękujemy firmom PLL LOT i Air Polonia za pomoc w przygotowywaniu materiału.


– W Locie pracuje 800 stewardes, z czego ok. 100 na urlopach wychowawczych.
– Wymogi wzrostu dla kobiet to nie więcej niż 170 cm, dla mężczyzn 182 cm.
– Granica wieku kandydata – 30 lat.
– Według przepisów wolno być w pracy 12 godzin, 13. jest kapitańską. Czas pracy określa prawo lotnicze oraz postanowienie w „Instrukcji operacyjnej” (przeciętnie 40 godzin tygodniowo w pięciodniowym cyklu).
– Rocznie stewardesy LOT-u wylatują ok. 500 tys. km. Po każdej takiej trasie dostają trzynastkę, zwaną kilometrówką.
– W liniach Air Polonia, które istnieją od dwóch lat (od kwietnia 2003 r. jako pasażerskie), pracuje ok. 50 stewardes. Od grudnia ubiegłego roku jest to pierwsza polska linia lowcostowa.


Joint Aviation Regulation to spis norm, do których linie lotnicze świata zobowiązane są dostosowywać regulaminy dla stewardes. Dotyczą ogólnych zasad: przygotowania do zawodu, zdrowia, dopuszczalnej liczby godzin nieprzerwanej pracy, postępowania w skrajnych sytuacjach (np. wybuchu paniki wśród pasażerów czy zbiorowego zatrucie pokarmowego na pokładzie). Różni się natomiast styl poszczególnych linii.
– Stewardesy nieistniejących już bułgarskich linii Bałkan obowiązywał zakaz uśmiechania się do pasażerów. Obawiano się, że mógłby być odbierany jako zachęta do flirtu.
– Radziecki Aerofłot miał zwyczaj wręczania pamiątkowych dyplomów wszystkim pasażerom, którzy po raz pierwszy przelatywali nad biegunem północnym. Stewardesy wydawały rozkazy w tonie: „Obywatelu, nie było sygnału, że wolno odpiąć pasy! Pasażer pod oknem, proszę siedzieć prosto, nie rozpierać się łokciami!”.
– Rosyjskie linie są bodaj ostatnimi na świecie, gdzie jeszcze wolno palić.
– Brazylijskie linie Varig w lotach transatlantyckich nawet w klasie turystycznej, jeszcze do niedawna serwowały michę czarnego kawioru.
– Lot liniami azjatyckimi to poczucie opiekuńczego komfortu. Japońskie i koreańskie stewardesy w klasie biznes pojawiają się w kwiecistych kimonach, okrywając drzemiącego pasażera pledem albo zabierając zmęczonej mamie wrzeszczące niemowlę, by mogła odpocząć.


Pierwsza panna z LOT-u
Gdy boeing nabiera prędkości akurat nad oknami pani Zofii, ona odruchowo podnosi głowę. Jak czapla. Ala już tych prędkości nie rozumie.
Z niewyraźnego zdjęcia, na którym Zofia Glińska w uniformie przerobionym z wojskowego munduru stoi przy wysłużonej dakocie z demobilu, trudno rozpoznać rysy 94-letniej Zofii. Pierwszej polskiej stewardesy i jednej z najstarszych na świecie.
Tuż przed 1939 r. PLL LOT przeprowadził pierwszy kurs dla stewardes. Już nie zdążyły wystartować. Był rok 1945, wyzwolenie, gdy Zofia Glińska, przed wojną pracownica działu rozliczeniowego LOT-u, zobaczyła żurawia na samolocie… – Człowiek poczuł kawałek ojczyzny – starszą panią ściska w gardle. Potem pierwsze loty Li-2. Siadało się w kabłąk na ławkach dookoła, a z góry jeszcze wtedy widać było ziemię. Loty były kurierskie, żadnych regularnych linii. – Zagranica, ze względu na żelazną kurtynę nie wpuszczała rosyjskich linii, to dyplomaci zaczęli korzystać z naszej załogi – wspomina. – Bo LOT był jedyną linią w bloku wschodnim, którą uznawał Zachód. Ale piloci z pierwszej armii języków nie znali. Musiał być jeszcze ktoś…
Inne niewyraźne zdjęcie: sześć dziewczyn w wojskowych kombinezonach na futrze wygląda jak ze starego filmu. 27 sierpnia 1945 r. rozpoczęły pracę. Przyszły, żeby zarobić na chleb i zacząć po wojnie normalne studia. Pionierki. Nie było przedstawicielstw za granicą, więc na lotniskach załatwiały wszystko – zdobywały dane meteorologiczne, dodatkowe przydziały oleju, który wyciekał ze starych silników, robiły listę pasażerów (dowodów jeszcze nie mieli). Zofia, szefowa pierwszej załogi, w służbowej torbie lotniczej woziła dziesiątki listów do Czerwonego Krzyża w zachodnich stolicach. „Czy urodzeni tu i tu, tacy i tacy, ostatnio widziani… jeszcze żyją”.
Zdjęcie drewnianej kanciapy – powojenna służbówka na Okęciu, gdzie pani Marysia szykowała termosy i kanapki. Ale kiełbasę kroiło się już na pokładzie. Zupełna prowizorka.
Potem powojenny świat się rozlatał, a Glińska nie dostała paszportu za… kontakty towarzyskie z Zachodem. Kolejny nabór: córki polskich górników, reemigrantów z Francji, przyjmowane nakazem odgórnym. Ale mówiły po francusku.
– A jak to porównać do dnia dzisiejszego? – Zofia patrzy na zdjęcie w kolorowej gazecie, z którego uśmiechają się dziewczyny z fast foodami na metalowym wózku. – Obsługa z cenzusem? Czy one też są oddane ojczyźnie? – pyta.
Ale jak to wszystko wytłumaczyć rocznikowi 1908?

 

Wydanie: 31/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy