Czy Polska historia rzeczywiście była tak chwalebna, jak ją sobie wyobrażamy?

Czy Polska historia rzeczywiście była tak chwalebna, jak ją sobie wyobrażamy?

Prof. Daniel Boćkowski, historia najnowsza Polski, Uniwersytet w Białymstoku
Jeśli mamy się uczyć na błędach, to trzeba te błędy najpierw poznać. Tymczasem my bardziej uczymy się na polityce historycznej niż na historii. Od historyków zaś wymaga się naginania historii do aktualnych potrzeb. Kiedy chcemy coś uczciwie zbadać, to okazuje się, że na następne badania nie dostajemy pieniędzy. Dlatego do badań nad kontrowersyjnymi fragmentami historii trudno znaleźć chętnych. Niewygodne fakty zamiatamy pod dywan, co budzi zdziwienie naszych sąsiadów, którzy akurat wszystko widzą z innej strony. My np. mówimy o Rzeczypospolitej Wielu Narodów, a zapominamy, że właśnie wtedy były silne dążenia, aby wszystkie narody przyłączyć do polskiego. Mówimy, że Polska była „przytularnią” różnych wiar, ale pomijamy akcje burzenia cerkwi, co inni dobrze zapamiętali. Stajemy się więc historycznymi zakładnikami naszych własnych oczekiwań. Jeśli historyk miałby być bajkopisarzem, to wszystkie kroniki pisane na zamówienie wyglądałyby cudownie. I tak jest. Musimy wiele z tych kronik „odkręcać”, ale czasami jesteśmy zupełnie bezradni – nikt tego nie chce przyjąć do wiadomości. A jeśli już coś takiego piszemy, to się narażamy. Jeśli historyk zmniejsza liczbę represjonowanych przez NKWD, to znaczy, że jest na pasku sił rosyjskich, kiedy podano zmniejszoną liczbę ofiar Oświęcimia, to też były straszne obiekcje. Nie wiem, dlaczego panuje przekonanie, że im więcej ciał, im więcej krwi, tym lepiej, a fakt, że powstanie wielkopolskie się udało, to kłopot. Natomiast nie jest kłopotem hekatomba cywilów w powstaniu warszawskim. Zapytać tych cywilów, którzy przeżyli powstanie, czy byli szczęśliwi – to już nie pasuje do naszej polityki historycznej.

Dr hab. Stanisław Żerko, historyk, docent w Instytucie Zachodnim w Poznaniu
Niemała część Polaków uważa, że w historii naszego narodu należy szukać jedynie powodów do chwały i dumy. Taka postawa trąci nacjonalizmem i niezbyt dobrze świadczy o inteligencji lub uczciwości tych, którym jest ona bliska. Historia jest piekielnie ciekawa właśnie dlatego, że jest niezmiernie skomplikowana. Są strony jasne i ciemne, ale na ogół przeważają barwy pośrednie. Taka też jest historia Polski i Polaków. Czuję się niekiedy mocno skonfundowany, gdy widzę, jak w imię fałszywie pojętego patriotyzmu nawet niektórzy koledzy, profesjonaliści jakkolwiek by było, naruszając etykę zawodu historyka, występują w roli bardziej adwokata niż uczonego starającego się dociec prawdy. Podam przykład. W moich badaniach zajmowałem się bliżej m.in. polityką ministra Józefa Becka i im głębiej wnikałem w szczegóły, tym bardziej byłem przekonany, że zarówno idealizowanie tej postaci, jak i obciążanie jej odpowiedzialnością niemal za wszystko ma niewiele wspólnego z obrazem, który wyłania się ze źródeł.

Piotr Szumlewicz, publicysta
Bardzo negatywnym zjawiskiem jest to, że koncentrujemy się na historii, a nie na modernizacji i przyszłości. To widać nawet po tym, że lepiej się sprzedają książki historyczne niż te dotyczące poprawy warunków życia. Dominująca wizja polskiej historii realizuje się poprzez pryzmat prawie zawsze przegranych powstań, nasze elity zaś nie mają zainteresowania dla ludzi biednych, dla kobiet, dla mniejszości i pokrzywdzonych. To dlatego nasza historia jest rycerska, wojskowa, romantyczna i zakłamuje realne dzieje, idealizuje niekiedy współpracujący z zaborcami Kościół, wojsko, dominuje w niej negatywna interpretacja PRL, ale także pogarda dla ludzi, dla kwestii ekonomicznej. PRL jest tutaj negatywnym punktem odniesienia. Fakt, że jednym z celów była poprawa warunków życia i emancypacja na terenach wiejskich, jest podnoszony tylko pejoratywnie.

Prof. Jacek Trznadel, historyk literatury polskiej, autor „Hańby domowej”
Można upowszechniać postawy patriotyzmu i zaangażowania w naszych powstaniach, ale mało się mówi o mierzeniu sił na zamiary. Pytanie, czy rachunek strat i zysków nie powinien powstrzymać tych odruchów, pada rzadko. Np. po powstaniu styczniowym zysk był niewielki, ofiar bardzo dużo, zaborca zaś odbierał prawa własności polskiej na kresach i zasięg polskiej cywilizacji się zmniejszył. Również po powstaniu warszawskim rachunek strat jest niewymierny, a z zysków pozostał tylko wzór patriotyzmu. Jeszcze w czasie powstania gen. Bór-Komorowski rozważał możliwość poddania się, ale Rosjanie podjęli akcję zrzucania drobnej pomocy, żywności, amunicji, bo im było na rękę, aby walka trwała jak najdłużej. Wódz naczelny gen. Sosnkowski nie był zwolennikiem powstania, ostrzegał też przed frontalnym atakiem na Monte Cassino, które notabene nie zostało nigdy zdobyte. Ofiara polskiego żołnierza była nadaremna i Londyn miał tego świadomość. Myślę, że 99% Polaków sądzi, że zdobyliśmy Monte Cassino, tymczasem niemieccy komandosi po jakimś czasie sami się wycofali, czego dowiódł nieżyjący już prof. Paweł Wieczorkiewicz.

Wydanie: 32/2010

Kategorie: Pytanie Tygodnia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy