Czytam w kółko to samo

Czytam w kółko to samo

LUCYNA KIRWIL – doktor psychologii, współautorka wraz z mężem książki „Pokochawszy”.
JERZY BRALCZYK – językoznawca, profesor nauk humanistycznych, specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki. Autor wielu publikacji z dziedziny językoznawstwa.
Rozmawia Aleksandra Rybka

(…) Pana biblioteka słynie ze wspaniałych zbiorów wielu egzemplarzy „Pana Tadeusza”. Jakie ma pan najcenniejsze egzemplarze? Gdzie pan je wyszukuje?
JERZY BRALCZYK: – Ta pasja zaczęła się wiele lat temu. Najpierw zbierałem ilustrowane wydania, czasem, jeśli nie mogłem kupić samego „Pana Tadeusza”, kupowałem cały komplet dzieł i takich kompletów mam trzy czy cztery, ale generalnie cała reszta to jedna książka. Udało mi się zebrać bardzo oryginalne wydania, łącznie np. z miniaturami, w sumie ok. 300 egzemplarzy. Wydaje mi się, że mam je wszystkie, oprócz tych najnowszych, które powielają wcześniejsze edycje. Wyszukuję je głównie w antykwariatach, ale oczywiście jeśli dowiem się o jakimś wydaniu, to szukam w internecie. Czasem w tych poszukiwaniach pomaga mi syn, czasem przyjaciele spotkają się z jakimś wydaniem „Pana Tadeusza” i od razu sprawdzają, czy je mam. Dostaję je również od nieznajomych, którzy wiedzą o mojej pasji i przysyłają egzemplarze albo piszą o konkretnym wydaniu. Jest to dla mnie szczególnie cenne, bo świadczy o pewnej życzliwości i dobrym postrzeganiu mojej osoby. Posiadam również wiele nagrań, łącznie z płytami winylowymi, filmy, a nawet scenariusz od Andrzeja Wajdy. Generalnie staram się mieć wszystko, co wiąże się z „Panem Tadeuszem”.
Poza tym ciągle jeszcze kupuję ciekawsze wydania mów, przemówień, kazań i instrukcji dotyczących przemawiania. To taka moja druga pasja, trzecią zaś są słowniki. Większość mam, może oprócz XVI-wiecznego słownika Jana Mączyńskiego, bo on jest niedostępny. Zbieram oryginały, choć nie mogę powiedzieć, żebym o nie szczególnie dbał. Często już się rozpadają, ale wciąż z nich korzystam. Tutaj jest jeden z moich ulubionych z końca XIX w., mało znany słownik synonimów bp. Krasińskiego. W podobnym stanie są inne moje ulubione książki, gdyż cały czas je czytam. (…)
Dzisiaj czyta pan gazety?
– Z tygodników „Przegląd” i „Politykę”. Okazjonalnie „Newsweek”, „Tygodnik Powszechny”. Co tydzień „Plus Minus”, dodatek do „Rzeczpospolitej”, a codziennie „Gazetę Wyborczą”. Mam wykupiony abonament internetowy.
Księgozbiór pana i żony stanowią dwa zupełnie osobne zbiory?
– Tak, żona jest psychologiem i rzadko korzystam z jej zbioru. Ona z mojego jeszcze rzadziej. Również dla przyjemności czytamy zupełnie inne rzeczy. Żona nie lubi wracać do znanych już książek, woli nowości. Często jest to literatura współczesna. Ja nie trzymam ręki na pulsie, robi to moja żona. Ja, jak już mówiłem, czytam w kółko to samo, bo przecież nikt lepiej od Tołstoja czy Flauberta nie będzie pisał. Czasem sięgam po książki w oryginale.
W jakich językach pan czyta?
– Najczęściej po rosyjsku. Czasem mi się zdarzy po szwedzku, kiedyś tam mieszkałem. Po niemiecku czytałem poezję. Niestety, już nie sięgam po literaturę piękną po angielsku, w przeciwieństwie do naukowej, po którą sięgnąć musiałem. Nie znajduję smaku w tym języku. W oryginale czytałem „Przygody dobrego wojaka Szwejka”, jedną z moich ulubionych lektur. Dobrze jest go przeczytać po czesku, gdy się zna na pamięć po polsku.
Czy ma pan białe kruki, kurioza?
– Kuriozalne są niektóre wydania „Pana Tadeusza”, np. ręcznie pisane, czy libretta do opery „Pan Tadeusz”. To są dosyć osobliwe egzemplarze. Dużo osobliwości jest w starych pozycjach dotyczących języka polskiego. Autor jednej z takich książek twierdzi, że język polski jest prajęzykiem wszystkich pozostałych, i udowadnia, że język angielski zapożycza wszystko z polskiego. Bzdura oczywiście, ale interesująca. Mam książki wydane w bardzo specyficzny sposób, trochę dziwactw, w tym słownikowych. Zbieram wszystkie słowniki i dlatego też czasem takie są. Wśród takich dziwactw znajduje się choćby portret Adama Mickiewicza, ale napisany „Panem Tadeuszem”, czyli składa się z samych cytatów. (…)
Czy „Lalka” jest dla pana szczególną książką?
– „Lalkę” czytałem wielokrotnie i ogromne fragmenty znam na pamięć. Ostatnio miałem okazję bardzo dużo rozmawiać na temat „Lalki” z moim najlepszym przyjacielem, który zajmuje się literaturą pozytywistyczną. Jego syn wystawiał tę powieść w Krakowie, on pisał przedmowę i rozmawialiśmy o jej drobnych szczegółach. Bardzo to sobie cenię. Tak jak z synem rozmawiam o „Trylogii”, tak z przyjacielem o „Lalce”. Ta książka jest dla mnie absolutną klasyką, chociaż nie znam wszystkich utworów Prusa, jak choćby „Dzieci”. Prus to jest „Lalka” i długo nic. Czytałem dużo Stefana Żeromskiego, ale go nie lubię ze względu na język – jest dla mnie nie do zaakceptowania.
Są też pisarze starzy, do których wciąż zaglądam. Mam kilka wydań Ignacego Krasickiego – świetnego, również językowo, a także często przeze mnie czytanego Jana Kochanowskiego. Bardzo to stare, a niebywale współczesne. Dziś nie doceniamy, że dawno temu mieliśmy tych dwóch pisarzy. Oczywiście inni też byli dobrzy, jak Stanisław Trembecki. Juliuszem Słowackim zachwycałem się jako dziecko. Kiedyś chorowałem i leżąc trzy miesiące w łóżku, przeczytałem całego Słowackiego. (…)
Co pan czyta obecnie?
– Teraz przy jedzeniu kończę akurat „Potop”. W toalecie czytam „Martwe dusze”, ale już jest bal, więc zaraz kończę. Niedawno przeczytałem książkę o Lwowie Grzegorza Gaudena („Lwów – kres iluzji. Opowieść o pogromie listopadowym 1918”). To bardzo rzetelna pozycja. Tutaj leży zaczęta nowa powieść Jacka Dehnela „Ale z naszymi umarłymi”. W Warszawie czytam kupiony niedawno piąty tom zbiorowego wydania Juliana Tuwima „Pisma prozą”. Tam są m.in. szkice dotyczące tłumaczeń, ale nie tylko, również rzeczy, które nie były potem drukowane, bo uważano je za mniej interesujące. Czytam też „Antologię polskiej poezji”. Zdarza mi się sięgać po polskich współczesnych pisarzy, których cenię, i to jest wspomniany Dehnel, ale też Krzysztof Varga, Szczepan Twardoch i Olga Tokarczuk. Lubię też książki Tomasza Piątka i jego powieści fantasy. Przeczytałem parę pozycji Krajewskiego i jednego Czubaja, ale już nie czytuję współczesnych kryminałów, co nie znaczy, że ich nie lubię. Ciągle wracam do Agathy Christie. I jest jeszcze moja ulubiona pisarka, Patricia Highsmith. Przeczytałem wszystko, co ukazało się po polsku, tak jak Stephena Kinga. To jest obowiązek. Czytam właściwie pierwszego dnia po polskiej premierze. Nie są te nowe już tak dobre jak „Lśnienie” czy „Smętarz dla zwierzaków”, ale czytam. (…)

Mąż wspominał, że pani również ma bogaty i wspaniały zbiór książek.
LUCYNA KIRWIL: – Tak, ale mój księgozbiór jest zawodowy. Tam są głównie pozycje z zakresu psychologii. Na początku naszego małżeństwa miałam bardzo dużo albumów ze sztuką, ale gdzieś się rozproszyły. (…)
Takich książek, które chciałam przeczytać, ale one już nie wróciły, jest wiele. Już nawet nie pamiętam tytułów, bo tyle lat minęło. Od jakiegoś czasu czytam literaturę kobiecą, to znaczy napisaną przez kobiety. Wcześniej nie sądziłam, że mnie zainteresuje, ale okazuje się, że ta percepcja świata, która jest w literaturze kobiecej, bardziej mi odpowiada niż ta drapieżna, którą widzę w literaturze klasycznej i w literaturze unisex, jeśli można tak powiedzieć. Po latach, ze względu na koleżeńskie układy, przyjaźnie, czytam różne rzeczy znajomych. (…)
W związku z moim zawodem, jeśli chciałam publikować, musiałam czytać literaturę obcojęzyczną. Czytanie po angielsku książek z zakresu psychologii, pełnych nowej terminologii, która po polsku nie istniała, a potem zastanawianie się i nadawanie temu znaczenia, a także czytanie prac studenckich na różnym poziomie zmiotło moje preferencje czytelnicze. Jak coś mi wpadło w ręce, to czytałam. Lubiłam opowiadania, bo było szybciej i nie traciłam wątku. Czytam jedną książkę, nie kilka jednocześnie. Niektórzy czytają tę dla rozrywki, tę na zaśnięcie, tę do śniadania, tę z miłości, np. do pani Bovary albo Anny Kareniny. (…)
Myślę sobie, że cała moja trwająca blisko 30 lat przygoda z literaturą fachową teraz ma inne przełożenie, bo wiele z tych książek już przetłumaczono, wiele terminów dostało polskie znaczenie. Teraz czytanie tego nie stanowi już tak wielkiego wysiłku, nie trzeba się przedzierać przez nieznane, a kiedyś poprzez lekturę wnikało się w całkowicie inny świat. Moja praca powodowała, że czytałam dużo mniej beletrystyki – byłam po prostu zmęczona. Robiłam również badania w projektach Komisji Europejskiej, dla mass mediów oraz Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, co wiązało się z czytaniem raportów po 200, 300 stron. Czasem musiałam przejrzeć cały, żeby znaleźć potrzebną mi stronę. W tamtym okresie stać mnie więc było jedynie na czytanie czasopism. Teraz mam więcej czasu i z przyjemnością czytam literaturę pisaną przez kobiety. Odkrywam w niej prawdziwy świat, w którym autorki widzą więcej. Przypomina mi ona wielką literaturę romantyczną, gdzie mężczyźni autorzy widzieli świat bardziej poetycko. (…)
Nie wyobrażam sobie, że bez doświadczenia czytania i wyobrażania sobie, co w tych słowach i w książkach jest, człowiek może być do końca uspołeczniony. Ćwiczenie funkcji wyobraźni i myślenie o tym, jak wyglądają relacje między ludźmi, a to daje nam właśnie książka, powoduje, że nie zamykamy się na widzenie tylko tego, co jest na ekranie czy obrazku. Książka pokazuje nam więcej możliwości.
Oczywiście to zależy od wielu czynników i od własnych doświadczeń, w tym zasobu słownictwa. Trzeba sobie, Jurku, uczciwie powiedzieć, że nie bylibyśmy razem, gdybyśmy nie rozmawiali tak, jak rozmawiamy, a nie rozmawialibyśmy tak, gdybyśmy nie przeczytali tego wszystkiego, co przeczytaliśmy.
J.B.: – Ładny wniosek. (…)

Fragmenty rozmowy
z książki Aleksandry Rybki Pokaż mi swoją bibliotekę, Znak, Kraków 2020

Wydanie: 27/2020

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy