Daje im szkołę w Brukseli

Daje im szkołę w Brukseli

Kiedyś od ucznia dostałam maila: „Dzień dobry. Szukam żony polskiego pochodzenia. Czy mogę się uczyć z panią polskiego?” – śmieje się Joanna Karczewska

Ma 26 lat, nietuzinkową urodę i nie boi się nowych wyzwań. W 2000 r. z Włocławka wybrała się na studia do Warszawy. Dziś jest właścicielką szkoły językowej w Brukseli.

Między Flamandami i Holendrami

O nauczaniu i tłumaczeniu myślała od dawna. Miłość do języków zaczęła się w rodzinnym Włocławku. Wybrała tam klasę z rozszerzonym programem języka niemieckiego. Na filologię germańską bez problemów dostała się do Gdańska, Poznania i Warszawy. Wybrała Uniwersytet Warszawski. Angielskiego uczyła się prywatnie, ale szukała nowych wyzwań. Nie obyło się bez wątpliwości. – Wraz z rodziną zastanawiałam się, czy ten język kiedyś w życiu mi się przyda. Po pewnym czasie jednak zrodziła się fascynacja niderlandzkim oraz kulturą Belgii i Holandii. Podjęłam też drugi kierunek studiów: filologię niderlandzką – wspomina Joanna Karczewska.
Kiedy dowiedziała się o możliwości wyjazdu na roczne stypendium Sokratesa do Brukseli, nie wahała się ani chwili. W Belgii chodziła na zajęcia z lingwistyki stosowanej w Erasmushogeschool. Każdego dnia pod opieką fachowców ćwiczyła tłumaczenia z niderlandzkiego, niemieckiego i angielskiego. – Bruksela okazała się znakomitym miejscem do moich badań na temat identyfikacji kulturowej Flamandów i Holendrów. Praca magisterska dotyczyła podobieństw i różnic w zakresie historii i języka, które wpływają na mentalność ludzi. Belgia i Holandia do pewnego okresu miały wspólną historię, słychać w nich język niderlandzki, ale w najróżniejszych dialektach. To właśnie one są pierwszym językiem ojczystym Flamandów i Holendrów – tłumaczy.

Język na wagę złota

Eura Languages powstała w Brukseli w październiku 2006 r. – Wiele czasu zajęły mi formalności związane z numerem VAT. Przez kilka tygodni uczyłam się przedsiębiorczości, a następnie zdałam egzamin państwowy w Brukseli. To umożliwiło mi załatwianie większości spraw administracyjnych. Nie było to trudne, ale wymagało czasu i cierpliwości – wspomina Joanna Karczewska. Wcześniej zdobyła w Belgii uprawnienia tłumacza przysięgłego języka niderlandzkiego. Cała procedura trwała kilka miesięcy – sprawdzanie kwalifikacji, nostryfikacja polskiego dyplomu. Przysięgę składała w dwóch sądach w Belgii – w Dendermonde i Leuven.
W Eura Languages można uczyć się: polskiego, niderlandzkiego, angielskiego i niemieckiego. Nasz język okazał się na tyle potrzebny, że Joanna Karczewska wykłada go we wszystkich regionach Flandrii. – We wrześniu 2006 r. od flamandzkiej organizacji rolniczej De Boerenbond dostałam maila z pytaniem, czy byłabym zainteresowana poprowadzeniem kursu języka polskiego dla flamandzkich rolników, którzy zatrudniają Polaków do pracy sezonowej, np. przy zbiorze truskawek, szparagów, sortowaniu jabłek, gruszek itp., i nie mogą się z nimi w żaden sposób porozumieć. Pracownik z Polski znający podstawy języka angielskiego lub niemieckiego jest tu prawdziwym skarbem! Podobne tradycje związane z rolnictwem oraz mentalność ułatwiają nawiązanie długiej znajomości, tymczasem bariera językowa jest często tak duża, że nie można marzyć o jakiejkolwiek komunikacji w szklarni lub na polu uprawnym. Wielu właścicieli flamandzkich gospodarstw rolnych decyduje się na szybki kurs języka polskiego, chcąc poznać kilka zdań i wyrazów, np.: „sortuj gruszki”, „to jest niebezpieczne”, „to jest dobrze” itp. – opowiada. Przyjęła propozycję i przygotowała skrypt oraz słowniczek. Na kolejne zgłoszenia nie musiała długo czekać – po pierwszym kursie pojawiły się następne.
– Język polski jest dla cudzoziemców prawdziwym wyzwaniem. Nie mówiąc już o siedmiu przypadkach, które są dla nich abstrakcją. W swoim języku nie mają czegoś takiego. Dlatego ich wyzwanie jest ogromnym wyzwaniem również dla mnie. Poza tym nauczanie języka polskiego jest dla mnie niesamowitym przeżyciem za granicą, gdzie mój język ojczysty słyszę tylko od czasu do czasu. Moi uczniowie uczą się podstaw języka polskiego z naciskiem na zwroty związane z rolnictwem. W ich zeszytach znajdują się więc listy z takimi słowami jak skrzynka, traktor, pomidor – wylicza Joanna Karczewska.
Polaków uczących się niderlandzkiego nie jest dużo w porównaniu z grupami uczęszczającymi na kursy francuskiego. – Ci, którzy szukają pracy we Flandrii (północna część Belgii), zmuszeni są do nauki języka niderlandzkiego. Każdy Flamand ceni sobie pracownika znającego jego język ojczysty i rzadko ma ochotę rozmawiać z nim po francusku, czyli w drugim oficjalnym języku w Belgii. Tak więc pozostaje nauka słówek Goede dag (dzień dobry) i tot strkas (na razie) – mówi włocławianka.
Flamandowie pytają ją o różne rzeczy. Interesują ich m.in.: wódka, bigos, polskie kobiety, Warszawa, komunizm. – Często przynoszę ze sobą na lekcje zdjęcia, np. polskiego górala – śmieje się Joanna Karczewska. – Kiedyś od jednego z uczniów dostałam maila o treści: „Dzień dobry. Szukam żony polskiego pochodzenia. Czy mogę się uczyć z panią polskiego? Pozdrawiam”. Zabawne sytuacje związane są głównie z przekręcaniem wyrazów lub zupełnie innym znaczeniem wyrazów, np. polskie słowo rok w języku niderlandzkim oznacza spódnicę, nasz sok zaś to ich skarpetka.

W pogoni za bigosem

Zaprzyjaźniła się z dwiema Polkami, które poznała podczas studiów w Brukseli. Należy do Polsko-Belgijskiego Stowarzyszenia Tłumaczy i Filologów, gdzie regularnie pije kawę z koleżankami po fachu. W Brukseli kupuje w polskich sklepach.
– Chodzę tam po chleb lub pączki – śmieje się Joanna Karczewska. – I czytam polską gazetkę, która ukazuje się tu raz w miesiącu. W razie potrzeby mogę odwiedzić polskiego fryzjera i zjeść bigos w polskiej restauracji w Brukseli. Taka mała Polska w Belgii! W niedzielę można udać się w Brukseli na mszę w języku polskim i od czasu do czasu na koncert polskiego zespołu lub wystawę obrazów polskiego artysty. W Belgii istnieją polskie zakłady fryzjerskie, polskie sklepy, polska restauracja, polska wypożyczalnia wideo i dvd. Polacy stanowią najliczniejszą zorganizowaną grupę społeczną w Belgii.
Pani Joanna potwierdza, że stolica Belgii jest miejscem międzynarodowym. – Na każdym kroku słychać tu wiele języków. W różnych częściach miasta znajdują się takie „małe państewka” w postaci polskiego sklepu, greckiej restauracji czy sklepu z chińską odzieżą. Bruksela jest taką właśnie mozaiką i robi wrażenie na każdym turyście, który zwiedza ją przynajmniej kilka godzin. Każdy znajdzie tu swoje miejsce – zauważa.
Znajduje czas nie tylko na pracę i zakupy. Stara się zwiedzać region, spełnia się też w kuchni – jej specjalnością są potrawy flamandzkie, polskie i tajskie. Nie stroni od belgijskich piw.
– Wśród moich przyjaciół są Flamandowie, Polacy, Tajka. W Belgii mam więc okazję mówić „na zdrowie” w wielu językach – podkreśla.

 

Wydanie: 27/2007

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy