Dowiesz się, za kogo siedzisz

Dowiesz się, za kogo siedzisz

O zabójcy mówiono „Adam z Warszawy”. A że był to Adam Ch., a nie Adam D., policji, prokuraturze i sądom jakoś umknęło

Od prawie dziesięciu lat święta Bożego Narodzenia oznaczają dla niej wyjazd – często na drugi koniec Polski – do kolejnego zakładu karnego, gdzie jej mąż, Adam, odsiaduje 25-letni wyrok. – Od początku wiedziałam, że jest niewinny, teraz wreszcie mam dowody. Zrobię wszystko, mogę nawet sprzedać mieszkanie na koszty, ale doprowadzę do ponownego procesu – zapewnia mnie, gdy się rozstajemy.
Szybkim, zdecydowanym krokiem mija uliczny tłum. Jest taka krucha, z daleka nie do odróżnienia od uczennic z pobliskiego liceum, które ze śmiechem wysypały się na chodnik.

Sędzia Piwnik zwraca uwagę

Pierwszy poważny sygnał, że Adam Dudała może być niewinny, wyszedł w roku 2008 z Sądu Okręgowego Warszawa-Praga. Barbara Piwnik była referentem aktu oskarżenia mec. Jana Widackiego, którego proces miał się zacząć. Sędzia wnioskowała o zwrócenie akt prokuraturze w Białymstoku, dopatrzyła się bowiem wielu braków na etapie postępowania przygotowawczego. Wskazała, co należałoby uzupełnić.
Na długiej liście mankamentów znalazło się m.in. zalecenie ustalenia charakteru kontaktów Sławomira R., pseudonim „Woźny” (którego wyjaśnienia, a raczej, jak się potem okazało, oszczerstwa, były podstawą oskarżenia znanego adwokata), z funkcjonariuszami CBŚ w Białymstoku i tamtejszymi prokuratorami.
Ponadto sędzia referent stwierdziła, że zobowiązana jest zwrócić uwagę sądu apelacyjnego na to, że w toczących się w jej wydziale dwóch sprawach o sygnaturach VK 87/05 i VK 64/05 ujawniono okoliczności mające związek ze sprawą zabójstwa Mirosława K., pseudonim „Kozyr”, w 1999 r. w Wiartlu. Został wtedy skazany na 25 lat Adam Dudała, określany w śledztwie jako „Adam z Warszawy”. Dudałę uznano za zabójcę wyłącznie na podstawie tego, co powiedział również podejrzany w tej sprawie Sławomir R.
„Należy wyjaśnić – napisała sędzia Piwnik w opinii – kwestię ujawnionej u Sławomira R. pocztówki z przełomu lat 2003-04”.
Sąd apelacyjny uznał jednak, że braki w materiale dowodowym można uzupełnić w trakcie procesu. Proces mecenasa się zaczął. Sprawa zabójstwa w Wiartlu (z którą oskarżony nie miał nic wspólnego) miała szanse wypłynąć tylko dzięki wnikliwości przewodniczącej składu sędziowskiego. Została nią sędzia Małgorzata Wasylczuk.

Co się zdarzyło w Puszczy Piskiej?

W lipcu 1999 r. do letniskowej wsi Wiartel na skraju Puszczy Piskiej przyjechali samochodami Jarosław K. z Łomży, pseudonim „Kowal”, Sławomir R. z Białegostoku, Jan M. z Zambrowa i mężczyzna określany potem w aktach śledczych jako „Adam z Warszawy”. Mieli broń i kije bejsbolowe. Po drodze, w Łomży, zabrali do pomocy jeszcze kilku innych mężczyzn.
Zamierzali rozprawić się z „Kozyrem”, który poprzedniego dnia ze swymi kumplami pobił na biwaku Tomasza M., ochroniarza w agencji towarzyskiej.
W tamtych latach haraczami od właścicieli sekretnych lokali na Mazurach dzielili się gangsterzy grup olsztyńskiej i łomżyńskiej. „Kozyr” trzymał z olsztyniakami, Tomasz M. – z Łomżą. Ci, którzy przyjechali na „rozkminkę” do Wiartla, byli z mafii łomżyńskiej.
Pod domem „Kozyra” Sławomir R., pseudonim „Woźny”, i Jarosław K., „Kowal”, pałkami zaatakowali ochroniarza. Przyszło im to łatwo, bo napadnięty był pijany. Skutego kajdankami wrzucili z pomocą „Adama z Warszawy” do bagażnika samochodu. Był już wieczór, gdy dojechali do puszczy. Tam, na polanie zaczęło się przesłuchanie „Kozyra”. Bili go, kopali. Sławomir R. przypalał mu skórę, nacinał tasakiem, inny napastnik oblał ofiarę moczem. „Kozyr” nie chciał zdradzić knowań gangsterów z Olsztyna. Wtedy „Kowal” z Adamem strzelili do niego najpierw śrutem, potem z ostrej broni. Niedającego oznak życia ochroniarza wyrzucili do przydrożnego rowu. Tam wykrwawił się na śmierć.
Dwa tygodnie po zabójstwie „Kozyra” ci sami sprawcy – oprócz Jana M. z Zambrowa – pojechali do Olsztyna rozprawić się raz na zawsze z Januszem B., pseudonim „Burak”, przeciwnym „łomżyniakom” szefem kilku agencji towarzyskich. Tym razem wyrok śmierci wykonał swoim pistoletem „Adam z Warszawy”.
Sprawy obu morderstw prowadziła prokuratura w Białymstoku. Sławomir R. od pierwszego dnia ochoczo z nią współpracował. Dzięki temu śledczy szybko poznali prawdziwe nazwiska podejrzanych. Jedyne problemy mieli z rozszyfrowaniem tajemniczego „Adama z Warszawy”. Sławomir R., chcąc ratować własną skórę, pomógł śledczemu w szybkim wskazaniu sprawcy. Na tablicy poglądowej wybrał fotografię Adama Dudały jako tego, który strzelał w Wiartlu i w Olsztynie.
Dudała nigdy – ani w postępowaniu przygotowawczym, ani w sądzie – nie przyznał się do zabójstw. Nie wskazali też na niego żadni inni świadkowie. Mimo to akt oskarżenia został sporządzony i po kilku latach zapadły prawomocne wyroki. Oskarżeni, poza Adamem Dudałą, przyznali się do udziału w zabójstwach na Mazurach. Wszyscy dostali po 25 lat. Również Sławomir R., który miał nadzieję, że mu się upiecze, ale się przeliczył.
Dudała do końca twierdził, że nie był na miejscu zbrodni, a jedyny dowód w jego sprawie – wyjaśnienia Sławomira R. – jest fałszywy. Odwoływał się od wyroku, pisał nawet w tej sprawie do Strasburga. Bezskutecznie.

Zmowa milczenia

Sprawa o sygnaturze VK 64/05 (sądzi Barbara Piwnik) dotyczy zamordowania na zapleczu sklepu spożywczego w Warszawie niejakiego Wiesława B. Był on sąsiadem Adama Ch., pseudonim „Pryszczaty”, konkubenta właścicielki sklepu Agnieszki R. Całe to towarzystwo handlowało narkotykami, odbierało też haracze od drobnych przedsiębiorców i prostytutek na trasie łomżyńskiej. Nazwisko Adama Ch. liczyło się w strukturach mafii z Wołomina.
W 2005 r. został on zastrzelony przez Wiesława B. Był to wyrok wykonany na zlecenie gangsterów, którzy uznali, że Ch. za bardzo podskakuje. Gdy po kilku miesiącach dociekań Agnieszka R. dowiedziała się, kto pociągnął za spust, kazała bratu ofiary zabić sąsiada. B. został zwabiony na zaplecze sklepu i zatłuczony młotkiem.
W czasie śledztwa R., licząc na niższy wyrok, zdecydowała się na współpracę z prokuraturą. Dzięki temu łatwiej przebiegało dochodzenie w drugiej sprawie – zabójstwa Adama Ch. Ten równolegle toczący się proces przed Sądem Okręgowym Warszawa-Praga ma sygnaturę VK 87/05. Przewodniczącym składu sędziowskiego jest Piotr Janiszewski.
W procesie zeznawał jako świadek Jan M., który został skazany za morderstwo w Wiartlu.
– Znałem Adama Ch. i jego kobietę. W latach 2003-2004 Agnieszka wielokrotnie przyjeżdżała do mnie do aresztu na widzenia. Nie wiem, na jakie nazwisko wchodziła. Mówili mi, że na dowód Beaty K. Gdy odbywał się proces, nigdy nie padło nazwisko Adama Ch., choć ja wiedziałem, że to on strzelał. Według wyjaśnień Sławomira R. kilerem miał być Dudała. To nie była prawda, ale nie zaprzeczałem, bo bałem się „Pryszczatego”. On wynajął mi adwokatów. Ci pilnowali, abym tak w śledztwie, jak i na rozprawach nic nie powiedział o Ch. Nawet przekazali mi groźbę „Pryszczatego”, że jeśli coś ujawnię, stanie się krzywda mojej rodzinie.
Jan M. zeznał, że przed wyrokiem w jego sprawie Agnieszka R. zapewniała go podczas widzeń, że jej Adam nagra na wideo oświadczenie, w którym przyzna się do zbrodni. Kasetę prześle na policję i zaraz ucieknie za granicę. Powiedziała mu też, że opłacają adwokata dla Sławomira R., jest więc gwarancja, że „Woźny” podtrzyma przed sądem to, co mówił w śledztwie.
– Nic nie powiedziałem o Adamie Ch. – zeznał świadek na procesie zabójców „Pryszczatego” – bo myślałem, że nie będę skazany. A wyszło tak, że po śmierci Adama opuścili mnie adwokaci przez niego opłacani i nie było żadnego nagrania. Dostałem obrońcę z urzędu, który wprawdzie złożył apelację, ale bezskuteczną.
Uzupełnieniem tych zeznań są grypsy Roberta R. znalezione w mieszkaniu Adama Ch. Zamknięty wówczas w więzieniu boss „Wołomina” zapewnia bojącego się o swą skórę „Pryszczatego”, że może czuć się bezpieczny, Jan M. to stary recydywista i „nie pęknie”. Dowód ten znajduje się w aktach sprawy SO Warszawa-Praga VK 87/05.
Zeznania Jana M. uzupełnił też Jacek K., pseudonim „Citek”, jeden z oskarżonych w procesie o zabójstwo Adama Ch. Przypomniał sobie, że kiedyś w jego obecności Adam Ch. rozmawiał z pewną mecenas o sprawie dotyczącej zabójstwa w Wiartlu: – Uważał, że policja nic o nim nie wie, choć jednym z podejrzanych był jakiś Adam. Ale tylko imię się zgadzało, śledczy szli fałszywym tropem. Z tej rozmowy wynikało jasno, że „Pryszczaty” strzelił do ochroniarza agencji towarzyskiej z Wiartla i konającego zostawił w przydrożnym rowie. Wiem też, że Agnieszka R. jeździła na widzenia z Janem M. (…).
Również kolejny świadek w tej sprawie, Jarosław K., ksywa „Kowal” (skazany na 25 lat za morderstwa na Mazurach), potwierdził przed sądem, że znał Adama Ch. i za jego pieniądze miał wynajętych trzech adwokatów. Pilnowali, aby nie ujawnił, że „Pryszczaty” strzelał do mężczyzn z agencji towarzyskich. „Kowal” miał wrobić Dudałę, choć pierwszy raz zobaczył go dopiero na rozprawie. Nawet się zdziwił, że „CBS-y wytypowały „Woźnemu” do potwierdzenia faceta, którego nie sposób było pomylić z „Pryszczatym”. Adam Ch. był niski, krępy i miał dzioby na twarzy. Adam Dudała to wysoki, postawny mężczyzna z charakterystyczną myszką na policzku”.
Wreszcie przed warszawskim sądem złożył oświadczenie Robert R., pseudonim „Rudy” – główny oskarżony w procesie zabójców Adama Ch., uważany za szefa odrodzonej mafii wołomińskiej. Powiedział: – O tym, że w Wiartlu Adam Ch. postrzelił mężczyznę i ten się wykrwawił, wiem od samego sprawcy. Ujawniłem to jeszcze na etapie śledztwa w ostatniej mojej sprawie, ale policjanci nie zapisali, bo chcieli już kończyć dochodzenie i mieszałem im szyki. Agnieszka R. jeździła z polecenia swojego Adama na widzenia z oskarżonymi o zabójstwa na Mazurach.
Bulwersujący jest udział adwokatów w oszustwie Adama Ch. Oto co powiedział przyprowadzony z aresztu na rozprawę B., który miał w Warszawie kancelarię adwokacką. Gdy wyszły na jaw jego zawodowe oszustwa, a także z uwagi na to, że żona była prokuratorem, zmienił nazwisko.
– Adam Ch., w którego sprawach nigdy nie występowałem w sądzie, przyjeżdżał do mojej kancelarii ze zleceniami obrony innych osób. Zazwyczaj był z nim Robert R. („Rudy”) z Wołomina. W grudniu 2003 r. dał mi telefon komórkowy, ładowarkę, dyktafon i kasety, abym przemycił do aresztu w Białymstoku Jarosławowi K., oskarżonemu o zabójstwo w Wiartlu. Ja wtedy byłem pełnomocnikiem jego i Jana M. w tej sprawie. Przy wnoszeniu paczki zostałem przyłapany i postawiono mi zarzut utrudnienia postępowania karnego. W śledztwie skłamałem, że spotkałem przed sądem Zdziśka i Miśka – kolegów moich tymczasowo aresztowanych klientów. Wręczyli mi mały pakunek owinięty czarną folią. Najpierw mówiłem, że tego nie wolno mi zrobić, ale Zdzisiek się zdenerwował i powiedział stanowczo: – Ja panu każę.
– A jeśli tego nie wezmę, co wtedy? – zapytałem.
– Pan ma żonę, córki, może im się coś złego przytrafić.
Byłem więc skazany na próbę wniesienia do aresztu telefonu i sprzętu nagrywającego. Ale ze strachu o moją rodzinę nie ujawniłem w czasie przesłuchania w CBŚ, kto kazał mi to zrobić. Nabrałem odwagi dopiero po śmierci Adama Ch.
Wreszcie oskarżona Agnieszka R. na sprawie VK 64/05 przyznała przed sędzią Piwnik, że na polecenie konkubenta jeździła na widzenia do osadzonego w zakładzie karnym w Białymstoku Jana M. Przepustki miała wypisane na inne nazwisko, ponieważ Adam nie chciał, aby kojarzono go ze sprawą o zabójstwo.

Przyjeżdżałem na gotowca

W tym czasie w innej sali warszawskiego sądu w gmachu w al. Solidarności wprowadzano na rozprawę więźnia Sławomira R., pseudonim „Woźny”, którego Jan Widacki miał namawiać w areszcie do złożenia kłamliwych zeznań, wspierających linię obrony klienta mecenasa przed sądem apelacyjnym.
Dziś, po dwóch latach procesu, już wiadomo, że akt oskarżenia znanego adwokata i posła został zbudowany na pomówieniach Sławomira R. Przełom w toczącym się procesie nastąpił w momencie, gdy przyszła kolej na tego świadka i sędzia Małgorzata Wasylczuk odczytała Sławomirowi R. jego zeznania złożone przed prokuratorem.
Bez wahania oświadczył, że „w 99 procentach nie są zgodne z prawdą”. Mecenas niczego mu nie dyktował ani niczego za złożenie oświadczenia nie obiecywał. Nie było nacisków, żadnych gratyfikacji za przysługę. Kłamstwa w śledztwie to wynik zaangażowania się w oskarżenie mecenasa „wielu osób na wysokim szczeblu z szeroko rozumianego wymiaru sprawiedliwości, polityki, z mediów”. Zależało im na przedstawieniu adwokata z poselskim mandatem jako człowieka powiązanego z mafią pruszkowską.
Pod koniec rozprawy Sławomir R. podsumował swe nowe zeznania: – Zostałem wykorzystany do oczernienia pana Widackiego. Prokurator na mnie żadnych treści nie wymuszał. Ja przyjeżdżałem na gotowca. (…) Zanim włączono magnetofon, pytali mnie, czy zrozumiałem, o co chodzi. Proszę sprawdzić, jak często były przerwy. Gdyby zrobiono badanie fonoskopijne tych nagrań, wyszłyby podszepty, podpowiedzi: „To zmień, tamto powiedz inaczej”. Instruowali mnie, gdy coś wychodziło nie w ten deseń.
Sąd: – Czy świadek mógł dzwonić, leżąc w celi na łóżku, o każdej porze dnia i nocy?
– Praktycznie tak. Miałem kilka telefonów komórkowych.
Sędzia Wasylczuk pamiętała o krytycznych uwagach do aktu oskarżenia koleżanki z wydziału, sędzi Barbary Piwnik, w tym o konieczności wyjaśnienia znalezionej u Sławomira R. pocztówki z przełomu lat 2003-2004.
Okazano więc świadkowi ową zgrzebnie wyglądającą pocztówkę. Zaraz po tym, gdy Sławomir R. na pytanie, czy zastrzelony w 2005 r. mężczyzna z Warszawy o imieniu Adam, o którym mówił we wcześniejszych zeznaniach, nazywa się Adam Ch., odpowiedział wykrętnie: „Imię się zgadza, nazwiska nie znam, pseudonim chyba „Brzydki” lub jakoś tak. Utrzymywałem z nim kontakty, pomagał mi w areszcie, dopóki go nie wykończyli”, sędzia odczytała świadkowi treść korespondencji na pocztówce. Było tam napisane: „Na wstępie pozdrawiam cię. Tak jak ci obiecałem, na pewno będę ci pomagał i wszystko załatwiał, co potrzebujesz. PS Wpłaciłem ci na wypiskę 400 zł. Jacek”.
Sławomir R.: – Tak, to jest widokówka od nieżyjącego Adama. Czyli osoby, która pomagała mi finansowo do sierpnia 2005 r.
Czy można mu wierzyć? Dwukrotnemu mordercy, gwałcicielowi dziecka? Wcześniej wiarygodność R. starał się podważyć obrońca prof. Widackiego, występując do sądu o dopuszczenie dowodów z wyroków Sądu Okręgowego w Białymstoku. Chodziło m.in. o sprawę Lecha K., w której właśnie R. złożył doniesienie o przestępstwie i był głównym świadkiem oskarżenia. W listach wysyłanych z więzienia do prokuratora pomawiał K. o podżeganie do zabójstwa.
W 2003 r., gdy proces już się toczył, niespodziewanie odwołał oskarżenia. Pełnomocnik Lecha K. dostała list: „(…) Jeszcze raz przepraszam, o ile to w czymś pomoże, za to, że niewinnego w tejże sprawie człowieka obciążyłem fałszywymi zeznaniami. Życzę powodzenia”.
Wkrótce potem R. w liście do prokuratora odwołuje to, co wcześniej odwołał, i zapewnia, że tym razem podaje najprawdziwszą prawdę. Skąd taki zwrot? „Miałem odwołać – tłumaczy – wszystkie zeznania obciążające K. i w zamian za to miałem otrzymać pieniądze. (…) Ja się wywiązałem, a ci ludzie mnie okłamali. Z mojej celi usłyszałem przez okno, że ci, których obciążyłem, chcą mnie zabić, więc ja teraz piszę, że to, co zeznałem wcześniej przed panem i policją, to jest prawda. Ale proszę o zapewnienie mi ochrony”.
Nawiasem mówiąc, sąd uniewinnił oskarżonego – i pomówionego – przez Sławomira R.
„Woźnemu” nie był też obcy szantaż. Na procesie prof. Widackiego zeznawała matka Jarosława K., „Kowala”, owego handlarza narkotyków z Łomży, który dostał 25 lat za zabójstwo popełnione wspólnie z R. Twierdziła, że „Woźny” z więzienia terroryzował telefonami całą ich rodzinę (kobieta nagrywała te rozmowy). R. obiecywał, że jeśli wpłacą mu na konto 60 tys. dol. i dostarczą do celi narkotyki, napisze do sądu apelacyjnego takie zeznanie w sprawie morderstwa, że wnuczek, którego wychowują dziadkowie, szybko zobaczy swego ojca na wolności.
Świadek przedstawiła sądowi nagranie rozmowy telefonicznej ze Sławomirem R. Oto fragment:
R.: – Zrobimy tak: wpłaćcie część, drugą część, jak napiszę, a trzecią (…), jak już będzie w sądzie to wszystko i wtedy każdy będzie miał pewność…
Matka „Kowala”: – No wie pan, trudno nam będzie wyłożyć przykładowo pieniądze, jak nie będziemy mieli żadnej pewności.
R.: – Ja piszę tak, jak należy, i nie ma problemu. (…)To jest takie proste, jak nie wiem.
W toku sprawy Jana Widackiego sąd postanowił, że radykalnie zmieniający zeznania Sławomir R. powinien być przesłuchiwany w obecności psychologa. Opinia sporządzona przez kilku biegłych ujawniła cechy osobowościowe świadka, które nakazują wielką ostrożność w ocenie jego zeznań.
Psycholodzy stwierdzili osobowość dyssocjalną, od lat uzależnioną od narkotyków i leków psychotropowych. Ich zdaniem zachowanie R. „skierowane jest na zaspokajanie swoich doraźnych potrzeb ze skłonnością do tworzenia i posługiwania się kłamstwem, szczególnie przy prowadzeniu gry o pozyskanie dla siebie ewidentnych korzyści. Postawa tego człowieka jest postawą osobnika o cechach psychopatycznych, nastawionego na prowadzenie gry w ramach własnego egoizmu. Z drugiej strony jest on podatny na sugestie, wpływ i manipulacje otoczenia, zwłaszcza jeśli z jakichś względów ma ono nad nim przewagę”.
Na procesie Jana Widackiego R. podał metody, jakie stosowali wobec niego prowadzący śledztwo. Gdy przedstawiono mu zarzut zgwałcenia pięcioletniej siostrzenicy, był wożony po więzieniach i osadzany w celach wieloosobowych, gdzie wszyscy wiedzieli, o jakie przestępstwo jest oskarżony. W ten sposób, twierdził R., zmuszono go do współpracy ze śledczymi. I „kombinowania, kręcenia, oszukiwania”…

Wolni od strachu

Zwrócił na to uwagę Sądu Najwyższego mec. Jacek Brydak, który wobec ujawnienia nowych okoliczności zabójstwa na Mazurach został obrońcą Adama Dudały.
Do wniosku o wznowienie postępowania przed Sądem Okręgowym w Białymstoku adwokat dołączył raport biura detektywistycznego. Jego pracownicy na zamówienie żony Dudały odwiedzili w 2010 r. w więzieniach skazanych w sprawie bestialskiego pozbawienia życia ochroniarza z Wiartlu.
Rozmowy zostały nagrane. Oto, co ci więźniowie powiedzieli detektywom:
Jarosław K., „Kowal”, zakład karny w Barczewie: – Oświadczam, że Adama Dudałę poznałem dopiero na rozprawie w sądzie. W Wiartlu na pewno go nie było. (…) Ch. zaraz po zabójstwie dokładnie wyczyścił swego mercedesa i sprzedał pewnemu taksówkarzowi. Moja toyota, w której w drodze powrotnej wiozłem postrzelonego „Kozyra”, została sprzedana do Moskwy. Ch. mówił mi, że broń wyrzucił i kupił sobie nowy pistolet.
Sławomir R. z więzienia wysyłał grypsy do mojej rodziny z żądaniem przekazania mu pieniędzy za obietnicę odwołania obciążających mnie zeznań w śledztwie. A także godzinami telefonował, w celi miał do dyspozycji kilka aparatów. Mówiłem na rozprawie w Białymstoku, że to szantażysta, dla pieniędzy na narkotyki wszystko zrobi, przedstawiałem nagranie jego rozmowy z moją matką. Sąd nie uznał tego dowodu, twierdząc, że celowo chcę przedłużyć proces.
Jan M., zakład karny w Czerwonym Borze: – Do Wiartla na milion procent pojechał Adam Ch., ksywa „Pryszczaty”. Swojego srebrnego mercedesa szybko sprzedał, żeby przypadkiem policja nie wpadła na trop. Byłem przy tej transakcji. Adam D., gdy siedział w areszcie, starał się wpłynąć na mnie i „Kowala”, abyśmy powiedzieli przed sądem prawdę. Ja mu tłumaczyłem: „Za kogo siedzisz, dowiesz się z czasem, na razie nie rób głupich ruchów”. Myśmy dlatego na sprawie nie złożyli wyjaśnień świadczących o niewinności Dudały, bo jako grypsujący nie chcieliśmy obciążać winą kumpli z grupy. Dudała był obcy, to, że niewinny, nie miało wtedy znaczenia.
Poza tym ja się bałem „Pryszczatego”. Przekazał mi do więzienia, że gdybym go wkopał na rozprawie, zamorduje moje dzieci. To mi potwierdzili wynajęci dla mnie przez Adama Ch. adwokaci, którzy w sądzie pilnowali, abym w ogóle nie wymieniał jego nazwiska. Przestałem się bać Ch. dopiero po jego śmierci.
Detektywi dotarli też do odsiadującego wyrok w więzieniu w Herbach Adama Dudały. Zapytali go m.in., dlaczego nie powiedział w czasie śledztwa, że w lipcu i w sierpniu 1999 r. był w hotelu w Ustce. Przecież było to ważne alibi, zwłaszcza że miał dokumentujące ten pobyt amatorskie fotografie.
Jak tłumaczył skazany, chciał ukryć ten fakt, bo do Ustki pojechał na zaproszenie przyjaciela, Andrzeja Kolikowskiego (słynnego „Pershinga”). Nie chciał, aby jego nazwisko było kojarzone z „ojcem chrzestnym” mafii pruszkowskiej, a na zdjęciach znad morza stali koło siebie.
Do wniosku mec. Brydaka została też dołączona ekspertyza z badania na wykrywaczu kłamstw, dotycząca prawdziwości wyjaśnień jego klienta, że nie brał udziału w zabójstwach na Mazurach. Badaniom na wariografie Dudała poddał się z własnej woli.

Życie od nowa?

Patrycja Dudała wierzy, że w roku 2011 jej mąż wróci do domu. Odsuwa dręczącą ją czasem myśl, jak im się ułoży w normalnym życiu. Nie chodzi o pieniądze, choć Adam stracił wszystko, co miał. Czy ich miłość przetrwa? Ona już nie jest tą delikatną 19-latką, która nawet na więzienny ślub założyła romantyczną białą suknię. Stwardniała, odsunęła się od znajomych, przyjaciółek. Przez prawie 10 lat w jej życiu liczyła się tylko praca i regularne, co dwa tygodnie wyjazdy na widzenia z mężem.
Gdy Adam wyjdzie, wszystko zaczną od nowa.

Wydanie: 51-52/2010

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy