Teraz kogut!

Teraz kogut!

U mistrza Sarzyńskiego w Kazimierzu Dolnym

Zachęcanie do odwiedzenia takich miejscowości jak Kazimierz Dolny nad Wisłą byłoby nietaktem. Przecież niemal każde dziecko w Polsce wie, że w tym pięknym grodzie nie tylko warto, ale należy zobaczyć renesansowy rynek, farę, klasztor oraz spichlerze. Do turystycznych obowiązków należy także spacer nadwiślańskim wałem. To już niemal reguła, że kto zawita do Kazimierza po raz pierwszy, ten powraca do niego wielokrotnie. Sprawiają to niepowtarzalna atmosfera oraz swoista magia.
Jedną z największych atrakcji od ponad 20 lat jest piekarnia –
Pracownia Pieczywa Artystycznego mistrza Cezarego Sarzyńskiego.

W odtworzonej XVII-wiecznej kamienicy na ul. Nadrzecznej znajduje się nie tylko część produkcyjna, ale też pomieszczenia do sprzedaży wyrobów i urocze restauracje. Gościnność gospodarzy i oryginalne wypieki sprawiają, że piekarnia jest miejscem spotkań wielu ludzi i pełni rolę salonu towarzyskiego. W stylowo urządzonych wnętrzach bywają zagraniczni i krajowi goście ze świata polityki, kultury, biznesu i sportu. Dość powiedzieć, że wielkim admiratorem piekarni był legendarny kurier Polski podziemnej, prof. Jan Karski, któremu poświęcona jest pamiątkowa tablica na frontonie kamienicy. Przed kilkoma laty firmę Sarzyńskiego odwiedzili ówcześni ministrowie spraw zagranicznych Niemiec – Klaus Kinkiel i Polski – Dariusz Rosati. Częstymi gośćmi bywają Daniel Olbrychski, Jan Wołek, Romuald Lipko i Krzysztof Cugowski. Do tego grona dołączyli stosunkowo niedawno reprezentanci sportu: Mariusz Czerkawski, Michał Listkiewicz oraz Jerzy Engel. Wyroby mistrza Sarzyńskiego, a szczególnie maślane koguty, stanowiły inspirację dla malarzy tej klasy co Franciszek Starowieyski czy Jerzy Gnatowski.
Firma Cezarego Sarzyńskiego, jako pierwszego piekarza w historii, została uhonorowana godłem „Teraz Polska”. Jeżeli wziąć pod uwagę deszcz nagród i wyróżnień, jaki spada na kazimierskiego biznesmena (m.in. tytuł Superpiekarza Polski, złoty medal na mistrzostwach świata w pieczeniu pierników w Holandii, medal św. Brata Alberta za działalność charytatywną, mominacja do Nagrody Gospodarczej Prezydenta RP), z pewnością można powiedzieć, że… Teraz kogut!
A skoro już odwiedziliśmy mistrza Cezarego, nie sposób było nie zadać mu kilku pytań.
– Jaka jest pana dewiza życiowa?
– Moje motto życiowe brzmi: „Robić to, co umiem najlepiej”. Wychowałem się w rodzinie piekarskiej z dużymi tradycjami. Co prawda, mam także drugi zawód, inne wykształcenie – inżynier mechanik – ale z tradycjami rodzinnymi, jak i z zawodem piekarza jestem bardzo związany mentalnie, a także profesjonalnie. Powrót do korzeni rodzinnych spowodował to, że w pełni się identyfikuję z tym zawodem. Staram się z niego brać jak najwięcej, a z wykonywanej pracy czerpię dużą radość. Po pierwsze – kontynuuję tradycje rodzinne. Po drugie – cały czas mam kontakt z ludźmi, z turystami, a to daje ogromną satysfakcję z osiągnięć, które mamy wspólnie z moją żoną, Barbarą. Nasza firma stała się znana nie tylko w regionie, w Polsce, ale i na świecie.
– W naszym kraju pojęcie chleba ma szczególne znaczenie. Co znaczy być piekarzem w Polsce?
– Myślę, iż chleb jest ściśle związany z kulturą słowiańską, jej tradycjami. Przypominam sobie pewien fakt z lat 80. Gościłem wtedy w piekarni delegację z Białorusi. Kiedy obdarowałem ich symbolem mojej piekarni, kogutem, przyjęli to z ogromną radością. Poczuli, że otrzymali ode mnie dar chleba. Kobieta biorąca udział w tej delegacji powiedziała, iż chlebem wita się przyjaciół i to stwarza ciepły klimat do rozmów, kontaktów. W wielu krajach miałem wystawy, najczęściej korzystałem z uprzejmości piekarzy. Czy to w Stanach Zjednoczonych, we Francji, Niemczech bądź w Turcji – nigdy nikt nie chciał ode mnie pieniędzy za to, że mogłem pokazać swoją wystawę. To chyba najlepsze świadectwo, że

chleb ludzi nie dzieli, ale łączy.

– Czy wyłącznie na tej zasadzie, że chce się jeść?
– Nie. To coś głębszego. Tego nie da się tak prosto wyrazić. Myślę, iż to, że ludzie zbierali się przy chlebie, rozmawiali, dowodzi, że nie stwarzał on sytuacji konfliktowych. Ludzie przecież nawet modlą się o chleb powszedni. Miałem przyjemność uczestniczyć w Paryżu w wystawie prezentującej wypieki z całej Europy. I co się okazało? Ludzie mieli ogromną wiedzę oraz szacunek do chleba. Na każdą okazję pieczono inne gatunki chleba. Zawsze był on wyrazem tradycji z jednej strony, a z drugiej, szacunku dla obdarowywanych.
– Czy Francuzi nie byli zaskoczeni, że Polak wypieka koguta?
– Myślę, że nie. Nasz kogut cieszył się ogromnym powodzeniem – wszak to ich narodowy symbol. Ponadto warto zauważyć, iż w wydanym z okazji wystawy katalogu i na podstawie prac przeprowadzonych przez etnografów francuskich nie znaleziono wypieku podobnego do naszego koguta z Kazimierza.
– Gdy przejmował pan firmę od ojca, było w niej ośmiu pracowników. Dziś zatrudnia pan ponad 70. Jaka jest pana filozofia jako szefa firmy?
– Przede wszystkim ciągły rozwój. W przyrodzie panuje zasada: albo zjadasz, albo jesteś zjedzony. Ta brutalna reguła obowiązuje też – niestety – w gospodarce. Dzisiaj dla małych jest coraz mniej miejsca. Pamiętajmy o globalizacji.
– Sugeruje pan, że lubi zjadać?
– Nie. Ja nie lubię zjadać. Tyle że ja też nie chcę być zjedzony. Jest to może kwestia charakteru. Nie lubię mieć szefów. Sam dobrze się czuję w roli szefa i myślę, że ludzie mnie akceptują. Nie mam wrogów wśród pracowników czy w firmach, z którymi współpracuję. Raczej odczuwam z ich strony dużą sympatię i to mi schlebia.
– A czy ma to dla pana znaczenie, że pana firma jest wizytówką Kazimierza?
– W życiu tak się akurat złożyło, że moi rodzice trafili do Kazimierza. Przyszedł czas, że ojciec namówił mnie do budowania własnej firmy. Była to dość śmieszna historia. W 1981 r. ojciec widział, jak byłem dyrektorem dużej firmy, jak ciężkie to było zajęcie. Żartobliwie powiedział: „Synu, daj sobie spokój. Socjalizmu nie da się zbudować. Buduj własną firmę”. I to przesłanie ojca – dziś mogę to powiedzieć – zrealizowałem. Choć początki były trudne, zbudowałem firmę. Dziś już bym tego nie zaczynał. Trzeba było mieć tamte lata i tamten zapał.
– Mówił pan o stałym rozwoju firmy, ale do realizacji tego potrzebna jest wizja. A wizja związana jest nieodłącznie z marzeniami. Jakie są pana marzenia?
– Marzenia, które miałem, gdy zaczynałem budować firmę, zostały już zrealizowane. Powstała duża firma, został zrekonstruowany duży budynek. Marzeniem było zrobienie restauracji i kawiarni. A niedawno kupiłem piekarnię w Puławach, choć nie miałem takiego planu. Wcześniej zostałem właścicielem piekarni w Janowcu. Będziemy więc stali teraz nie na dwóch nogach, ale na trzech.

Chcemy opanować trójkąt
Kazimierz, Janowiec,

jeśli chodzi o dostarczanie pieczywa, a potem planujemy rozwinąć gastronomię.
– Jest pan bardzo zajętym człowiekiem. Jak to wygląda w kontekście rodziny? Czym jest dla pana rodzina?
– Rodzina jest dla mnie ogromną wartością. Mam żonę Barbarę i trzy córki: siedmioletnią Olgę, 16-letnią Igę i 18-letnią Anię – tegoroczną maturzystkę. Rodzina to pień, wokół którego wszystko się dzieje, obrasta. Przecież na godne utrzymanie rodziny trzeba zarobić. Z jednej strony, mam satysfakcję z wykonywanej pracy, ale z drugiej, trzeba znaleźć czas dla rodziny. Zdaję sobie sprawę, iż za mało chwil poświęcam córkom. Dzisiaj są takie czasy, że własne firmy praktycznie pochłaniają całą dobę. Kradnie się czas…
„Przegląd Sportowy”

 

Wydanie: 37/2003

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy