Tych zabójstw jest mnóstwo

Tych zabójstw jest mnóstwo

W hrabstwie Osage podejrzane zgony Indian były na porządku dziennym

Zniknięcie
24 maja 1921 r. Mollie Burkhart, mieszkanka osady Gray Horse w Oklahomie, zaczęła się bać, że coś się stało jednej z jej trzech sióstr, Annie Brown. Ta mająca 34 lata (…) kobieta zaginęła trzy dni wcześniej. (…) Mollie trzy lata wcześniej straciła już inną siostrę, Minnie. Ta śmierć nastąpiła zaskakująco szybko i chociaż lekarze tłumaczyli ją „osobliwą odmianą zespołu wyniszczenia”, Mollie szczerze w to wątpiła: Minnie miała zaledwie 27 lat i cieszyła się idealnym zdrowiem.

Podobnie jak w przypadku ich rodziców, imiona Mollie i jej sióstr zapisano w rejestrze Osagów, co oznaczało, że są pełnoprawnymi członkami plemienia. A także, że są bogate. Na początku lat 70. XIX w. Osagowie zostali przesiedleni ze swoich ziem w Kansas do rezerwatu w północno-wschodniej Oklahomie. Tereny były tu skaliste, a ziemia uważana za bezwartościową, jednak dziesiątki lat później odkryto w tym miejscu jedne z największych złóż ropy naftowej w Stanach Zjednoczonych. Aby wydobywać ropę, jej poszukiwacze musieli uiścić Osagom opłatę za dzierżawę i prawa do eksploatacji. Na początku XX w. wszystkie osoby figurujące w rejestrze członków plemienia zaczęły otrzymywać co kwartał dywidendy. Początkowo kwoty nie przekraczały kilku dolarów, jednak z biegiem czasu, w miarę jak zaczęto wydobywać coraz więcej ropy, wzrosły do setek, a potem tysięcy dolarów. (…) Ostatecznie członkowie plemienia zgromadzili miliony dolarów. (W samym 1923 r. było to ponad 30 mln, ekwiwalent dzisiejszych ponad 400 mln). Osagów uważano za najbogatszych ludzi świata per capita. (…)

Gray Horse była jedną ze starszych osad na terenie rezerwatu. (…) Chociaż Mollie nie żyła z takim przepychem jak niektórzy jej sąsiedzi, pobudowała sobie w Gray Horse piękny, rozległy drewniany dom w pobliżu starego rodzinnego wigwamu, który powstał z powiązanych ze sobą pali, tkanych mat i kory. Miała kilka samochodów i służbę – sługusów Indian, jak wielu osadników określało kpiąco pracowników napływowych. Rekrutowali się oni najczęściej spośród Afroamerykanów lub Meksykanów (…).

Mollie była jedną z ostatnich osób, które widziały Annę przed jej zaginięciem. Tego dnia, 21 maja, wstała tuż przed świtem, jak to miała w zwyczaju, ponieważ jej ojciec zwykł modlić się niegdyś każdego ranka do słońca. (…)

Mąż Mollie, Ernest Burkhart, zawdzięczał swoją pozycję żonie. (…) Wychowany w Teksasie syn ubogiego farmera, Ernest (…) miał słabość do samogonu i indiańskiego pokera, w którego grał z ludźmi o nie najlepszej reputacji, ale pod szorstką powierzchownością skrywał wrażliwość i brak pewności siebie. Może dlatego Mollie się w nim zakochała? Dziewczyna posługująca się od dziecka językiem Osagów angielski znała wyłącznie ze szkoły; Ernest nauczył się jednak jej języka, aby mogli swobodnie w nim się porozumiewać. (…) W 1917 r. ona i Ernest nałożyli sobie na palce obrączki i przysięgli miłość, dopóki śmierć ich nie rozłączy. (…)

Tydzień po zniknięciu Anny robotnik naftowy, pracujący na wzgórzu półtora kilometra na północ od centrum Pawhuska, zauważył coś wystającego z krzaków u podstawy wieży wiertniczej. Podszedł bliżej. To były gnijące zwłoki; między oczami trupa dostrzegł dwa otwory po kulach. Ofiara została zastrzelona, jakby przeprowadzono na niej egzekucję. (…) W kieszeni [ubrania] tkwił list. Ktoś wyciągnął go, rozłożył kartkę i odczytał. Był zaadresowany do Charlesa Whitehorna, dlatego domyślono się, że to on.

Mniej więcej w tym samym czasie pewien mężczyzna polował na wiewiórki przy Three Mile Creek niedaleko Fairfax z nastoletnim synem i przyjacielem. Podczas gdy obaj mężczyźni pili wodę ze strumienia, chłopak zauważył wiewiórkę i pociągnął za spust. W podmuchu gorąca i rozbłysku światła zobaczył, że trafione zwierzę spada w dół wąwozu. (…) Znalazł wiewiórkę, podniósł ją, po czym krzyknął: „Tato!”. Kiedy ojciec dobiegł do niego, chłopak (…) powiedział: „Tam jest trup”.

Na brzegu widać było rozdęte, rozkładające się ciało Indianki: leżała na plecach, włosy miała poskręcane w błocie i nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w niebo. Na zwłokach żerowały robaki. (…) Gdy tylko przedsiębiorca pogrzebowy przysypał zwłoki solą i lodem, zaczęły się kurczyć, zupełnie jakby opuściły je ostatki życia. Mężczyzna próbował ustalić, czy zmarła to Anna Brown. (…)

Ani on, ani jego towarzysze nie zdołali dokonać identyfikacji. Jednak Mathis, który prowadził sprawy finansowe Anny, skontaktował się z Mollie. Kobieta od razu udała się z ponurą pielgrzymką do strumienia. Towarzyszyli jej Ernest, Bryan, siostra Rita i jej mąż Bill Smith, a także wiele innych osób znających Annę, wiedzionych niezdrową ciekawością. Wśród nich Kelsie Morrison, jeden z najsłynniejszych w hrabstwie przemytników alkoholu i handlarzy narkotyków, oraz jego żona z plemienia Osagów.

(…) Siostry nie zidentyfikowały twarzy, bo praktycznie nic z niej nie zostało, ale rozpoznały indiański koc i ubranie, które Mollie niedawno czyściła. Bill, mąż Rity, wziął gałązkę i otworzył usta Anny, a wtedy zgromadzeni ujrzeli złotą plombę. „To z pewnością Anna”, stwierdził. (…)

Zaginiony maszynopis
– Musisz tam pojechać i zobaczyć to na własne oczy – powiedziała mi Kathryn Red Corn, kiedy ponownie odwiedziłem hrabstwo Osage w czerwcu 2015 r.

Zgodnie z jej wskazówkami przejechałem przez Pawhuska i ruszyłem na zachód przez prerie, wśród wysokich traw, aż wreszcie dostrzegłem to, co mi dokładnie opisała: metalowe wieże wycelowane w niebo. Każda z nich miała 130 m, co odpowiada wysokości 30-piętrowego drapacza chmur, i po trzy warkoczące łopaty wirnika; każda łopata była wielkości skrzydła samolotu pasażerskiego. Wieże wchodziły w skład elektrowni wiatrowej, która obejmowała swoim zasięgiem obszar ponad 3 tys. ha i miała zapewnić elektryczność jakimś 45 tys. gospodarstw domowych w Oklahomie.

Ponad sto lat po odkryciu na terytorium Osagów złóż ropy naftowej oblicze regionu zostało odmienione przez nowe, rewolucyjne źródło energii. Jednak Osagowie postrzegali je jako zagrożenie dla swojego podziemnego rezerwatu.

– Widziałeś je? – zapytała Red Corn, kiedy wróciłem. – Przyjechali tutaj i postawili je bez naszej zgody.

Rząd federalny, reprezentując naród Osagów, wniósł powództwo przeciwko firmie Enel, włoskiemu holdingowi energetycznemu, który był właścicielem tej elektrowni wiatrowej. Powołując się na zapisy umowy z Osagami z 1906 r., strona rządowa utrzymywała, że ponieważ holding, kładąc fundamenty pod turbiny, wydobywał wapień i inne minerały, powinien był uzyskać na to zgodę Osagów. Firma Enel pogwałciła więc prawa Indian do podziemnych złóż. Holding obstawał przy tym, że nie prowadził prac wydobywczych, zatem zgoda nie była mu potrzebna. „Nie naruszyliśmy własności złóż”, oświadczył przedstawiciel koncernu. (…)

Wkrótce sąd zgodził się z Enelem, twierdząc, że chociaż rządowa interpretacja umowy z Osagami bez wątpienia przemawia na korzyść tych ostatnich, „pozwani nie eksploatowali złóż mineralnych ani w jakikolwiek inny sposób nie byli zainteresowani ich wykorzystaniem, nie można więc od nich żądać opłaty za dzierżawę”. (…)

Jeszcze większy wpływ na podziemny rezerwat Osagów, jak się okazało, miały nowe przepisy dotyczące wierceń w poszukiwaniu ropy. W rezultacie regulacji prawnych z 2014 r. nafciarze musieli w zasadzie zaprzestać nowych wierceń, ponieważ mogli liczyć jedynie na znikomy zwrot kosztów inwestycji. Jeden z nich powiedział reporterowi: „Po raz pierwszy od stu lat w hrabstwie Osage nie będzie wierceń”.

Dalej zajmowałem się sprawą morderstw, ale zostawało mi coraz mniej archiwów do przejrzenia i coraz mniej dokumentów do znalezienia. Pewnego dnia w bibliotece publicznej w Pawhuska zauważyłem tkwiący między tomami historii Osagów maszynopis zatytułowany „The Murder of Mary DeNoya-Bellieu-Lewis”. Wydawało się, że został ręcznie oprawiony, a całość napisano na komputerze. Ze słowa wstępnego, datowanego na styczeń 1998 r., wynikało, że autorką jest Anna Marie Jefferson, krewna Mary Lewis w trzecim pokoleniu.

„O Mary Lewis opowiedziała mi moja prababcia – pisała Jefferson. – Po raz pierwszy usłyszałam o niej około 1975 r.”. Kobieta zaczęła zbierać informacje dotyczące morderstwa, opierając się na relacjach krewnych, artykułach prasowych i innych źródłach. Zajęło jej to 20 lat. Przekazała kopię maszynopisu do biblioteki, nie chcąc, aby ta opowieść utonęła w odmętach historii.

Usiadłem i zacząłem czytać. Mary Lewis, która urodziła się w 1861 r., była pełnoprawną członkinią plemienia. „Pieniądze z udziałów pozwalały jej żyć w dostatku”, odnotowała Jefferson. Lewis dwa razy była zamężna – obydwa jej małżeństwa zakończyły się rozwodem – a w 1918 r., w wieku pięćdziesięciu kilku lat, adoptowała 10-letnie dziecko. Latem tego samego roku zabrała swoją przybraną córkę w podróż do Liberty w Teksasie, niewielkiego miasteczka leżącego ok. 65 km od Houston, nad brzegiem Trinity River. Towarzyszyli jej dwaj biali: jej przyjaciel Thomas Middleton i jego towarzysz. Za pieniądze Lewis kupili barkę mieszkalną i przez jakiś czas żyli na wodzie. 18 sierpnia Lewis zniknęła. Gdy oficjalne dochodzenie nie przyniosło żadnego rezultatu („Nikt nic nie zrobił”, stwierdził jeden z krewnych Lewis), jej rodzina wynajęła prywatnego detektywa. Odkrył on, że po zaginięciu kobiety Middleton podawał się za jej adoptowanego syna, żeby spieniężyć kilka czeków. W styczniu 1919 r., kiedy policja zatrzymała Middletona i jego towarzysza, detektyw ich przesłuchał. Powiedział Middletonowi, że wolałby „sto razy bardziej znaleźć starszą panią żywą niż martwą”, po czym zaznaczył: „Jeśli ma pan jakieś informacje dotyczące miejsca jej pobytu, wyjawienie ich z pewnością panu pomoże”.

Middleton utrzymywał, że nie ma zielonego pojęcia, gdzie się podziewa jego przyjaciółka. „Zupełnie się was nie boję”, dodał.

Ani on, ani jego kompan niczego nie zdradzili. Jednak dwóch świadków zeznało, że w dniu zaginięcia Lewis widzieli samochód jadący w kierunku pełnych żmij trzęsawisk. 18 stycznia 1919 r. śledczy podwinęli nogawki i zaczęli przeszukiwać zarośla. Jak twierdził reporter, jeden ze stróżów prawa „wszedł do wody i utkwił w grzęzawisku. Kiedy sięgnął rękami do dna, żeby uwolnić stopy, wyciągnął pukiel kobiecych włosów”. Następnie znaleziono kości nogi, potem tułów i czaszkę, która wyglądała tak, jakby ktoś uderzał w nią ciężkim metalowym przedmiotem. „Makabryczne znalezisko kończy poszukiwania Mary Lewis”, głosił nagłówek miejscowej gazety.

Towarzysz Middletona przyznał się, że uderzył Lewis młotkiem w głowę. Plan wymyślił Middleton: po śmierci kobiety zamierzali skorzystać z pomocy wspólniczki, która miała się za nią podać, tak żeby przyjaciele mogli uzyskać pieniądze z udziałów w roponośnych terenach. (Często stosowano tę strategię – fałszywi spadkobiercy byli powszechnym problemem). W 1919 r. Middleton został uznany za winnego popełnienia morderstwa i skazany na karę śmierci. „W pierwszej chwili rodzinie Mary ulżyło, że koszmar dobiegł końca – pisała Jefferson. – Jednak z czasem satysfakcja ustąpiła niedowierzaniu i gniewowi”. Wyrok zamieniono na dożywotnie więzienie. Potem, zaledwie po sześciu i pół roku, morderca został ułaskawiony przez gubernatora Teksasu; miał dziewczynę i rodzina Lewis podejrzewała, że przekupiła ona władze. „Dostał jedynie klapsa”, podsumowała Jefferson.

Po przeczytaniu maszynopisu dokumentującego zabójstwo Lewis dotarł do mnie pewien szczegół: otóż została ona zabita w roku 1918. Tymczasem z większości źródeł historycznych wynikało, że terror w hrabstwie Osage rozpoczął się wiosną 1921 r., kiedy z polecenia Hale’a zamordowano Annę Brown, a zakończył się w styczniu 1926 r., gdy go aresztowano. Śmierć Lewis oznaczała, że fala morderstw zaczęła się co najmniej trzy lata wcześniej, niż powszechnie sądzono (…). Dochodziło również do innych zbrodni – zbrodni, których nie ujęto w oficjalnych statystykach i których, w odróżnieniu od spraw Lewis czy członków rodziny Mollie Burkhart, nigdy nawet nie zaklasyfikowano jako morderstw.

Krew głośno woła
Wróciłem do archiwum w Fort Worth i w niewielkiej czytelni dalej przedzierałem się przez niekończące się sterty pachnących stęchlizną pudeł i teczek. Archiwistka przywiozła mi na wózku kolejną porcję papierów, zanim zdążyłem uporać się z poprzednią. Przestałem się łudzić, że znajdę swój kamień z Rosetty, który pozwoli mi wejrzeć w tajemnice przeszłości. Większość dokumentów to były suche sprawozdania, spisy ludności, umowy dzierżawy, rachunki.

W jednym z pudeł natrafiłem na oprawiony w płótno rejestr Urzędu do spraw Indian zawierający nazwiska opiekunów, a pod spodem listę ich podopiecznych z plemienia Osagów. Przy nazwiskach Indian widniał najczęściej dopisek „nie żyje”.

Odnalazłem H.G. Burta, podejrzanego o zabicie W.W. Vaughana. Figurował w rejestrze jako opiekun córki George’a Bighearta oraz czworga innych Osagów. Obok nazwiska jednego z nich znajdowała się adnotacja „nie żyje”. Potem odszukałem Scotta Mathisa, właściciela Big Hill Trading Company. Z rejestru wynikało, że opiekował się dziewięciorgiem Osagów, w tym Anną Brown i jej matką Lizzie. Zauważyłem, że trzeci z jego podopiecznych również nie żył, tak samo jak czwarty, piąty i szósty. Okazało się, że z dziewięciorga nie żyło siedmioro. A co najmniej dwie z tych osób zostały zamordowane.

Zacząłem analizować informacje na temat innych opiekunów. Jeden z nich nadzorował 11 Osagów, z których ośmioro zmarło. Inny miał 13 podopiecznych – z tych nie żyła ponad połowa. A jeszcze inny – pięcioro, wszyscy umarli. Liczby były tak ogromne, że w sposób oczywisty wykluczały naturalne przyczyny śmierci. Ponieważ większości z tych spraw nigdy nie zbadano, nie dało się precyzyjnie określić, ile z tych zgonów nastąpiło w podejrzanych okolicznościach, nie mówiąc o tym, kto za nie odpowiada.

Mimo to przesłanki, że tego typu morderstwa popełniano na masową skalę, były wyraźne. W dokumentach FBI znalazłem wzmiankę o Annie Sanford, jednej z osób, przy której nazwisku znajdował się dopisek „nie żyje”. Chociaż jej śmierć nigdy nie została uznana za zabójstwo, agenci podejrzewali otrucie.

Inna Indianka, Hlu-ah-to-me, oficjalnie zmarła na gruźlicę. Jednak w teczkach przechowywany był telegram do prokuratora generalnego; ktoś twierdził w nim, że opiekun Hlu-ah-to-me z rozmysłem zlekceważył jej chorobę i odmówił wysłania jej do szpitala na Południowym Zachodzie. „Wiedział, że mieszka sama i jeśli pozostanie w Gray Horse, na pewno umrze”, stwierdził informator, po czym dodał, że po jej śmierci opiekun wyznaczył samego siebie na zarządcę jej sporego majątku.

W 1926 r. zgon jeszcze innego Indianina z plemienia Osagów, Evesa Tall Chiefa, tłumaczono nadużywaniem alkoholu. Tyle że świadkowie zeznali, że Chief w ogóle nie pił i że został otruty. (…)

Nawet jeśli Indianin z plemienia Osagów figurował w rejestrze jako żywy, nie oznaczało to wcale, że nie stał się celem ataku. Mary Elkins uchodziła za najbogatszą członkinię plemienia, ponieważ odziedziczyła ponad siedem udziałów. 3 maja 1923 r. 21-letnia Elkins wyszła za drugorzędnego białego boksera. Z raportu pracownika Urzędu do spraw Indian wynikało, że mąż więził ją w domu, bił i podawał jej „leki, narkotyki i alkohol, chcąc doprowadzić do jej śmierci, po której odziedziczyłby ogromny majątek”. W tym wypadku władze oficjalnie interweniowały i kobieta uszła z życiem. W trakcie śledztwa odkryto, że bokser nie działał sam, lecz był częścią większego spisku uknutego przez miejscowych obywateli. I choć rząd deklarował, że dąży do rozwiązania sprawy, nikt nie został o nic oskarżony, a nazwiska podejrzanych obywateli nie zostały ujawnione.

Była też sprawa Sybil Bolton, Indianki z Pawhuska, podopiecznej swojego białego ojczyma. 7 listopada 1925 r. Bolton (…) została znaleziona z kulą w piersi. Ojczym utrzymywał, że 21-latka popełniła samobójstwo, i sprawę szybko zamknięto, nie przeprowadziwszy nawet autopsji. W 1992 r. wnuk Bolton, Dennis McAuliffe Jr., redaktor „Washington Post”, wszczął śledztwo dotyczące jej śmierci i odkrył wiele nieścisłości i kłamstw w oficjalnych dokumentach. W wydanej w 1994 r. książce „The Deaths of Sybil Bolton” stwierdził, że większość jej majątku została rozkradziona, a dowody wskazywały, że została zabita na trawniku przed domem, mając u boku swoje 16-miesięczne dziecko – matkę McAuliffe’a. Z rejestru wynikało, że jej ojczym opiekował się jeszcze czworgiem Osagów. Wszyscy zmarli.

Chociaż biuro oszacowało liczbę morderstw na 24, bez wątpienia było ich znacznie więcej. (…) Przynajmniej niektórzy agenci zdawali sobie sprawę, że wiele zabójstw tuszowano, uniemożliwiając wykrycie sprawców. Jeden ze śledczych opisał sposób działania zabójców: „W związku z wieloma tajemniczymi zgonami Indian: sprawcy zbrodni odurzają Indianina alkoholem, sprowadzają lekarza, on stwierdza odurzenie i robi mu zastrzyk z morfiny. Po odejściu lekarza [zabójcy] wstrzykują pijanemu Indianinowi ogromne ilości morfiny, co doprowadza do jego śmierci. W akcie zgonu lekarz wpisuje »śmierć z powodu zatrucia alkoholowego«”. Inny zauważał, że w hrabstwie Osage podejrzane zgony były na porządku dziennym i tłumaczono je, niezgodnie z prawdą, „nadmiernym spożyciem”, „zespołem wyniszczenia” lub „nieznanymi przyczynami”. Badacze i śledczy przyglądający się tym wypadkom szacowali, że było ich kilkadziesiąt, o ile nie kilkaset. Dla lepszego rozeznania McAuliffe zajrzał do rejestru Indian z plemienia Osagów: „Authentic Osage Indian Roll Book”, gdzie odnotowywano zgony jego pełnoprawnych członków. „W ciągu 16 lat, od 1907 do 1923 r., zmarło 605 Osagów – napisał – co daje ok. 38 rocznie. Roczny współczynnik umieralności wynosił zatem 19 zgonów na 1000 osób. Obecnie wynosi on 8,5 na 1000; w latach 20. XX w., gdy metody obliczeń nie były aż tak precyzyjne, a statystyki przygotowywano osobno dla rasy białej i czarnej, w przypadku białych sięgał 12 zgonów na 1000 osób. Wszystko wskazuje na to, że ze względu na wyższy standard życia współczynnik umieralności Osagów powinien być niższy niż białych Amerykanów. Mimo to był ponad półtora razy wyższy niż obecna średnia krajowa – a wyliczenia te nie obejmują Osagów urodzonych po 1907 r., którzy nie znaleźli się w spisie Indian”.

Wybitny historyk Louis F. Burns zauważył: „Nie znam ani jednej rodziny Osagów, która nie straciłaby przynajmniej jednego krewnego z powodu udziałów w ziemi”. Co najmniej jeden agent (…) zdawał sobie sprawę z powszechności tego zjawiska. Z zapisu rozmowy z informatorem wynika, że stwierdził: „Tych morderstw jest mnóstwo. Po prostu setki”.

Fragmenty książki Davida Granna Czas krwawego księżyca. Zabójstwa Indian Osagów i narodziny FBI, przekład Piotr Grzegorzewski, W.A.B., Warszawa 2018

Wydanie: 11/2018

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy