Nieznane słowo „tata”

Nieznane słowo „tata”

Jest dumny, bo w Dniu Ojca dostanie osiem prezentów.Najpiękniejsze od dzieci, które przyszły zimą W dolnej szufladzie, tuż za talerzami, stoi paczka z filiżankami, które w baranki i kwiatki wymalowała Monika. W Dzień Ojca wręczy je Robertowi. Ojcem zostawał osiem razy, choć w różnych okolicznościach. Kuba, samotnik, ma osiem lat, czarnowłosy Krzysio – cztery, płowy Jaś – dwa. To były porody rodzinne, męczył się razem z Katarzyną, widział wrzeszczące niemowlę, które od początku, od zawsze jest jego. Da mu pierwsze słowa i pierwsze uczucia. Tak było trzy razy, czwarty raz będzie na początku sierpnia, kiedy Katarzyna urodzi ich kolejne dziecko. Katarzyna dotyka brzucha, powoli kręci się po kuchni. Ale pięć razy zostawał ojcem inaczej. Dwa razy w Boże Narodzenie, bo wtedy jakby gwałtowniej szuka się rodzin dla dzieci, których nikt nie chce na święta. I w ogóle nie chce. Przyszły dwie dziewczynki – 11-letnia Monika (trudny charakter, po przejściach) i dziewięcioletnia Agnieszka z poważną wadą słuchu, na której nauczanie indywidualne ani grosza nie wyda żaden powiat. Z następnym śniegiem zjawiła się 10-letnia Ewcia, od zawsze wychowywana w domu dziecka, do dziś ma wahania, czy rodzina jest jej potrzebna. No i miniona jesień, czyli przyjazd nastolatki Elizy i jej 17-letniego brata, Kuby – łagodny, cudowny charakter. Od ojca alkoholika rodzeństwo zabrało także psa i pamięć o nieżyjącej matce, malarce, która rodzinę trzymała mocno. W domu Roberta jest jeszcze najstarszy brat Elizy i Kuby, Czarek, już pełnoletni, więc państwo jego tragedią się nie interesuje. – Mam troje swoich dzieci, niedługo urodzi się czwarte, wziąłem pięcioro, tyle chcę wychować, na tyle mam sił – wszyscy siedzą przy wielkim drewnianym stole (dar Ikei), a Robert Niewiarowski, który z Katarzyną prowadzi w Łękawicy rodzinny dom dziecka tak właśnie ocenia sytuację. Na obiad jest dzisiaj zupa pieczarkowa, ale najpierw chwila modlitwy. Postanowili, że nie będą wybierać dzieci. Jest Bóg, przeznaczenie i przekonanie, że wszystkie jakoś ich potrzebują. Jakoś. Eliza i Monika dopiero od niedawna mówią do niego „wujku”, z najstarszymi chłopcami jest na „ty”, ale z miasta już mu doniesiono, że chłopcy mówią o nim łaskawie „ojciec”. Długo unikali bezpośredniego zwracania się. Agnieszka i Ewa natychmiast zaczęły powtarzać „tato”, na początku jakby próbowały tylko nieznanego słowa, teraz już im spowszedniało. Bo nie Robert uczył je pierwszych słów, dopiero od kilku lat zajmuje się, z różnym skutkiem, wymazywaniem złych uczuć, jakie dostały w złych domach. Pogubili samych siebie Robert studiował resocjalizację. Krótko pracował w urzędzie pracy, gdzie pomagał bezrobotnym w znalezieniu pomysłu na życie. Zrezygnował, bo obie strony czuły się upokorzone marnymi wynikami. Od zawsze był z Katarzyną, znali się jeszcze z harcerstwa. Od zawsze chcieli wychowywać cudze dzieci, a Katarzyna napisała o nich pracę magisterską. Pierwszy pomysł – idealistyczno-socjalistyczny. Z przyjaciółmi wyjeżdżają na Pomorze, kupują za grosze poniemiecki pałac. W jednej części oni z dziećmi, w drugiej ich ośrodek aktywizacji dla bezrobotnych. Utopia. Szybko też musieli zrezygnować z adopcji. Okazała się dla nich zbytnim luksusem. Zdecydowali się na rodzinny dom dziecka, wtedy państwo ich dofinansuje. Może to i lepiej, że byli za biedni, bo prostują najbardziej pokręcone losy dziecięce. – Sami pochodzimy z ubogich rodzin, mój ojciec miał warsztat maszyn szwalniczych, mama jest księgową, żadne luksusy – ocenia Robert. – Do tego i moi rodzice, i Katarzyny rozstali się, więc trudno mówić o szczęściu rodzinnym. Może dlatego jesteśmy dla dzieci bardziej wiarygodni. Ale najpierw musieli stać się wiarygodni dla samych siebie, a z tym był kłopot. Kiedy urodził się Kuba, postanowili wychować go bezstresowo. Rządziło niemowlę, a oni pogubili wiarę w Boga, kiedyś najważniejszą, samych siebie też. Przestali myśleć o odpowiedzialności za inne dzieci. Nie wiedzieli, co będzie z nimi. Potem odkryli rekolekcje pod hasłem “Znajdź coś dla swojego małżeństwa”. Sformułowali też prostą prawdę, że dziecku potrzebne są jasne, zdecydowane zasady. – To Robert organizował rodzinny dom dziecka – wspomina Katarzyna. – Ja gotuję, jestem matką,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2001, 25/2001

Kategorie: Reportaż