Droga do Teheranu

Droga do Teheranu

Iran może przegrać bitwę, ale to Waszyngton przegra wojnę. I jeśli utraci wpływy w regionie, wpadnie w wielkie tarapaty Doniesienia o planach amerykańskiego ataku na Iran wywołały wzrost napięcia w regionie i skok cen ropy naftowej. Ale Stanów Zjednoczonych nie stać na nową wojnę. Nawet z powodu 15 żołnierzy brytyjskich wziętych do niewoli przez Irańczyków. „Prawdziwi mężczyźni wracają z Bagdadu przez Teheran”, ta maksyma zyskała sporą popularność w mediach po zdobyciu stolicy Iraku przez oddziały amerykańskie 9 kwietnia 2003 r. Tych, którzy ostrzegali prezydenta Busha, że zamiast bliskowschodniego Pax Americana Stany Zjednoczone rozpętały piekło, nikt nie słuchał. Komentatorzy byli zgodni – prawdziwym wyzwaniem dla zagonów pancernych US Army nie jest Bagdad, lecz rezydujący w Teheranie mułłowie! By wywołać wojnę, każdy powód jest dobry. W 2002-2003 r. Bush twierdził, że Saddam Husajn dysponuje bronią masowego rażenia, wspiera terrorystów Al Kaidy i snuje plany nowych zamachów. Identyczne zarzuty Amerykanie stawiali ajatollahom rządzącym od lat Iranem. Więc jeśli miano atakować – należało uczynić to wtedy, w 2003 r. Program atomowy Iranu był przecież zagrożeniem nie tylko dla regionu Zatoki Perskiej, lecz dla całej zachodniej cywilizacji. Ale czy aby na pewno chodziło o bombę? Zaprzyjaźniony ze Stanami Zjednoczonymi Pakistan nie pytał Białego Domu o zgodę, budując w latach 90. własne ładunki nuklearne. To na pograniczu tego kraju z Afganistanem, a nie w Bagdadzie czy Teheranie ukrywał się Osama bin Laden ze swymi poplecznikami. Jak dowiedziono po latach, odpowiedzialny za pakistański program atomowy dr Abdul Qadeer Khan zorganizował w swym ośrodku Kahuta świetnie funkcjonujący czarny rynek materiałów rozszczepialnych i technologii rakietowych, na którym pierwsze skrzypce grali oficerowie chińskiego wywiadu wojskowego oraz północnokoreańscy uczeni! Powściągliwość w krytyce Pakistanu, którą wykazała Rada Bezpieczeństwa ONZ, Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej i Unia Europejska, godna była uznania. Doktora Khana nie spotkała żadna kara. Przeciwnie! Wśród rodaków uchodzi dziś za bohatera! Łatwo to wyjaśnić. Ten biedny, pustynny kraj, w przeciwieństwie do Iraku i Iranu, pozbawiony jest złóż ropy naftowej i gazu ziemnego. A „prawdziwych mężczyzn” to one podniecają najbardziej. Ropa cenniejsza niż krew Nie sposób pojąć tego, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, w Azji Środkowej, na Kaukazie, a nawet na Ukrainie, gdy nie weźmiemy pod uwagę kurczących się z roku na rok zapasów surowców energetycznych. Przeciętni Europejczycy i Amerykanie nie zdają sobie sprawy, iż Iran, dysponując zasobami szacowanymi na 125,8 mld baryłek, kontroluje drugie co do wielkości złoża ropy naftowej na świecie. Jedynie Arabia Saudyjska ze swoimi 260 mld ma więcej. Trzeci na tej liście Irak ma jedną dziesiątą globalnej podaży tego surowca, lecz jak od lat dowodzą eksperci Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Organizacji Narodów Zjednoczonych – to teherańscy mułłowie będą odgrywali w przyszłości kluczową rolę w globalnej gospodarce energetycznej. Wystarczy rzut oka na mapę Bliskiego Wschodu, by przekonać się, jak ważne strategicznie położenie zajmuje Iran, kontrolując cieśninę Ormuz. Co oznacza, że w przypadku konfliktu zbrojnego jest w stanie zagrozić blisko 40% dziennego eksportu ropy naftowej z Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kuwejtu i Iraku łącznie! Niemieccy eksperci od lat ostrzegają, że przyszłe konflikty zbrojne będą się toczyły nie o terytoria, lecz o dostęp do surowców. W październiku ub.r. berlińska prasa doniosła, że „niemiecki wywiad zagraniczny będzie jeszcze dokładniej nadzorował światowy system transportu surowców energetycznych”. W tym celu państwowe służby tajne mają ściśle współpracować z przedsiębiorstwami z branży energetycznej. Thomas de Maiziere, minister w Urzędzie Kanclerskim, powiedział, że Federalna Agencja Wywiadowcza (BND) musi się zająć w przyszłości także globalnymi konfliktami o podział zasobów naturalnych. Czy w takich warunkach jedynie szaleniec rozważałby opcję ataku na Teheran? Choć nie możemy wykluczyć, że wśród doradców i dziennikarzy mających wpływ na prezydenta Busha nie brak ludzi gotowych bić w bębny wojenne. Cóż, idee, zwłaszcza te absurdalne, miewają smutne konsekwencje. A pod tym względem współczesna Ameryka bije resztę świata na głowę! David Wurmser, bliski współpracownik Douglasa Feitha, podsekretarza obrony Stanów Zjednoczonych od stycznia 2001 r., dziewięć miesięcy przed zamachami 11 września publicznie snuł plany wspólnej wojny USA

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 15/2007, 2007

Kategorie: Świat