Dziadek byłby rozczarowany

Dziadek byłby rozczarowany

Większość poglądów odziedziczyłem po przodkach Krzysztof Teodor Toeplitz – „Rodzina Toeplitzów”, którą niedawno pan opublikował, to obszerna saga rodu zamieszkałego w Polsce od połowy XVIII w. Opiera się na dokumentacji gromadzonej latami przez pańskiego ojca. Sądzi pan, że ta książka utrafiła w swój czas? – Wytworzył się teraz taki nastrój społeczny, który skłania ludzi do poszukiwania swoich korzeni, swojej historii. To poszukiwanie ciągłości świadczy zapewne o potrzebie poczucia stabilności, o tym, że ludzie chcą się czuć zakorzenieni w tym rozchybotanym świecie. – Jednak znaczna część społeczeństwa nie zna tak dobrze własnej genealogii, a co więcej, nie może jej poznać. Wojna uczyniła straszne spustoszenia, toteż wielu ludzi zna historię swojej rodziny jedynie do drugiego, trzeciego pokolenia wstecz. Pan jest w uprzywilejowanej sytuacji. – Dlatego właśnie napisałem tę książkę. I dlatego ludzie takie książki kupują. Nie mając własnej sagi rodzinnej, przyglądają się cudzym, są ciekawi, jakie systemy wartości, normy zachowań i wzorce obyczajowe wypracowali inni. Tym tłumaczy się powodzenie sag rodzinnych, takich jak np. książka p. Ronikerowej o Mordkowiczach czy p. Kumanieckiej o Słonimskich. – Poza tym, poznając genealogie rodów, które wniosły coś istotnego do rozwoju naszego społeczeństwa, jak Toeplitzowie właśnie, lepiej poznajemy historię kraju. – Tak sądzę, toteż traktuję tę książkę nie tylko jako sagę rodzinną, lecz także jako książkę historyczną. Poprzez pryzmat dość szczególny, jakim jest rodzina, opowiada ona o rozwoju i upadku polskiego kapitalizmu, o przemianach obyczajowych, gospodarczych i kulturalnych, jakie miały miejsce w Polsce, głównie w Warszawie, na przestrzeni XIX w. i pierwszej połowy XX w. – Jest to opowieść o epoce minionej, która się skończyła wraz z końcem II wojny światowej. O Polsce, jakiej już nie ma i nie będzie. Co najbardziej pociąga w niej czytelników? – Uczestnicy spotkań autorskich mówili, że chcieliby żyć w tak pewnym, przewidywalnym świecie jak moi przodkowie. Jedną z głównych dolegliwości współczesnego świata jest bowiem jego niepewność. To znaczy, że nie jest on zbudowany na jakichś nienaruszalnych zasadach. Dlatego ważnym problemem stało się wychowanie dzieci – w założeniu wychowanie powinno przygotować do konkretnej roli społecznej, do sytuacji, którą można przewidzieć. Wychowuje się przecież dla czegoś. Jednakże dzisiaj wcale nie wiadomo, dla jakiego świata się wychowuje przyszłe pokolenia, co będzie w nim ważne, co trzeba będzie koniecznie umieć itd. Kiedyś w rodzinach przekazywano umiejętności zawodowe i zasady postępowania w ramach jakiegoś zawodu. Adwokat uczył syna na adwokata, aptekarz na aptekarza itd., bo wiedzieli, jakie reguły obowiązują na rynku. Dzisiaj to nie miałoby większego sensu. – Obserwując dzieje pana rodziny, widać, że sens ma przekazywanie sposobu rozumowania, światopoglądu. Przy lekturze „Rodziny Toeplitzów” często nachodziła mnie myśl, że być może racjonalizm, z którego jest pan znany, jak również szacunek dla epoki oświecenia i wartości, jakie się z nią łączą, zawdzięcza pan tradycji rodzinnej, a nie samemu sobie, samokształceniu. Pana przodkowie byli bowiem związani z haskalą, czyli oświeceniem żydowskim, które wiązało się z takimi ideami jak racjonalizm, emancypacja, postęp i reformy społeczne. – Nie ukrywam, że odziedziczyłem to po przodkach, bo od najmłodszych lat wychowywałem się w kręgu tych wartości. Moja rodzina bardzo kultywowała swoją tradycję i była z niej dumna. – Nigdy nie buntował się pan przeciw tej tradycji? Nawet w wieku młodzieńczym? – Wartości, o których mowa, przyjąłem za swoje i nigdy ich nie negowałem. Oczywiście, jak każdy młody człowiek miałem inne pomysły na życie niż ojciec, ale dotyczyły one rozwiązań praktycznych, nie tradycji, która była przede wszystkim tradycją obowiązku. Tak się bowiem składa, że w mojej rodzinie wszyscy się czuli do czegoś zobligowani. – „Rodzina Toeplitzów” pokazuje proces asymilacji inteligencji żydowskiej, jej wkład w polską kulturę, sztukę, naukę i gospodarkę. Pana przodkowie m.in. brali udział w powstaniu listopadowym, byli członkami komisji urbanistycznej i władz miejskich Warszawy, sponsorowali artystów, wcielali w życie idee pozytywistyczne. Dziadek (Teodor) i ojciec (Leon) wnieśli ogromne zasługi dla rozwoju spółdzielczości mieszkaniowej i taniego budownictwa. Klan Toeplitzów więcej zrobił dla Polski

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2004, 48/2004

Kategorie: Wywiady
Tagi: Ewa Likowska