Dzieje inteligenta wyklętego

Dzieje inteligenta wyklętego

Traktuję swoją biografię intymną jako materiał pisarski

Maciej Hen – autor powieści „Deutsch dla średnio zaawansowanych”

Świętował pan Dzień Niepodległości?
– Tak, siedziałem w domu i zajmowałem się swoimi sprawami, organizowałem 18. urodziny córki. Poza tym pracowałem trochę nad konspektem powieści „Dni z Kallimachem”. Na pewno nie brałem udziału w żadnych uroczystościach czy marszach.

Jednym z haseł największej imprezy z okazji 11 Listopada – Marszu Niepodległości – było „Dumni z pochodzenia”. Pan w książce pokazuje, że pochodzenie to taka prosta sprawa?
– W ogóle być dumnym z pochodzenia to głupota. Pochodzenie to żadna wartość obiektywna – natomiast jest to coś, do czego można mieć osobisty sentyment. Wracając do mojej książki – „Deutsch dla średnio zaawansowanych” nie jest książką historiozoficzną, chociaż historia jest tam tłem, ale to opowieść o odnajdowaniu siebie, o tożsamości, tyle że nie chodzi o tożsamość narodową. To historia odnajdowania sensu życia u jego schyłku, dostrzegania szans, gdy wydaje się, że już nic nas nie czeka.

Podróż bohatera w głąb siebie jest możliwa dlatego, że wyrusza on w podróż w czasie i przestrzeni. Gdyby nie poszukiwanie korzeni, Marek Deutsch nie odnalazłby siebie tu i teraz.
– Kreśląc tę podróż, chciałem pokazać pewne paradoksy – uproszczenia, którymi żyjemy, i niespodzianki, które może nam przynieść grzebanie w starych szpargałach. Historia, pochodzenie, przeszłość – to wszystko nie jest jednoznaczne ani proste. Postać historyczna, którą prezentuję w książce – nie zdradzę tu, o kogo chodzi – do dziś budzi kontrowersje, funkcjonuje w dwóch przeciwstawnych legendach, jako zdrajca i bohater. Obie legendy mają podłoże ideologiczne, więc tej oceny nie da się wypośrodkować.

Dlaczego akurat tę opowieść wybrał pan jako tło?
– Wiedza o tym wydarzeniu nadal jest raczej skąpa i, jak wspomniałem, nadal funkcjonuje ono w świadomości społecznej na zasadzie ideo-
logicznych legend. Z drugiej strony uświadomiłem sobie, że gdzieś w Rumunii wciąż istnieje ziemia, która należała do tej postaci. Zastanawiając się, czy jest tam, na Bukowinie rumuńskiej, ślad polskiej historii, wymyśliłem bohatera, dla którego odnalezienie tego kawałka ziemi jest życiową szansą. Potem wsiadłem w samochód i pojechałem na południe.

Czyli do Rumunii?
– Odbyłem tę samą trasę, którą podróżuje bohater książki. Odwiedziłem Bukowinę, ale również Braszów i niektóre inne miejsca w Rumunii, a także na Ukrainie. Potrzebowałem poznać koloryt lokalny, krajobrazy i plenery. Wystawiłem się też na przygodę – może przydarzy mi się coś, co potem będę mógł wykorzystać w powieści. Taki risercz pisarski pobudza wyobraźnię.

Potrzebował pan przeżyć i zobaczyć swoje, żeby zawrzeć to w powieści. Może zdradzę tym fragment fabuły, ale zapytam: czy był przy okazji jakiś romans z młodą Rumunką?
– Nie, nie było żadnego romansu, ani z Rumunką, ani z Węgierką (śmiech). Powiem panu jednak, że 25-letnia Camelia miała pierwowzór, ale był to… mężczyzna. Nazywał się Ilie, był kolegą – nie kuzynem – Florina, pracownika tamtejszego urzędu gminnego, odpowiedzialnego za promocję, który pomógł mi dotrzeć do różnych miejsc. Ilie, w odróżnieniu od Florina, świetnie mówił po angielsku i bardzo mi pomógł przy rozmowach ze starymi mieszkańcami, którzy coś niecoś pamiętali z wydarzeń z przeszłości, więc wiele scen z Camelią to po prostu zapis rzeczywistych scen z udziałem Iliego.

Ustaliliśmy, że jest w tej powieści dużo pana. Główny bohater ma tyle samo lat, wykonuje podobny zawód, jego ojciec – podobnie jak pański – jest artystą, na dodatek i pan, i pana bohater ma 18-letnią córkę. Co chce pan przez to powiedzieć?
– Podejmuję pewną grę z rzeczywistością. Oczywiście bardzo dużo zaczerpnąłem ze swojego życia, szczególnie jeżeli chodzi o historie z okresu dzieciństwa i czasów licealnych. Pisząc fikcję, zawsze podpieram się rzeczywistością, bo ta dyktuje najciekawsze scenariusze. Ale ja mam dopiero drugą żonę, a bohater trzy byłe, poza tym moja 18-letnia córka – z tego, co wiem – nie jest w ciąży (śmiech). Dałem mojemu bohaterowi tyle z mojego wnętrza, ile mogłem. Ale jego sytuacja życiowa, realia, w których żyje, stosunki rodzinne – to nie ja.

Ważnym wątkiem powieści są relacje bohatera z ojcem. Marek pozostaje w cieniu ojca, czuje się zdominowany. Czy pana relacje z ojcem, również pisarzem (Józefem Henem – przyp. red.) są podobne?
– Relacje Marka z ojcem są trochę podobne do moich, a trochę się różnią. Na pewno ja też czułem presję ojca, uznanego pisarza, ale u Deutscha to przebiega zupełnie inaczej. Na co dzień ja jestem bardziej zdominowany przez ojca niż on, tak mi się wydaje. Na szczęście, w odróżnieniu od mojego bohatera, w sprawach literackich jestem bardziej uparty i ambitny niż Marek w sprawach plastycznych. Marek z góry zrezygnował z poważnych zamierzeń twórczych i skupia się na przetrwaniu, zarabia na życie dzięki zręczności plastycznej, ale nie realizuje siebie. Ja od zawsze chciałem znaleźć własną formę artystycznej wypowiedzi i po próbach w różnych dziedzinach uznałem, że tylko poprzez literaturę mogę powiedzieć to, co mam do powiedzenia. Zarazem jednak musiałem z czasem pozbyć się złudzeń, że z pisania się utrzymam. Literacka ekspresja to jedno, proza życia to drugie.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 50/2019, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 50/2019

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy