Ekologia i Przegląd

Park w komputerze

Grubość, wysokość, wiek drzew, okazy przyrody – wszystko będzie w Internecie

Rozmowa z Wojciechem Świątkowskim,zastępcą dyrektora Świętokrzyskiego Parku Narodowego

– Jesteście jednym z pierwszych Parków, które zaczęły stosować w swojej pracy system informatyczny. Jakie ma on zastosowanie?
– System informatyczny pozwala na stałe śledzenie zmian zachodzących w przyrodzie, zarówno pod wpływem czynników zewnętrznych, jak i zabiegów ochronnych, wykonywanych przez nas. Umożliwia sprawdzenie, czy nasze działania były skuteczne. Zadaniem tego systemu jest racjonalizacja kosztów. Znając dokładnie stan środowiska, możemy podzielić Park na obszary, które posiadają największe wartości przyrodnicze, historyczne, kulturowe i są najbardziej zagrożone. Swoje działania i środki finansowe skoncentrujemy tam, gdzie jest to w danym momencie niezbędne, nie rozpraszając się na tereny, gdzie przyroda radzi sobie sama. Największą zaletą tego systemu jest więc możliwość podejmowania decyzji w oparciu o aktualny stan środowiska. Można ciągle śledzić przyrodę i dostosowywać do niej nasze sposoby ochrony.
– Czy może pan przybliżyć funkcjonowanie systemu informacji przestrzennej?
– Opiera się on na elektronicznym przetwarzaniu danych w systemie komputerowym. Numeryczna mapa Parku jest jego podstawowym elementem. Jest to mapa zapisana w pamięci komputera i powiązana z bazami danych o konkretnych miejscach w Parku. Zmiany, które zachodzą w przyrodzie, wprowadzane są do bazy danych i automatycznie przenoszone na mapę. Cały czas następuje jej aktualizacja. Mapa numeryczna pozwala na szczegółową inwentaryzację i lokalizację cennych obiektów przyrodniczych, stanowisk rzadkich roślin i zwierząt. Możemy wskazać na niej dane miejsce i od razu odczytać informacje, co tam rośnie, co już zrobiono, a co należy jeszcze wykonać. Można też wyświetlić mapę z interesującymi nas elementami. Jeśli mamy do rozwiązania problem turystyczny, wyświetlamy mapę, na której znajdują się jedynie obiekty turystyczne. System pozwala na lokalizację wszystkich najcenniejszych obiektów w Parku z dokładnością do jednego metra, przeniesienie ich na mapę numeryczną, dokładne określenie współrzędnych. Dzięki temu można stwierdzić, czy dany gatunek w tym miejscu ocalał, jakie zaszły tam zmiany. Nie będzie trzeba szukać informacji w dziesiątkach dokumentów. Już teraz praktycznie nie używamy map papierowych, oddających jedynie chwilowy stan.
– Od jak dawna korzystacie z systemu i co dzięki niemu udało się wam już zrobić?
– Pierwszymi ośrodkami, które zaczęły korzystać z tego systemu, były Parki Biebrzański i Karkonoski. My zaczęliśmy wprowadzać system w
1998 roku. Docelowo zostaną nim objęte wszystkie parki. To, co zrobiliśmy do tej pory, jest finansowane ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Warszawie. Mamy już mapę numeryczną, czyli szkielet geodezyjny i geometryczny. To było najtrudniejsze do wykonania. Mamy także bazy danych dotyczące lasów na terenie ŚPN. Wiadomo jednak, że po pewnym czasie te informacje będą rozbieżne z rzeczywistością, czegoś przybędzie, czegoś ubędzie. Teraz więc czeka nas najważniejsza sprawa, to znaczy wdrożenie systemu stałej aktualizacji danych. Przy prawidłowym wprowadzaniu nowych informacji, będziemy zawsze na bieżąco wiedzieli o tym, co się dzieje w Parku.
– Czy już możecie mówić o efektach korzystania z systemu?
– Ten rok jest w zasadzie pierwszym rokiem naszych działań i jeszcze nie możemy powiedzieć o efektach pracy. Wystąpiliśmy do NFOŚ o sfinansowanie zakupu odbiorników GPS ułatwiających lokalizację badanych obiektów lub granic nawet w trudnych warunkach terenowych. Jeżeli otrzymamy środki, to rozpoczniemy drugi etap. Będzie polegał na założeniu w całym Parku, w siatce kwadratów 400 na 400 metrów, około 800-900 powierzchni kontrolnych, 25-arowych. Będą na nich mierzone wszystkie drzewa, ich grubość, wysokość, wiek, a nawet stan zdrowotny, określane gatunki roślin i zwierząt. Co kilka lat mamy zamiar powtarzać te pomiary. Dzięki temu stwierdzimy, w jakim kierunku idą zmiany. Po pełnym uruchomieniu systemu chcemy udostępnić dane w Internecie, by każdy zainteresowany mógł wejść na naszą stronę. Oczywiście, nie udostępnimy wszystkich parametrów, na przykład lokalizacji bardzo rzadkich roślin czy szczegółowych miejsc gniazdowania ptaków i ostoi zwierząt chronionych. I to nie tylko dlatego, że ktoś mógłby tam pójść i zniszczyć, ale dlatego, że duża liczba chętnych do obejrzenia zakłóciłaby spokój na tym obszarze.
– Czy współpracujecie z innymi parkami w kraju i za granicą?
– Swoje działania uzgadniamy z innymi placówkami, wprowadzającymi system informacji przestrzennej. Systemy muszą ze sobą współpracować. Również jednostki nadrzędne, jak Ministerstwo Środowiska, powinny mieć możliwość sięgnięcia do naszych danych. Gdyby każdy park założył własny system, nie mający nic wspólnego z pozostałymi, to praktycznie tych informacji nie można byłoby wykorzystać gdzie indziej. Nawet Lasy Państwowe przechodzą na mapy numeryczne i modele terenu. W swojej pracy korzystamy z doświadczeń duńskich. Szczególną uwagę zwraca się tam na aspekt ekonomiczny, określając hierarchię potrzeb i wtedy za te same pieniądze można zrobić znacznie więcej. Do systemu wprowadza się zdjęcia lotnicze, satelitarne i od razu widać, gdzie przyroda choruje, gdzie znajdują się dzikie wysypiska śmieci. Byłem zdumiony, że na niewielkim zdjęciu widać, gdzie wylewane są nieczystości z szamb. Na podstawie takich zdjęć i map numerycznych można zdobyć ogromną ilość informacji o stanie przyrody i ludzkiej działalności na obszarach chronionych.

Rozmawiał
Andrzej Arczewski


EKO-INFORMACJE

– 50 przedstawicieli samorządów i organizacji pozarządowych Nowosądecczyzny podpisało w Nowym Sączu “Memoriał Karpacki”. Sygnatariusze dokumentu upatrują szansy dla regionu w ochronie przyrody i kultury Karpat, połączonej z rozwojem agroturystyki i rolnictwa ekologicznego.
Pierwszy z programów “Memoriału” polega na kompleksowym zagospodarowaniu i rozwoju jednej z dolin w Gminie Łabowa k. Nowego Sącza. Drugi zakłada utworzenie 300 dodatkowych miejsc pozarolniczego dochodu dla mieszkańców Sądecczyzny. Gospodarstwom z regionu udzieli się 300 dotacji na rozwój agroturystyki w wysokości 6 tys. zł.
Pomysł proklamowania “Memoriału Karpackiego” narodził się w przed rokiem, gdy sądeckie Stowarzyszenie Green Works otrzymało dotację
30 tys. euro w konkursie na inicjatywę proeuropejską ze środków unijnych. Stowarzyszenie szybko pozyskało do współpracy samorządy gminy Rytro i miasta Nowy Sącz oraz krakowską Fundację Partnerstwo dla Środowiska. Tak wyłoniła się grupa inicjatywna, która zachęciła do prac nad proklamowaniem “Memoriału” niemal wszystkie samorządy południowo-wschodniej Małopolski, organizacje pozarządowe, parki krajobrazowe i narodowe – w tym Tatrzański i Babiogórski Park Narodowy.

– Fabryka Papieru Szczecin-Skolwin SA za około 10 mln zł wybuduje biologiczną oczyszczalnię ścieków. W fabryce działa w tej chwili podoczyszczalnia mechaniczna. Ponieważ zakład zamierza przerabiać 107 tys. ton makulatury rocznie, niezbędna jest biologiczna oczyszczalnia ścieków, która będzie przyjmować pozostałości po odbarwieniu.
Wykonawcami oczyszczalni będą m.in.: Szczecińskie Przedsiębiorstwo Budownictwa Przemysłowego Espebepe-Holding SA, a technologię dostarczy firma SHV Holter Polska. Środki na budowę oczyszczalni pochodzą z funduszów własnych papierni oraz Narodowego i Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Moc oczyszczalni, której uruchomienie planowane jest na sierpień 2001 roku, początkowo wynosić będzie 11 tys. m sześciennych ścieków na dobę, docelowo zaś 25 tys. metrów sześciennych.
Ponieważ w oczyszczalni zastosowana zostanie technologia pozwalająca oczyszczać zarówno ścieki przemysłowe, jak i komunalne, trafią do niej, po wybudowaniu kolektorów, ścieki z północnych dzielnic Szczecina.

– Umowę powołującą Międzynarodową Koalicję dla Ochrony Polskiej Wsi (ICPPC) podpisali w Krakowie przedstawiciele organizacji ekologicznych i agroturystycznych z kilkunastu państw świata. Celem organizacji jest promocja alternatywnych, ekologicznych form rolnictwa oraz agroturystyki, które mogą stać się szansą dla polskiej wsi po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej. Planowane jest stworzenie strony internetowej, prezentującej konkretne projekty.


Groźny metal w płynie

Rtęć tylko z pozoru wygląda niewinnie. W istocie jest jedną z najsilniejszych trucizn. Nawet kilka miligramów może stanowić śmiertelną dawkę

Każdego roku ponad 1,5 tony rtęci dostaje się do gleby, wód i roślin. W Polsce zużywa się rocznie blisko
20 mln lamp rtęciowych. Od 1945 r. na wysypiska komunalne oraz “dzikie” trafiło przeszło 400 mln ton lamp zawierających ponad 30 ton rtęci.
Rtęć to jedyny w przyrodzie metal mający w normalnych warunkach postać ciekłą. Dlatego już w starożytności nazwana była żywym srebrem.
Rtęć niesłychanie łatwo przenika do organizmów żywych, szczególnie do płuc, mózgu, nerek, układu nerwowego, powodując wiele groźnych chorób. Pary rtęci mogą spowodować zapalenie dróg oddechowych, oskrzeli, płuc, niewydolność nerek, jelit, a nawet owrzodzenie jamy ustnej.
Przy przewlekłych zatruciach występują bóle głowy, zmiany w układzie nerwowym, czego następstwem jest drżenie rąk, zmiany nastroju, znużenie, upośledzenie pamięci. Ostatnio coraz częściej wymienia się rtęć wśród substancji najbardziej przyczyniających się do skażenia środowiska naturalnego. Na świecie wydobycie rtęci wynosi prawie 14 tys. ton rocznie, z czego mniej więcej połowa prędzej czy później staje się uciążliwym odpadem. Polska jest jednym z poważniejszych trucicieli środowiska w Europie. Rocznie emitujemy do atmosfery ok. 40 ton rtęci, czyli dziesiątą część tego, co wszystkie kraje naszego kontynentu razem wzięte. Rtęć jest obecna właściwie wszędzie – w żarówkach i świetlówkach, wyłącznikach i przekaźnikach, bateriach, i oczywiście w termometrach. Wyłączniki, przekaźniki, termometry kontaktowo-nastawne zawierają do 20 g rtęci.
Rtęć w przeciętnej baterii stanowi 0,02% jej masy. Rocznie wyrzucamy ich 50 mln sztuk. Przemysł zużywa blisko 80 ton katalizatorów rtęciowych w ciągu roku, a są one głównie stosowane do produkcji chlorku winylu i octanu winylu. Obecnie góra tych odpadów waży 400 ton i zawiera nieco poniżej 10% rtęci. Czy może to nam zaszkodzić? Najtragiczniejsze katastrofy wywołane zatruciem związkami rtęci miały miejsce w Japonii i w Iraku.
W maju 1956 r. dyrektor szpitala w Minamata zawiadomił japoński Departament Zdrowia publicznego o przyjęciu 5-letniej dziewczynki z nieznaną chorobą ośrodkowego układu nerwowego. Wkrótce odnotowano kolejne przypadki tej “dziwnej choroby”, jak ją nazwano. U chorych występowały: drętwienie kończyn, zaburzenia czucia i mowy, niezborność ruchów, upośledzenie wzroku i słuchu, zaburzenia umysłowe. Połowa chorych umierała, pozostali chorowali nawet 10 lat. Kobiety znad zatoki Minamata, bo tam pojawiła się “dziwna choroba”, zaczęły rodzić dzieci, które sprawiały wrażenie cierpiących na porażenie mózgowe.
Upłynęło 10 lat, zanim ustalono, że przyczyną tajemniczej choroby były odprowadzane do zatoki ścieki fabryczne, w których znajdowała się rtęć. To z jej powodu najpierw ginęły ryby i kraby, ptactwo wodne i koty żywiące się zatrutymi rybami. Pierwsza fala zatruć rtęcią wystąpiła w 1956 r., druga w 1965 r.; według oficjalnych danych zatruciu uległo 1700 osób, w tym 395 śmiertelnie.
Nieco później, w latach 1971-1972, epidemia zatruć rtęcią wystąpiła w Iraku. Do szpitali trafiło 6530 osób, zmarło 459. W tym przypadku powodem zatrucia było użycie do wypieku chleba ziarna siewnego zaprawionego fungicydem rtęciowym. Dodatkowo kilka rodzin zatruło się mięsem ze zwierząt karmionych zatrutym ziarnem.
Zatrucia rtęcią znane są od dawna. W czasach rzymskich nazywano je “chorobą niewolników”, ponieważ najczęściej ulegali im właśnie niewolnicy pracujący w kopalniach cynobru (zaczynało się drżeniem rąk, kończyło śmiercią). Później znane były jako choroba “srebników” luster i kapeluszników (rtęci używano przy wyrobie kapeluszy).
Mimo tylu przykrych doświadczeń bardzo długo lekceważono “żywe srebro” jako podstępnego zabójcę. Nie tak dawne były czasy, gdy w hiszpańskich kopalniach turystom demonstrowano trudną sztukę zanurzania ręki w kuble wypełnionym rtęcią. W Brazylii poszukiwacze złota spowodowali klęskę ekologiczną, bo zamiast przesiewać i płukać piasek, stosowali metodę wiązania złotą rtęcią (w rezultacie do środowiska dostało się 2 tys. ton tego toksycznego metalu).
Szkodliwość rtęci, w tym jako toksycznej substancji zdolnej do migracji w środowisku, zaczęto doceniać dopiero w ostatnich dziesięcioleciach. W wielu krajach ogranicza się stosowanie rtęci w przemyśle i artykułach codziennego użytku, zmniejsza się jej emisję do środowiska naturalnego wraz z gazami poprodukcyjnymi, ściekami i odpadami stałymi. W Polsce najwymowniejszym przejawem tej tendencji była likwidacja Zakładów “Polam-Rzeszów”, które wykorzystywały rtęć do produkcji świetlówek.
Zakłady funkcjonowały w latach 1970-1989, produkując rocznie 6,5 miliona świetlówek i “przy okazji” zatruwając środowisko. Rtęć była emitowana do powietrza przez system zakładowej wentylacji. Innym źródłem skażenia były ścieki, w tym zanieczyszczona woda, którą zmywano posadzki w halach produkcyjnych. Aż 30% produkcji stanowiły braki, które jako stłuczkę wyrzucano na wysypiska komunalne, do wyrobisk pożwirowych i glinianek, do wysychających stawów. Dopiero pod koniec istnienia zakładów stłuczkę gromadzono na terenie przyzakładowym, jednak bez odpowiedniego zabezpieczenia. W ten właśnie niekontrolowany i beztroski sposób środowisko zostało zatrute kilkoma tonami rtęci.
Dla osób nie mających zawodowo do czynienia z rtęcią (wydobycie, przemysł, laboratoria) zagrożenie tym toksycznym metalem nie jest duże, ale istnieje. W Polsce nie było zatruć tak groźnych i na taką skalę, jak w Japonii, Iraku czy Brazylii, ale mniejsze i lżejsze się zdarzają. Jesienią 1988 r. do szpitala w Bytomiu trafiła grupa dzieci, które bawiły się “żywym srebrem” znalezionym w jakiejś komórce. Na szczęście zatrucie nie było groźne.
Dla przeciętnego człowieka zagrożeniem są barometry i termometry rtęciowe, oczywiście po rozbiciu i wydostaniu się rtęci. Ponieważ substancja ta paruje, więc w pomieszczeniu, w którym rozbił się termometr, po pewnym czasie zaczynamy oddychać oparami rtęci. Znany jest przypadek zatrucia się dwóch sióstr, z pokoju których zapomniano usunąć rtęć z rozbitego termometru. Po pewnym czasie u dziewcząt wystąpiły zaburzenia ośrodkowego układu nerwowego. Zostały wyleczone, ale jedna z nich wymagała długiej rehabilitacji z powodu trudności w chodzeniu.
Nie mniejszym zagrożeniem są zużyte bateryjki, w których znajdują się ogniwa cynkowe, chronione przed korozją przez dodanie do elektrolitu chlorku rtęciowego. Pozostawione w szufladach lub porzucone gdziekolwiek bateryjki trują rtęciowymi oparami.
Niepokój budzą amalgamatowe plomby, którymi uzupełnia się ubytki w zębach. Są one łatwe w przygotowaniu i wygodne w użyciu, ale, zdaniem wielu lekarzy, szkodzą nie tylko pacjentom, ale też dentystom.
Nie bez powodu stopniowo wycofuje się z użycia prostowniki rtęciowe (przyczyna zatruć w zakładach energetycznych), próżniowe lampy rtęciowe, leki zawierające rtęć (rtęć w postaci tzw. szarej maści dawniej była używana w leczeniu kiły). Ogranicza się również technologie elektromechaniczne operujące dużymi ilościami rtęci.
Rtęci zupełnie wyeliminować nie można. I nie ma takiej potrzeby. Wystarczy ostrożność w korzystaniu z niej.

Władysław Misiołek

Klasycznym objawem zatrucia oparami rtęci metalicznej są drżenia mięśniowe, głównie palców, rąk, powiek i warg. Chorzy skarżą się na ogólne osłabienie, zmęczenie, zawroty głowy, potliwość, brak apetytu, bicie serca, biegunki i spadek masy ciała.
W miarę rozwoju zatrucia drżenia mięśniowe przenoszą się na całe ciało i sprawiają trudność w pisaniu. Pojawia się tzw. eretyzm rtęciowy, czyli zmiany zachowania i osobowości: ospałość, nieśmiałość, nadpobudliwość, utrata pamięci, bezsenność, depresja.
W przypadku ciężkich zatruć zmiany psychiczne są niezwykle groźne, pojawiają się halucynacje, psychozy maniakalno-depresyjne, stany melancholii ze skłonnościami samobójczymi lub całkowita bezradność. Chory ma trudności z mówieniem.
Klasyczne zatrucie rtęcią przebiega ze ślinotokiem oraz stanem zapalnym i trudno gojącymi się owrzodzeniami w jamie ustnej. Na dziąsłach pojawia się szaro-czarny lub czerwono-fioletowy rąbek.

Rtęć jako czysty metal występuje rzadko. Najczęściej spotykanym związkiem rtęci jest jej siarczek, tworzący czerwony minerał – cynober. W temperaturze pokojowej rtęć jest płynna, topi się przy -38,83°C, wrze w temperaturze 356,9°C. Rozpuszcza się w kwasach azotowym i siarkowym. Rtęć metaliczna rozpuszcza się w wodzie, co wyjaśnia, dlaczego pojawia się w rybach lub w krabach. Z większością metali nieżelaznych tworzy stopy zwane amalgamatami. Powszechnie stosowana jest w termometrach, barometrach, pompach próżniowych, prostownikach; pary rtęci są wykorzystywane jako źródło promieniowania ultrafioletowego w specjalnych lampach.


OPINIE

Czy Partie Zielonych mają przyszłość na scenie politycznej?

Jacek Schindler,
Stowarzyszenie EkoIdea z Wrocławia, działacz Federacji Zielonych
W Polsce jest za dużo partii poza lewą stroną i nie wydaje mi się, by nowa Partia Zielonych miała tu szanse. Zieloni powinni kłaść większy nacisk na lobbing w partiach, które już istnieją. Od paru lat tak jest, choć to też się nie do końca sprawdza. Partie Zielonych nigdy nie są organizacjami masowymi, choć w Niemczech zasiadają nawet w rządzie. U nas ten ruch pozarządowy jest zbyt słaby, więc mówienie o Partiach Zielonych to abstrakcja, bo nie ma bazy społecznej, nie ma przekonania zbiorowości. Gdyby istniał silny ruch pozarządowy, następowałoby raczej odsysanie najbardziej aktywnych i uzdolnionych ludzi do struktur aparatu partyjnego. To dlatego m.in. uważam, że Partia Zielonych w Polsce jest dzisiaj nie na czasie.

Jarema Dubiel,
ekolog niezależny
Widzę olbrzymią potrzebę założenia takiej partii. Sądzę zresztą, że nie ma innego wyjścia, ona musi powstać, bo inaczej nie uda się rozwiązać wielu problemów, o które walczą ekolodzy. Zmuszą nas do tego zwyczaje europejskie i fakt, że w Parlamencie Europejskim czekać będą miejsca na Zielonych z Polski. Powinno dojść do świadomości naszych działaczy ochrony środowiska, że zmiany w prawodawstwie i doraźnym działaniu lepiej przeprowadza się w Sejmie i Senacie niż na ulicy. Niestety, środowisko naszych Zielonych składa się z dwóch grup. Pierwsza to pokolenie osób starszych, które chętnie sadowi się blisko kasy, drugą stanowią młodzi, zbuntowani, bardzo mentalnie oddaleni od poprzedników. W środowisku tej młodzieży panuje przekonanie, że polityka jest rzeczą brudną i lepiej jej nie dotykać. Ekologowie w ogóle stawiają na wysokie standardy etyczne i dlatego są tak wrażliwi na przejawy łamania jawności, uczciwości i rzetelności przez tych, którzy próbowali już ruchowi Zielonych nadać jakieś formy polityczne i polityczny status. Ekipy, które próbowały coś w tej sferze zdziałać, już na starcie budziły wiele wątpliwości. Wypada nam więc czekać na działaczy, którzy wykażą większą sprawność oraz dojrzałość i tak łatwo nie zrezygnują z zasad uczciwości.

Iwona Jacyna,
dziennikarka, b. członek Rady
Ochrony Środowiska
Życzę im powodzenia, ale patrzę na działania polskich ekologów z pewną rezerwą i przykrością, bowiem wielu z nich nie ma pojęcia o ekologii. Przy licznych protestach brakuje rzetelnej wiedzy i informacji. Weźmy przykład transportu materiałów promieniotwórczych, gdzie działaniom protestujących towarzyszy histeria. W tym samym tonie piszą o sprawie dziennikarze, którzy przecież powinni szerzyć rzetelną wiedzę o problemie. Zdaję sobie sprawę, że intencja tych działań jest dobra, jednak młodzi ludzie, biorący udział w happeningach powinni się popytać specjalistów z różnych dziedzin, czy i gdzie występuje realne zagrożenie dla ludzi, środowiska itd. Warto przecież wiedzieć, że w tak czystym i dbającym o swoje środowisko kraju jak Finlandia są elektrownie jądrowe kupione w
b. ZSRR, działające idealnie i nikt tam nie siada na torach kolejowych, bo ludzie wiedzą, jakie są zabezpieczenia przed awarią, jaka jest aparatura kontrolna (produkcji zachodniej), co się dzieje z odpadami albo zużytym paliwem.

Janusz Piechociński,
polityk (PSL) i ekonomista, Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska
i Gospodarki Wodnej w Warszawie
Wśród Partii Zielonych PSL ma największą przyszłość. Od wielu lat dba o rozwój rolnictwa, promuje gospodarstwa ekologiczne i szerzy postawy ekologiczne. Ludowcy mają doświadczenie historyczne i polityczne, przenikają w nowe środowiska. Nie ma obecnie sensu tworzenie u nas ruchu kontestującego masową produkcję i konsumpcję, bo jesteśmy jeszcze krajem, który musi się szybko i silnie rozwijać. Co innego znaczy “zielone” w rozumieniu Niemiec, gdzie występuje się przeciwko przemysłowi, a co innego w Polsce, gdzie ochrona środowiska nie jest tak żywym problemem społecznym. U nas “zielone” opiera się na naturze i szacunku dla ludzi, na zdrowej produkcji z wykorzystaniem rodzimych surowców. To jest właśnie dewizą PSL.

Mirek Pukacz,
obserwator ze strony polskiej
na spotkaniu Koordynacji Federacji Zielonych w Lipsku (RFN)
Należy się spodziewać, że Partie Zielonych, specjalizujące się w działalności turystycznej, będą nadal aktywne. Moim zdaniem, nikt z reprezentantów Wschodu nie jest “zielony” w dotychczasowym, zachodnim rozumieniu. Tym lepiej wypadli Zieloni z Europy Zachodniej. Byli kompetentni i rzeczowi, b. sprawni w dyskusji, bez śladu swojskiego bicia piany. Odzyskałem wiarę, że polityczny ruch Zielonych ma do odegrania poważną rolę w Europie. Pytania na koniec: 1. Czy w Polsce rozwinie się w najbliższym czasie polityczny ruch Zielonych? 2. Czy jesteśmy zainteresowani (np. FZ) współpracą z Koordynacją?

Notował BT


Kłopotliwi imigranci

Norka, piżmak i jenot dotarły do Polski i w kilkanaście lat zaczęły zagrażać innym zwierzętom

Jeszcze w XIX wieku obszar występowania norki europejskiej rozciągał się od Hiszpanii po Irtysz i od przedgórza Kaukazu po Morze Białe. Była wszędzie, gdzie tylko był las i woda: nad brzegami wielkich rzek i jezior, pośród błot i trzęsawisk, puszczańskich ruczajów i bajorek.
– Norka świetnie pływa i nurkuje. W wodzie poluje na żaby, ryby i owady wodne, atakuje także ptaki. Jest bardzo sprawna na lądzie, gdzie łupem jej padają najczęściej gryzonie – wyjaśnia dr Andrzej Zalewski z Zakładu Badania Ssaków Polskiej Akademii Nauk w Białowieży.
Trudno powiedzieć, kiedy zaczęła się dla norki europejskiej bessa. Jeszcze trudniej określić, co ją spowodowało na tak ogromnych obszarach. W Europie Środkowej jedną z bardziej znaczących przyczyn mogło być zniszczenie optymalnych dla norki środowisk: wyrąb lasów, melioracje, cywilizowanie brzegów rzek i strumieni, a także osuszanie bagien, trzęsawisk i błot. Dziś norka występuje jeszcze wyspowo we Francji, Hiszpanii, miejscami w Finlandii, na Węgrzech i w Rumunii. Najbliżej Polski notowana jest szczątkowa populacja na Białorusi.

Ostatnie informacje

o norce europejskiej z Pomorza i Śląska pochodzą z końca wieku XIX. Początki minionego stulecia to wymieranie norki na Lubelszczyźnie i Podhalu. Najdłużej gatunek utrzymał się w północno-wschodniej części kraju, na Zamojszczyźnie i Podlasiu – co najmniej do lat 30. XX wieku. Dziś nie spotyka się już norki europejskiej w Polsce. Na pewno jest za to jej “zmienniczka” z USA i Kanady – norka amerykańska.
– Obie morfologicznie niewiele się różnią. Amerykańska jest nieco większa i zwykle miewa na dolnej wardze białą plamę, która często rozlewa się na gardło i pierś. Norka europejska ma podobne plamy, ale również wokół nozdrzy, na górnej części pyszczka. Są to jednak cechy bardzo zmienne i mało miarodajne. Najpewniejsza wydaje się identyfikacja na podstawie czaszek lub na podstawie materiału genetycznego – wyjaśnia dr Zalewski.
Zanim obecność norki amerykańskiej w krajowej faunie stała się faktem, gatunek ten żył u nas jako zwierzę dość powszechnie hodowane na fermach od lat 20. minionego wieku. Nie wiadomo, kiedy pierwsze osobniki uciekły na wolność ani też, czy i w jakim stopniu przyczyniły się do eksterminacji szczątkowych populacji norki rodzimej. Z zachowanych źródeł ustalić można tylko, że pierwsze norki amerykańskie pokazały się “na dziko” w Wielkopolsce i na Kujawach najpóźniej w połowie lat 60.
– Żeby powstała lokalna populacja, zwierzęta muszą być zdrowe i nie spokrewnione, bo defekty genetyczne z tego wynikające wpływają na kondycję i przeżywalność. Zbiegłe osobniki muszą też trafić na odpowiednie środowisko, zasobne w bazę żerową. Młode powinny mieć dość przestrzeni, żeby skolonizować własne terytoria – twierdzi dr Zalewski.
Niemal równolegle z domniemanym osiedlaniem się zbiegów Polskę kolonizowały forpoczty dzikich imigrantów ze wschodu. Wtargnęły najpewniej z Białorusi. W ZSRR już w roku 1933 rozpoczęto akcję osiedlania norki amerykańskiej w naturze. Do roku 1948 wypuszczono 4 tys. osobników tego gatunku wszędzie, gdzie tylko była

nadzieja na aklimatyzację.

Akcja powiodła się w stu procentach, a w przygranicznych republikach tak bardzo, że na Białorusi już w roku 1960 norka stała się zwierzęciem łownym. Pierwsze osobniki przekroczyły granicę Puszczy Białowieskiej prawdopodobnie w połowie lat 50. Polska była dla nich “ziemią obiecaną”.
– Nie ma u nas wielkich drapieżników – naturalnych regulatorów liczebności norek. Nie muszą bać się wilków, kojotów, rysi, pum, orłów czy nawet szopów. Jest za to pod dostatkiem łatwo dostępnego pokarmu – mówi dr Zalewski.
Jako pierwszy w starciu z norką padł… piżmak – również pochodzenia amerykańskiego, podobnie jak ona cenny zwierzak futerkowy; aż do roku 1905 występował wyłącznie w Ameryce Północnej. Potem osiedlili u siebie piżmaka Czesi. Dziś kontynentalne podboje piżmaka nie ograniczają się już tylko do Europy, ale sięgają również Azji.
Do Polski piżmak przybył w roku 1924, a do końca lat 50. zasiedlił cały kraj. Zdolny utrzymać się na byle jakiej diecie roślinnej, wytrzymujący bez szkody dla zdrowia nawet pozaklasowej czystości wody, okazał się niepowstrzymanie płodny. Jego pojawieniu się wszędzie towarzyszyły narzekania i lamenty.
– Piżmak kopie systemy nor i tuneli. W przypadku licznej populacji może to osłabiać groble i wały – mówi Henryk Michałowski, st. insp. PZŁ w Opolu.
Szkód nie równoważyły wpływy z cennych skórek tego gryzonia. Przez dziesięciolecia nie było na piżmaka sposobu. Nie potrafili przetrzebić go myśliwi, nie dawały sobie z nim rady krajowe drapieżniki, aż do ostatnich lat.
– Piżmak praktycznie przestał występować w Puszczy Białowieskiej. Nie ma pewności, czy przez norkę, być może nałożyły się na to również choroby. Zastanawiająca jest jednak zbieżność w czasie – dodaje dr Zalewski.
Podobnie dzieje się w całym kraju – piżmak jest w wyraźnym odwrocie. Gorzej, że obecność norki odczuwają nie tylko te gryzonie. Sąsiedztwo tak sprawnego łowcy, jakim jest norka, odbija się również na losie kaczek, gęsi, ptaków brodzących i łysek. Na Opolszczyźnie, pozbawionej naturalnych jezior, ich role pełnią liczne stawy rybne. Większość z nich, ukryta w Borach Stobrawskich i Niemodlińskich, jest podstawową ostoją wielu gatunków ptaków wodno-błotnych.
– Liczba kaczek na moich stawach spada z roku na rok i nie jest to wynik nadmiernych polowań albo oczyszczania strefy przybrzeżnej z trzcin, niezbędnych do zakładania gniazd. U mnie są trzciny, poluje się umiarkowanie, a kaczek nie ma. Coraz więcej za to tropów norek – mówi Mirosław Kotlarz, właściciel stawów rybnych w rejonie Pokoju na Opolszczyźnie.
Nie wiadomo jednak, czy równie pomyślnie przebiega proces aklimatyzacji norki na pozostałym obszarze kraju. Co ważniejsze, nikt nie potrafi precyzyjnie powiedzieć, jakie koszty tej aklimatyzacji ponosi fauna ptaków wodno-błotnych. W Słońsku nad Wartą, jednym z najważniejszych krajowych rezerwatów ptaków wodno-błotnych, zagęszczenie norek na kilometr kwadratowy przekracza cztery osobniki. Dla gniazdujących tu kaczek i gęsi ich sąsiedztwo jest przekleństwem – wiosną ptaki stanowią tu ponad 40% diety norek.
Na razie status prawny norki amerykańskiej nie jest określony; nie ma jej na liście zwierząt łownych ani na liście chronionych. Podobny kłopot jest z jenotem, innym “importem”, tyle że azjatyckim. Ten jedyny zasypiający na zimę gatunek zwierząt psowatych do roku 1928 znany był wyłącznie z tajgi dalekiego wschodu Rosji, wschodnich Chin i Korei. Dziś jenot zajął połowę obszaru Europy, a w Azji dotarł na pogranicze chińsko-wietnamskie. Pierwsze obserwacje w Polsce datowane są na rok 1955.
Nieduży, dość ospały drapieżnik, nie licząc gór, występuje w całym kraju. Najchętniej trzyma się śródleśnych wód, najliczniejszy jest więc na północnym wschodzie.
– Jeszcze kilka lat, a jenot będzie u nas co najmniej

tak liczny jak lis

– wyrokuje Mirosław Kotlarz.
Jenot nie jest fenomenalnym drapieżcą, daleko mu do bystrości lisa, inteligencji wilka i sprawności rysia. A mimo to, penetrując niespiesznie płycizny, patrolując metodycznie zakrzaczenia i nabrzeżne szuwary, zawsze znajdzie coś na ząb. Nie przebiera, zjada żaby i owady. Zanim pojawił się nad naszymi wodami, żaden lądowy drapieżnik nie potrafił poważnie zagrozić lęgnącym się na wyspach lub w plątaninie trzcinowisk kaczkom, gęsiom czy perkozom. A jenot świetnie pływa i dotrze wszędzie.
– To bardzo płodny gatunek. Poważny wpływ na sukces tego gatunku mają u nas dość łagodne i krótkie zimy, będące jednym z ważniejszych powodów śmiertelności na północy Azji – wyjaśnia dr Zalewski.
Nie wiadomo, jakie oddziaływanie ma drapieżność jenota na lęgi ptaków wodnych. Przypisuje się mu znaczny wpływ na wygasającą w kraju populację cietrzewia. Jak jest w istocie, dowiodą badania naukowe. Podobnie jak norka także i ten drapieżnik nie ma określonego statusu prawnego . Również dla niego Polska okazała się “ziemią obiecaną”.

Krzysztof Duniec


PRZYRODNICZE SKARBY UNESCO

Wyspa wawrzynowego lasu

W archipelagu Wysp Kanaryjskich na Oceanie Atlantyckim znajduje się nieduża wyspa Gomera. Z góry wygląda jak pływająca miednica, wypełniona zieleniną. Owa zieleń to relikt dawno minionych czasów – gęsty, wawrzynowy las, w którym drzewa osiągają wysokość do 20 m. Przed milionami lat takie lasy pokrywały znaczne obszary południa Europy, jednak zmiany klimatu sprawiły, że wawrzynowe drzewa przetrwały tylko na Gomerze dzięki umiarkowanej, oceanicznej aurze wyspy.
Gomera to nie tylko wawrzynowy las. Tutejszy masyw górski oraz głębokie doliny wprost kipią zielenią. W tym zamkniętym ekosystemie doliczono się aż 450 gatunków roślin. Wiele tutaj ziół, grzybów i paproci, są powoje, bluszcze i wrzośce. Wrażenie robią gałęzie olbrzymich drzew, pokryte porostami i brodami mchów. Kilkadziesiąt gatunków to rośliny występujące wyłącznie na tej wyspie. Niektóre drzewa wawrzynów płożą się po ziemi, inne – jak drzewo til – niezbyt przyjemnie pachną. Wyłącznie na Gomerze rośnie żmijowiec o błękitnych kwiatach. Woskownice i wrzośce tworzą rozległe lasy.
Na wyspę dotarły również “przybłędy”: powój, pokrzywa i tasznik pospolity, które z powodzeniem konkurują z tutejszymi gatunkami, m.in. z drzewem poziomkowym i żółtymi krzewami codeso. Na szczęście inwazja przybyszów została powstrzymana dzięki genetycznemu programowi ratunkowemu.
Gomera znana jest również dlatego, że pod koniec XV w. była miejscem ważnego wydarzenia. Zanim Krzysztof Kolumb wyruszył w długi rejs do Ameryki, tutaj uzupełniał prowiant i napełniał beczki wodą.
W 1981 r. władze hiszpańskie ustanowiły na wyspie Park Narodowy Garajonay (nazwa pochodzi od najwyższego szczytu na wyspie, który ma wysokość 1487 m). Niedługo później, w 1986 r., UNESCO zaliczyło Park do światowego dziedzictwa przyrodniczego.
Jednym z powodów ustanowienia Parku było przeciwdziałanie wypalaniu lasu wawrzynowego przez miejscowych pasterzy i rybaków, którzy w ten sposób pozyskiwali węgiel drzewny. W rezultacie las zmniejszył się do 40% swojej pierwotnej powierzchni.
Las już nie płonie, ale pojawiają się inne zagrożenia. Jednym z nich jest budowa szosy przecinającej las. Ekolodzy nie dają wiary zapewnieniom, że mimo tej inwestycji różnorodna i niepowtarzalna flora przetrwa na Gomerze.

WŁAD


Kłopoty z elektrozłomem

Unia Europejska zamierza radykalnie rozwiązać problem odpadów ery komputerowej

Politycy europejscy planują zmniejszyć góry elektronicznego i elektrycznego złomu: starych komputerów, drukarek, lodówek, telewizorów, zalegających na wysypiskach. Nowe prawo będzie kosztować producentów miliardy euro, lecz środowisku z pewnością wyjdzie na zdrowie.
Problem jest bardzo poważny. Według ocen Komisji Europejskiej, w 1998 roku na terenie UE znajdowało się sześć milionów ton elektronicznych i elektrycznych odpadów. Szacuje się, że w ciągu najbliższych 12 lat tego technicznego złomu będzie dwa razy więcej. Dziesiątki tysięcy ludzi trzymają przecież na strychach i w piwnicach komputery czy drukarki kupione przed kilkoma laty za wielkie pieniądze, obecnie jednak przestarzałe. W szufladach leżą telefony komórkowe pierwszej i drugiej generacji, dziś czarująco zwane “cegłami”. Już wkrótce te wszystkie elektroniczne starocie

trafią na śmietniki.

Znajdują się w nich substancje szkodliwe dla otoczenia: używany do lutowania ołów, kadm, czy brom, zapewniający ognioodporność. Europejscy ustawodawcy chcą, aby producenci wypuszczający te technologiczne produkty na rynek zatroszczyli się później o ich zlikwidowanie i to w możliwie ekologiczny sposób. Jednym z inicjatorów nowej ustawy, która z pewnością zostanie przyjęta przez Parlament Europejski do końca maja, jest niemiecki deputowany do tego gremium, Karl-Heinz Florenz. Wcześniej opracował on projekt podobnego prawa europejskiego, nakładającego na koncerny samochodowe obowiązek złomowania swych starych aut. Wytwórcy protestowali przeciw temu “nieznośnemu ciężarowi” – nadaremnie. Obecnie wielu drobnych wytwórców np. lamp czy odkurzaczy lamentuje, że obowiązek likwidacji własnych wyrobów oznacza dla nich nieuchronne bankructwo. Pewne jest, że realizacja ustawy o elektrycznych i elektronicznych odpadach nie będzie tania. Związek producentów Orgalime ocenia koszty na 7,5 miliarda euro wydatków bieżących i 15 miliardów na inwestycje. Oczywiście, są to szacunki bardzo pobieżne. Tak naprawdę nie wiadomo, ile wyprodukowanego na terenie Unii Europejskiej sprzętu wywieziono za granicę i ile kosztować będą procesy ekologicznego przetwarzania odpadów. Prawo unijne dotyczące tej kwestii wejdzie w życie zapewne wiosną 2002 roku. W ciągu następnych 30 miesięcy producenci i poszczególne państwa członkowskie będą musiały opracować systemy zbierania i likwidacji elektrozłomu. W 2006 roku wyrzucenie do kosza starej maszynki do golenia, telefonu komórkowego albo odstawienie na śmietnisko pralki będzie już złamaniem prawa. Przedmioty te muszą zostać poddane recyklingowi. Trudno powiedzieć, jak system ten będzie funkcjonował. Być może producenci stworzą swoje własne punkty zbierania starego sprzętu lub też powstanie ogólny system państwowy. Przetwarzanie i likwidację złomu wytwórcy muszą jednak zorganizować we własnym zakresie. Zainteresowanie recyklingiem elektronicznego złomu w Europie wykazały już firmy japońskie.
Osobny problemem stanowią, mówiąc językiem biurokratów,

“odpady historyczne”,

a więc sprzęt wytworzony wiele lat temu, kiedy o nowej ustawie ekologicznej nikomu się jeszcze nie śniło. Koszty jego likwidacji w UE ocenia się na 40 miliardów euro. Nie wiadomo, kto ma zapłacić tę ogromną kwotę, z pewnością nie dawni nabywcy i nie firmy-producenci, z których nie wszystkie wciąż istnieją. Bruksela planuje obciążenie kosztami obecnych wytwórców, proporcjonalnie do ich udziału w rynku. Koncerny elektroniczne i elektryczne zamierzają wyrównać te straty, podnosząc ceny komputerów, odkurzaczy, telewizorów, telefonów komórkowych i pralek. Producenci pragną wprowadzenia swoistej marży ekologicznej na wyroby elektroniczne, jednakowej dla wszystkich wytwórców, która znajdzie swe odbicie w cenach. “Niech klienci wiedzą, do czego prowadzi ustawodawczy szał eurokratów”, powiedział dyrektor pewnego belgijskiego przedsiębiorstwa produkującego lampy. Urzędnicy unijni pragną jednak zmusić producentów do swoistej rywalizacji. W myśl ustawy, ten, kto wyprodukuje bardziej ekologiczne produkty oraz opracuje tańszy sposób likwidacji i przetwarzania elektrozłomu, poniesie mniejsze koszty. “To słuszna idea, w przeciwnym razie mielibyśmy do czynienia ze zwykłym podatkiem od odpadów, który nie miałby wiele wspólnego z odpowiedzialnością wytwórcy”, uważa Viktor Sundberg ze szwedzkiego koncernu Elektrolux.
W myśl nowego prawa europejskiego, od 2006 r. pralki będą musiały być wytwarzane w taki sposób, aby 75% elementów tych urządzeń nadawało się do przetworzenia na surowce, które zostaną ponownie wprowadzone do obiegu. Dla zabawek elektronicznych powyższa norma wyniesie 50%. Jeśli Polska stanie się członkiem Unii Europejskiej, do tych nakazów będą musieli dostosować się również nasi producenci. Koncerny elektroniczne już teraz przygotowują nową generację “zielonych” telefonów komórkowych, tj. przyjaznych dla środowiska. Instytuty badawcze opracowują programy komputerowe, mające pomóc producentom w wytwarzaniu towarów ekologicznych i łatwych do likwidacji. Specjaliści z Instytutu Maszyn Precyzyjnych i Technik Wykończeniowych w Brunszwiku wspólnie z ekspertami koreańskiej firmy Lucky Gold Star stworzyli program Atroid, który od początku roku dostępny jest na rynku. Wykrywa on “słabe strony ekologiczne” danego sprzętu, np. monitora komputerowego czy odkurzacza.

Atroid analizuje

składniki produktu, ich masę, dostępność, kształt i wymiary. Nawet kolor jest ważny – w czerwonej farbie może znajdować się toksyczny kadm. Program ocenia też sposób łączenia poszczególnych części: klejenie, składanie czy łączenie za pomocą śrub. Szacuje następnie koszty demontażu i oblicza, jaką kwotę za stare materiały będzie można uzyskać od handlarza złomem. Program wskazuje również, jaki procent masy produktu nadaje się do recyklingu. Najogólniej rzecz biorąc, ekologiczny wyrób powinien składać się z jak najmniejszej liczby części wykonanych z różnych tworzyw sztucznych. Śruby, zastosowane do łączenia, powinny mieć jednakowe wymiary (podczas demontażu pracownik nie zmienia często narzędzi, co zmniejsza koszty). Zalecane jest składanie komponentów, a nie ich klejenie.
Ustawodawcy zamierzają od 2006 roku zakazać stosowania w sprzęcie elektronicznym sześciu najbardziej toksycznych substancji, w tym ołowiu. Powyższa perspektywa budzi popłoch wśród koncernów. Jak obliczył Klaus Hieronymi, menedżer ds. ochrony środowiska brytyjskiej firmy Hewlett-Packard, rezygnacja z ołowiu w skali globalnej wymagałaby inwestycji w wysokości 900 miliardów marek. W dodatku surowce, które mogłyby zastąpić ołów (srebro i bizmut), nie są dostatecznie przebadane pod względem ekologicznym, zaś pozyskuje się je podczas obróbki ołowiu. Korzyści dla środowiska byłyby więc mizerne. “Być może, gdy wprowadzimy zakaz stosowania ołowiu, za dwa lata okaże się, że także bizmut jest szkodliwy”, mówi Klaus Hieronymi. Ołów zresztą nadaje się do recyklingu, zaś tego toksycznego metalu używa się w produkcji stosunkowo niewiele – każdego roku mniej, niż wystrzeliwują w tym czasie z dubeltówek włoscy i francuscy myśliwi. Niektórzy uważają więc, że wyjęcie ołowiu spod prawa byłoby ustawodawczym niewypałem. Klaus-Heinz Florenz jest innego zdania: “Do 2006 roku przemysł ma czas, aby znaleźć substancje zastępcze. Jeśli to się nie uda, możemy mówić o wyjątkach. Ale groźba generalnego zakazu ołowiu musi zostać. Musimy utrzymywać ciśnienie w kotle”.

Krzysztof Kęciek


WYDAWNICTWA

Ekologiczny łańcuch dobrych rąk 

– Trzeci numer „Biuletynu Polskiego Klubu Ekologicznego” przedstawia 10-letnią historię Klubu Małych Ekologów z Bochni, stworzonego przez członka PKE, p. Eleonorę Chmielarską. Godne podziwu są efekty pracy tej nielicznej grupy dzieci, które własnymi, małymi rękami, poprzez zmiany w najbliższym otoczeniu, chronią przyrodę i pokazują dorosłym, jak szanować środowisko. Ta wspaniała gromadka poprzez swe zaangażowanie i realizację ciekawych pomysłów zdobyła sobie także uznanie władz miasta. Przykład godny naśladowania – zachęćmy wszystkich dookoła, by, tak jak dzieciaki z Klubu Małych Ekologów, chwycili się za ręce, tworząc „ekologiczny łańcuch dobrych rąk”. Ideę tę trzeba przekazywać dalej, by opleść łańcuchem cały kraj.

– „Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska w Krakowie ocenia, że w 2000 r. znacznie poprawił się stan środowiska w woj. małopolskim” – czytamy w czwartym numerze miesięcznika „EkoŚwiat”. Poprawa czystości wód powierzchniowych jest efektem budowy nowych oczyszczalni ścieków i sieci kanalizacyjnych. W ciągu roku długość cieków, które można zaliczyć do I klasy czystości, zwiększyła się z 20 do 105 km. Kilka gmin wzbogaciło się również o nowoczesne wysypiska odpadów, m.in. Piwniczna, Proszowice, Brzeszcze. Ciągle maleje emisja dwutlenku siarki. Zaś w samym Krakowie po raz pierwszy emisja pyłu zawieszonego nie przekroczyła dopuszczalnej normy. Nie wszędzie jednak odnotowuje się poprawę.

– Większość z nas nie wie, że nasza pospolita wierzba może mieć działanie lecznicze. Wyciągi z kory znalazły zastosowanie w schorzeniach wirusowych, jak przeziębienia i grypa, w reumatoidalnych zapaleniach stawów, w nerwobólach oraz jako środek przeciwbólowy w migrenie. Zbiór kory następuje wiosną, przed wytworzeniem liści. Zbiera się ją z młodych, 2-3-letnich pędów i suszy w warunkach naturalnych. Zainteresowanym polecam lekturę czwartego numeru „Wiadomości Zielarskich”, gdzie znajdziemy wszelkie za i przeciw stosowania wyciągów z kory wierzbowej.

ELŻ


Wkładka ”Ekologia i Przegląd” powstaje dzięki finansowemu wsparciu Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej

Wydanie: 21/2001

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy